Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2019

WPIS#38: GDZIE TEN AUTORYTET, CZYLI O POZYCJI NAUCZYCIELA W SPOŁECZEŃSTWIE

           Polski uczeń ma około trzydziestu godzin tygodniowo lekcji, na których musi być, bo jeśli nie, to obniży mu się ocenę z zachowania. To od sześciu do ośmiu godzin dziennie. Nieraz od ósmej do piętnastej, z najdłuższą przerwą dwadzieścia minut, zazwyczaj bez możliwości porządnego odpoczynku między lekcjami i ze śmieciowym jedzeniem kupionym w sklepiku. Bez możliwości wyjścia na przerwie na dwór, przewietrzenia się, wybiegania. Za bieganie po korytarzach grozi uwaga. Po powrocie do domu obiadu zwykle nie ma, bo rodzice pracują. Jest za to góra zadań domowych i zapowiedziane – z tygodniowym wyprzedzeniem, zgodnie ze statutem szkoły – trzy sprawdziany, do których trzeba się nauczyć, do tego jeszcze nauczyciel matematyki coś wspominał o niezapowiedzianej kartkówce, aha, jeszcze praca na plastykę, nauczyć się piosenki na muzykę, wypełnić ćwiczenia z pisma technicznego na technikę, zrobić kartki Wielkanocne na zajęcia artystyczne, oj, jeszcze ćwiczenia z biologii i chemii, szlag, kartkówka z geografii będzie, trzeba wykuć mapę świata na pamięć, najdłuższe rzeki, najgłębsze jeziora, najwyższe szczyty, co gdzie leży i jak się nazywa, jutro będzie pytanie ze słówek z angielskiego, na następnej lekcji polskiego piszemy wypracowanie, przydałoby się przypomnieć sobie lekturę, na historię trzeba było przeczytać temat z podręcznika, już jedna jedynka za to wpadła, dobrze by było nadrobić. Poza tym znajomi narzekają, że dawno się nie widzieliśmy, chcą się spotkać w weekend… Ale nie, może lepiej zająć się nauką. Już szesnasta, ale do północy jeszcze dużo czasu, jeszcze wiele można zrobić.
            To nie jest wcale wytwór mojej bujnej wyobraźni. Tak wygląda rzeczywistość ucznia polskiej szkoły, 7/8 klasa, gimnazjum, pierwsza liceum – kilka lat z życia, bo Ministerstwu zachciało się 15 różnych przedmiotów. Nauczyciele ze wszystkich tych przedmiotów mają swoje wymagania, każdy przedmiot jest najważniejszy, do każdego trzeba się przygotowywać, na każdy sprawdzian trzeba się uczyć, każdą jedynkę poprawić, do tego mieć bardzo dobre lub wzorowe zachowanie – wszystko po to, by na świadectwie wydrukowali ci czerwony pasek, a w rekrutacji do następnej szkoły policzyli więcej punktów.
            Jednak to nauczyciele, a nie uczniowie, strajkują. Bo dość mają, że wmawia im się 18-godzinny tydzień pracy, wolne ferie i dwa miesiące wakacji. Bo dość mają, że za grosze wychowują rozwydrzone dzieciaki wiecznie niezadowolonych rodziców. Bo dość mają ciągłego szykowania sprawdzianów, przeprowadzania ich i sprawdzania. Bo wreszcie chcieliby odzyskać zatracone gdzieś w szkolnych korytarzach poczucie godności.
            Bardzo dobrze, że strajkują. W szkołach już mamy taki chaos, że każda kolejna akcja przybliży nas do prawdziwej reformy. Jednak taka forma strajku nie przywróci nauczycielom bycia autorytetem. Dlaczego? Cóż:
