Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lektury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lektury. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2019

WPIS#38: GDZIE TEN AUTORYTET, CZYLI O POZYCJI NAUCZYCIELA W SPOŁECZEŃSTWIE

           Polski uczeń ma około trzydziestu godzin tygodniowo lekcji, na których musi być, bo jeśli nie, to obniży mu się ocenę z zachowania. To od sześciu do ośmiu godzin dziennie. Nieraz od ósmej do piętnastej, z najdłuższą przerwą dwadzieścia minut, zazwyczaj bez możliwości porządnego odpoczynku między lekcjami i ze śmieciowym jedzeniem kupionym w sklepiku. Bez możliwości wyjścia na przerwie na dwór, przewietrzenia się, wybiegania. Za bieganie po korytarzach grozi uwaga. Po powrocie do domu obiadu zwykle nie ma, bo rodzice pracują. Jest za to góra zadań domowych i zapowiedziane – z tygodniowym wyprzedzeniem, zgodnie ze statutem szkoły – trzy sprawdziany, do których trzeba się nauczyć, do tego jeszcze nauczyciel matematyki coś wspominał o niezapowiedzianej kartkówce, aha, jeszcze praca na plastykę, nauczyć się piosenki na muzykę, wypełnić ćwiczenia z pisma technicznego na technikę, zrobić kartki Wielkanocne na zajęcia artystyczne, oj, jeszcze ćwiczenia z biologii i chemii, szlag, kartkówka z geografii będzie, trzeba wykuć mapę świata na pamięć, najdłuższe rzeki, najgłębsze jeziora, najwyższe szczyty, co gdzie leży i jak się nazywa, jutro będzie pytanie ze słówek z angielskiego, na następnej lekcji polskiego piszemy wypracowanie, przydałoby się przypomnieć sobie lekturę, na historię trzeba było przeczytać temat z podręcznika, już jedna jedynka za to wpadła, dobrze by było nadrobić. Poza tym znajomi narzekają, że dawno się nie widzieliśmy, chcą się spotkać w weekend… Ale nie, może lepiej zająć się nauką. Już szesnasta, ale do północy jeszcze dużo czasu, jeszcze wiele można zrobić.
            To nie jest wcale wytwór mojej bujnej wyobraźni. Tak wygląda rzeczywistość ucznia polskiej szkoły, 7/8 klasa, gimnazjum, pierwsza liceum – kilka lat z życia, bo Ministerstwu zachciało się 15 różnych przedmiotów. Nauczyciele ze wszystkich tych przedmiotów mają swoje wymagania, każdy przedmiot jest najważniejszy, do każdego trzeba się przygotowywać, na każdy sprawdzian trzeba się uczyć, każdą jedynkę poprawić, do tego mieć bardzo dobre lub wzorowe zachowanie – wszystko po to, by na świadectwie wydrukowali ci czerwony pasek, a w rekrutacji do następnej szkoły policzyli więcej punktów.
            Jednak to nauczyciele, a nie uczniowie, strajkują. Bo dość mają, że wmawia im się 18-godzinny tydzień pracy, wolne ferie i dwa miesiące wakacji. Bo dość mają, że za grosze wychowują rozwydrzone dzieciaki wiecznie niezadowolonych rodziców. Bo dość mają ciągłego szykowania sprawdzianów, przeprowadzania ich i sprawdzania. Bo wreszcie chcieliby odzyskać zatracone gdzieś w szkolnych korytarzach poczucie godności.
            Bardzo dobrze, że strajkują. W szkołach już mamy taki chaos, że każda kolejna akcja przybliży nas do prawdziwej reformy. Jednak taka forma strajku nie przywróci nauczycielom bycia autorytetem. Dlaczego? Cóż:
1)    nie wsparli rodziców przy strajku przeciw likwidacji gimnazjów;
2)    strajkują tylko w sprawie podwyżek, słowem nie wspominając o wrześniowej kumulacji roczników;
3)    ciągle są niedouczeni w zakresie psychologii, pedagogiki i wychowania;
4)    uczniowie dla nich są tylko numerami w dzienniku;
5)    ani myślą zmieniać starych, dobrych metod nauczania.
To tylko kilka z powodów. Póki to się nie zmieni, nie ma co liczyć na dobrą szkołę, czy nauczyciele dostaną podwyżki, czy nie. Uczniowie wciąż będą chodzić przygnieceni plecakami wypchanymi podręcznikami, zapchanym do granic możliwości terminarzem i bezsennymi, poświęconymi na naukę nocami. Nauczyciele wciąż będą jeszcze się na nich wyżywać, obrażać, wyzywać od idiotów i nieuków. Wciąż wszyscy będą walczyć, by zrealizować nierealizowalną podstawę programową, by sprostać wymaganiom Ministerstwa. Wciąż będą się nawzajem straszyć maturą i marzyć, że na studiach będzie lepiej. Nie będzie, bo i szkolnictwo wyższe wymaga reformy.
Polska szkoła to potwór, który mieli wszystko, nie patrząc, czy to uczeń, czy nauczyciel, czy rodzic, czy babcia – wszyscy cierpią, w ten czy inny sposób, starając się jakoś przez to bagno przebrnąć i zachować jeszcze sił na dalsze życie. Wydostałam się z tego w zeszłym roku, mniej więcej w tym czasie zaczynało do mnie docierać, że już zaraz matura, że już zaraz koniec. Martwiłam się tylko o jedno – o podstawowy polski, zmorę wszystkich, humanistów i ścisłowców, o którym nieraz pisałam. Zdałam lepiej niż podejrzewałam, dostałam się na wymarzone studia. Zerwałam ze szkołą tylko po to, by zaraz do niej wrócić – we wpisach na tym blogu. Nie tylko ja tak mam – o tym koszmarze nie da się zapomnieć. Chociaż matura dawno za nami, w rozmowach ze znajomymi ciągle wraca temat motywów w „Lalce” czy „Panu Tadeuszu”. Ciągle słyszę, że „Dziady” to wybitny dramat, a Sienkiewicz wielkim pisarzem był. Gdy słyszę nacjonalistów krzyczących „Precz z Żydami/Ukraińcami/uchodźcami/gejami/lewakami (i tak dalej)”, widzę polonistkę, wygadującą bzdury o antybohaterze. Gdy muszę się nauczyć czegoś na pamięć, myślę o gimnazjalnym podręczniku z biologii, pełnym niezwykle istotnych notek encyklopedycznych do wyuczenia.
Mam tego dość. Narzekaniem nic nie zmienię. Nawet jeśli poruszyłam na tym blogu ważne tematy, to i tak nie ma znaczenia, bo do wymiany jest absolutnie cały system. Nie ma nic, co mogłoby się ostać, nie ma więc sensu pisać o plusach i minusach polskiej edukacji – lepiej pomyśleć, co można zrobić, by już teraz było łatwiej.
Dlatego podjęłam decyzję o zamknięciu bloga, jednak całkiem nie zniknę – znajdziecie mnie na Instagramie pod nazwą @styropianowy_kucyk. Będę tam udostępniać sprawdzone sposoby na naukę, ale nie tylko, znajdzie się też trochę rozrywki. Mam nadzieję, że to chociaż trochę pomoże przetrwać szkolne lata – a może i ułatwi studenckie czy dorosłe życie.  


