poniedziałek, 31 grudnia 2018

WPIS#26: Z NOWYM ROKIEM

Wyobraźmy sobie, że przerwa świąteczna to nie jest pierwsze dłuższe wolne od września. Że polscy uczniowie nie muszą dzień w dzień chodzić do szkoły przez niemal cztery miesiące (z krótką przerwą na Wszystkich Świętych i Dzień Niepodległości). Że, podobnie jak za granicą, mogą odpoczywać średnio co sześć tygodni, dzięki czemu nie chodzą przemęczeni i znudzeni ciągłym rytmem szkoła – dom – zadania domowe.
Wyobraźmy sobie, że jak już to wolne przychodzi, to nauczyciele nie przygniatają uczniów toną zadań domowych, przez co pojawia się marzenie, by ferii w ogóle nie było. Że rok szkolny jest tak rozplanowany, by ze wszystkim zdążyć w klasie, a do domu zadać co najwyżej zadania utrwalające przyswojoną na zajęciach wiedzę.
Wyobraźmy sobie, że trzeba się uczyć tylko tego, co jest naprawdę potrzebne, czy to na studiach, czy już w dorosłym życiu. Że pamięć uczniowie ćwiczą przez uczenie się wierszy, piosenek, nowych słów – i to nie tylko w obcych językach, ale i poszerzają swoje polskie słownictwo. Że nie trzeba przepisywać podręcznika i potem uczyć się słowo w słowo definicji, których się nie rozumie, bo nauczyciel nie miał czasu na dokładne wszystkiego wytłumaczenie.
Wyobraźmy sobie, że wiersze się rzeczywiście interpretuje, a nie analizuje, co autor miał na myśli. Że nauczyciel nie podaje uczniom na tacy jedynej słusznej interpretacji, tylko pozwala na myślenie, na szukanie swoich pomysłów, hipotez, skojarzeń. Że nie ma prawd niepodważalnych, że można powiedzieć: Mickiewicz wcale taki wspaniały nie był. Że można się kłócić o sens omawiania tego czy innego dramatu. Że nie ma czegoś takiego, jak kanon lektur, że nauczyciel, wspólnie z uczniami, sam może wybrać, co będzie analizowane na lekcjach.
Wyobraźmy sobie, że uczniowie potrafią ze zrozumieniem przeczytać artykuł w gazecie i nie dać się złapać na manipulację czy inną propagandę. Że samodzielnie dokonują wyborów i pokornie ponoszą ich konsekwencje, bez wytykania winnych. Że są w stanie ocenić, co im się podoba, a co nie, bez pomocy nauczyciela.
Wyobraźmy sobie, że w szkole uczą nie tylko logicznie myśleć, ale i przelewać te myśli na papier lub ubierać w zdania w czasie publicznego wystąpienia. Że absolwenci potrafią napisać komentarz na portalu społecznościowym bez błędów, a przemówienia są zgrabne i interesujące nie tylko dla publiki, ale i dla samego mówcy.
Wyobraźmy sobie, że nie ma podziału na „humanów” i „ścisłowców”, że każdy maturzysta potrafi dodać dwa do dwóch i coś napisać. Że zarówno matematyka, jak i język polski są we wszystkich klasach, o każdym profilu, wykładane na takim samym poziomie. Że, niezależnie, kto siedzi w ławkach, nauczyciel zawsze jest kompetentny i potrafi w prosty sposób przekazać proste informacje.
Wyobraźmy sobie, że nauczanie języków obcych to nie wkuwanie list słówek, tylko nauka poprawnej wymowy i prawidłowego użycia słów w kontekście. Że po dwunastu latach nauki angielskiego nie trzeba zaczynać wszystkiego od początku, nie trzeba płacić za kursy, nie trzeba chodzić na lektoraty z angielskiego, że można za to uczyć się nowego języka.
Wyobraźmy sobie, ze w szkole uczą współpracy, kulturalnej dyskusji, grzecznego wyrażania swojego zdania, zbudowanego na solidnej podstawie faktów, popartego argumentami i przykładami, a potem omówienia go, bez przekrzykiwania się, na forum.
Wyobraźmy sobie, że uczniowie chodzą do szkoły uśmiechnięci, poznają tam ciekawych ludzi, i to nie tylko wśród rówieśników, ale i wśród nauczycieli. Że nie ma czegoś takiego jak oceny, sprawdziany, kartkówki, odpowiedź ustna. Że nie ma czegoś takiego jak nieprzygotowanie z powodu zadania, którego nie potrafiło się zrobić.
Wyobraźmy sobie, że w szkole dowiadujemy się, jak walczyć ze stresem, a nie doświadczamy go tak bardzo, że już po zakończeniu edukacji długie lata leczymy się na nerwicę. Że w każdej szkole jest psycholog, do którego można przyjść i po prostu porozmawiać. Że nauczyciele są przychylnie nastawieni do uczniów.
Wyobraźmy sobie, że zawód nauczyciela jest prestiżowy, że kandydatów jest tak wielu, że dyrektorzy muszą wybierać. Że selekcja jest pozytywna, a nie negatywna. Że nauczyciele dostają godziwą zapłatę za swoją pracę, a w domu nie wyrabiają nadgodzin, przygotowując i sprawdzając testy.
Wyobraźmy sobie, że podstawę programową tworzą wspólnie nauczyciele, uczniowie, wykładowcy i pracodawcy, tak, by przekazywana wiedza miała swoje zastosowanie w praktyce, a nie składała się z wyrwanych z kontekstu notek encyklopedycznych, jak to ma miejsce, gdy program nauczania powstaje w gabinecie Minister Edukacji.
Wyobraźmy sobie, że nikt nie rozwala systemu edukacji dla prywatnych celów. Że nauczyciele są z uczniami i dla uczniów. Że rodzice pomagają im w procesie wychowawczym zamiast odrabiania za dzieci zadań domowych. Że wszyscy po trochu składają się na jak najlepsze wyedukowanie młodego pokolenia.
Wyobraźmy sobie, że gdy przychodzi ktoś i zaczyna niszczyć system, to nauczyciele, rodzice i uczniowie stają ramię w ramię i walczą. Że nie ma samowolki, myślenia tylko o swoich zyskach i krótkowzroczności. Że nikt nie jest ewentualnymi zmianami skrzywdzony. 
Teraz pomyślmy, że wszystkie te wyobrażenia są rzeczywistością. Tego życzę polskiej szkole w nadchodzącym, 2019 roku. Bo zmiana jest możliwa, trzeba w nią tylko uwierzyć. 



W NASTĘPNYM WPISIE: Poszatkowana historia Polski, czyli co zostaje w głowach absolwentów?

poniedziałek, 24 grudnia 2018

WPIS#25: WIGILIA W SZKOLE, CZYLI MÓDL SIĘ, ATEISTO


            Trzecia klasa liceum. Do matury pozostało jakieś pół roku. Na godzinie wychowawczej nauczyciel pyta:
            - Kogo nie będzie na wigilii klasowej?
            W sali panuje rozgardiasz, jak to zwykle na wychowawczej, w końcu jest to godzina raczej dla nauczyciela niż dla uczniów, uczniowie w tym czasie rozmawiają, grają w karty, słuchają muzyki, oglądają filmy, czytają książki, a wychowawca rozlicza się z co poniektórymi z frekwencji i zagrożeń. Wśród tego harmidru samorząd klasowy rozdziela obowiązki związane z organizacją klasowej wigilii, a nauczyciel próbuje doliczyć się, kogo na pewno nie będzie. W końcu udaje mu się przekrzyczeć wrzawę, jego pytanie dociera do wszystkich, w tym i do mnie. Zgłaszam się.
            - A dlaczego cię nie będzie?
            - Bo klasowa wigilia kłóci się z moimi przekonaniami religijnymi.
            - Ale my tam będziemy tylko siedzieć i jeść, przemyśl to jeszcze. Będzie miło – próbuje przekonać nauczyciel.

            Tak było mniej więcej co roku. Osoby, które z różnych powodów nie chciały uczestniczyć we wspólnym świętowaniu, musiały przed całą klasą się do tego przyznać i jeszcze wytłumaczyć, dlaczego. Nie wystarczyło to, że na początku roku rodzice podpisywali oświadczenie, że dziecko na religię chodzić nie będzie. Trzeba było jeszcze na ostatnią wychowawczą przed przerwą świąteczną pisać fałszywe usprawiedliwienie. Bo przecież nikt by tych „przekonań religijnych” nie przyjął. Wszak to tylko niewinne spotkanie przy stole.
            No właśnie nie. Bo zawsze musi być opłatek, zawsze muszą być kolędy, zawsze muszą być tradycyjne świąteczne potrawy, nawet jeśli miałby to być tylko barszcz czerwony z proszku. Jako ateistka nie chcę mieć z tym nic wspólnego i nie obchodzi mnie to, że większość w klasie (przynajmniej w podstawówce i gimnazjum) na religię chodziła. Demokracja do rządy większości z poszanowaniem praw mniejszości. Mam prawo do świeckiej szkoły.
            No właśnie, a historia z początku wpisu zdarzyła się w liceum. Kiedy to na religię chodziło 10 osób z 30-osobowej klasy. Czyli jedna z podstawowych zasad demokracji w szkole działa, o ile chodzi o ochronę praw katolików. No pięknie. Już nie wspomnę o tych krzyżach, które wiszą w wielu (na szczęście nie we wszystkich) klasach. Swoją drogą, to naprawdę przyjemne, tak siedzieć na lekcji, słuchać nauczyciela i patrzeć na cierpiącego gościa przybitego do krzyża. Bardzo motywujące.
            A żeby było ciekawiej, to religia wciska się jeszcze na rozpoczęcia i zakończenia roku. Trzeba poprosić Boga o dobry rok, a potem podziękować, że się zdało (czy sama już nie wiem, za co, bo rok w polskiej szkole raczej z reguły nie jest dobry). A ateiści muszą znowu przynosić fałszywe usprawiedliwienia za nieobecność, bo nikogo nie obchodzi, że ktoś może być niewierzący.
            Potem jest jeszcze czas przedegzaminacyjny. I pielgrzymki, modlitwy na długich przerwach, msze, byle tylko zdać tę maturę i dostać się na studia. Bo w XXI wieku polski uczeń potrzebuje wstawiennictwa sił wyższych, by dobrze napisać egzamin. W sumie, to przy obecnym stanie podstawy programowej wcale się temu nie dziwię…
            Na polskim oczywiście czyta się fragmenty Biblii, bo jest to „książka, na której opiera się cała europejska cywilizacja”. Super. Tylko że czytamy akurat te części, gdzie Bóg pokazuje, jaki to on jest wspaniały, dobry i sprawiedliwy (a przynajmniej taki był wniosek polonistki po przeanalizowaniu historii Hioba) albo daje dobre rady (przypowieści). Nie ma kawałków, w których Bóg ciska w ludzi piorunami, bo go zdenerwowali, albo poucza, jak należy zbudować świątynię (a o tym jest mowa w Piśmie Świętym co najmniej trzy razy, żeby czytelnik na pewno zapamiętał). Nie ma też słowa o jedynych trzech księgach nazwanych imionami kobiet. Po co czytać o kobietach, lepiej jest wychwalać mądrość mężczyzn i utrwalać się w przekonaniu, że miejsce kobiety jest w kuchni. Że to kobieta jest źródłem wszystkich grzechów, bo historię Adama i Ewy też się omawia. To całe analizowanie nie bardzo wygląda na zapoznanie uczniów z książką, która dała podwaliny światu, jaki znamy dziś (z czym trudno się nie zgodzić). To przypomina raczej niedzielną mszę w kościele czy lekcję religii w szkole. Nie omawia się niczego, o czym nie wspominałby ksiądz na spotkaniu z wiernymi.
Nie wolno też powiedzieć, że to nie było fair wobec Hioba, że Bóg bawił się jego życiem tylko po to, by wygrać zakład z Szatanem. Przecież starotestamentowy Bóg jest groźny, owszem, ale też sprawiedliwy i litościwy. Tak całkiem oskarżać go nie można, w końcu zwrócił Hiobowi całe bogactwo. A że dzieci się nie da zwrócić, że nowa żona będzie inna niż poprzednia? Kogo to obchodzi.
Na historii też. Dzieje Kościoła katolickiego omawia się bardzo dokładnie, pojawia się on przy wszystkich epokach. A inne religie? O judaizmie wspomina się przy starożytności, potem coś może jest w czasach nowożytnych, coś tam o Holokauście i w sumie tyle. Marzec’68 polskiemu uczniowi kojarzy się z buntem przeciwko zabronieniu wystawiania „Dziadów” niż z wygnaniem Żydów z kraju. Z islamem podobnie: akapit czy dwa przy starożytności i potem już tylko o tym, jak to na nas, prawdziwych chrześcijan, napadali, jak to my ich pokonaliśmy i wypędziliśmy z Europy, jakimi to my jesteśmy bohaterami.
Może więc pora skończyć z tą hipokryzją i nazwać rzeczy po imieniu. Szkoła w Polsce nie jest świecka, tylko katolicka. Po korytarzach przechadzają się księża, którzy bezkarnie mogą zaczepić każdego ucznia, wierzącego czy nie, wypytywać o życie, sytuację rodzinną, cokolwiek akurat zachce im się wiedzieć. W klasach wiszą krzyże. Na lekcjach omawia się Biblię i faworyzuje chrześcijaństwo, o innych religiach ledwo wspominając i nijak nie zwalczając dyskryminacji na tle religijnym. A gdy przychodzą święta, organizuje się wigilię, która z Bogiem nie ma nic wspólnego, co to, to nie. Tylko dzielimy się opłatkiem z wizerunkiem Maryi czy Jezusa, śpiewamy kolędy i wspominamy, jak to 2000 lat temu narodził się zbawca.