1)    nie wsparli rodziców przy strajku przeciw likwidacji gimnazjów;
2)    strajkują tylko w sprawie podwyżek, słowem nie wspominając o wrześniowej kumulacji roczników;
3)    ciągle są niedouczeni w zakresie psychologii, pedagogiki i wychowania;
4)    uczniowie dla nich są tylko numerami w dzienniku;
5)    ani myślą zmieniać starych, dobrych metod nauczania.
To tylko kilka z powodów. Póki to się nie zmieni, nie ma co liczyć na dobrą szkołę, czy nauczyciele dostaną podwyżki, czy nie. Uczniowie wciąż będą chodzić przygnieceni plecakami wypchanymi podręcznikami, zapchanym do granic możliwości terminarzem i bezsennymi, poświęconymi na naukę nocami. Nauczyciele wciąż będą jeszcze się na nich wyżywać, obrażać, wyzywać od idiotów i nieuków. Wciąż wszyscy będą walczyć, by zrealizować nierealizowalną podstawę programową, by sprostać wymaganiom Ministerstwa. Wciąż będą się nawzajem straszyć maturą i marzyć, że na studiach będzie lepiej. Nie będzie, bo i szkolnictwo wyższe wymaga reformy.
Polska szkoła to potwór, który mieli wszystko, nie patrząc, czy to uczeń, czy nauczyciel, czy rodzic, czy babcia – wszyscy cierpią, w ten czy inny sposób, starając się jakoś przez to bagno przebrnąć i zachować jeszcze sił na dalsze życie. Wydostałam się z tego w zeszłym roku, mniej więcej w tym czasie zaczynało do mnie docierać, że już zaraz matura, że już zaraz koniec. Martwiłam się tylko o jedno – o podstawowy polski, zmorę wszystkich, humanistów i ścisłowców, o którym nieraz pisałam. Zdałam lepiej niż podejrzewałam, dostałam się na wymarzone studia. Zerwałam ze szkołą tylko po to, by zaraz do niej wrócić – we wpisach na tym blogu. Nie tylko ja tak mam – o tym koszmarze nie da się zapomnieć. Chociaż matura dawno za nami, w rozmowach ze znajomymi ciągle wraca temat motywów w „Lalce” czy „Panu Tadeuszu”. Ciągle słyszę, że „Dziady” to wybitny dramat, a Sienkiewicz wielkim pisarzem był. Gdy słyszę nacjonalistów krzyczących „Precz z Żydami/Ukraińcami/uchodźcami/gejami/lewakami (i tak dalej)”, widzę polonistkę, wygadującą bzdury o antybohaterze. Gdy muszę się nauczyć czegoś na pamięć, myślę o gimnazjalnym podręczniku z biologii, pełnym niezwykle istotnych notek encyklopedycznych do wyuczenia.
Mam tego dość. Narzekaniem nic nie zmienię. Nawet jeśli poruszyłam na tym blogu ważne tematy, to i tak nie ma znaczenia, bo do wymiany jest absolutnie cały system. Nie ma nic, co mogłoby się ostać, nie ma więc sensu pisać o plusach i minusach polskiej edukacji – lepiej pomyśleć, co można zrobić, by już teraz było łatwiej.
Dlatego podjęłam decyzję o zamknięciu bloga, jednak całkiem nie zniknę – znajdziecie mnie na Instagramie pod nazwą @styropianowy_kucyk. Będę tam udostępniać sprawdzone sposoby na naukę, ale nie tylko, znajdzie się też trochę rozrywki. Mam nadzieję, że to chociaż trochę pomoże przetrwać szkolne lata – a może i ułatwi studenckie czy dorosłe życie.  