poniedziałek, 18 marca 2019

WPIS#37: DLACZEGO POLSKI NAUCZYCIEL JEST NIESKUTECZNY

Kiedy próbuje się narzekać na nauczycieli, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „Przecież to jednostkowy przypadek”, „Wiadomo, że nie każdy nauczyciel jest świetny w swoim zawodzie”, „Są nauczyciele genialni i nauczyciele słabi”, „Nie można mieć wszystkiego”. Wszystko to prawda – spotkałam na swej drodze i wspaniałych pedagogów, i takich, którzy w ogóle nie powinni uczyć. Martwią mnie jednak liczby – bo tych świetnych nauczycieli naliczyłam się na mojej drodze pięciu. Pozostałych jest około dziewięć razy więcej. Jak to możliwe?
Oczywiście, nie można narzekać na samych nauczycieli – rozumiem, jak trudną, wymagającą i niedocenianą pracę wykonują. W końcu i ci słabi nauczyciele czegoś mnie nauczyli – tego, co przewiduje podstawa programowa, chociażby. Wiem już też, jak wykorzystywać czas na nudnych lekcjach (uczyć się do czegoś innego), umiem szybko notować (dzięki nauczycielom czytającym na głos podręcznik i każącym uczniom wszystko, co przeczytają, zapisywać), wreszcie, zrobiłam sobie ranking metod nauczania – już wiem, co robić, a czego nie, gdy sama będę nauczycielką. Po przeanalizowaniu tego rankingu można wysunąć jeden wniosek: większość nauczycieli prowadzi lekcję w dokładnie ten sam sposób. Kreatywności brak. I, co ważniejsze, wolnej ręki.
Bo tak naprawdę winni są nie nauczyciele – winny jest sam system edukacji. System, który narzuca przerobienie szczegółowej podstawy programowej w zaledwie 12 lat. Jakbym chciała się wszystkiego tego nauczyć, zrozumieć to i zapamiętać na całe życie, musiałabym poświęcić co najmniej dwa razy więcej czasu!
Ale zacznijmy od początku. Na studia idą absolwenci polskiej szkoły – nauczeni odtwórczej pracy, bezmyślnego słuchania nauczycieli, wykonywania zleconych zadań i niezadawania niewygodnych pytań, oraz, o zgrozo, wyłączania myślenia w kluczowych momentach (na przykład na egzaminach, gdzie ważniejsze jest trafienie w klucz niż wykazanie się kreatywnym i logicznym rozumowaniem). Przez kilka lat uczą się w podobnych jak w szkole warunkach – słuchają wykładowców, czasem coś zanotują, tuż przed sesją zakują, zdadzą, potem zapomną, jako tako napiszą pracę dyplomową i zaczną rozglądać się za pracą. Tak się akurat zdarzy, że nigdzie nie będzie wolnych wakatów, akurat nikt po tym konkretnym kierunku nie będzie potrzebny. Cóż, nie ma co załamywać rąk, zawsze można zrobić kurs, zostać nauczycielem. Kurs jest krótki, ale intensywny, szybko można się zatrudnić. W szkole na początek nauczyciele dostają do przeczytania podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej tę podstawę realizujący i – idą uczyć.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. To był przykład selekcji negatywnej do zawodu nauczyciela. Ale przecież już wiemy, że mamy również nauczycieli z powołania. Ci uczą się pilnie, interesują się różnymi aspektami poznawanego materiału, szukają sposobów na jego efektywne opanowanie. Po ukończeniu studiów idą do szkoły, bo zawsze o tym marzyli – wlewać wiedzę do głów uczniów, patrzeć, jak się rozwijają, rozbudzać ich ciekawość… Na wstępie dostają podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej ją realizujący, tworzą własne materiały dla uczniów i – idą uczyć.
Jedni i drudzy spotykają się z rozczarowaniem. Pierwsi – bo co z tego, że mają wiedzę i pomoce naukowe, skoro nikt nie nauczył ich, jak pracować z człowiekiem? Drudzy – bo co z tego, że mają wiedzę i potrafią ją przekazać, skoro ich ruchy ogranicza podstawa programowa?
Podstawa programowa to coś, na co wszyscy się żalą – uczniowie, nauczyciele, rodzice. Od kilku lat mówi się, że jest przeładowana. Ministerstwo, w odpowiedzi na te głosy, jeszcze ją rozszerzyło i jednocześnie skondensowało trzy lata w dwóch. To, co już w gimnazjum było trudne do przerobienia na czas, teraz jest praktycznie niemożliwe. Co zresztą widać po wynikach ósmoklasistów w próbnych testach.
Poza autorytarnym ustalaniem, czego uczyć, a czego nie, podstawa programowa robi coś jeszcze gorszego: zmienia nauczycieli w roboty. Naprawdę nie trzeba myśleć, by przeprowadzić lekcję. Wystarczy punkt po punkcie przerobić temat opisany w podstawie.
A jak zachęcić uczniów, by się tej podstawy nauczyli? Tego przeciętny nauczyciel nie wie, straszy więc kartkówkami, sprawdzianami, egzaminami, wyższym etapem edukacyjnym („teraz to jest zabawa, w liceum/na studiach – to dopiero będzie nauka!”). Nie działa? Musi zadziałać – bo innej broni przeciwko bandzie rozwydrzonych dzieciaków nie ma.
Gadają na lekcji, bawią się telefonami, pyskują, nie wykonują poleceń – to wszystko wina rodziców! Nie uczą się, przynoszą słabe stopnie, pyskują, nie słuchają się – to wszystko wina nauczycieli! Tak właśnie od lat trwa wojna między nauczycielami a rodzicami. Jedni narzekają na drugich, szukają winnych w niewłaściwym zachowaniu uczniów, a uczniowie miotają się między nimi, starając się jakoś wszystkich zadowolić. Jednocześnie uczą się, kim naprawdę są, co chcą robić w życiu, nawiązują przyjaźnie, tworzą pierwsze związki. Do tego dojrzewają, hormony w nich buzują, sami nie wiedzą, co się z nimi dzieje – bo nikt im tego nie powiedział, nikt z nimi nie rozmawia inaczej niż przez wydawanie poleceń. Nie dziwne, że rozrabiają, gdy tylko poczują, że mogą sobie na to pozwolić.
Szkoła to taka miniatura Polski – wszyscy kłócą się ze sobą, ale tak naprawdę nie wiedzą, o co, wykorzystując jako argumenty najsłabszych. Panuje w niej chaos i biurokracja jednocześnie, liczą się tylko cyfry, wykresy, procenty, wyniki, sam człowiek jako jednostka jest zaś nieistotny.
To widać już na pierwszy rzut oka. Kto jest dzisiaj dyżurnym? Numer jedenasty. Nie: Kowalski. W szkole uczniowie to numery. Numery przypisywane do klas, za każdą klasę odpowiada jeden, najwyżej dwóch nauczycieli, którzy z kolei podlegają dyrektorowi, dyrektor odpowiada przed kuratorium, kuratorium przed Ministerstwem. System doskonały, zdawałoby się: każdy ma swoje miejsce, każdy ma swojego przełożonego. Wystarczy jednak przeczytać jedną z lektur przez ten system proponowanych, „Rok 1984” Orwella, by przekonać się, że takie systemy się walą.
Bo człowiek jest istotą myślącą. Czuje. Ma swoją godność. Odarty z niej, zaczyna się buntować. Jeśli źle się czuje, zaczyna się buntować. Jeśli nie może swobodnie myśleć, zaczyna się buntować.
Nauczyciel jest zewsząd atakowany, wytyka mu się „18-godzinny tydzień pracy, ferie i dwumiesięczne wakacje” – to utrata godności. Jest oceniany za osiągnięcia, na które sam nie pracuje (bo liczą się wyniki egzaminów jego uczniów, a nie jego samego) – to znowu godność. Uczniowie na przerwach (a czasem i na przerwach) mieszają go z błotem, podobnie rodzice na zebraniach podważają jego kompetencje – przez to czuje się źle. Podstawa programowa narzuca mu właściwie sposób prowadzenia lekcji, nie pozwala na kreatywność i samodzielny wybór tematów – to ograniczenie myślenia.
Nauczyciel ma więc powody do buntu. I buntuje się – a że przez to ciągłe mieszanie z błotem, wytykanie, ocenianie, itd. ma niskie poczucie własnej wartości i zwyczajnie się boi, to buntuje się w sposób co najmniej dziwny. (Kiedy pisałam ten post: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/11/wpisbonus-temat-jak-z-horroru-protest.html byłam przekonana, że strajk tuż-tuż. Okazało się, że trzeba na niego poczekać, aż nauczyciele się upewnią, że społeczeństwo ich popiera, i że sami tego strajku chcą. Stąd ciągłe straszenie buntem, jakieś referenda, jakieś artykuły – tylko po to, by się… no właśnie nie wiem. Usprawiedliwić? Przekonać, że warto? Już nawet uczniowie działają szybciej, w jednym tygodniu zapowiedzieli, w drugim przeprowadzili manifestację w sprawie klimatu…)
Nawet nie chcę analizować, jakie powody do buntu ma uczeń. Wiem jednak jedno: ma poważną broń w zasięgu ręki. I jeśli zechce, może wywrócić system do góry nogami. Co śmieszniejsze, tę broń włożył mu do ręki sam system. Dość pomyśleć, co by się stało, gdyby nagle tysiące uczniów nie zdało do następnej klasy…
Jedno jest pewne: ten system runie, bo musi runąć. I to już niedługo.


W NASTĘPNYM WPISIE: Gdzie ten autorytet, czyli o pozycji nauczyciela w społeczeństwie

poniedziałek, 21 stycznia 2019

WPIS#29: KOBIETA TO GORSZA WERSJA MĘŻCZYZNY, WIĘC PO CO ZAPRZĄTAĆ SOBIE GŁOWĘ JEJ TWÓRCZOŚCIĄ CZY ODKRYCIAMI

            Ostatnio liczyłam, że w całej podstawie programowej z języka polskiego dla liceum jest 7 (słownie: siedem) nazwisk kobiet. Tylko siedem kobiet napisało coś na tyle dobrego, by kazać uczniom to czytać.
            Ależ nie, nie, nie kazać. Żadne z tych nazwisk nie jest opatrzone gwiazdką, czyli żadna książka napisana przez kobietę nie jest lekturą obowiązkową. Część z nich można przeczytać „przy okazji” (jak na przykład wiersze Szymborskiej przy omawianiu współczesnych porządnych, męskich twórców), część można wybrać spośród kilku innych porządnych, męskich pozycji (jak książkę nagrodzonej w zeszłym roku nagrodą Bookera Tokarczuk. Żeby nie było – w szkole nikt na temat tej nagrody słowem nie pisnął, jakby Tokarczuk nie była Polką i nie było z czego być dumnym), część można w ogóle pominąć. Kończy się tak, że czytamy słabiutko napisaną „Granicę” Nałkowskiej (taka tradycja czy jak? Nie dało się tego przeczytać, ominęłam sto stron i nic nie straciłam…), świetnie grającą na emocjach, ale nic nie wnoszącą do życia „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall, jakieś wiersze Safony (wiadomo, coś z antyku musi być…), kilka wyjątkowo nieudanych przykładów poezji Iłłakowiczówny i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i, tuż przed maturą, trochę Szymborskiej, tak dla zachowania pozorów.
            Dla porównania: twórczość Wielkiego Wieszcza Mickiewicza wałkujemy przez co najmniej dwa miesiące. Wspaniały Prozator Który Wcale Nie Zmyślał Historii Sienkiewicz pojawia się i w gimnazjum, i w liceum – za każdym razem z gwiazdką. Cierpiący Po Śmierci Córki Kochanowski tak samo. Dzięki tym panom, a także i wielu innym, w głowie ucznia kreśli się obraz kobiety jako niewinnej, zagubionej w świecie duszyczki, najlepiej dziewicy, która wyczekuje na swojego księcia z bajki, albo też, o zgrozo, odsyła go z kwitkiem, przez co ten niszczy wszystko, co osiągnął (Wokulski…). Nie powinno więc zatem dziwić, że chłopcy w liceum śmieją się z feministek, nazywają je wariatkami, idiotkami, czarownicami, nie szanują swoich koleżanek z klasy, a jedyne, na co są w stanie się zdobyć, to przepuszczenie dziewczyny w drzwiach… No świetnie, utrwalajmy dalej te schematy spychające kobiety na gorszą pozycję. Dla ogólnej wiadomości: potrafię sama sobie otworzyć drzwi i nie rozumiem, dlaczego nie mogę czasem przepuścić w nich mężczyzny.
            Nawet był kiedyś taki temat na maturze: „Kobieta – anioł czy źródło cierpień?”. Na podstawie „Dziadów” części IV, oczywiście. Cóż… ja bym chciała być po prostu człowiekiem. Gorzej, że wśród szkolnych lektur nie znajdę przykładu na poparcie swojej tezy. A jak powszechnie wiadomo, argument bez przykładu nie istnieje. Trzeba więc pisać o tym aniele. Albo może o źródle cierpień. O tym drugim świadczą przecież problemy takich znamienitości, jak Gustaw, Werter czy Wokulski.
            Okej. Czyli polski uczeń kończy szkołę ze świadomością, że kobieta to źródło cierpień. Ale nie tylko. Ponieważ jednak coś tych biednych kobiet musi przeczytać, to utwierdza się w przekonaniu, że kobiety nie potrafią pisać. Albo i szerzej – w ogóle nic nie potrafią zrobić. Jedyna kobieta-naukowiec, o której mówi się w szkole, to Maria Skłodowska-Curie, którą zabił pierwiastek przez nią samą odkryty. A to gapa.
            Wracając do tematu: książki kobiet są zazwyczaj naiwne, nieciekawe, naciągane, powielają schematy ustanowione przez mężczyzn, grają na emocjach, prawią o wszystkim i o niczym, walczą na siłę. Kto chce się kłócić, niech najpierw przeczyta wspomniany wcześniej koszmar, „Granicę”. Ja wiem, po iluś tam latach pamięta się, że czegoś tam uczyło, o jakichś wartościach mówiło – ale to dlatego, że polonistka znalazła w tym bełkocie treść. Proszę przeczytać jeszcze raz, na świeżo. Albo chociaż spróbować.
            Ja sama dałam się na to nabrać i długo powtarzałam, że z własnej woli nigdy nie przeczytam żadnej książki napisanej przez kobietę. (Przynajmniej tej z wyższej półki, jakieś fantasy czy inne science fiction czytałam). Aż nagle trafiłam na Natalkę Śniadanko. I się okazało, że można.
            Problem słabych książek to nie jest wina kobiet, raczej tego, że przez stulecia nie mogły w ogóle tworzyć. Przez to pięknie nam się wykształciła twórczość męska, ale kobieca już nie bardzo. I, jako pisarka, trzeba się naprawdę starać, by nie wpadać w męski styl pisania – bo to będzie naciągane, nieprawdziwe, niezdatne do czytania. Trzeba szukać czegoś swojego – zupełnie od postaw, tak jak to robili mężczyźni wieki temu. Ciekawy przyczynek do dyskusji, nieprawdaż? Cóż, w szkole takiej nie uświadczymy – przynajmniej dopóki nie zaczniemy dostrzegać tej drugiej połowy ludzkości. A szkoda, bo wiele skarbów, takich jak Natalka Śniadanko, pozostaje nieodkrytych.
            I jeszcze jedno. Niedawno pisałam o Biblii. Że omawiamy, czytamy, zachwycamy się Bożą sprawiedliwością, uczymy się na pamięć przypowieści, bla, bla, bla. W Biblii są trzy księgi poświęcone kobietom – Księga Rut, Księga Estery, Księga Judyty. Jak dla mnie – najciekawsze w całym Piśmie Świętym. Ale polski uczeń o nich nie usłyszy, bo nie pokazują wielkości Boga, a wielkość człowieka. I to jakiego człowieka – kobiety!!!