W NASTĘPNYM WPISIE: Niespodzianka :)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

WPIS#24: POLITYKA W SZKOLE, CZYLI POPULIZM ZACZYNA SIĘ W KLASIE

Zawsze uważałam, że samorząd uczniowski jest bez sensu. Bo co niby mogą zrobić uczniowie? Co mogą zmienić? No nic, bo ostatecznie to dyrektor ma zdanie. Jedyne co, to członkowie tego samorządu muszą co jakiś czas latać na jakieś spotkania na długiej przerwie. W podstawówce to był tylko i wyłącznie powód do dumy, trochę wywyższania się, bo patrzcie, mnie wybrali, a was nie. Realnych działań to tam nie było.
Zmiana przyszła w gimnazjum, a konkretniej – w trzeciej klasie. Przewodniczącym został kolega, który od samego początku mówił, że wywalczy ławeczki na korytarzu, żeby było gdzie usiąść na przerwie. Jak powiedział, tak robił, tu rzeczywiście widać było prawdziwą moc sprawczą samorządu.
A potem przyszło liceum. I w liceum chłopak zaproponował projekt 5+. Wiadomo, na czym się wzorował.
Polegało to na tym, że na koniec każdego semestru, z każdego przedmiotu za 100% frekwencję i/lub brak zgłoszonych nieprzygotowań każdy uczeń miał dostawać ocenę cząstkową 5. Chłopak oczywiście wygrał. I pomysł, za zgodą dyrektorki, wprowadził w życie.
Nie powiem, żeby ta dodatkowa 5 czy dwie szczególnie komukolwiek pomogła. Szkodzić też nie szkodziła. Ale wiadomo, jak ktoś ma dwóje i tróje, to miło jest dostać czasem piątkę, nawet, jeśli ona nic nie znaczy (bo często nawet średniej nie zmieniała). Zastanawiające jest jedno. Dlaczego nauczyciel WOS-u nie przyjrzał się bliżej temu projektowi? Dlaczego nie przeprowadził w klasie dyskusji na temat populizmu? Dlaczego nie zauważył, że uczniowie głosowali tylko dlatego, że chcieli dostawać te piątki? I to wcale nie jest tak, że nie miał na to czasu. Historia miała miejsce w pierwszej liceum (logiczne, później już nie miałam WOS-u). Zdaje się, że już pisałam, jak wygląda pierwsza liceum. Ani uczniowie, ani nauczyciele nie wiedzą, co tak naprawdę robią i dlaczego. Dziesięć przedmiotów jest w średniej szkole tylko przez ten pierwszy rok, wystarczy je zaliczyć, bo średnia ocen do niczego nie jest potrzebna. Na WOS-ie zazwyczaj uczyłam się słówek, część klasy grała w karty, parę osób oglądało filmy na telefonach. Czyż nie lepiej byłoby olać program, którego i tak nie przerobiliśmy do końca, bo godzina w tygodniu to trochę za mało na omówienie, czym się zajmuje Rada Europy, jakie są prawa i obowiązki ucznia (jakbyśmy po dziesięciu latach nauki w szkole tego nie wiedzieli) i kiedy i dlaczego powstało więzienie w Guantanamo? Czyż nie lepiej byłoby poświęcić ten czas na przyjrzenie się z bliska programom wyborczym kandydatów na przewodniczących samorządu szkolnego?
To przecież nasze pierwsze głosowanie w życiu – właśnie do samorządu szkolnego. Wydawałoby się, że to idealna okazja do pokazania uczniom tego, co wypisane między wierszami obietnic wyborczych, do porównania strategii kandydatów, do obserwowania, co dzieje się w polityce pozaszkolnej, do zaszczepienia demokratycznych wartości.
Nie. Lepiej jest iść do przodu z teoretycznym, oderwanym od rzeczywistości materiałem (nie wiemy, czym, poza spotkaniami na długich przerwach i składaniem obietnic, zajmuje się samorząd szkolny, ale musimy wiedzieć, co się dzieje w strukturach Unii Europejskiej. To też jest ważne, oczywiście, ale może zacznijmy od własnego podwórka, od tego, co jest bliskie uczniom.). Lepiej jest monotonnym głosem przekazywać słowo w słowo to, co napisano w podręczniku, łudząc się, że chociaż parę osób słucha, a potem zrobić z tego sprawdzian, na którym wszyscy ściągają. Lepiej jest udawać, że szkoła i codzienność nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Kończy się tak, że zawiły świat polityki trzeba zgłębiać samemu. I potem się okazuje, że wielu nastolatków jest zafascynowanych Korwinem-Mikke, ślepo wierzy, że obietnice wyborcze zostaną spełnione, nieważne, jak, a frekwencja na wyborach wynosi 50%.
Człowiek niewykształcony łatwo popada w skrajności, staje się radykałem po jednej czy po drugiej stronie barykady. Jeśli w szkole nie nauczył się, jak powinna funkcjonować demokracja, nie przeczytał Konstytucji, nie oceniał, wspólnie z nauczycielem, wypowiedzi polityków w mediach, nie zastanawiał się, czemu ten twierdzi to, a tamten co innego, to musi albo samemu to wszystko nadrobić, albo głosować na tego, kto krzyczy najgłośniej, albo nie głosować w ogóle.


W NASTĘPNYM WPISIE: Wigilia w szkole, czyli módl się, ateisto!