poniedziałek, 18 marca 2019

WPIS#37: DLACZEGO POLSKI NAUCZYCIEL JEST NIESKUTECZNY

Kiedy próbuje się narzekać na nauczycieli, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „Przecież to jednostkowy przypadek”, „Wiadomo, że nie każdy nauczyciel jest świetny w swoim zawodzie”, „Są nauczyciele genialni i nauczyciele słabi”, „Nie można mieć wszystkiego”. Wszystko to prawda – spotkałam na swej drodze i wspaniałych pedagogów, i takich, którzy w ogóle nie powinni uczyć. Martwią mnie jednak liczby – bo tych świetnych nauczycieli naliczyłam się na mojej drodze pięciu. Pozostałych jest około dziewięć razy więcej. Jak to możliwe?
Oczywiście, nie można narzekać na samych nauczycieli – rozumiem, jak trudną, wymagającą i niedocenianą pracę wykonują. W końcu i ci słabi nauczyciele czegoś mnie nauczyli – tego, co przewiduje podstawa programowa, chociażby. Wiem już też, jak wykorzystywać czas na nudnych lekcjach (uczyć się do czegoś innego), umiem szybko notować (dzięki nauczycielom czytającym na głos podręcznik i każącym uczniom wszystko, co przeczytają, zapisywać), wreszcie, zrobiłam sobie ranking metod nauczania – już wiem, co robić, a czego nie, gdy sama będę nauczycielką. Po przeanalizowaniu tego rankingu można wysunąć jeden wniosek: większość nauczycieli prowadzi lekcję w dokładnie ten sam sposób. Kreatywności brak. I, co ważniejsze, wolnej ręki.
Bo tak naprawdę winni są nie nauczyciele – winny jest sam system edukacji. System, który narzuca przerobienie szczegółowej podstawy programowej w zaledwie 12 lat. Jakbym chciała się wszystkiego tego nauczyć, zrozumieć to i zapamiętać na całe życie, musiałabym poświęcić co najmniej dwa razy więcej czasu!
Ale zacznijmy od początku. Na studia idą absolwenci polskiej szkoły – nauczeni odtwórczej pracy, bezmyślnego słuchania nauczycieli, wykonywania zleconych zadań i niezadawania niewygodnych pytań, oraz, o zgrozo, wyłączania myślenia w kluczowych momentach (na przykład na egzaminach, gdzie ważniejsze jest trafienie w klucz niż wykazanie się kreatywnym i logicznym rozumowaniem). Przez kilka lat uczą się w podobnych jak w szkole warunkach – słuchają wykładowców, czasem coś zanotują, tuż przed sesją zakują, zdadzą, potem zapomną, jako tako napiszą pracę dyplomową i zaczną rozglądać się za pracą. Tak się akurat zdarzy, że nigdzie nie będzie wolnych wakatów, akurat nikt po tym konkretnym kierunku nie będzie potrzebny. Cóż, nie ma co załamywać rąk, zawsze można zrobić kurs, zostać nauczycielem. Kurs jest krótki, ale intensywny, szybko można się zatrudnić. W szkole na początek nauczyciele dostają do przeczytania podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej tę podstawę realizujący i – idą uczyć.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. To był przykład selekcji negatywnej do zawodu nauczyciela. Ale przecież już wiemy, że mamy również nauczycieli z powołania. Ci uczą się pilnie, interesują się różnymi aspektami poznawanego materiału, szukają sposobów na jego efektywne opanowanie. Po ukończeniu studiów idą do szkoły, bo zawsze o tym marzyli – wlewać wiedzę do głów uczniów, patrzeć, jak się rozwijają, rozbudzać ich ciekawość… Na wstępie dostają podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej ją realizujący, tworzą własne materiały dla uczniów i – idą uczyć.
Jedni i drudzy spotykają się z rozczarowaniem. Pierwsi – bo co z tego, że mają wiedzę i pomoce naukowe, skoro nikt nie nauczył ich, jak pracować z człowiekiem? Drudzy – bo co z tego, że mają wiedzę i potrafią ją przekazać, skoro ich ruchy ogranicza podstawa programowa?
Podstawa programowa to coś, na co wszyscy się żalą – uczniowie, nauczyciele, rodzice. Od kilku lat mówi się, że jest przeładowana. Ministerstwo, w odpowiedzi na te głosy, jeszcze ją rozszerzyło i jednocześnie skondensowało trzy lata w dwóch. To, co już w gimnazjum było trudne do przerobienia na czas, teraz jest praktycznie niemożliwe. Co zresztą widać po wynikach ósmoklasistów w próbnych testach.
Poza autorytarnym ustalaniem, czego uczyć, a czego nie, podstawa programowa robi coś jeszcze gorszego: zmienia nauczycieli w roboty. Naprawdę nie trzeba myśleć, by przeprowadzić lekcję. Wystarczy punkt po punkcie przerobić temat opisany w podstawie.
A jak zachęcić uczniów, by się tej podstawy nauczyli? Tego przeciętny nauczyciel nie wie, straszy więc kartkówkami, sprawdzianami, egzaminami, wyższym etapem edukacyjnym („teraz to jest zabawa, w liceum/na studiach – to dopiero będzie nauka!”). Nie działa? Musi zadziałać – bo innej broni przeciwko bandzie rozwydrzonych dzieciaków nie ma.