W NASTĘPNYM WPISIE: Bądźmy chodzącą encyklopedią!

sobota, 19 stycznia 2019

WPIS#BONUS: W SPRAWIE ADAMOWICZA

            Rok temu o tej porze na lekcjach języka polskiego omawiałam opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego. Na początku cała klasa siedziała przygnębiona lekturą, niektórzy mieli łzy w oczach, trudno sobie było poradzić z ogromem zła i cierpienia tam opisanym. Z każdymi kolejnymi zajęciami emocje opadały. Bynajmniej nie dlatego, że rozmawialiśmy. Raczej to nauczycielka skutecznie zrobiła z nas zimnych, obojętnych na krzywdę ludzką wypełniaczy zadań. Dyktowała nam długie notatki, prawiące o tym, że narrator był subiektywny przy opisywaniu obozu i jednocześnie obiektywny przy przedstawianiu bohaterów, że wydarzenia przedstawiono w sposób kalejdoskopowy, że główny bohater był zniszczonym do cna antybohaterem – więcej na ten temat tutaj: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/10/wpis15-jak-polska-szkoa-traktuje-ofiary.html.
            W czasie omawiania tych opowiadań obejrzeliśmy też dwa filmy – „Cyngę” Jerzego Drewnowskiego i „Kornblumenblau” Leszka Wosiewicza. Na ekranie skrajnie wychudzeni więźniowie w pasiakach, krew, choroby, śmierć, druty kolczaste, bezwzględni strażnicy, beznadzieja Sybiru, strach, poniżenie, walka o przetrwanie, a po czterdziestu pięciu minutach dzwonek, idziemy na następną lekcję. W stanie wycieńczenia psychicznego, smutku, współczucia, bezsilnej złości przez następne godziny (a polski był pierwszy, więc tych godzin sporo się nazbierało) tworzyć dialogi po angielsku, rozwiązywać zadania z fizyki, uczyć się nowych praw na matematyce. I jeszcze nauczyciele mieli pretensje, że jesteśmy „jacyś nie w sosie”.
            Po wszystkich seansach i po przedyktowaniu niezmiernie koniecznych do życia we współczesnym świecie notatek nauczycielka zrobiła kartkówkę. „Co to jest kanada?”, „Kim był kapo?”, „Co się stało z Marią?”. Już nikogo nie dziwiła odpowiedź na to ostatnie pytanie. Słowa „została przerobiona na mydło” brzmiały zupełnie zwyczajnie. Żeby przetrwać przez następne lekcje musieliśmy się uodpornić. W końcu zaraz matura, trzeba się uczyć, nie można pójść do domu i spokojnie porozmyślać, nie można siąść wspólnie przy stole i porozmawiać, zrzucić z siebie te wszystkie okropne uczucia, nie można pójść do kogoś zaufanego i poprosić o wsparcie.
            Z kartkówki dostałam jedynkę, tak jak i wiele osób z mojej klasy. Nie wiem, czy pozostali po prostu nie przeczytali, czy też mieli dość szacunku do ofiar drugiej wojny światowej, by nie odpowiadać na pytania. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co się stało.
            To oswojenie zła zapamiętam na całe życie. Do końca życia zapamiętam tę frustrację, że chciałoby się spakować, wyjść i trzasnąć drzwiami. Tylko że to ja miałabym z tego powodu problemy, bo przecież nauczycielka tylko realizowała podstawę programową.
            Ten przydługi, niezwykle szczegółowy dokument, który wiąże nauczycielom ręce. Który mówi: teraz, ośle, powiedz uczniom to, a teraz, idioto, podyktuj to. Jakby ani nauczyciele, ani uczniowie nie mieli własnych umysłów. To też jest sposób na to, by w szkołach nie omawiano wydarzeń z życia codziennego – w końcu nie zapisano ich w podstawie programowej. Jedyna nadzieja w nauczycielach, że jednak coś wspomną, do czegoś nawiążą, czegoś uczniów nauczą.
            Ale im bliżej matury, tym mniej szans na mądrego nauczyciela. To przecież najważniejszy egzamin, przepustka na studia, nie ma czasu na głupoty, trzeba się spieszyć, nie można zmarnować żadnej lekcji. Dlatego też, kiedy zmarł Wajda, polonistka tylko wplotła jego nazwisko wraz z frazą „świętej pamięci” gdzieś między bohatera romantycznego a tematy maturalne. Dla porównania: gdy byłam w podstawówce, zmarła wielka poetka, noblistka, Polka – Wisława Szymborska. Polonistka poświęciła całą lekcję jej twórczości, każdy musiał się nauczyć jednego wiersza na pamięć, szkoła została obwieszona plakatami z jej podobizną i najważniejszymi utworami. W gimnazjum zaś zmarł Tadeusz Różewicz. Wydawałoby się, że dostanie co najmniej tyle, co Szymborska – a może nawet więcej, przecież uczyłam się we Wrocławiu, a on właśnie w tym mieście mieszkał. Ale nie. Tylko połowę lekcji polskiego nauczycielka przeznaczyła na zapoznanie się z jego twórczością.
            14 stycznia 2019 szkoła wreszcie otworzyła oczy. Zaczęto przeprowadzać lekcje 0 mowie nienawiści, w Internecie pojawiły się darmowe pomoce do nauczycieli i poradniki, jak w ogóle zabrać się do tematu. To jest przerażające, że dopiero taka tragedia, jak zabójstwo Pawła Adamowicza, przekonała szkołę, że czasem warto rozejrzeć się, co się dzieje w realnym świecie.
            Przykra jest jeszcze jedna rzecz. W jednym z liceów we Wrocławiu owszem, rozwieszono plakaty na temat mowy nienawiści. Tylko że nie powiedziano uczniom, z jakiego powodu. Bo szkoła, mimo że nie uczy zainteresowania rzeczywistością, nie pokazuje, jak korzystać z mediów, nie zachęca do śledzenia najnowszych wydarzeń, oczekuje, że uczniowie będą wiedzieć, co się dzieje. I jeszcze skojarzą morderstwo z mową nienawiści.