poniedziałek, 10 grudnia 2018

WPIS#23: TĘCZOWA SZKOŁA, CZYLI HOMOSEKSUALIZM NIE ISTNIEJE

            W moim gimnazjum w każdym roczniku było dziesięć klas. W każdej klasie trzydziestu uczniów. Na lekcje etyki chodziło dwadzieścia osób. Dlaczego?
            Cięcie kosztów. Łatwiej zatrudnić nauczyciela, by przychodził tylko na sześć godzin w tygodniu, na dwie lekcje do każdego rocznika, niż zaoferować mu cały etat. Skończyło się tak, że dyrektorka w jakiś, jej tylko znany sposób, co roku wybierała trzy klasy, z tych klas ileś osób deklarowało się, że chce chodzić na etykę. Zazwyczaj łącznie koło dwudziestu. A w następnym roku były wybierane następne klasy, niekoniecznie różne od następnych. Ja na przykład miałam etykę co roku, dwie inne klasy przez dwa lata, jedna przez rok, a pozostałe nigdy. Nie wiadomo właściwie, dlaczego.
            Oczywiście, na religię mogli chodzić wszyscy, bez żadnego łączenia klas i innego kombinowania. Księży zatrudnionych było trzech, nauczyciel od etyki był jeden. Księża mieli etat, nauczyciel od etyki umowę-zlecenie. Na religii uczniowie się modlili, zdawali różne święte formułki na ocenę, oglądali katolickie filmy i raczej nie otworzyli samodzielnie Pisma Świętego, co najwyżej ksiądz im przeczytał starannie wybrany fragment. Na etyce analizowaliśmy obejrzane na poprzednich zajęciach filmy, poznawaliśmy chwyty erystyczne, uczyliśmy się występować przed grupą, urządzaliśmy debaty na ważne dla społeczeństwa tematy. Jednym z takich tematów był homoseksualizm.
            To była jedna jedyna lekcja w szkole w całości poświęcona mniejszościom seksualnym. Jedna (!) jedyna (!) w XXI (!) wieku (!).
            Na tej jednej jedynej lekcji było raptem dwadzieścia osób z liczącego trzysta uczniów rocznika.
            I, żeby nie było, nie rozmawialiśmy o małżeństwach jednopłciowych, adopcji dzieci przez takie małżeństwa, o stereotypach, nie omawialiśmy żadnego eksperymentu społecznego, nie zastanawialiśmy, skąd bierze się homofobia, nie dyskutowaliśmy, dlaczego każda kolejna grupa społeczna musi walczyć o swoje prawa, dlaczego demokracja nie broni mniejszości, dlaczego rząd nic nie robi, by ograniczyć odsetek samobójstw wśród nastolatków dyskryminowanych tylko dlatego, że wyglądają na homoseksualnych. Nie, my dumaliśmy, czy homoseksualizm jest dobry, czy zły (!!!). W XXI wieku, kiedy już dawno został wypisany on z listy chorób, kiedy kolejne kraje wprowadzają związki partnerskie, kiedy pojawia się coraz więcej książek i filmów pokazujących, że homoseksualizm wcale nie jest taki straszny i że miłość osób LGBT+ to najprawdziwsza w świecie miłość, w niczym nie gorsza od tej heteroseksualnej.
            Na szczęście doszliśmy do takiego wniosku, do którego dochodziliśmy podczas każdej takiej debaty (a były też m.in. na temat piercingu, operacji plastycznych, eutanazji, aborcji): niech każdy robi to, co chce. Gorzej, że zaraz potem było dodane: byle się z tym nie afiszował.
            Mhm. Rok później byłam już w liceum, gdzie wszystkie parapety, na każdej przerwie, były oblegane przez całujące się, nieraz bardzo namiętnie, pary (oczywiście heteroseksualne). I to jest normalne. A jak chłopak chce złapać drugiego chłopaka za rękę, to to już jest afiszowanie się. No pięknie.
            Teraz jestem na studiach. W moim Instytucie wisi okładka „Repliki”. Homoseksualiści otwarcie mówią, kim są, trzymają się za ręce, całują. Nigdy w ich stronę nie padło żadne wyzwisko.
            A właśnie, wyzwiska. Cofnijmy się trochę w czasie. Mam dwanaście lat, uczę się w podstawówce w dużym mieście, na przerwie po korytarzu biegają chłopcy z mojej klasy i krzyczą: „Pedał!”, „Ciota!”. Mija ich nauczycielka. I nic.
             Nie zatrzymała ich. Nie wezwała na rozmowę wychowawczą. Nie zawiadomiła psychologa, pedagoga, dyrektorki i rodziców. Nie wygłosiła pogadanki na temat tolerancji. Nie zrobiła absolutnie nic. A sytuacja powtórzyła się dziesiątki, jeśli nie setki, razy.
            Może ci chłopcy trafili w gimnazjum na lekcję etyki. Może mądry nauczyciel w liceum powiedział im, że Safona, Arthur Rimbaud, Oscar Wilde, Hans Christian Andersen, Jarosław Iwaszkiewicz (1), Leonardo da Vinci, Karol Szymanowski, Miron Białoszewski (2), Jan Lechoń (3), Maria Konopnicka (4) byli homoseksualistami. Może ktoś nauczył ich, że inność zawsze istniała i będzie istnieć i jedyne, co może zwykły, szary człowiek z tym zrobić, to to zaakceptować.
            Bo to nie tylko sprawi, że świat będzie lepszy, że każdy będzie mógł czuć się w nim bezpiecznie. To pozwoli też temu zwykłemu, szaremu człowieczkowi poszerzyć horyzonty. Jak widać w spisie powyżej (obejmującym tylko te osoby, o których mówi się, albo chociaż wspomina, w polskiej szkole), wielu pisarzy było homoseksualistami. Na przykład taki Gombrowicz. Którego „Ferdydurke” jest w spisie lektur (co zresztą jest dość dziwne, skoro krytykuje on w tej książce system szkolnictwa, który niewiele różni się od współczesnego…). Którego za nic nie potrafiłam zrozumieć. Bo język trudny, bo nie wiadomo, co autor miał na myśli. Otóż wiadomo, i to bardzo dobrze. Wystarczy otworzyć głowę i dopuścić do siebie myśl, że Wielki Pisarz Gombrowicz był gejem. Nagle wszystko staje się jasne.



W NASTĘPNYM WPISIE: Polityka w szkole, czyli populizm zaczyna się w klasie

(1) za https://ksiazki.wp.pl/pisarze-homoseksualisci-6145574271895169g
(2) za http://mediumpubliczne.pl/2015/12/poczet-dziesieciu-najslynniejszych-pedalow/
(3) za https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1534245,2,homoseksualisci-ii-rp-w-kulturze.read
(4) za http://wyborcza.pl/1,75410,5247297,Homobiografie__Pisarki_i_pisarze_polscy_xix_i_xx_wieku_.html

poniedziałek, 3 grudnia 2018

WPIS#22: DLACZEGO SZKOŁA UCZY NIE TEGO, CO POWINNA, CZYLI JAK POLSKI UCZEŃ MA SIĘ ODNALEŹĆ W ŚWIECIE XXI WIEKU

            Uczeń przedstawia, uczeń analizuje, uczeń znajduje, uczeń rozpoznaje, uczeń wskazuje, uczeń znajduje, uczeń uwzględnia, uczeń interpretuje, uczeń dostrzega, uczeń różnicuje, uczeń omawia, uczeń przestrzega, uczeń stosuje, uczeń wykorzystuje, uczeń czyta, uczeń porównuje, uczeń korzysta, uczeń sporządza, uczeń prezentuje, uczeń określa, uczeń konfrontuje, uczeń wygłasza, uczeń operuje – to z podstawy programowej z języka polskiego. Podobnie jest w podstawach i z innych przedmiotów. Mam dwa pytania: 1) czy uczeń jest robotem? i 2) czy nauczyciel jest idiotą?
            1) Uczeń robi to, robi tamto, wie to, zna śramto. Potrafi zaznaczyć odpowiednią literkę w zadaniach testowych, czasem coś policzy, może uda mu się napisać ze trzy zdania na taki czy inny temat. Ma głowę wypełnioną budowami pantofelków i ameb, funkcjami narządów wewnętrznych, chorobami tych narządów, metodami kompostowania i rodzajami fermentacji, najwyższymi szczytami i najgłębszymi jeziorami, rodzajami gleby, cechami klimatu podzwrotnikowego, wzorami kwasów karboksylowych, alkoholi, węglowodorów, schematami najważniejszych reakcji chemicznych i wnioskami z tychże, kolorami fenoloftaleiny i papierków wskaźnikowych, wzorami na prędkość, przyspieszenie grawitacyjne, indukcję elektromagnetyczną, liczbą elektronów w atomie, budową bomby jądrowej i elektrowni atomowej, datami, kto, kiedy, gdzie i z kim podpisywał pakt/wygrywał/przegrywał/zrywał pakt, nazwiskami i złotymi myślami, słówkami po angielsku/niemiecku/rosyjsku/francusku/hiszpańsku typu „naczynie żaroodporne”, „chlorek sodu”, „biały karzeł”, „bratek” (przy czym często nie wie, jak ten ostatni wygląda, bo widział tylko zdjęcie w podręczniku od biologii), wzorami na miejsce zerowe funkcji takiej czy takiej, graniastosłupami prostymi, konstrukcją kątów, wykresami zdania złożonego i prostego, prometeizmem, mesjanizmem, chłopomanią, martyrologią, filistrami, motywami miasta, miłości, śmierci, Mickiewiczami, Słowackimi i Wyspiańskimi. Ludzie. Żyjemy w XXI wieku. Większość tych informacji, jeśli nie wszystkie, można znaleźć w Internecie, a w szkole zająć się czymś poważnym. Tylko że
            2) Ministerstwo Edukacji Narodowej uważa, że nauczyciele są debilami i nie potrafią sami zaplanować pracy z uczniami. Stąd poziom szczegółowości podstawy programowej. Masz, durniu, przerobić to, to i to, zrobić sprawdzian, wystawić oceny i przepchnąć wszystkich do następnej klasy, bo już kolejny rocznik czeka. To jedna rzecz. A druga jest taka, że łatwiej jest manipulować ludźmi sfrustrowanymi, przepracowanymi, przeładowanymi materiałem. W szkole dotyczy to zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Bo uczeń musi się nauczyć, żeby dobrze zdać egzamin i dostać się do liceum/na studia, a nauczyciel musi mu wszystko wtłoczyć do głowy, żeby nikt się go nie czepiał, że zaniedbuje swoje obowiązki. Kończy się tak, że zadowolona jest tylko Minister Edukacji.
            A jest naprawdę mnóstwo ciekawszych tematów do poruszenia na lekcji. I nie tylko poruszenia. Bo na przykład w pierwszej klasie liceum równocześnie na biologii i geografii uczymy się o ochronie środowiska. W klasie. Przy szczelnie zamkniętych oknach z powodu smogu.
            Byłam w Rosji na wymianie, miałam okazję z bliska przyjrzeć się ich systemowi edukacji. I co oni robią, żeby nauczyć młodych ludzi dbać o środowisko? Sadzą drzewka i kwiaty dookoła szkoły, budują kompostownik, wspólnie troszczą się o swoje otoczenie. Polski uczeń wie, jak oczyszcza się ścieki, a równocześnie „rocznie zużywa średnio 400 reklamówek, 60 kg papieru i 50 puszek” (dane za http://gazetaolsztynska.pl/498356,Rocznie-zuzywamy-kilkaset-miliardow-plastikowych-butelek-a-ma-byc-jeszcze-gorzej-VIDEO.html), o plastiku nie wspominając.
            To było porównanie z Rosją. A co by się okazało, gdyby spojrzeć na Europę Zachodnią…? Nawet nie mamy co spoglądać w tamtą stronę – przynajmniej w kwestii obecnego poziomu edukacji. Bo świecić przykładem nam mogą. Gorzej, że na razie tylko świecą.



W NASTĘPNYM WPISIE: Tęczowa szkoła, czyli homoseksualizm nie istnieje?

niedziela, 25 listopada 2018

WPIS#BONUS: TEMAT JAK Z HORRORU - PROTEST NAUCZYCIELI UDERZA W UCZNIÓW


            Temat z ostatniej chwili, czyli protesty nauczycieli w sprawie podwyżek. Wygląda to tak, jakby zobaczyli oni, że patrzcie, można, policjantom się udało, więc i nauczycielom zachciało się strajkować. Na razie trwają przygotowania, obmyślanie strategii. Szczególnie jedna z nich warta jest przyjrzenia się z bliska.
            Jest to mianowicie odmówienie sprawdzania egzaminów (próbnych lub tych prawdziwych) albo niestawienie się do pilnowania uczniów w czasie pisania tychże. Niezależnie od tego, która z opcji zostałaby przeprowadzona, najbardziej ucierpią uczniowie. Dlaczego?
1)    odmówienie sprawdzania próbnych egzaminów
To jest czas dla uczniów, żeby sprawdzili się, czego jeszcze nie potrafią, nad czym jeszcze powinni popracować, co jest ich mocną stroną, co słabszą, jakie mniej więcej wyniki osiągają. Teoretycznie nie powinno się za to stawiać stopni, więc jest to test bez żadnych konsekwencji. Po prostu: oglądamy, jak wygląda egzamin, uczymy się planować swój czas i rozwiązywać typowe zadania egzaminacyjne, oswajamy się ze stresem i wszelkimi procedurami. Mamy jeszcze mnóstwo czasu, żeby popracować nad błędami, powtórzyć to, czego nie pamiętamy, douczyć się. Jeśli nauczyciele będą zwlekać ze sprawdzaniem tych testów, czas się skurczy. Jak dobrze wiemy z przypadku protestu rodziców osób z niepełnosprawnościami, na reakcję rządu można czekać tygodniami. Ósmoklasiści, gimnazjaliści i maturzyści tych tygodni nie mają.
W tym roku problem jest jeszcze poważniejszy. Absolwenci ósmej klasy podstawówki i trzeciej klasy gimnazjum spotkają się w liceum. Szczególnie istotne jest więc dobre przygotowanie się do egzaminów. Jeśli nauczyciele nie współpracują, jest to niemal niemożliwe. Biorąc pod uwagę fakt, że pracownicy szkół nie palili się zbytnio do protestowania, gdy projekt likwidacji gimnazjów był tylko projektem (otrzymałam informację, że w Warszawie strajkowało 20 tys. nauczycieli. W mieście liczącym prawie dwa miliony mieszkańców jest to rzeczywiście oszałamiająca i zdolna cokolwiek osiągnąć liczba), teraz powinni wziąć odpowiedzialność za wcześniejszą opieszałość i starać się jak tylko można pomóc pokrzywdzonym rocznikom. Walka o własne zarobki w tę pomoc się nie wlicza.
2)    odmówienie sprawdzania prawdziwych egzaminów
Wydawałoby się, że tutaj sprawa jest oczywista. Każdy podchodzący do egzaminu uczeń pisze ze świadomością, kiedy otrzyma wyniki. Ponieważ decydują one o tym, do jakiej szkoły się dostanie, chciałby je poznać jak najszybciej. Już zwyczajowy termin wyników woła o pomstę do nieba – trzeba czekać średnio dwa miesiące. Jeśli nauczyciele postanowiliby strajkować w ten sposób, jeszcze by sprawę opóźnili.
Doskonale pamiętam, co to znaczy czekać na wyniki matur. Przeżywałam to ledwo kilka miesięcy temu. W skrócie wyglądało to tak: wrzesień 2017-marzec 2018: stres, bo w tym roku matura; marzec 2018-kwiecień 2018: stres, bo nie zdałam ostatniej próbnej matury z polskiego; majówka 2018: stres, bo za kilka dni matura; maj 2018: stres, bo matura; czerwiec 2018: stres, bo czekam na wyniki; lipiec 2018: stres, bo czekam na wyniki rekrutacji. Gdyby się okazało, że akurat w tym czasie nauczycielom przypomniało się, że zarabiają stanowczo za mało, jak na złożoność wykonywanej pracy (co oczywiście jest prawdą), stresu byłoby jeszcze więcej. A ten, jak wiadomo, nie wpływa najlepiej na ogólny stan zdrowia…
W tym roku będzie jeszcze gorzej, bo, znowu, mamy podwójny rocznik kandydatów do liceów. Z jakiego powodu ci uczniowie mają jeszcze bardziej cierpieć? Nie wystarczy, że mają znacznie więcej nauki, niż chociażby ja, ledwo cztery czy pięć lat starsza od nich? Nie wystarczy, że, pomimo dobrych czy nawet najlepszych stopni, nie mają gwarancji na dostanie się do wymarzonej szkoły? Nie wystarczy, że są przemęczeni, przygnieceni ilością materiału do opanowania w niemożliwie krótkim czasie i traktowani jak gorszy sort przez rządzących (ciągle przecież twierdzących, że przepełnienia w szkołach nie będzie)? Naprawdę trzeba im jeszcze dokładać zmartwień? Ja rozumiem, że rząd może nie widzieć problemu, w końcu nie mają styczności na co dzień ani z rocznikiem 2003, ani z rocznikiem 2004, ani z rocznikiem 2005 (co z oczu, to z serca…), ale jako nauczycielka wstydziłabym się tym uczniom spojrzeć w oczy. Bo jeśli nic nie zrobiłam dwa lata temu, by uchronić ich przed tym koszmarem, to teraz nie mam prawa zostawiać ich w kluczowym momencie. Nie mam prawa odwracać się od nich plecami, udawać, że problemu nie ma, że ten rok jest taki, jak każdy inny.
3)    niestawienie się do pilnowania uczniów w czasie pisania egzaminów
Nie ma nauczycieli pilnujących=nie ma egzaminów. Z tego, co napisałam wyżej, chyba jasno wynika, dlaczego pomysł jest nie do przyjęcia.
4)    parę słów na koniec
Protestować można było dwa lata temu. Wtedy i miejsce na podwyżkę zarobków by się znalazło. Ale teraz? Tylko dlatego, że policjantom się udało? Śmierdzi to gówniarzerią i ślepym naśladowaniem innych. Rozumiem problem nauczycieli, sama chcę zostać nauczycielką i chciałabym za moją ciężką pracę dostawać uczciwy zarobek. Z jakiegoś powodu sytuacja pedagogów zmieniła się drastycznie w ciągu ostatnich stu lat od bycia poważanym na rynku pracy do bycia wyśmiewanym i traktowanym po macoszemu. Z jakiegoś powodu tak, jak sto lat temu nauczycielami zostawali najlepsi, tak teraz zostają najgorsi (przepraszam za duże uproszczenie). Z jakiegoś powodu edukowanie narodu powierzono osobom do tego niewykwalifikowanym, nie marzącym o niesieniu kaganka oświaty, a w dodatku sfrustrowanym z powodu niskich zarobków. Powód ten jest dla mnie niepojęty i zdaję sobie sprawę z tego, że należy wrócić do sytuacji sprzed stu lat (tylko w zakresie traktowania nauczycieli, oczywiście!), ale, jeśli już chcemy coś zmieniać, walczyć o swoje, to musimy mieć też wyczucie czasu i miejsca. Teraz czasu na strajkowanie nie ma.



WPIS#21: MAŁY SKOK W PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI NA STUDIACH

           Zanim będziemy skakać, przyjrzyjmy się jeszcze uczniowi polskiej szkoły. Otóż wraca on biedny, zmęczony, po siedmiu czy ośmiu lekcjach do domu. Ma, powiedzmy, piętnaście lat. Wydawałoby się, że powinien biegać po boisku/grać na komputerze/spotykać się ze znajomymi/uprawiać inny sport/rozwijać pasje/czytać/odpoczywać/inne. Co robi? Odrabia zadania domowe.
            Największym grzechem polskiej szkoły, jeśli chodzi o wyposażenie młodego człowieka w umiejętności, a nie wiedzę, jest to, że go nie wyposaża w żadne umiejętności. Tylko w wiedzę. A umiejętność współpracy by się na przykład przy zadaniach domowych przydała.
            Nie chodzi mi oczywiście o ściąganie. Co to, to nie, umówiliśmy się przecież, że zadania domowe są ważne. Chodzi o burzę mózgów, wspólne dochodzenie do wniosków i odpowiedzi na pytania, dyskusji.
            Przykład z życia wzięty. Chodziłam w liceum do klasy matematyczno-fizycznej, ale dość szybko okazało się, że z matematyką jest mi nie po drodze. To znaczy, umiem rozwiązać zadanie, jeśli rozwiązywałam wcześniej podobne, ale popełniam po drodze mnóstwo błędów rachunkowych. Kiedy widziałam, że moja odpowiedź absolutnie nie zgadza się z tym, co napisano w kluczu odpowiedzi, pisałam do mojej koleżanki. Ona sprawdzała mi moje bazgroły i znajdowała wszystkie błędy. Podobnie było, gdy za nic nie wiedziałam, jak ruszyć jakieś zadanie – razem analizowałyśmy jego treść, zastanawiałyśmy się, co by tu zrobić, i wreszcie dochodziłyśmy do rozwiązania. Czasem dołączały się do nas i inne koleżanki, wtedy wszystko szło znacznie szybciej. A ja w zamian tłumaczyłam im fizykę, sprawdzałam wypracowania na polski, tłumaczyłam słówka na angielski – w skrócie, pomagałam im, jak mogłam. W końcu chyba od tego jest Internet, Messenger i inne komunikatory, żeby się ze sobą porozumiewać, prawda? W razie potrzeby można błyskawicznie stworzyć konferencję na kilka osób i wspólnymi siłami rozwiązać problem.
            Tylko że taka wzajemna pomoc zaczęła się dopiero w liceum i to tylko dlatego, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Współpraca właściwie nie wychodziła poza naszą hermetyczną grupkę. A szkoda, bo w klasie były i inne osoby, które na pewno z chęcią pomogły by nam i otrzymały od nas pomoc. Właśnie dlatego potrzebny jest nauczyciel. Żeby powiedział: słuchajcie, pomagajcie sobie nawzajem. Pokazał, jak prowadzić kogoś do rozwiązania, nie rozwiązując zadania za niego. Zaproponował, jak wykorzystać nowoczesne technologie do wspólnej nauki. Nauczył nas dyskutować, rozmawiać, dochodzić do porozumienia.
            Żaden tego nie zrobił. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu, własnymi siłami – albo skończyć z miernymi ocenami i takąż wiedzą.
            A potem poszłam na studia. I nagle się okazało, że można pracować wspólnie.
            Ale zacznijmy od początku. Jako że jestem na studiach językowych, dużo czasu poświęca się praktycznej nauce języka. I nie, nie jest to tylko wkuwanie list słówek i rozwiązywanie zadań z gramatyki.
            Zadania rozwiązujemy, a i owszem, w domu. Potem idziemy na zajęcia, w sali mamy krzesełka z pulpitami, żeby łatwiej było nimi operować, siadamy w grupach i analizujemy. Szukamy przykładów, z którymi więcej osób miała problem, zgłaszamy się z nimi do prowadzącego. Jeśli tylko jedna osoba czegoś nie rozumie – staramy się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafimy. To ma dwa plusy. Raz – ta druga osoba już wie, w czym rzecz, następnym razem poradzi sobie z podobnym zadaniem. Dwa – sami jesteśmy dumni, że potrafimy w obcym języku wyjaśnić złożoności, dajmy na to, gramatyki angielskiej. Bawimy się w nauczycielami, którymi w przyszłości możemy zostać. Uczymy się polegać na innych. Uczymy się zadawać pytania, jakkolwiek głupie by nie były. W końcu łatwiej jest spytać rówieśnika niż prowadzącego.
            Tłumaczymy sobie nawzajem, a więc i mówimy, mamy ciągle kontakt z językiem. Przy okazji poznajemy się, bo, wiadomo, najlepiej rozmawia się w czasie zajęć, a prowadzącego interesuje raczej, w jakim języku mówimy, niż o czym.
            Mamy też dyskusje. Siadamy w kręgu, tak, że każdy widzi każdego, i rozmawiamy. Tydzień wcześniej dostajemy temat, więc można sobie przygotować listę argumentów, trudniejsze słówka, można z tego korzystać już na zajęciach. A jeśli używamy słówek, to je zapamiętujemy, więc poszerzamy słownictwo bez żadnych kartkówek i sprawdzania postępów.
            Mamy wreszcie fonetykę. Przez całe zajęcia siedzimy ze słuchawkami na uszach, słuchamy słów, zdań, całych tekstów wypowiadanych przez native speakerów, i powtarzamy, powtarzamy, powtarzamy. Jeśli zaś mamy do przerobienia jakiś dialog, to prowadząca łączy nas w pary, żebyśmy i między sobą mogli poćwiczyć. Z takim podejściem to w dwanaście szkolnych lat angielskiego można by się trzy razy nauczyć. Albo angielskiego i dwóch innych języków – niemalże do perfekcji.