niedziela, 6 stycznia 2019

WPIS#27: POSZATKOWANA HISTORIA POLSKI, CZYLI CO ZOSTAJE W GŁOWACH ABSOLWENTÓW

            Przeglądałam ostatnio portale społecznościowe i chyba powinnam przestać, bo to, co tam zobaczyłam, zmroziło mnie. Już pominę wszechobecny hejt, kto, z kim, kiedy i dlaczego pojechał na wakacje. To jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy Polacy chcą się podzielić swoją wiedzą, by poprzeć swoje argumenty. Niby w porządku, w końcu tego nas uczą na polskim: do każdej tezy co najmniej trzy argumenty z przykładami. Na wypracowaniu zazwyczaj muszą to być przykłady z lektury i może lepiej byłoby przy nich pozostać i w realnym życiu.
            Ja wiem, że program jest przeładowany. Że lekcji jest mało. Że czasem jednak coś w tej głowie zostaje, i ta głowa chce się tym koniecznie pochwalić. Tylko że potem okazuje się, że obraz historii ojczyzny w głowie Polaka wygląda mniej więcej tak:
            966 – chrzest Polski – zatem jesteśmy krajem katolickim!
            1410 – bitwa pod Grunwaldem – nie pamiętam, o co poszło, ale wygraliśmy, i to się liczy. Nie zawsze przegrywamy!
            1944 – powstanie warszawskie – może i przegraliśmy, ale jacy mężni byli nasi chłopcy!
            To jeszcze wygląda niegroźnie. Ale jeśli głowa Polaka przypadkiem pamięta, że kiedyś zdarzyło się coś, co kryje się pod hasłem „Wołyń”, to nagle można krzyczeć, że Ukraińcy zaraz zrobią nam drugi Wołyń. Więc nie wolno ich zatrudniać, nie wolno im ułatwiać życia, nie wolno wprowadzać do biletomatów języka ukraińskiego. Podobnie jest i z innymi imigrantami – zaraz zrobią nam krzywdę, bo przecież w XVII wieku…
            To teraz nie ma większego znaczenia, co kto zrobił w którym wieku. Liczy się, co robimy my, dzisiaj, jutro, za miesiąc. Oczywiście, nie można się odciąć od historii. Ale tym bardziej nie można zamknąć oczu na przyszłość.
            W szkole uczą historii w dość zabawny sposób. Za moich czasów było tak:
Historia:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś przed pierwszą wojną światową. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś przed pierwszą wojną światową. Pierwsza liceum – zaczynamy od początku XX wieku i idziemy po kolei aż do końca tegoż wieku. Druga i/lub trzecia liceum – historia zmienia się w historię i społeczeństwo i zaczyna się prawdziwy kabaret. Musimy przerobić cztery podręczniki, z czego każdy zaczyna się w prehistorii lub starożytności, a kończy na czasach współczesnych.
Wnioski. Sześć razy przeszliśmy od prehistorii do XX wieku, raz bardzo dokładnie omówiliśmy cały XX wiek, w ostatnich dwóch latach nauki maksymalnie cztery razy do tego XX wieku wróciliśmy, przyjrzeliśmy się jeszcze bliżej wybranym zagadnieniom. Ale to jeszcze nie koniec.
Polski:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś po drugiej wojnie światowej. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej. Liceum - w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej.
Wnioski: trzy razy omawiamy dokładnie to samo, czasem pojawiają się wręcz te same lektury („Iliada”, „Odyseja”, Biblia, „Dziadów” cz. II, wiersze z dwudziestolecia międzywojennego i późniejsze). Tak, tak, dwa czy trzy razy analizujemy te same teksty. No i znowu, jak na historii, idziemy utartym szlakiem, od początków cywilizacji do dziś. Przy czym to „dziś” oznacza mniej więcej koniec lat 90. XX wieku. Od tego czasu minęło już 20 lat. Ale rozumiem, że nic się przez te dwie dekady nie wydarzyło i można spokojnie olać te wszystkie wiersze, książki, filmy na rzecz Mickiewicza, Przerwy-Tetmajera i Wajdy. Nie twierdzę, że oni nie byli wspaniałymi twórcami. Tylko że młody człowiek obraca się raczej w kręgu dzieł jemu współczesnych. I nie wie, jak je zinterpretować, bo w szkole uczą go o sonetach, trzynastozgłoskowcach i metaforach, a on ma przed oczami wiersz bardzo polityczny, nawiązujący do obecnej sytuacji w kraju. I co teraz?
Z pomocą przychodzi wiedza o społeczeństwie. Dwa lata w gimnazjum, rok w liceum. Z tego liceum to pamiętam tyle, że na sprawdzianach ściągałam, z gimnazjum jeszcze mniej. No ale spróbujmy.
Na pewno było coś o sądach i administracji, coś o pracy Unii Europejskiej, coś o prawach i obowiązkach obywatela, coś o władzy w Polsce od ’89 roku, w ogóle co nieco o 1989 było.
Okej, wystarczy. W całym cyklu edukacyjnym kilka razy powtarzamy, czasem przeczytamy coś jeszcze raz, czasem pouczymy się co nieco o współczesnym świecie.
To teraz pytanie. Jakim cudem Polacy dają się nabrać na 100-lecie odzyskania niepodległości? Przecież w szkole uczą się wszystkiego, co trzeba: że były zabory, że w 1918, trochę przypadkiem, ale jednak, odzyskaliśmy niepodległość, po to, by po drugiej wojnie światowej utracić ją na rzecz ZSRR i ostatecznie, w 1989, tym razem już własnymi siłami, odzyskać ją znowu. To co? Ta niepodległość z 1989 jest nieprawdziwa? Trwa już dłużej niż tamta z 1918. Ja wiem, 30-lecie brzmi mniej dumnie niż 100-lecie, ale tu chyba nie powinno chodzić o dumę, a o prawdę. Prawda jest taka, że nasz niepodległy kraj w czerwcu będzie obchodził 30 urodziny.
To brzmi strasznie skomplikowanie. W 1989 jako pierwsi oswobodziliśmy się spod władzy komunistów, to prawda, ale tak na serio to niepodległość odzyskaliśmy w 1918. Czyli czym były te lata 1945-1989? Przerwą w niepodległości? Bo wolnością na pewno nie.
Współczuję wszelkim cudzoziemcom, którzy chcieliby zgłębić historię Polski. Uczniom też, ale w ich przypadku sprawa jest prosta. Wystarczy pamiętać, że jako naród jesteśmy męczennikami, największy z twórców to Mickiewicz, po nim nikogo takiego już nie było, dlatego i nie ma sensu pochylać się nad historią najnowszą. Lepiej skupić się na zaborach i rozpamiętywaniu, jak to nam źle było. Za komuny też nie było kolorowo, ale o tym porozmawiajcie z babciami i dziadkami, może oni coś jeszcze pamiętają. Bo żaden Mickiewicz nic na ten temat nie napisał, a przynajmniej tak twierdzi podstawa programowa.



W NASTĘPNYM WPISIE: Dziury w podstawie programowej, czyli kto za to wszystko odpowiada?

poniedziałek, 10 grudnia 2018

WPIS#23: TĘCZOWA SZKOŁA, CZYLI HOMOSEKSUALIZM NIE ISTNIEJE

            W moim gimnazjum w każdym roczniku było dziesięć klas. W każdej klasie trzydziestu uczniów. Na lekcje etyki chodziło dwadzieścia osób. Dlaczego?
            Cięcie kosztów. Łatwiej zatrudnić nauczyciela, by przychodził tylko na sześć godzin w tygodniu, na dwie lekcje do każdego rocznika, niż zaoferować mu cały etat. Skończyło się tak, że dyrektorka w jakiś, jej tylko znany sposób, co roku wybierała trzy klasy, z tych klas ileś osób deklarowało się, że chce chodzić na etykę. Zazwyczaj łącznie koło dwudziestu. A w następnym roku były wybierane następne klasy, niekoniecznie różne od następnych. Ja na przykład miałam etykę co roku, dwie inne klasy przez dwa lata, jedna przez rok, a pozostałe nigdy. Nie wiadomo właściwie, dlaczego.
            Oczywiście, na religię mogli chodzić wszyscy, bez żadnego łączenia klas i innego kombinowania. Księży zatrudnionych było trzech, nauczyciel od etyki był jeden. Księża mieli etat, nauczyciel od etyki umowę-zlecenie. Na religii uczniowie się modlili, zdawali różne święte formułki na ocenę, oglądali katolickie filmy i raczej nie otworzyli samodzielnie Pisma Świętego, co najwyżej ksiądz im przeczytał starannie wybrany fragment. Na etyce analizowaliśmy obejrzane na poprzednich zajęciach filmy, poznawaliśmy chwyty erystyczne, uczyliśmy się występować przed grupą, urządzaliśmy debaty na ważne dla społeczeństwa tematy. Jednym z takich tematów był homoseksualizm.
            To była jedna jedyna lekcja w szkole w całości poświęcona mniejszościom seksualnym. Jedna (!) jedyna (!) w XXI (!) wieku (!).
            Na tej jednej jedynej lekcji było raptem dwadzieścia osób z liczącego trzysta uczniów rocznika.
            I, żeby nie było, nie rozmawialiśmy o małżeństwach jednopłciowych, adopcji dzieci przez takie małżeństwa, o stereotypach, nie omawialiśmy żadnego eksperymentu społecznego, nie zastanawialiśmy, skąd bierze się homofobia, nie dyskutowaliśmy, dlaczego każda kolejna grupa społeczna musi walczyć o swoje prawa, dlaczego demokracja nie broni mniejszości, dlaczego rząd nic nie robi, by ograniczyć odsetek samobójstw wśród nastolatków dyskryminowanych tylko dlatego, że wyglądają na homoseksualnych. Nie, my dumaliśmy, czy homoseksualizm jest dobry, czy zły (!!!). W XXI wieku, kiedy już dawno został wypisany on z listy chorób, kiedy kolejne kraje wprowadzają związki partnerskie, kiedy pojawia się coraz więcej książek i filmów pokazujących, że homoseksualizm wcale nie jest taki straszny i że miłość osób LGBT+ to najprawdziwsza w świecie miłość, w niczym nie gorsza od tej heteroseksualnej.
            Na szczęście doszliśmy do takiego wniosku, do którego dochodziliśmy podczas każdej takiej debaty (a były też m.in. na temat piercingu, operacji plastycznych, eutanazji, aborcji): niech każdy robi to, co chce. Gorzej, że zaraz potem było dodane: byle się z tym nie afiszował.
            Mhm. Rok później byłam już w liceum, gdzie wszystkie parapety, na każdej przerwie, były oblegane przez całujące się, nieraz bardzo namiętnie, pary (oczywiście heteroseksualne). I to jest normalne. A jak chłopak chce złapać drugiego chłopaka za rękę, to to już jest afiszowanie się. No pięknie.
            Teraz jestem na studiach. W moim Instytucie wisi okładka „Repliki”. Homoseksualiści otwarcie mówią, kim są, trzymają się za ręce, całują. Nigdy w ich stronę nie padło żadne wyzwisko.
            A właśnie, wyzwiska. Cofnijmy się trochę w czasie. Mam dwanaście lat, uczę się w podstawówce w dużym mieście, na przerwie po korytarzu biegają chłopcy z mojej klasy i krzyczą: „Pedał!”, „Ciota!”. Mija ich nauczycielka. I nic.
             Nie zatrzymała ich. Nie wezwała na rozmowę wychowawczą. Nie zawiadomiła psychologa, pedagoga, dyrektorki i rodziców. Nie wygłosiła pogadanki na temat tolerancji. Nie zrobiła absolutnie nic. A sytuacja powtórzyła się dziesiątki, jeśli nie setki, razy.
            Może ci chłopcy trafili w gimnazjum na lekcję etyki. Może mądry nauczyciel w liceum powiedział im, że Safona, Arthur Rimbaud, Oscar Wilde, Hans Christian Andersen, Jarosław Iwaszkiewicz (1), Leonardo da Vinci, Karol Szymanowski, Miron Białoszewski (2), Jan Lechoń (3), Maria Konopnicka (4) byli homoseksualistami. Może ktoś nauczył ich, że inność zawsze istniała i będzie istnieć i jedyne, co może zwykły, szary człowiek z tym zrobić, to to zaakceptować.
            Bo to nie tylko sprawi, że świat będzie lepszy, że każdy będzie mógł czuć się w nim bezpiecznie. To pozwoli też temu zwykłemu, szaremu człowieczkowi poszerzyć horyzonty. Jak widać w spisie powyżej (obejmującym tylko te osoby, o których mówi się, albo chociaż wspomina, w polskiej szkole), wielu pisarzy było homoseksualistami. Na przykład taki Gombrowicz. Którego „Ferdydurke” jest w spisie lektur (co zresztą jest dość dziwne, skoro krytykuje on w tej książce system szkolnictwa, który niewiele różni się od współczesnego…). Którego za nic nie potrafiłam zrozumieć. Bo język trudny, bo nie wiadomo, co autor miał na myśli. Otóż wiadomo, i to bardzo dobrze. Wystarczy otworzyć głowę i dopuścić do siebie myśl, że Wielki Pisarz Gombrowicz był gejem. Nagle wszystko staje się jasne.