W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego szkoła uczy nie tego, co powinna, czyli jak polski uczeń ma się odnaleźć w świecie XXI wieku?

poniedziałek, 19 listopada 2018

WPIS#20: POLSKI UCZEŃ-SAMOTNIK

            Polski uczeń dostaje całą litanię zadań domowych. To jest oczywiste. Wystarczy spojrzeć na plan i podstawę programową. Kiedy przedmiotów w tygodniu jest piętnaście, każdy oczywiście, z punktu widzenia nauczyciela go prowadzącego, równie ważny, a podstawa programowa pęka w szwach, nie sposób zdążyć ze wszystkim w szkole. Uczeń musi pracować w domu. I bardzo dobrze, zadania domowe są ważne, z tym trudno się nie zgodzić. Uczą samodzielnej pracy, szukania w źródłach, motywują do systematycznej nauki, bezboleśnie utrwalają materiał poznany na lekcji – ale gdy są mądrze zadane. Bo najczęściej to wygląda tak, że trzeba zrobić kilka stron w zeszycie ćwiczeń, kilka zadań z matematyki, przeczytać coś na angielski, napisać coś na polski. Na razie to jeszcze wygląda w porządku, prawda?
            Ale to, co jest w zeszytach ćwiczeń, często nijak się ma do treści zamieszczonych w podręcznikach. Bez szerszej wiedzy, pomocy mamy, taty, babci, dziadka, wujka, sąsiadki czy innego eksperta nie sposób odpowiedzieć na wszystkie zadania. A gdy ta solidna grupa wsparcia nie pomoże, sięga się po Internet. Wszyscy mają problem z tymi samymi pytaniami, więc bez problemu na ściąga.pl czy bryku znajdzie się odpowiedź. Nieważne, czy prawidłowa, ważne, że w ogóle jest, bo nauczyciel pracy domowej i tak nie sprawdzi. Tak, tak. Zadaje się dużo, przechodzi po klasie, żeby sprawdzić mniej więcej, kto zrobił, a kto nie, i przechodzi się do tematu lekcji, bo inaczej nie zdąży się z materiałem. Czyli, o zgrozo, nauczyciel na lekcji nie zdąża wszystkiego przerobić z powodu podstawy programowej, więc zadaje nadwyżkę do domu, uczniowie odrabiają zadania na odwal się, bo i tak nie zostaną sprawdzone z powodu podstawy programowej. No pięknie.
            Jeszcze ciekawiej robi się przy matematyce. Tak jak klasy matematyczne mają mnóstwo czasu na przerobienie wszystkich zadań, tych łatwych i tych trudnych, tak w klasach humanistycznych czy przyrodniczych czasu nie ma. Trzy czy cztery godziny matematyki w tygodniu to norma – w liceum, przed maturą! A że godzina lekcyjna ma tylko czterdzieści pięć minut, to nauczyciel zwykle daje radę tylko wprowadzić nowe wzory, pokazać, jak rozwiązuje się przykładowe zadania, i dzwoni dzwonek. Nawet jeśli uczniowie samodzielnie coś policzą, to są to najprostsze ćwiczenia. Trudniejsze zadaje się do domu, najtrudniejsze zostają zupełnie nie ruszone. Nie dziwne więc, że u uczniów szybko pojawia się frustracja, w końcu co z tego, że są w stanie rozwiązać podstawowe zadania, skoro na sprawdzianie będą te ze średniej półki, a na maturze – z najwyższej?
            Jeśli zaś chodzi o angielski, to przede wszystkim należy wypełnić rubryczki odpowiednimi słowami czy pozaznaczać odpowiedzi w zadaniach testowych. Nawet nie trzeba czytać tekstu, bo kluczowe fragmenty często są wytłuszczone, wystarczy przebiec wzrokiem i wyłapać słowa-klucze. Nie uczy to właściwie niczego, zwłaszcza, że mało który uczeń przy okazji zapoznaje się z trudnymi słówkami. Bo poszerzanie słownictwa w przypadku nauki języków obcych nie jest istotne, najważniejsze jest zaliczenie kartkówki ze słówek, a to nie to samo. Na kartkówce ze słówek dostaje się listę słów do przetłumaczenia, bez żadnego kontekstu, a poszerzanie słownictwa opiera się na nauce wykorzystania nowej leksyki w praktyce. Na to w szkole nie ma miejsca, na maturze przecież będą głównie zadania zamknięte, grunt to rozumieć mniej więcej, o co chodzi, i na to 30% się zda. To, że potem z cudzoziemcem się nie dogadamy, to już inna sprawa, zresztą, nie tylko maturzyści mają z mówieniem po angielsku problem. A skoro nie tylko oni, to znaczy, że tak po prostu jest, i nic się nie da z tym zrobić. Trzeba zdać maturę i zapomnieć o angielskim, na co komu angielski w pięknej Polsce… Tylko tych dwunastu lat nauki trochę szkoda, no ale przecież traci się je nie tylko na ten angielski.
            Traci się też na polski. Bo co z tego, że zadanie domowe jest: Odpowiedz pisemnie na pytania/Napisz streszczenie tekstu/Scharakteryzuj głównego bohatera powieści, skoro a) pisać składnie, poprawnie gramatycznie i ortograficznie i tak Polacy nie umieją i b) te zadania nie uczą wyrażania własnej opinii na dany temat? Nie lepiej byłoby skutecznie zachęcić młodych do czytania, bo nie dość, że poszerzą własne horyzonty, to jeszcze przy okazji nauczą się ortografii i interpunkcji? Nie, lepiej czytać wciąż te same lektury i wciąż odpowiadać na pytanie „Co autor miał na myśli?”, przy czym odpowiedź ta musi oczywiście pasować do klucza. Lepiej jest rysować jakieś wykresy zdania i inne drzewka decyzyjne, wypisywać cechy takiego to a takiego bohatera, zachwycać się, jak to pięknie Sienkiewicz opisywał przyrodę i pisać „z tąd” albo i „z tam tąd” na Twitterze.




W NASTĘPNYM WPISIE: Mały skok w przyszłość, czyli jak to się robi na studiach?

poniedziałek, 12 listopada 2018

WPIS#19: O OCENIANIU NA WUEFIE, CZYLI DLACZEGO POLSKIE DZIECI NIE LUBIĄ ĆWICZYĆ?

            Między lekcją matematyki i języka polskiego, na dusznej, ze szczelnie zamkniętymi oknami sali gimnastycznej czterdziestoletni wuefista ocenia nastolatki. Czy dobrze odbija piłkę, jak szybko przebiegnie sto metrów, ile wykona skoków na skakance w minutę, jak bardzo się podlizuje, jak wiele ciała pokazuje. W podstawówce jeszcze jest powiedziane: koszulka ma być biała, spodenki czarne i zakrywające więcej niż tylko pośladki. W liceum nikogo już nie obchodzi, kto jak się ubierze, ważne jest, że uczniowie w ogóle ćwiczą. Bo ilość testów sprawnościowych, zaliczeń rzutów do kosza, dwutaktu, brzuszków, biegów i czego tam jeszcze skutecznie odstrasza, zniechęca do sportu.
            W moim liceum było fajnie. Nieprzygotowań miało się nieograniczoną ilość, tyle tylko, że im więcej się ich zużyło, tym niższą miało się ocenę na koniec roku. Dzięki temu dziewczyna zwijająca się z bólu z powodu okresu nie musiała się tłumaczyć, dlaczego nie ćwiczy przez kilka dni w miesiącu – a wiadomo, że w trakcie miesiączki ze sportem należy uważać, trzeba się oszczędzać. Oczywiście, idealnie byłoby, gdyby wuefista na ten czas miał przygotowany zestaw łatwiejszych ćwiczeń. Ale cóż, dwadzieścia osób na sali, wszyscy chcą grać, piłki latają w tę i we w tę, spokojnie rozciągać się gdzieś na boku właściwie się nie da, nie ma gdzie. Dobrze już, niech dziewczyna nie ćwiczy w ogóle, zawsze to jakieś wyjście. Przynajmniej w następnym tygodniu przyjdzie i z uśmiechem na twarzy będzie ćwiczyć, bo nikt jej nie zmuszał, by ćwiczyła, gdy brzuch boli.
            Takie podejście nie zdarza się często. Zazwyczaj, jak i na innych przedmiotach, ma się zaledwie dwa nieprzygotowania do wykorzystania (na średnio trzy wuefy w tygodniu) i coś takiego jak niedyspozycja nie istnieje. Dopiero, gdy dziewczyna ze łzami w oczach wyduka, że dzisiaj nie da rady, wuefista może łaskawie pozwoli jej posiedzieć na ławce. Wszystko zależy od nauczyciela, od jego wyrozumiałości. I, co ciekawe, to mężczyźni częściej godzą się, by uczennice nie ćwiczyły niż kobiety. A wydawałoby się, że powinno działać coś takiego, jak kobieca solidarność…
            W moim liceum było fajnie – do czasu. Bo jednak „z czegoś ocenę końcową trzeba wystawić”. I nie wystarczy to, że oceniało się nas za systematyczność i zaangażowanie na zajęciach. Co to, to nie, trzeba było przeprowadzić sprawdzian. Niezależnie od tego, z czego był, sprawa zawsze przedstawiała się tak: dzisiaj ćwiczymy, na następnych zajęciach zaliczenie. Nikogo nie interesowało, czy ktoś ma kondycję, żeby przebiec te kilkaset metrów i zasłużyć na przyzwoitą oceną, czy nie. Ci, którzy coś trenowali, biegali dla własnej przyjemności, uzyskiwali najlepsze wyniki, pozostali ledwo łapali się w wyśrubowanej normie. Bo to nie jest tak, że nauczyciel ocenia na tle klasy; on ma wydrukowane tabelki, przygotowane przez nie wiadomo kogo, gdzie jest powiedziane, że na dwóję tyle, na tróję tyle, i tak dalej, i tego się kurczowo trzyma. Bo osoba w twoim wieku powinna co najmniej sto razy skoczyć na skakance w ciągu minuty, a ty przeskoczyłaś ledwie 80, więc zapraszam na poprawę na konsultacje. I nie ma, że boli, trzeba poświęcić swój prywatny czas w domu (którego i tak jest mało ze względu na zadania domowe z innych przedmiotów i naukę do sprawdzianów), wykosztować się na kupno sprzętu i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Ponieważ w szkole jest czas tylko na ocenienie postępów.
            Przy tym co roku są organizowane kampanie w stylu „Sport to zdrowie”, jakieś dni sportu, konkursy (znowu konkursy! w szkole wszystko opiera się na konkursach!). A ja głupia myślałam, że w sporcie chodzi o dobrą zabawę, o zadbanie o siebie, o rozwijanie umiejętności społecznych – bo przecież w grach zespołowych to współpraca, a nie rywalizacja, jest najważniejsza. Ale nad współpracą się nie pracuje, bo polski uczeń z założenia ma sam harować na swój sukces, ma sam wydzierać, kawałek po kawałku, wiedzę i, broń Boże, z nikim się nią nie dzielić. A po ostatecznym zwycięstwie ma sam świętować, bo na dyplomie łatwiej wpisać jedno nazwisko niż dwadzieścia…