W NASTĘPNYM WPISIE: Polityka w szkole, czyli populizm zaczyna się w klasie

(1) za https://ksiazki.wp.pl/pisarze-homoseksualisci-6145574271895169g
(2) za http://mediumpubliczne.pl/2015/12/poczet-dziesieciu-najslynniejszych-pedalow/
(3) za https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1534245,2,homoseksualisci-ii-rp-w-kulturze.read
(4) za http://wyborcza.pl/1,75410,5247297,Homobiografie__Pisarki_i_pisarze_polscy_xix_i_xx_wieku_.html

niedziela, 25 listopada 2018

WPIS#21: MAŁY SKOK W PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI NA STUDIACH

           Zanim będziemy skakać, przyjrzyjmy się jeszcze uczniowi polskiej szkoły. Otóż wraca on biedny, zmęczony, po siedmiu czy ośmiu lekcjach do domu. Ma, powiedzmy, piętnaście lat. Wydawałoby się, że powinien biegać po boisku/grać na komputerze/spotykać się ze znajomymi/uprawiać inny sport/rozwijać pasje/czytać/odpoczywać/inne. Co robi? Odrabia zadania domowe.
            Największym grzechem polskiej szkoły, jeśli chodzi o wyposażenie młodego człowieka w umiejętności, a nie wiedzę, jest to, że go nie wyposaża w żadne umiejętności. Tylko w wiedzę. A umiejętność współpracy by się na przykład przy zadaniach domowych przydała.
            Nie chodzi mi oczywiście o ściąganie. Co to, to nie, umówiliśmy się przecież, że zadania domowe są ważne. Chodzi o burzę mózgów, wspólne dochodzenie do wniosków i odpowiedzi na pytania, dyskusji.
            Przykład z życia wzięty. Chodziłam w liceum do klasy matematyczno-fizycznej, ale dość szybko okazało się, że z matematyką jest mi nie po drodze. To znaczy, umiem rozwiązać zadanie, jeśli rozwiązywałam wcześniej podobne, ale popełniam po drodze mnóstwo błędów rachunkowych. Kiedy widziałam, że moja odpowiedź absolutnie nie zgadza się z tym, co napisano w kluczu odpowiedzi, pisałam do mojej koleżanki. Ona sprawdzała mi moje bazgroły i znajdowała wszystkie błędy. Podobnie było, gdy za nic nie wiedziałam, jak ruszyć jakieś zadanie – razem analizowałyśmy jego treść, zastanawiałyśmy się, co by tu zrobić, i wreszcie dochodziłyśmy do rozwiązania. Czasem dołączały się do nas i inne koleżanki, wtedy wszystko szło znacznie szybciej. A ja w zamian tłumaczyłam im fizykę, sprawdzałam wypracowania na polski, tłumaczyłam słówka na angielski – w skrócie, pomagałam im, jak mogłam. W końcu chyba od tego jest Internet, Messenger i inne komunikatory, żeby się ze sobą porozumiewać, prawda? W razie potrzeby można błyskawicznie stworzyć konferencję na kilka osób i wspólnymi siłami rozwiązać problem.
            Tylko że taka wzajemna pomoc zaczęła się dopiero w liceum i to tylko dlatego, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Współpraca właściwie nie wychodziła poza naszą hermetyczną grupkę. A szkoda, bo w klasie były i inne osoby, które na pewno z chęcią pomogły by nam i otrzymały od nas pomoc. Właśnie dlatego potrzebny jest nauczyciel. Żeby powiedział: słuchajcie, pomagajcie sobie nawzajem. Pokazał, jak prowadzić kogoś do rozwiązania, nie rozwiązując zadania za niego. Zaproponował, jak wykorzystać nowoczesne technologie do wspólnej nauki. Nauczył nas dyskutować, rozmawiać, dochodzić do porozumienia.
            Żaden tego nie zrobił. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu, własnymi siłami – albo skończyć z miernymi ocenami i takąż wiedzą.
            A potem poszłam na studia. I nagle się okazało, że można pracować wspólnie.
            Ale zacznijmy od początku. Jako że jestem na studiach językowych, dużo czasu poświęca się praktycznej nauce języka. I nie, nie jest to tylko wkuwanie list słówek i rozwiązywanie zadań z gramatyki.
            Zadania rozwiązujemy, a i owszem, w domu. Potem idziemy na zajęcia, w sali mamy krzesełka z pulpitami, żeby łatwiej było nimi operować, siadamy w grupach i analizujemy. Szukamy przykładów, z którymi więcej osób miała problem, zgłaszamy się z nimi do prowadzącego. Jeśli tylko jedna osoba czegoś nie rozumie – staramy się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafimy. To ma dwa plusy. Raz – ta druga osoba już wie, w czym rzecz, następnym razem poradzi sobie z podobnym zadaniem. Dwa – sami jesteśmy dumni, że potrafimy w obcym języku wyjaśnić złożoności, dajmy na to, gramatyki angielskiej. Bawimy się w nauczycielami, którymi w przyszłości możemy zostać. Uczymy się polegać na innych. Uczymy się zadawać pytania, jakkolwiek głupie by nie były. W końcu łatwiej jest spytać rówieśnika niż prowadzącego.
            Tłumaczymy sobie nawzajem, a więc i mówimy, mamy ciągle kontakt z językiem. Przy okazji poznajemy się, bo, wiadomo, najlepiej rozmawia się w czasie zajęć, a prowadzącego interesuje raczej, w jakim języku mówimy, niż o czym.
            Mamy też dyskusje. Siadamy w kręgu, tak, że każdy widzi każdego, i rozmawiamy. Tydzień wcześniej dostajemy temat, więc można sobie przygotować listę argumentów, trudniejsze słówka, można z tego korzystać już na zajęciach. A jeśli używamy słówek, to je zapamiętujemy, więc poszerzamy słownictwo bez żadnych kartkówek i sprawdzania postępów.
            Mamy wreszcie fonetykę. Przez całe zajęcia siedzimy ze słuchawkami na uszach, słuchamy słów, zdań, całych tekstów wypowiadanych przez native speakerów, i powtarzamy, powtarzamy, powtarzamy. Jeśli zaś mamy do przerobienia jakiś dialog, to prowadząca łączy nas w pary, żebyśmy i między sobą mogli poćwiczyć. Z takim podejściem to w dwanaście szkolnych lat angielskiego można by się trzy razy nauczyć. Albo angielskiego i dwóch innych języków – niemalże do perfekcji.


W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego szkoła uczy nie tego, co powinna, czyli jak polski uczeń ma się odnaleźć w świecie XXI wieku?

poniedziałek, 19 listopada 2018

WPIS#20: POLSKI UCZEŃ-SAMOTNIK

            Polski uczeń dostaje całą litanię zadań domowych. To jest oczywiste. Wystarczy spojrzeć na plan i podstawę programową. Kiedy przedmiotów w tygodniu jest piętnaście, każdy oczywiście, z punktu widzenia nauczyciela go prowadzącego, równie ważny, a podstawa programowa pęka w szwach, nie sposób zdążyć ze wszystkim w szkole. Uczeń musi pracować w domu. I bardzo dobrze, zadania domowe są ważne, z tym trudno się nie zgodzić. Uczą samodzielnej pracy, szukania w źródłach, motywują do systematycznej nauki, bezboleśnie utrwalają materiał poznany na lekcji – ale gdy są mądrze zadane. Bo najczęściej to wygląda tak, że trzeba zrobić kilka stron w zeszycie ćwiczeń, kilka zadań z matematyki, przeczytać coś na angielski, napisać coś na polski. Na razie to jeszcze wygląda w porządku, prawda?
            Ale to, co jest w zeszytach ćwiczeń, często nijak się ma do treści zamieszczonych w podręcznikach. Bez szerszej wiedzy, pomocy mamy, taty, babci, dziadka, wujka, sąsiadki czy innego eksperta nie sposób odpowiedzieć na wszystkie zadania. A gdy ta solidna grupa wsparcia nie pomoże, sięga się po Internet. Wszyscy mają problem z tymi samymi pytaniami, więc bez problemu na ściąga.pl czy bryku znajdzie się odpowiedź. Nieważne, czy prawidłowa, ważne, że w ogóle jest, bo nauczyciel pracy domowej i tak nie sprawdzi. Tak, tak. Zadaje się dużo, przechodzi po klasie, żeby sprawdzić mniej więcej, kto zrobił, a kto nie, i przechodzi się do tematu lekcji, bo inaczej nie zdąży się z materiałem. Czyli, o zgrozo, nauczyciel na lekcji nie zdąża wszystkiego przerobić z powodu podstawy programowej, więc zadaje nadwyżkę do domu, uczniowie odrabiają zadania na odwal się, bo i tak nie zostaną sprawdzone z powodu podstawy programowej. No pięknie.
            Jeszcze ciekawiej robi się przy matematyce. Tak jak klasy matematyczne mają mnóstwo czasu na przerobienie wszystkich zadań, tych łatwych i tych trudnych, tak w klasach humanistycznych czy przyrodniczych czasu nie ma. Trzy czy cztery godziny matematyki w tygodniu to norma – w liceum, przed maturą! A że godzina lekcyjna ma tylko czterdzieści pięć minut, to nauczyciel zwykle daje radę tylko wprowadzić nowe wzory, pokazać, jak rozwiązuje się przykładowe zadania, i dzwoni dzwonek. Nawet jeśli uczniowie samodzielnie coś policzą, to są to najprostsze ćwiczenia. Trudniejsze zadaje się do domu, najtrudniejsze zostają zupełnie nie ruszone. Nie dziwne więc, że u uczniów szybko pojawia się frustracja, w końcu co z tego, że są w stanie rozwiązać podstawowe zadania, skoro na sprawdzianie będą te ze średniej półki, a na maturze – z najwyższej?
            Jeśli zaś chodzi o angielski, to przede wszystkim należy wypełnić rubryczki odpowiednimi słowami czy pozaznaczać odpowiedzi w zadaniach testowych. Nawet nie trzeba czytać tekstu, bo kluczowe fragmenty często są wytłuszczone, wystarczy przebiec wzrokiem i wyłapać słowa-klucze. Nie uczy to właściwie niczego, zwłaszcza, że mało który uczeń przy okazji zapoznaje się z trudnymi słówkami. Bo poszerzanie słownictwa w przypadku nauki języków obcych nie jest istotne, najważniejsze jest zaliczenie kartkówki ze słówek, a to nie to samo. Na kartkówce ze słówek dostaje się listę słów do przetłumaczenia, bez żadnego kontekstu, a poszerzanie słownictwa opiera się na nauce wykorzystania nowej leksyki w praktyce. Na to w szkole nie ma miejsca, na maturze przecież będą głównie zadania zamknięte, grunt to rozumieć mniej więcej, o co chodzi, i na to 30% się zda. To, że potem z cudzoziemcem się nie dogadamy, to już inna sprawa, zresztą, nie tylko maturzyści mają z mówieniem po angielsku problem. A skoro nie tylko oni, to znaczy, że tak po prostu jest, i nic się nie da z tym zrobić. Trzeba zdać maturę i zapomnieć o angielskim, na co komu angielski w pięknej Polsce… Tylko tych dwunastu lat nauki trochę szkoda, no ale przecież traci się je nie tylko na ten angielski.
            Traci się też na polski. Bo co z tego, że zadanie domowe jest: Odpowiedz pisemnie na pytania/Napisz streszczenie tekstu/Scharakteryzuj głównego bohatera powieści, skoro a) pisać składnie, poprawnie gramatycznie i ortograficznie i tak Polacy nie umieją i b) te zadania nie uczą wyrażania własnej opinii na dany temat? Nie lepiej byłoby skutecznie zachęcić młodych do czytania, bo nie dość, że poszerzą własne horyzonty, to jeszcze przy okazji nauczą się ortografii i interpunkcji? Nie, lepiej czytać wciąż te same lektury i wciąż odpowiadać na pytanie „Co autor miał na myśli?”, przy czym odpowiedź ta musi oczywiście pasować do klucza. Lepiej jest rysować jakieś wykresy zdania i inne drzewka decyzyjne, wypisywać cechy takiego to a takiego bohatera, zachwycać się, jak to pięknie Sienkiewicz opisywał przyrodę i pisać „z tąd” albo i „z tam tąd” na Twitterze.




W NASTĘPNYM WPISIE: Mały skok w przyszłość, czyli jak to się robi na studiach?

poniedziałek, 5 listopada 2018

WPIS#18: O NAJWAŻNIEJSZEJ NA ŚWIECIE MATURZE USTNEJ Z POLSKIEGO

            Matura ustna z polskiego straszy co najmniej od pierwszej klasy liceum, zwłaszcza w klasach niehumanistycznych. Bo egzamin ustny jest jeden dla wszystkich, nie można wybrać poziomu, więc wiadomo, że ci, co rozszerzają język polski, będą mieli łatwiej. Ale czy aby na pewno?
            Poloniści mówią, że tak, oczywiście, bo uczniowie-humaniści mają więcej lektur to przeczytania, a więc i więcej przykładów to poparcia swoich tez. Bo na egzaminach w Polsce rzadko kiedy można wykorzystać sytuacje z życia wzięte, przecież egzystencję znacznie lepiej opisali XIX-wieczni pisarze, Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Prus… I ci z początku, ale TYLKO z początku XX wieku, jak Wyspiański czy Gombrowicz. Po II wojnie światowej nastąpiła czarna dziura i nikt już nic mądrego nie napisał, co najwyżej jakiś wiersz do przeczytania przy okazji. Stachura nigdy nie istniał, o Lemie nikt nie słyszał, Tokarczuk nie dostała Bookera… Szymborska dostała Nobla, więc poświęci się jej lekcję czy dwie, więcej nie potrzeba. Miłosza kilka wierszy też się przeczyta, ale raczej jako uzupełnienie, pokazanie dialogu między twórcami.
            Tak to wygląda w klasach niehumanistycznych, których, statystycznie rzecz biorąc, od klas humanistycznych jest co najmniej dwa razy więcej. Zatem co najmniej dwie trzecie maturzystów wychodzi ze szkoły, nie znając twórczości ostatniego półwiecza.
            Ale nie o tym była mowa. Mowa była o potworze-maturze. Ten ustny polski jest tak straszny, że trzeba się do niego przygotowywać całe trzy lata. I bardzo dobrze, w końcu umiejętność tworzenia ustnej wypowiedzi jest dość istotna, nieprawdaż? Gorzej, że kosztem tego właściwie nie ćwiczy się pisania. I to już nie tylko wypracowań, ale nawet najprostszego zdania licealiści nie potrafią stworzyć. A potem idą sobie w świat… Czasem, czytając komentarze w Internecie, zastanawiam się, czy ktokolwiek rozumie, co autor miał na myśli. Podobnie muszą się czuć egzaminatorzy w czasie czytania matur.
            I żeby nie było, tego mówienia też się w szkole nauczyć nie sposób, przynajmniej nie po polsku. Na angielskim jest fajnie – nie dość, że grupa zazwyczaj mniejsza niż cała klasa, to jeszcze równolegle rozwija się wszystkie umiejętności językowe, więc i słów nie brakuje, i pisać się umie, wie się, jak powinna wyglądać spójna, logiczna wypowiedź. A jak już trzeba ją ustnie zaprezentować nauczycielowi, to robi się to w cztery oczy, po cichu, w czasie, gdy reszta grupy pracuje nad innymi zadaniami. Jeden stres, że wszyscy naokoło słuchają, mniej.
            A na polskim? Na polskim trzeba wypowiedzieć się przed całą, nierzadko trzydziestoosobową klasą. Oczywiście, ważna jest umiejętność występowania przed publicznością, ale tutaj żadnego zaplecza, żadnego przygotowania do tego nie ma. Bo w liceum nie pisze się wypracowań, a rozprawka licealna to zupełnie coś innego, niż gimnazjalna czy podstawówkowa, więc nawet się nie wie, jak ta wypowiedź powinna wyglądać.
            Więc na polskim nie wiadomo, jak dokładnie stworzyć swoją wypowiedź (i to nie tylko ustną, pisemną też), wiadomo za to, jaki będzie temat. O, tak, tak. To wcale nie jest tak, że się losuje i nie wiadomo, na co padnie, że to rosyjska ruletka. Co to, to nie. Wiadomo, że temat będzie taki, żeby abiturient odniósł się do „Dziadów”, „Wesela” albo „Lalki”. Wszystko sprowadza się do tych trzech lektur. W końcu podstawa programowa została napisana w oparciu o te trzy książki. Jakby innych na świecie nie było…
            Całe trzy lata to jeden wielki stres, bo będzie matura ustna z polskiego, nie będzie można lać wody, jak na części pisemnej, trzeba będzie wszystko bardzo dokładnie uzasadnić, podać konkretne przykłady, potem jeszcze odpowiedzieć na pytania komisji… No i w ogóle to przed wystąpieniem napisać konspekt wypowiedzi w piętnaście minut, nie można stracić głowy, trzeba napisać tak, żeby przez dziesięć minut móc mówić bez zastanawiania się, a temat wylosowało się dopiero co… No nie zdam, nie ma szans.
            A szanse są właściwie stuprocentowe, bo, tak jak wszystko inne w polskiej edukacji, tak i matura ustna z polskiego kuleje. Wystarczy pamiętać, że „Dziady” to mesjanizm i prometeizm, „Wesele” to zderzenie dwóch warstw społecznych, a „Lalka” wcale nie opowiada o miłości. Do tego wykuć na blachę jakiś cytat i będzie dobrze.
            Dobrze? No nie dobrze. Bo mimo, że maturę ustną się zdało, to wcale nie znaczy, że cokolwiek wie się o świecie, że cokolwiek potrafi się zgrabnie powiedzieć. Zna się tylko fabułę i problematykę trzech książek. Trochę mało w świecie XXI wieku…



W NASTĘPNYM WPISIE: O ocenianiu na wuefie, czyli dlaczego polskie dzieci nie lubią ćwiczyć?

poniedziałek, 8 października 2018

WPIS#15: JAK POLSKA SZKOŁA TRAKTUJE OFIARY OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH, CZYLI CO NIECO O ANTYBOHATERZE

            Antybohater po raz pierwszy i jedyny pojawił się w trzeciej klasie liceum przy okazji omawiania opowiadań Tadeusza Borowskiego. Są to tak zwane opowiadania obozowe, pokazują, jak wyglądało życie codzienne w czasie okupacji Warszawy i życie więźnia obozu koncentracyjnego. Tak jak omawianie tego pierwszego aspektu przebiegało mniej więcej bez zastrzeżeń, tak to, co stało się później, woła o pomstę do nieba.
            Zanim przejdę do sedna, warto zaznaczyć, że Tadeusz Borowski żył w czasie II wojny światowej, najpierw do obozu trafiła jego żona, Maria, niedługo później również on sam. Wojnę przeżył, po jej zakończeniu dołączył do komunistów, urodziła mu się córka. W 1951 roku popełnił samobójstwo.
            Kiedy czytałam jego opowiadania, wydawało mi się, że opisuje własne przeżycia, że to taki jakby pamiętnik, tylko upubliczniony. Ale nie. Już na pierwszej lekcji omawiania lektury dowiedziałam się, że narrator jest wykreowany, że to figura artystyczna, która nosi autobiograficzne znamiona autora. Jakie? Chociażby imię: Tadeusz. I wiele innych: ukochana Maria, praca w firmie budowlanej, tworzenie poezji, aresztowanie w czasie łapanki i wywiezienie do obozu, w obozie bycie pomocnikiem kapo. Żeby przeżyć, wszedł w hierarchię obozową. Miał zero współczucia, bezinteresowności w stosunku do innych więźniów, był obojętny, cyniczny. Odebrał ludziom z Oświęcimia heroizm. Ostatnie trzy zdania są wprost przepisane z mojego zeszytu, dokładnie tak powiedziała polonistka przy opisywaniu bohatera – i zarazem narratora - opowiadań obozowych.
            Dalej było już tylko gorzej. Mieliśmy porównać jedno z opowiadań z „Kamieniami na szaniec”. I wyszło na to, że tak jak w powieści Kamińskiego wszystkim wydarzeniom towarzyszył patos i patriotyzm, tak u Borowskiego unikano ryzyka, dominowała chęć przeżycia. To pierwsze jest w porządku, pasuje do naszej historii, naszego, jako Polaków, heroizmu, pasuje do powstania warszawskiego. To drugie jest godne potępienia, zwłaszcza że, jak zaznaczono wcześniej, bohater opowiadań nie pomagał innym więźniom obozu, był obojętny na ich los.
            Ale i to jeszcze nic. Bo skoro Tadeusz z opowiadań zachowywał się nie jak człowieka przystało, to można go bezkarnie oceniać. I powiedzieć, że skoro pracował przy wyładunku Żydów z transportu, a potem ładował ich na ciężarówki do gazu, to powinien był im współczuć. A on? On jest niezadowolony, bo utrudniają mu pracę! Jest więc odporny na zło, beznamiętny, nie ma empatii…
Zdania takie jak: „Człowiek zdegradowany do kondycji zwierzęcia, martwej natury”, „Człowiek staje się towarem, można go sprzedać, przerobić na mydło, zjeść”, wymienia się w klasie bez żadnych uczuć, jakby rzecz dotyczyła fikcyjnej postaci. Jakby II wojna nigdy się nie wydarzyła. Jakby w obozach nigdy nie było żadnych więźniów, jakby nikt nigdy tam nie ginął.
Tadeusz z opowiadań też przecież nie jest prawdziwym człowiekiem. To tylko wykreowany narrator, który „opisuje obóz od wewnątrz, bo sam jest więźniem, podczas gdy innych więźniów opisuje od zewnątrz, ponieważ nie zdradza ich myśli, jedynie ich obserwuje, ich miny, gesty. Stosuje więc antypsychologizm i metodę behawioralną”. A poza tym jest antybohaterem, ponieważ posiada same negatywne cechy.
Łatwiej jest wepchnąć te historie w proste schematy, nazwać wszystkie chwyty zastosowane przez autora, uznać, że to nie on jest głównym bohaterem, stwierdzić, że wszystko to wykreował i osadził w konkretnym czasie i miejscu – jak pisarze science fiction. I, co najważniejsze, można wtedy, po dokładnym omówieniu każdego aspektu przedstawionego w lekturze (kalejdoskop scen, człowiek zdeterminowany przez historię, narracja i narrator, bohater opowiadań na tle tradycji literackiej, problematyka moralna – jakby to była najzwyklejsza w świecie książka), odwołać się do „Dziadów”. Bo przecież Borowski wzywa do upomnienia się o te masy, co zginęły w obozach. Jak to określiła polonistka: mówi, żeby „pamiętać nie tylko o wybitnych jednostkach. Wielkie pomniki kultury (piramidy, pałace miasta) upamiętniają władców, ale pomijają niewolniczy trud milionów istnień ludzkich. Życie budowniczych piramid nie różni się od życia więźniów w obozie koncentracyjnym.”
Tworzenie pustych frazesów przychodzi nauczycielom bez większych problemów. Ważne, by odhaczyć punkt w podstawie programowej i nie poruszyć naprawdę ważnych wątków. A tych, w dobie neofaszyzmu, jest naprawdę sporo. Tylko że rozmawianie na ich temat wymaga wrażliwości i pewnego obycia, wyczucia przy omawianiu kwestii trudnych.
Ale na to w szkole nie ma czasu. Najważniejsza jest matura i szukanie podobieństw między różnymi utworami. A że Mickiewicz w „Ustępie” wspomniał coś o chłopach, którzy utonęli w wodach Newy, to można ładnie powiązać te dwie lektury i zamknąć temat II wojny światowej.