W NASTĘPNYM WPISIE: Polski uczeń-samotnik.

poniedziałek, 5 listopada 2018

WPIS#18: O NAJWAŻNIEJSZEJ NA ŚWIECIE MATURZE USTNEJ Z POLSKIEGO

            Matura ustna z polskiego straszy co najmniej od pierwszej klasy liceum, zwłaszcza w klasach niehumanistycznych. Bo egzamin ustny jest jeden dla wszystkich, nie można wybrać poziomu, więc wiadomo, że ci, co rozszerzają język polski, będą mieli łatwiej. Ale czy aby na pewno?
            Poloniści mówią, że tak, oczywiście, bo uczniowie-humaniści mają więcej lektur to przeczytania, a więc i więcej przykładów to poparcia swoich tez. Bo na egzaminach w Polsce rzadko kiedy można wykorzystać sytuacje z życia wzięte, przecież egzystencję znacznie lepiej opisali XIX-wieczni pisarze, Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Prus… I ci z początku, ale TYLKO z początku XX wieku, jak Wyspiański czy Gombrowicz. Po II wojnie światowej nastąpiła czarna dziura i nikt już nic mądrego nie napisał, co najwyżej jakiś wiersz do przeczytania przy okazji. Stachura nigdy nie istniał, o Lemie nikt nie słyszał, Tokarczuk nie dostała Bookera… Szymborska dostała Nobla, więc poświęci się jej lekcję czy dwie, więcej nie potrzeba. Miłosza kilka wierszy też się przeczyta, ale raczej jako uzupełnienie, pokazanie dialogu między twórcami.
            Tak to wygląda w klasach niehumanistycznych, których, statystycznie rzecz biorąc, od klas humanistycznych jest co najmniej dwa razy więcej. Zatem co najmniej dwie trzecie maturzystów wychodzi ze szkoły, nie znając twórczości ostatniego półwiecza.
            Ale nie o tym była mowa. Mowa była o potworze-maturze. Ten ustny polski jest tak straszny, że trzeba się do niego przygotowywać całe trzy lata. I bardzo dobrze, w końcu umiejętność tworzenia ustnej wypowiedzi jest dość istotna, nieprawdaż? Gorzej, że kosztem tego właściwie nie ćwiczy się pisania. I to już nie tylko wypracowań, ale nawet najprostszego zdania licealiści nie potrafią stworzyć. A potem idą sobie w świat… Czasem, czytając komentarze w Internecie, zastanawiam się, czy ktokolwiek rozumie, co autor miał na myśli. Podobnie muszą się czuć egzaminatorzy w czasie czytania matur.
            I żeby nie było, tego mówienia też się w szkole nauczyć nie sposób, przynajmniej nie po polsku. Na angielskim jest fajnie – nie dość, że grupa zazwyczaj mniejsza niż cała klasa, to jeszcze równolegle rozwija się wszystkie umiejętności językowe, więc i słów nie brakuje, i pisać się umie, wie się, jak powinna wyglądać spójna, logiczna wypowiedź. A jak już trzeba ją ustnie zaprezentować nauczycielowi, to robi się to w cztery oczy, po cichu, w czasie, gdy reszta grupy pracuje nad innymi zadaniami. Jeden stres, że wszyscy naokoło słuchają, mniej.
            A na polskim? Na polskim trzeba wypowiedzieć się przed całą, nierzadko trzydziestoosobową klasą. Oczywiście, ważna jest umiejętność występowania przed publicznością, ale tutaj żadnego zaplecza, żadnego przygotowania do tego nie ma. Bo w liceum nie pisze się wypracowań, a rozprawka licealna to zupełnie coś innego, niż gimnazjalna czy podstawówkowa, więc nawet się nie wie, jak ta wypowiedź powinna wyglądać.
            Więc na polskim nie wiadomo, jak dokładnie stworzyć swoją wypowiedź (i to nie tylko ustną, pisemną też), wiadomo za to, jaki będzie temat. O, tak, tak. To wcale nie jest tak, że się losuje i nie wiadomo, na co padnie, że to rosyjska ruletka. Co to, to nie. Wiadomo, że temat będzie taki, żeby abiturient odniósł się do „Dziadów”, „Wesela” albo „Lalki”. Wszystko sprowadza się do tych trzech lektur. W końcu podstawa programowa została napisana w oparciu o te trzy książki. Jakby innych na świecie nie było…
            Całe trzy lata to jeden wielki stres, bo będzie matura ustna z polskiego, nie będzie można lać wody, jak na części pisemnej, trzeba będzie wszystko bardzo dokładnie uzasadnić, podać konkretne przykłady, potem jeszcze odpowiedzieć na pytania komisji… No i w ogóle to przed wystąpieniem napisać konspekt wypowiedzi w piętnaście minut, nie można stracić głowy, trzeba napisać tak, żeby przez dziesięć minut móc mówić bez zastanawiania się, a temat wylosowało się dopiero co… No nie zdam, nie ma szans.
            A szanse są właściwie stuprocentowe, bo, tak jak wszystko inne w polskiej edukacji, tak i matura ustna z polskiego kuleje. Wystarczy pamiętać, że „Dziady” to mesjanizm i prometeizm, „Wesele” to zderzenie dwóch warstw społecznych, a „Lalka” wcale nie opowiada o miłości. Do tego wykuć na blachę jakiś cytat i będzie dobrze.
            Dobrze? No nie dobrze. Bo mimo, że maturę ustną się zdało, to wcale nie znaczy, że cokolwiek wie się o świecie, że cokolwiek potrafi się zgrabnie powiedzieć. Zna się tylko fabułę i problematykę trzech książek. Trochę mało w świecie XXI wieku…



W NASTĘPNYM WPISIE: O ocenianiu na wuefie, czyli dlaczego polskie dzieci nie lubią ćwiczyć?

sobota, 20 października 2018

WPIS#17B: O MATURZE CIĄG DALSZY, CZYLI JAK WYGLĄDA ŻYCIE LICEALISTY


            W starym systemie (gimnazja i trzyletnie licea) wyglądało to tak:
            Pierwsza klasa: ciąg dalszy gimnazjum, czyli znowu piętnaście przedmiotów i kończenie tego, co, według Ministerstwa Edukacji, powinien wiedzieć młody człowiek. Ciekawostką jest to, że nikt nie sprawdził, czy podstawy programowe różnych przedmiotów nie nachodzą się na siebie. Kończy się tak, że i na biologii, i na geografii trzeba się uczyć o ochronie środowiska. Dokładnie tego samego. Z dokładnie tego samego trzeba napisać sprawdzian. I dostać dwie oceny za dokładnie tę samą wiedzę.
            Druga klasa: rozszerzenia. Każdy uczeń wybiera, co chce zdawać na maturze na poziomie rozszerzonym, i tych przedmiotów (zazwyczaj dwóch czy trzech) ma w planie od czterech do dziesięciu godzin. Wydaje się: ekstra, kocham historię, to będę się uczyć głównie historii, wolę fizykę, będę mieć fizykę. Nic z tych rzeczy. Owszem, odpada większość przedmiotów, ostatecznie zostaje się z siedmioma czy ośmioma (przykładowo: w klasie humanistycznej mamy polski, historię, matematykę, angielski, drugi język obcy, wuef, przyrodę, ewentualnie wiedzę o społeczeństwie, religię/etykę, w klasie matematyczno-fizycznej polski, matematykę, fizykę, angielski, drugi język obcy, wuef, historię i społeczeństwo, ewentualnie informatykę, religię/etykę i tak dalej), ale zazwyczaj licea oferują tylko konkretne klasy: humanistyczna, matematyczno-fizyczna, biologiczno-chemiczna… W niewielu przedmiotach osoba lubiąca matematykę i historię czy polski i biologię znajdzie klasę dla siebie. Do tych szkół, w których samemu dobiera się rozszerzenia jest zazwyczaj najwyższy próg… Trzeba więc uczyć się tego, co się ma, czy się to lubi bardzo, czy trochę mniej.
            Ciekawym tworem jest historia i społeczeństwo (HiS) oraz przyroda. To cztery godziny tygodniowo, które można zrealizować w całości w drugiej klasie lub część zostawić na klasę trzecią. O przyrodzie niewiele jestem w stanie powiedzieć, bo pojawia się tylko w klasach o profilach humanistycznych. Ja chodziłam do matematyczno-fizycznych, więc miałam HiS. Teoretycznie są do tego cztery podręczniki, każdy nauczyciel sam wybiera, na czym chce się skupić. Jest na przykład wojna i wojskowość, rewolucje, dyplomacja na przestrzeni wieków. Niby fajnie. Ale. To wiąże się z tym, że w ciągu roku czy dwóch cztery razy zaczyna się od antyku. Antyk jest ulubioną epoką Ministerstwa Edukacji. Pojawia się łącznie 10 (słownie: dziesięć) razy w ciągu całej edukacji, równolegle na polskim i historii. Na HiSie ma się już tego antyku serdecznie dość. Nie dziwne więc, że w czasie lekcji ogląda się filmy/gra się w karty/rozmawia z kolegami, a na sprawdzianach ściąga. Wszystko po to, by nie zaprzątać umysłu kolejnymi datami i postaciami, które nigdy więcej się w życiu nie przydadzą.
            No właśnie. To jest w liceum problem: brak egzaminu ze wszystkich przedmiotów. W pierwszej klasie olewa się te przedmioty, których nie będzie się miało w następnej, w drugiej HiS. Wystarczy je zaliczyć i ma się spokój do końca życia, więc po co się uczyć? Nauczyciele wiedzą, że uczniowie są zainteresowani zupełnie innymi dziedzinami nauki, więc i oni nie przykładają się do prowadzania lekcji, na sprawdzianach pozwalają ściągać. I oni wolą się skupić na klasach, w których rozszerza się ich przedmiot. Już w pierwszej klasie mogą tam sygnalizować, że w danym temacie chodzi o coś więcej, podawać dodatkowe wzory, zadawać trudniejsze zadania. A w klasie drugiej przerobić CAŁY materiał potrzebny do matury. Dlaczego?
            Żeby w trzeciej móc powtarzać do matury, ot co.
            Jak już pisałam, uczyłam się w klasie matematyczno-fizycznej. Mało kto opanował w drugiej klasie cały materiał. Większość ledwie zaliczała sprawdziany, bo nie wiedziała, że trzeba się uczyć. Nauczyciele się tym nie przejmowali, w końcu musieli iść dalej, żeby ze wszystkim skończyć. I wyszło na to, że w klasie trzeciej zamiast powtarzać lepiej byłoby przerobić wszystko od początku, wolniej. Ale na to nie ma czasu. Więc uparcie powtarzaliśmy to, czego nie umieliśmy.
            (Na fizyce. Z matematyką szliśmy normalnie, po Bożemu, z materiałem rozłożonym na dwa lata.)
            Kiedy się nie wie, co napisać, matura naprawdę jest straszna. Jakieś niezrozumiałe polecenia, dziwne wzory, dawno zapomniane pojęcia… Ja miałam o tyle łatwo, że fizyki przykładnie się uczyłam, przynajmniej ogarniałam, o co chodziło w zadaniu. Z matematyką gorzej, ale to nie był problem, bo na studia ostatecznie poszłam lingwistyczne. W przeciwieństwie do mojej klasy, która w przeważającej większości wybrała politechnikę, i która w połowie klasy maturalnej w 1/3 była zagrożona z fizyki, a w 1/2 z matematyki (nie przesadzam!).
            A poza maturą z przedmiotów rozszerzanych jest jeszcze podstawowy polski, ustny i pisemny, największa zmora nie-humanistów. Ale o tym następnym razem.


W NASTĘPNYM WPISIE: O najważniejszej na świecie maturze ustnej z polskiego

WPIS#17A: POTWÓR-MATURA, CZYLI JAK SKUTECZNIE ZASTRASZYĆ UCZNIÓW


            O maturze słyszy się już w podstawówce. „Jak przyjdzie klasa maturalna, to dopiero zobaczysz, co to nauka”. „Przy maturze wszelkie sprawdziany to pikuś”. Wtedy matura jawi się jako odległy, niezbyt dobrze jeszcze pojęty cień. Nie wiadomo, co to tak naprawdę jest. Przy egzaminie na koniec podstawówki zapala się pierwsza czerwona lampka. Aha. To to tak będzie. Rok stresu, nerwowego zakuwania, powtarzania, cyrk przy losowaniu miejsc do siedzenia, galowy strój, komisja egzaminacyjna, zaczernianie kratek przy wybranej odpowiedzi, wpisywanie PESELu po milion razy, naklejanie naklejek, zachowywanie wszelkich procedur bezpieczeństwa…
            W gimnazjum matura była już wyraźniejsza, zwłaszcza, gdy doszło do egzaminów. Najpierw ten przedmiot, potem inny, dwa w ciągu dnia, i tak przez trzy dni. Trzy dni, sześć testów z zupełnie odległych dziedzin. Tu polski, tam historia, tu geografia, chemia, fizyka i biologia (w jednym!), tu matematyka, tu języki obce na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Nie dość, że trzeba mieć w małym paluszku definicje ze wszystkich przedmiotów, wszystkich tematów, w końcu nie wiadomo, co się pojawi, to jeszcze umieć sprawnie myśleć, bo przecież wypracowanie samo się nie napisze, zadania z matematyki same się nie rozwiążą.
            Najciekawszy był egzamin z przedmiotów przyrodniczych. Każdy z nich jest bardzo szeroki, do każdego z nich, wiadomo, podstawa programowa jest przeładowana, każdy z nich został skondensowany do siedmiu zadań. Siedem zadań z trzech lat nauki. Zamkniętych. Rosyjska ruletka, nie wiadomo, czego się uczyć, co jest ważne, co nie. Przypomnijmy, że w planie lekcji ma się piętnaście przedmiotów. Na każdy z nich trzeba odrabiać zadania domowe i uczyć się systematycznie. Z każdego z nich są sprawdziany i kartkówki. Większość z nich trzeba opanować w błyskawicznym tempie, bo materiał omawia się szybko, żeby na wszystko starczyło czasu i można było jeszcze wszystko powtórzyć w trzeciej klasie. W praktyce wygląda to mniej więcej tak: miesiąc omawiamy jeden dział, potem jest sprawdzian. Miesiąc na kolejny dział, kolejny sprawdzian. I tak z każdego przedmiotu. Łatwo zauważyć, że mniej więcej co miesiąc trzeba napisać sprawdziany z polskiego, matematyki, angielskiego, biologii, chemii, fizyki, geografii, historii, wiedzy o społeczeństwie… I przedmiotów, których na egzaminie nie ma, takich jak plastyka, muzyka, technika (tak, tak, z tego też są sprawdziany), edukacja dla bezpieczeństwa, drugi język obcy. I mieć jeszcze siłę, żeby ćwiczyć na wuefie i zaliczać na nim skoki przez kozła czy inne biegi na 100 metrów.
            Teraz, kiedy zlikwidowano gimnazja, jest pewnie jeszcze ciekawiej. Trzy lata w rok, jeszcze więcej lektur, jeszcze trudniejszy egzamin… Nie dziwne, że coraz więcej uczniów cierpi na depresję, nie wytrzymuje psychicznie i fizycznie.
            A potem przychodzi potwór. Kolos. Matura.


W NASTĘPNYM WPISIE: O maturze ciąg dalszy, czyli jak wygląda życie licealisty

sobota, 13 października 2018

WPIS#16: O EDUKACJI NAUCZYCIELI, CZYLI CO TAK NAPRAWDĘ KULEJE W SZKOLE

            Wielu jest nauczycieli z rozległą wiedzą ze swojego przedmiotu. Przecież wszyscy skończyli studia. Problemy są dwa: (1) nie zawsze potrafią tę wiedzę przekazać i (2) nauczycielami zostają najsłabsi z rocznika. Jeśli można, to szuka się pracy wszędzie, tylko nie w szkole. To dość logiczne: zarobki nie zachęcają do pracowania często znacznie więcej niż osiem godzin dziennie, również w weekendy. W końcu kiedyś trzeba przygotować materiał na lekcje, sprawdzić sprawdziany i kartkówki… Na samorozwój czy odpoczynek pozostaje niewiele czasu. Trzeba być naprawdę zainteresowanym szerzeniem wiedzy, żeby czemuś takiemu podołać. Ale… no właśnie. Osoby zainteresowane szerzeniem wiedzy raczej nie zatrudniają się w szkołach, tylko zostają na uniwersytecie.
            W klasach I-III w podstawówce jest jeszcze dobrze. Uczą tam absolwenci pedagogiki, wiedzą, jak zająć dziecko, jak uczyć w ogóle. Lubią dzieci, potrafią znaleźć do każdego indywidualne podejście. Traktują uczniów jak jednostki, nie jak numery w dzienniku. Naprawdę znają swoich wychowanków, wszak na koniec roku muszą wystawić ocenę opisową.
            Dalej jest już gorzej. Nie dość, że przedmiotów robi się coraz więcej, podstawa programowa do każdego z nich jest przeładowana, lekcje trwają dłużej, a zadań domowych tyle, że często nie starcza na wszystkie czasu, wreszcie, sprawdziany pojawiają się wszystkie na raz, w ciągu dwóch tygodni trzeba napisać testy ze wszystkich przedmiotów, to jeszcze nauczyciele się zmieniają. Już nie zawsze potrafią przekazać informację w zrozumiały sposób. Częściej opierają się na podręcznikach, mówią: Przeczytajcie ten i ten temat na następną lekcję, zróbcie do niego zadania. Odpowiedzialność za naukę spada na uczniów. Niby to dobrze: to przecież uczniowie, nie nauczyciele, mają się nauczyć.
            Tylko że potem przychodzi czas piętnastu przedmiotów w planie zajęć. Wiele z nich odbywa się więcej niż raz w tygodniu. Nie sposób nauczyć się samemu, tylko z pomocą podręczników, matematyki, polskiego, historii, geografii, biologii, chemii i czego tam jeszcze, o językach obcych już nie wspominając. Nie sposób też zdążyć z systematyczną nauką i odrabianiem wszystkich zadań domowych. Trzeba się uczyć na ostatnią chwilę, zdać, zapomnieć, a zadania spisywać od innych przed lekcją albo robić byle jak. W ten sposób szkoła uczy tylko i wyłącznie kombinowania.
            A jakże inaczej byłoby, gdyby tak odchudzić podstawę programową, ograniczyć się do naprawdę istotnych kwestii (takich jak rozpoznawanie podstawowych drzew i ptaków z naszego otoczenia – ale nie przez oglądanie obrazków w podręczniku i przerysowywanie ich do zeszytu, jak to miało miejsce w mojej podstawówce, tylko przez wycieczkę do parku czy lasu i uczenie się w praktyce), i nauczyć nauczycieli, żeby właśnie na ten dwór wychodzić. Żeby nie siedzieć zawsze w klasie. Bo i zagadnień z fizyki, tematów z kinematyki można nauczyć się na boisku – mierząc czas potrzebny na przebiegnięcie stu metrów przez różnych uczniów, na przykład, i potem licząc prędkość każdego z nich. Prace na plastykę też mogą powstawać na świeżym powietrzu. Byłaby to nie tylko przyjemna odmiana, ale i pożytek dla zdrowia. W polskiej szkole przez osiem lekcji siedzi się w ławce, a potem, przy odrabianiu zadań domowych - przy biurku. Na przerwach też nie wychodzi się na dwór, a już na pewno nie zimą, więc dzieci nie są zahartowane, marzną przy byle wietrzyku…
            Ale nie to jest tematem dzisiejszego wpisu. Dzisiaj problem leży w tym, że naprawdę genialnych nauczycieli spotyka się dopiero na uczelni. Dopiero na studiach chce się chodzić na zajęcia, dopiero wtedy uczy się naprawdę ciekawych rzeczy od naprawdę zafascynowanych swoim przedmiotem ludzi. W szkole nauczyciele są sfrustrowani, bo płaca mała, bo czasu mało, bo materiału za dużo, bo uczniowie niegrzeczni, bo nie chcą się uczyć… A w liceum straszy widmo matury, jeśli źle pójdzie, to zaniżą się statystyki nauczyciela. Trzeba więc jak najszybciej wszystko przerobić, tu na szczęście czasu starcza, lekcji z przedmiotów rozszerzanych jest w tygodniu nawet dziesięć, a potem powtarzać. Tylko że jeśli materiał przemyślany na dwa lata przerobi się w rok, to nie ma czego powtarzać. Uczniowie nie zdążyli przyswoić sobie większości informacji, bo nauczyciel pędził, skupiali się tylko na zaliczeniu roku, o maturze jeszcze nie myśleli… A potem statystyki wyglądają tak, że maturę z fizyki czy chemii pisze się średnio na 30%. To śmiesznie mało. Na studiach nie wystarczy. Ponieważ studenci nie znają podstawowych pojęć, to trzeba je na nowo wprowadzać, wykładowcy tracą czas na tłumaczenie, zamiast wprowadzać nowe tematy… Najsłabsi studenci nie mają co liczyć na karierę naukową, więc idą do szkół. I tak problem edukacji zatacza koło.