W NASTĘPNYM WPISIE: O edukacji nauczycieli, czyli co tak naprawdę kuleje w szkole?

poniedziałek, 1 października 2018

WPIS#14: CZYM ZAWINIŁ NIEŚMIERTELNY BOHATER ROMANTYCZNY


…że się go tak magluje? Młody, indywidualista, poeta, wieszcz, egoista, egocentryk, buntownik, pielgrzym, emigrant, wędrowiec, nieszczęśliwie zakochany, mesjasz, zbawca, postać tragiczna – te słowa pojawiają się najczęściej przy omawianiu romantyzmu. Epoki, która trwała raptem czterdzieści lat, i która, zdawałoby się, w polskiej szkole jest najważniejsza. No tak, wszak wtedy tworzyli Mickiewicz i Słowacki, najwięksi geniusze.
Skoro romantyzm jest najistotniejszy, to i bohater romantyczny jest najlepszym możliwym typem bohatera. Tak, tak, w szkole bohaterów się kategoryzuje, pisarz nie może mieć własnego pomysłu, własnej intencji – musi wpisywać się w schemat, musi obdarzyć swojego bohatera konkretnymi cechami. Może dlatego nie omawia się współczesnej literatury – bo nie została jeszcze odpowiednio sklasyfikowana, bo nie wymyślono nazw bohaterom, nie określono żadnej konwencji twórczej…
Zawsze myślałam, że tak, jak kształt dzieła zależy od artysty, tak interpretacja tego dzieła - od odbiorcy. Że każdy może mieć inną wizję. Ale wypracowanie, w którym uczeń napisałby, że Konrad jest pysznym dupkiem, który uważa się za nie wiadomo kogo, bo zgrabnie rymuje, trudno byłoby ocenić, nie pasowałoby do klucza. Więc? Więc 0 punktów na maturze i do widzenia. Sama miałam podobną sytuację. Napisałam, że Konrad ma pomysł na zmienienie świata. W końcu jest jego Wielka Improwizacja, jest kłótnia z Bogiem, Konrad jakieś tam swoje idee wykłada. Ale nie. Okazało się, że takie stwierdzenie to błąd rzeczowy dyskwalifikujący pracę. Pod pracą znalazłam komentarz polonistki: „„Dziady” to DRAMAT NARODOWY, już przeanalizowany, omówiony. Nie możemy sobie pozwolić na swobodną interpretację”.
Aha. Czyli są książki, których się nie interpretuje, bo ktoś już to zrobił. To po co je omawiać? Lekcje języka polskiego powinny chyba rozwijać twórcze myślenie, uczyć wyciągania wnioski – ale to już zostało zrobione, pozostaje więc tylko zapisać w zeszycie, co na temat konwencji romantycznej dyktuje polonistka, i nie dyskutować. Śledzić, jak nauczycielka analizuje dramat wers po wersie – bo tak się to robi w przypadku wielkich dzieł - grzecznie wykuć wszystko na pamięć, napisać na kartkówce, potem na sprawdzianie, potem na maturze, a w ogóle, to zapamiętać do końca życia, bo przecież inteligentny człowiek zna „Dziady” na wyrywki. Przecież w inteligenckich rozmowach rzuca się cytatami typu „Nazywam się Milijon, bo z miliony kocham i cierpię katusze”, „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?”, „Czym jest me czucie? Ach, iskrą tylko! Czym jest me życie? Ach, jedną chwilką!”, „Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie; Rządzić jak Ty wszystkim zawsze i tajemnie”, „Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi”, „Ja i ojczyzna to jedno”, więc należy i ich się wyuczyć.
Jeśli zaś „Dziady” są dramatem narodowym (a „Pan Tadeusz”, nawiasem mówiąc, epopeją narodową), to Mickiewicz musi być wieszczem narodowym. Musiał napisać coś uniwersalnego, wielkiego, wspaniałego, coś, co chciałoby się czytać, czytać, czytać, i co jeszcze można przedstawić w szerszej perspektywie. Ponieważ stworzył ikonę polskiego romantyzmu, Konrada, to ciągle we wszystkim szuka się odzwierciedlenia tego biednego bohatera. „Nie-boska komedia” – hrabia Henryk, „Kordian” – Kordian, „Balladyna” – Balladyna, „Pan Tadeusz” – Hrabia, ksiądz Robak, „Lalka” – Rzecki, „Ludzie bezdomni” – Judym, „Przedwiośnie” – Cezary Baryka… można wymieniać i wymieniać. Nie ma znaczenia, kiedy powstało dzieło – wszędzie można znaleźć wielkiego indywidualistę, poetę, wędrowca, a więc i bohatera romantycznego. Mówi się, że jest postacią uniwersalną – ale, ale. To zależy od epoki historycznej, od wizji polonistki. Autentyk z lekcji języka polskiego:
Omawiamy opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego. W którymś momencie nauczycielka pyta o przykład bohatera romantycznego. Ktoś odpowiada: Werter. Polonistka na to: Jak to Werter?! Przecież rozmawiamy o obozach koncentracyjnych, w tym kontekście Niemiec jest wrogiem!
Czyli Werter ogólnie jest dobrym bohaterem, pierwszym romantycznym, na nim opiera się analiza wszystkich kolejnych. Ale w latach 1939-1945 jest zły, bo jest… Niemcem. Wszyscy Niemcy w czasie wojny byli źli? Ze słów nauczycielki wynika, że tak. A ona jest w klasie autorytetem, słucha jej trzydziestu młodych ludzi, z jeszcze niewyrobionymi poglądami. Takie kategoryzowanie to prosta droga do ksenofobii – ale polonistka za to nie odpowie, bo i jak ktokolwiek mógłby jej udowodnić, że zaszczepia faszystowskie myśli?



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak polska szkoła traktuje ofiary obozów koncentracyjnych, czyli co nieco o antybohaterze