W NASTĘPNYM WPISIE: Potwór-matura, czyli jak skutecznie zastraszyć uczniów?

poniedziałek, 8 października 2018

WPIS#15: JAK POLSKA SZKOŁA TRAKTUJE OFIARY OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH, CZYLI CO NIECO O ANTYBOHATERZE

            Antybohater po raz pierwszy i jedyny pojawił się w trzeciej klasie liceum przy okazji omawiania opowiadań Tadeusza Borowskiego. Są to tak zwane opowiadania obozowe, pokazują, jak wyglądało życie codzienne w czasie okupacji Warszawy i życie więźnia obozu koncentracyjnego. Tak jak omawianie tego pierwszego aspektu przebiegało mniej więcej bez zastrzeżeń, tak to, co stało się później, woła o pomstę do nieba.
            Zanim przejdę do sedna, warto zaznaczyć, że Tadeusz Borowski żył w czasie II wojny światowej, najpierw do obozu trafiła jego żona, Maria, niedługo później również on sam. Wojnę przeżył, po jej zakończeniu dołączył do komunistów, urodziła mu się córka. W 1951 roku popełnił samobójstwo.
            Kiedy czytałam jego opowiadania, wydawało mi się, że opisuje własne przeżycia, że to taki jakby pamiętnik, tylko upubliczniony. Ale nie. Już na pierwszej lekcji omawiania lektury dowiedziałam się, że narrator jest wykreowany, że to figura artystyczna, która nosi autobiograficzne znamiona autora. Jakie? Chociażby imię: Tadeusz. I wiele innych: ukochana Maria, praca w firmie budowlanej, tworzenie poezji, aresztowanie w czasie łapanki i wywiezienie do obozu, w obozie bycie pomocnikiem kapo. Żeby przeżyć, wszedł w hierarchię obozową. Miał zero współczucia, bezinteresowności w stosunku do innych więźniów, był obojętny, cyniczny. Odebrał ludziom z Oświęcimia heroizm. Ostatnie trzy zdania są wprost przepisane z mojego zeszytu, dokładnie tak powiedziała polonistka przy opisywaniu bohatera – i zarazem narratora - opowiadań obozowych.
            Dalej było już tylko gorzej. Mieliśmy porównać jedno z opowiadań z „Kamieniami na szaniec”. I wyszło na to, że tak jak w powieści Kamińskiego wszystkim wydarzeniom towarzyszył patos i patriotyzm, tak u Borowskiego unikano ryzyka, dominowała chęć przeżycia. To pierwsze jest w porządku, pasuje do naszej historii, naszego, jako Polaków, heroizmu, pasuje do powstania warszawskiego. To drugie jest godne potępienia, zwłaszcza że, jak zaznaczono wcześniej, bohater opowiadań nie pomagał innym więźniom obozu, był obojętny na ich los.
            Ale i to jeszcze nic. Bo skoro Tadeusz z opowiadań zachowywał się nie jak człowieka przystało, to można go bezkarnie oceniać. I powiedzieć, że skoro pracował przy wyładunku Żydów z transportu, a potem ładował ich na ciężarówki do gazu, to powinien był im współczuć. A on? On jest niezadowolony, bo utrudniają mu pracę! Jest więc odporny na zło, beznamiętny, nie ma empatii…
Zdania takie jak: „Człowiek zdegradowany do kondycji zwierzęcia, martwej natury”, „Człowiek staje się towarem, można go sprzedać, przerobić na mydło, zjeść”, wymienia się w klasie bez żadnych uczuć, jakby rzecz dotyczyła fikcyjnej postaci. Jakby II wojna nigdy się nie wydarzyła. Jakby w obozach nigdy nie było żadnych więźniów, jakby nikt nigdy tam nie ginął.
Tadeusz z opowiadań też przecież nie jest prawdziwym człowiekiem. To tylko wykreowany narrator, który „opisuje obóz od wewnątrz, bo sam jest więźniem, podczas gdy innych więźniów opisuje od zewnątrz, ponieważ nie zdradza ich myśli, jedynie ich obserwuje, ich miny, gesty. Stosuje więc antypsychologizm i metodę behawioralną”. A poza tym jest antybohaterem, ponieważ posiada same negatywne cechy.
Łatwiej jest wepchnąć te historie w proste schematy, nazwać wszystkie chwyty zastosowane przez autora, uznać, że to nie on jest głównym bohaterem, stwierdzić, że wszystko to wykreował i osadził w konkretnym czasie i miejscu – jak pisarze science fiction. I, co najważniejsze, można wtedy, po dokładnym omówieniu każdego aspektu przedstawionego w lekturze (kalejdoskop scen, człowiek zdeterminowany przez historię, narracja i narrator, bohater opowiadań na tle tradycji literackiej, problematyka moralna – jakby to była najzwyklejsza w świecie książka), odwołać się do „Dziadów”. Bo przecież Borowski wzywa do upomnienia się o te masy, co zginęły w obozach. Jak to określiła polonistka: mówi, żeby „pamiętać nie tylko o wybitnych jednostkach. Wielkie pomniki kultury (piramidy, pałace miasta) upamiętniają władców, ale pomijają niewolniczy trud milionów istnień ludzkich. Życie budowniczych piramid nie różni się od życia więźniów w obozie koncentracyjnym.”
Tworzenie pustych frazesów przychodzi nauczycielom bez większych problemów. Ważne, by odhaczyć punkt w podstawie programowej i nie poruszyć naprawdę ważnych wątków. A tych, w dobie neofaszyzmu, jest naprawdę sporo. Tylko że rozmawianie na ich temat wymaga wrażliwości i pewnego obycia, wyczucia przy omawianiu kwestii trudnych.
Ale na to w szkole nie ma czasu. Najważniejsza jest matura i szukanie podobieństw między różnymi utworami. A że Mickiewicz w „Ustępie” wspomniał coś o chłopach, którzy utonęli w wodach Newy, to można ładnie powiązać te dwie lektury i zamknąć temat II wojny światowej.



W NASTĘPNYM WPISIE: O edukacji nauczycieli, czyli co tak naprawdę kuleje w szkole?

poniedziałek, 1 października 2018

WPIS#14: CZYM ZAWINIŁ NIEŚMIERTELNY BOHATER ROMANTYCZNY


…że się go tak magluje? Młody, indywidualista, poeta, wieszcz, egoista, egocentryk, buntownik, pielgrzym, emigrant, wędrowiec, nieszczęśliwie zakochany, mesjasz, zbawca, postać tragiczna – te słowa pojawiają się najczęściej przy omawianiu romantyzmu. Epoki, która trwała raptem czterdzieści lat, i która, zdawałoby się, w polskiej szkole jest najważniejsza. No tak, wszak wtedy tworzyli Mickiewicz i Słowacki, najwięksi geniusze.
Skoro romantyzm jest najistotniejszy, to i bohater romantyczny jest najlepszym możliwym typem bohatera. Tak, tak, w szkole bohaterów się kategoryzuje, pisarz nie może mieć własnego pomysłu, własnej intencji – musi wpisywać się w schemat, musi obdarzyć swojego bohatera konkretnymi cechami. Może dlatego nie omawia się współczesnej literatury – bo nie została jeszcze odpowiednio sklasyfikowana, bo nie wymyślono nazw bohaterom, nie określono żadnej konwencji twórczej…
Zawsze myślałam, że tak, jak kształt dzieła zależy od artysty, tak interpretacja tego dzieła - od odbiorcy. Że każdy może mieć inną wizję. Ale wypracowanie, w którym uczeń napisałby, że Konrad jest pysznym dupkiem, który uważa się za nie wiadomo kogo, bo zgrabnie rymuje, trudno byłoby ocenić, nie pasowałoby do klucza. Więc? Więc 0 punktów na maturze i do widzenia. Sama miałam podobną sytuację. Napisałam, że Konrad ma pomysł na zmienienie świata. W końcu jest jego Wielka Improwizacja, jest kłótnia z Bogiem, Konrad jakieś tam swoje idee wykłada. Ale nie. Okazało się, że takie stwierdzenie to błąd rzeczowy dyskwalifikujący pracę. Pod pracą znalazłam komentarz polonistki: „„Dziady” to DRAMAT NARODOWY, już przeanalizowany, omówiony. Nie możemy sobie pozwolić na swobodną interpretację”.
Aha. Czyli są książki, których się nie interpretuje, bo ktoś już to zrobił. To po co je omawiać? Lekcje języka polskiego powinny chyba rozwijać twórcze myślenie, uczyć wyciągania wnioski – ale to już zostało zrobione, pozostaje więc tylko zapisać w zeszycie, co na temat konwencji romantycznej dyktuje polonistka, i nie dyskutować. Śledzić, jak nauczycielka analizuje dramat wers po wersie – bo tak się to robi w przypadku wielkich dzieł - grzecznie wykuć wszystko na pamięć, napisać na kartkówce, potem na sprawdzianie, potem na maturze, a w ogóle, to zapamiętać do końca życia, bo przecież inteligentny człowiek zna „Dziady” na wyrywki. Przecież w inteligenckich rozmowach rzuca się cytatami typu „Nazywam się Milijon, bo z miliony kocham i cierpię katusze”, „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?”, „Czym jest me czucie? Ach, iskrą tylko! Czym jest me życie? Ach, jedną chwilką!”, „Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie; Rządzić jak Ty wszystkim zawsze i tajemnie”, „Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi”, „Ja i ojczyzna to jedno”, więc należy i ich się wyuczyć.
Jeśli zaś „Dziady” są dramatem narodowym (a „Pan Tadeusz”, nawiasem mówiąc, epopeją narodową), to Mickiewicz musi być wieszczem narodowym. Musiał napisać coś uniwersalnego, wielkiego, wspaniałego, coś, co chciałoby się czytać, czytać, czytać, i co jeszcze można przedstawić w szerszej perspektywie. Ponieważ stworzył ikonę polskiego romantyzmu, Konrada, to ciągle we wszystkim szuka się odzwierciedlenia tego biednego bohatera. „Nie-boska komedia” – hrabia Henryk, „Kordian” – Kordian, „Balladyna” – Balladyna, „Pan Tadeusz” – Hrabia, ksiądz Robak, „Lalka” – Rzecki, „Ludzie bezdomni” – Judym, „Przedwiośnie” – Cezary Baryka… można wymieniać i wymieniać. Nie ma znaczenia, kiedy powstało dzieło – wszędzie można znaleźć wielkiego indywidualistę, poetę, wędrowca, a więc i bohatera romantycznego. Mówi się, że jest postacią uniwersalną – ale, ale. To zależy od epoki historycznej, od wizji polonistki. Autentyk z lekcji języka polskiego:
Omawiamy opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego. W którymś momencie nauczycielka pyta o przykład bohatera romantycznego. Ktoś odpowiada: Werter. Polonistka na to: Jak to Werter?! Przecież rozmawiamy o obozach koncentracyjnych, w tym kontekście Niemiec jest wrogiem!
Czyli Werter ogólnie jest dobrym bohaterem, pierwszym romantycznym, na nim opiera się analiza wszystkich kolejnych. Ale w latach 1939-1945 jest zły, bo jest… Niemcem. Wszyscy Niemcy w czasie wojny byli źli? Ze słów nauczycielki wynika, że tak. A ona jest w klasie autorytetem, słucha jej trzydziestu młodych ludzi, z jeszcze niewyrobionymi poglądami. Takie kategoryzowanie to prosta droga do ksenofobii – ale polonistka za to nie odpowie, bo i jak ktokolwiek mógłby jej udowodnić, że zaszczepia faszystowskie myśli?



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak polska szkoła traktuje ofiary obozów koncentracyjnych, czyli co nieco o antybohaterze