poniedziałek, 24 września 2018

WPIS#13: O WIESZCZU MICKIEWICZU SŁÓW KILKA


Mickiewicza w szkole jest dużo. I dobrze, wszak Mickiewicz wielkim poetą był. Tylko po co od razu obwieszczać go wieszczem, poetą narodowym?
„Pan Tadeusz” rzeczywiście może być okrzyknięty arcydziełem. Mało kto byłby w stanie napisać tak epopeję, nie gubiąc wątku i pilnując (niemal skutecznie), by wszystkie wersy miały trzynaście zgłosek. Mamy tu też prosty opis życia na dworku w początkach XIX wieku – a to ciekawe uzupełnienie suchych zazwyczaj informacji z lekcji historii. Problem polega na tym, że „Pan Tadeusz” to tak zwana epopeja narodowa. Został już dokładnie przeanalizowany i zinterpretowany i uczeń na lekcji właściwie nie może powiedzieć nic nowego, nie może mieć innego pomysłu niż nauczyciel. Ponieważ omawia się go już w liceum, to skupia się tylko na tym, co może pojawić się na maturze. Zatem zamiast porozmawiać o pięknie samego utworu, o jego walorach artystycznych i technicznych, zamiast spróbować samodzielnie napisać trzynastozgłoskowiec, zamiast wczuć się w ducha epoki, trzeba uczyć się na pamięć, że „Litwo, ojczyzno moja”. I nawet te pierwsze słowa narodowej epopei nie skłaniają do zastanowienia się, kim tak naprawdę był Mickiewicz. Polakiem czy Litwinem? Różnica jest istotna. Skoro Polacy mogli przez 123 lata płakać, że zabory, to co mają powiedzieć Litwini, którzy pod panowaniem polskiego króla żyli znacznie dłużej. Podobnie jest z Białorusią i Ukrainą; ba, w prozie ukraińskiej wręcz wprost pisze się, że Polacy to najeźdźcy. Ale nie. W szkole na polskim uczymy się tylko tego, jakimi to męczennikami jako naród jesteśmy. Jak to nam zawsze było źle. My najeźdźcami? To przecież niemożliwe! Pod naszym panowaniem wszystkim żyło się dobrze!
Zamiast spojrzeć na „Pana Tadeusza” szerzej, w kontekście tożsamości narodowej na przykład, tak ważnej w dzisiejszych czasach, kiedy to właściwie każdy może wyemigrować, szukamy w nim stałych motywów, które przydają się na maturze. Sposób pokazywania miasta, kobiet, rozrywek, życia na wsi, polowania, dworku – to wszystko jest bardzo ciekawe, o ile nie porusza się tych kwestii przy omawianiu każdej jednej lektury. Można porównywać, kto jak opisuje ten sam aspekt życia, owszem. Ale nie to jest w czytaniu najważniejsze. Najważniejszy jest morał, jaki z lektury wynika. A ten w „Panu Tadeuszu” jest już wyświechtany: odzyskamy niepodległość. To jest ciekawe, myślałam, że w 2018 roku już dawno żyjemy w wolnym kraju, a od czasów Mickiewicza niepodległość odzyskaliśmy nawet dwa razy (w 1918 i 1989), że możemy wreszcie skupić się na czymś innym, bardziej współczesnym.
Ale nie. Poza „Panem Tadeuszem” należy omówić jeszcze z należnym pietyzmem „Dziady”. Najważniejsza jest, oczywiście, część III. To właściwie zbiór niepowiązanych ze sobą scen, bez przypisów nie sposób zrozumieć, o co tak właściwie chodzi. A chodzi o dwie sprawy: mesjanizm i prometeizm. Polska Chrystusem narodów, kult zbawcy wciąż żywy. Jakoby to jednostka mogła naprawić całe zło tego świata. Jednostka wybitna, utalentowana, poeta, bo któżby inny, w końcu mamy romantyzm, epokę wrażliwych młodzieńców, artystów.
Zacznijmy od tego, że dramatów w ogóle nie powinno się czytać, dramaty są od wystawienia na scenie. Ale już trudno, w końcu akurat część III „Dziadów” bardzo trudno jest wystawić na scenie. Bo co zrobić z Ustępem, zbiorem poematów umieszczonych na końcu? Wyrecytować? Przerobić tekst na grę aktorów? A co z tym, że każda niemal scena rozgrywa się w innym miejscu, pojawiają się inne postaci? I jak sprawić, by dramat stał się zrozumiały dla przeciętnego widza?
To lepiej przeczytać. Suchy tekst łatwiej przeanalizować. A „Dziady” trzeba oczywiście analizować wers po wersie, bo przecież w każdej linijce kryje się mądrość. I potem uczniowie mają problem w objęciu całości, w zrozumieniu, o czym ogólnie jest ten dramat. O pysznym poecie? Czy o więzionych przez Rosjan młodych buntowników? A może o kosmopolityzmie wśród elit? O nierównościach społecznych? O sile wiary? O pobożności? Czy po prostu, jak wiele powstałych w XIX wieku dzieł, miał być „ku pokrzepieniu serc”, miał podnosić na duchu Polaków, dawać nadzieję, że jeszcze kiedyś tę niepodległość odzyskają?
A może miał dać Mickiewiczowi nieśmiertelność? W końcu ciągle jest numerem jeden na liście lektur, chociaż minęło już dwieście lat od jego śmierci, zdawałoby się, że powinien utracić nieco świeżości. Ciągle odwołując się do jego utworów na maturze można nie martwić się o wynik. Ciągle trzeba znać najważniejsze jego dzieła na wylot, żeby nie stresować się, że brakuje przykładów na poparcie tezy na ustnej czy pisemnej. Ciągle to Mickiewicz mówi nam, jak mamy myśleć, jak mamy żyć, co robimy dobrze, co źle. Rzeczywiście jest wieszczem. W XIX wieku przewidział, jak będzie wyglądał świat w wieku XXI. To dopiero artysta.
Są jeszcze dwie części „Dziadów”: druga i czwarta. Pierwsza nie została nigdy skończona.
Część II to obrzęd dziadów, rozmowy z duszami. I okazuje się, że dzieci są złe, bo są niewinne, bo znają tylko dobrą stronę życia. Dziecko zaraz po urodzeniu powinno cierpieć, najlepiej w czasie walki narodowowyzwoleńczej, tak? Bo inaczej nie trafi do nieba? Coś tu nie gra.
A jak już o niebie mowa, to co mają dziady do chrześcijaństwa? Dlaczego nie mówi się o tym, że katolicyzm nie wyplewił dawnych wierzeń, obyczajów, tylko nałożył swoje święta na tradycje pogan? Dlaczego nie porusza się kwestii ludowych zwyczajów? Dlaczego skupia się tylko na moralności Mickiewicza?
Moralności zresztą wątpliwej. Według niego kobiety są złe, bo bawią się uczuciami mężczyzn. Jakby istotnej roli nie grało tu wychowanie! Jakby to nie było tak, że bez dobrej partii kobieta nie istniała. Nie o tym mówi się w XXI wieku. W XXI wieku raczej stara się o równouprawnienie płci, o wyeliminowanie dyskryminacji kobiet. Jak uczennice, omawiające właśnie na lekcjach lektury otwarcie podważające wartość kobiety, mogą wierzyć we własne siły, walczyć o swoje, w ogóle dostrzegać to, że są dyskryminowane? Jak uczniowie, słuchający o tym, że kobieta powinna być niewinna i uległa, mają kobiety szanować?
Gwóźdź do trumny przybija część IV. „Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!” Czyli kobieta jest niczym, jest delikatna, bez mężczyzny nic nie znaczy, to mężczyzna musi się nią zaopiekować. Więcej: kobieta ma być aniołem, istotą idealną. Stawia się ją na piedestale, przez co przestaje być… człowiekiem.
Kończy się tak, że jeśli o Mickiewicza chodzi, warto przeczytać jedynie „Sonety krymskie”. Bo to w nich pojawia się nostalgia, tęsknota za ojczyzną, tak częste w dobie powszechnej migracji ludów. Bo one też mają wartość artystyczną, są przemyślane, pięknie napisane… Tylko że i je omawia się w kontekście bohatera romantycznego, maglowanego w szkole na wszystkie strony. Po „Cierpieniach młodego Wertera” i „Dziadach” ma się go serdecznie dość. A potem się okazuje, że to jeszcze nie koniec.


W NASTĘPNYM WPISIE: Czym zawinił nieśmiertelny bohater romantyczny?

poniedziałek, 17 września 2018

WPIS#12: O „LALCE” SŁÓW KILKA


            Tak na początek: ile Rzecki miał lat? Z jego pamiętników wynika, że co najmniej pięćdziesiąt, w końcu w „Lalce” mamy 1878 rok, a on brał aktywny udział w Wiośnie Ludów (1848-49). A jednak już w pierwszym rozdziale pojawia się zdanie: „Ani jednak ciekawość ogółu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech subiektów, ani nawet ustalona reputacja sklepu może nie uchroniłyby go od upadku, gdyby nie zawiadował nim czterdziestoletni pracownik firmy, przyjaciel i zastępca Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki”. Tylko że gdyby miał czterdzieści lat, nie walczyłby na Węgrzech, bo miałby wtedy… dziesięć lat. Już tutaj pojawia się więc nieścisłość. W powieści Prusa jest ich więcej.
            Bo ile razy można się, na przykład, zakochiwać i odkochiwać? I to w jednej tylko kobiecie? Do Wokulskiego wielokrotnie dociera, jaką kobietą jest Izabela Łęcka, nieraz traci do niej wszelkie ciepłe uczucia, by za chwilę, w następnym rozdziale, znowu do niej wzdychać. To wygląda na celowe wydłużanie historii, to samo robił zresztą Sienkiewicz (Kmicic w „Potopie” tyle razy jest ranny, że normalny człowiek dawno już by od tych ran leżał w grobie). Obaj panowie pisali te powieści w odcinkach, do gazety, zatem w ich własnym interesie było, by książka wyszła jak najdłuższa. Więcej rozdziałów=więcej pieniędzy.
            Sam Wokulski jest więc niespójny. Nie wie, czego chce. Miota się, ale to jego miotanie się staje się w końcu komiczne. Wiadomo, ciągłe zwroty akcji, powroty, ucieczki do i od ukochanej były potrzebne, by podtrzymać zainteresowanie publiki. Pytanie brzmi, czy właśnie takiej powieści potrzebują polscy uczniowie w XXI wieku. Przecież spokojnie można by ją było porównać do historii publikowanych na blogach czy Wattpadzie – tam też liczy się długość, nie jakość.
Owszem, „Lalka” porusza kilka ważnych kwestii. Ale czy one aby na pewno się nie zdezaktualizowały?
Po pierwsze – wychowanie kobiet. To przez to pojawiają się cierpienia Wokulskiego. Gdyby Łęcka tak po prostu odwzajemniła jego uczucie, nie zastanawiając się, czy jej się opłaca małżeństwo z kupcem, nie byłoby całej intrygi. Tu zresztą widać kolejną niespójność: Wokulski ma szlacheckie pochodzenie. Tylko na przestrzeni lat jego rodzina zubożała. Nie jest jednak tak do końca prostym kupcem. Ma też majątek, czego nie może o sobie powiedzieć Łęcka.
Dzisiaj przydałaby się raczej lektura na temat równouprawnienia płci, dyskryminacji kobiet, wszystkiego tego, o co walczą feministki. Ale, och, no tak. W czasach Prusa nie było jeszcze feministek, przynajmniej nie w Polsce. A kto jak nie Prus miałby napisać wartościową powieść?
Po drugie – antysemityzm. W „Lalce” dobrze widoczny zwłaszcza po zakupieniu przez Szlangbauma sklepu Wokulskiego. Tylko że dzisiejszy antysemityzm polega na czymś innym. Trudno jest spotkać na ulicy Żyda, nienawiść do starozakonnych oparta jest tylko na wyobrażeniach ludzi.
Teraz w mediach rządzą uchodźcy, na każdym kroku można spotkać Ukraińca, to ich się nie toleruje, to ich się atakuje i obraża. Tego problemu Prus nie mógł poruszyć.
Po trzecie – wojna. Owszem, w „Lalce” jest pokazane, że są ludzie, którzy się dzięki wojnie bogacą, że na zabijaniu można zarabiać. Nie jest to jednak łączone z drugą wojną światową, z tym, że dobrze wszystkim znane marki wykorzystywały pracę więźniów obozów koncentracyjnych do obniżenia kosztów produkcji. Wojny XIX nie są już żywe w pamięci ludzi, wojny XX wieku jeszcze się pamięta. Ale Prus zmarł jeszcze przed wybuchem pierwszej z nich…
Po czwarte – zakazana miłość. Do młodego czytelnika nie przemawia już problem pochodzenia, ponieważ w Polsce nie ma jako takich warstw społecznych. Elity zostały wymordowane w Katyniu. Ale… no tak, Prus tego nie dożył.
Dzisiaj zakazaną miłością może być miłość mężczyzny do mężczyzny, kobiety do kobiety. Zwłaszcza w Polsce jej okazywanie jest niebezpieczne. Prus nie mógł wiedzieć, że przydałoby się i o tym co nieco napisać.
„Lalka” uważana jest za lekturę idealną, pasuje do niemal każdego tematu maturalnego. Ale właśnie – tylko do tematu maturalnego. Bo i matura została przygotowana w oparciu o „Lalkę” i kilka innych książek sprzed stu lat. Jakby od czasu ich wydania nie powstało nic innego godnego uwagi. Jeśli chodzi o życie, „Lalka” niewiele może młodemu czytelnikowi powiedzieć, poza tym, jak ono wyglądało w XIX wieku. To trochę słabe uposażenie na przyszłość…



W NASTĘPNYM WPISIE: O wieszczu Mickiewiczu słów kilka...