Gadają na lekcji, bawią się telefonami, pyskują, nie wykonują poleceń – to wszystko wina rodziców! Nie uczą się, przynoszą słabe stopnie, pyskują, nie słuchają się – to wszystko wina nauczycieli! Tak właśnie od lat trwa wojna między nauczycielami a rodzicami. Jedni narzekają na drugich, szukają winnych w niewłaściwym zachowaniu uczniów, a uczniowie miotają się między nimi, starając się jakoś wszystkich zadowolić. Jednocześnie uczą się, kim naprawdę są, co chcą robić w życiu, nawiązują przyjaźnie, tworzą pierwsze związki. Do tego dojrzewają, hormony w nich buzują, sami nie wiedzą, co się z nimi dzieje – bo nikt im tego nie powiedział, nikt z nimi nie rozmawia inaczej niż przez wydawanie poleceń. Nie dziwne, że rozrabiają, gdy tylko poczują, że mogą sobie na to pozwolić.
Szkoła to taka miniatura Polski – wszyscy kłócą się ze sobą, ale tak naprawdę nie wiedzą, o co, wykorzystując jako argumenty najsłabszych. Panuje w niej chaos i biurokracja jednocześnie, liczą się tylko cyfry, wykresy, procenty, wyniki, sam człowiek jako jednostka jest zaś nieistotny.
To widać już na pierwszy rzut oka. Kto jest dzisiaj dyżurnym? Numer jedenasty. Nie: Kowalski. W szkole uczniowie to numery. Numery przypisywane do klas, za każdą klasę odpowiada jeden, najwyżej dwóch nauczycieli, którzy z kolei podlegają dyrektorowi, dyrektor odpowiada przed kuratorium, kuratorium przed Ministerstwem. System doskonały, zdawałoby się: każdy ma swoje miejsce, każdy ma swojego przełożonego. Wystarczy jednak przeczytać jedną z lektur przez ten system proponowanych, „Rok 1984” Orwella, by przekonać się, że takie systemy się walą.
Bo człowiek jest istotą myślącą. Czuje. Ma swoją godność. Odarty z niej, zaczyna się buntować. Jeśli źle się czuje, zaczyna się buntować. Jeśli nie może swobodnie myśleć, zaczyna się buntować.
Nauczyciel jest zewsząd atakowany, wytyka mu się „18-godzinny tydzień pracy, ferie i dwumiesięczne wakacje” – to utrata godności. Jest oceniany za osiągnięcia, na które sam nie pracuje (bo liczą się wyniki egzaminów jego uczniów, a nie jego samego) – to znowu godność. Uczniowie na przerwach (a czasem i na przerwach) mieszają go z błotem, podobnie rodzice na zebraniach podważają jego kompetencje – przez to czuje się źle. Podstawa programowa narzuca mu właściwie sposób prowadzenia lekcji, nie pozwala na kreatywność i samodzielny wybór tematów – to ograniczenie myślenia.
Nauczyciel ma więc powody do buntu. I buntuje się – a że przez to ciągłe mieszanie z błotem, wytykanie, ocenianie, itd. ma niskie poczucie własnej wartości i zwyczajnie się boi, to buntuje się w sposób co najmniej dziwny. (Kiedy pisałam ten post: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/11/wpisbonus-temat-jak-z-horroru-protest.html byłam przekonana, że strajk tuż-tuż. Okazało się, że trzeba na niego poczekać, aż nauczyciele się upewnią, że społeczeństwo ich popiera, i że sami tego strajku chcą. Stąd ciągłe straszenie buntem, jakieś referenda, jakieś artykuły – tylko po to, by się… no właśnie nie wiem. Usprawiedliwić? Przekonać, że warto? Już nawet uczniowie działają szybciej, w jednym tygodniu zapowiedzieli, w drugim przeprowadzili manifestację w sprawie klimatu…)
Nawet nie chcę analizować, jakie powody do buntu ma uczeń. Wiem jednak jedno: ma poważną broń w zasięgu ręki. I jeśli zechce, może wywrócić system do góry nogami. Co śmieszniejsze, tę broń włożył mu do ręki sam system. Dość pomyśleć, co by się stało, gdyby nagle tysiące uczniów nie zdało do następnej klasy…
Jedno jest pewne: ten system runie, bo musi runąć. I to już niedługo.


W NASTĘPNYM WPISIE: Gdzie ten autorytet, czyli o pozycji nauczyciela w społeczeństwie

poniedziałek, 4 marca 2019

WPIS#35: DLACZEGO BEZ PODRĘCZNIKA SIĘ NIE DA, CZYLI NOWOCZESNA NAUKA W POLSKIEJ SZKOLE

           Mamy XXI wiek, więc w klasach obowiązkowo musi być komputer i rzutnik. W końcu do dzisiejszej młodzieży bardziej trafiają kolorowe obrazki niż suchy tekst w podręczniku, nieprawdaż? Poza tym, to zawsze jakieś uzupełnienie lekcji, nie trzeba wszystkiego pisać na tablicy, można po prostu wyświetlić. I uczniom się podoba, rzeczywiście, łatwiej jest notować, gdy treści są przekazywane ustnie, ale i napisane. I na zdjęciach do szkolnej kroniki dobrze wygląda, można zaprzeczyć twierdzeniu, jakoby polska szkoła tkwiła w średniowieczu.
            Problemów jest kilka, zacznijmy więc od samego początku. Komputer i rzutnik – mamy. Konieczny jest też ekran do tego rzutnika. Zazwyczaj umieszczony nad tablicą, tak, że rozwijając go, zasłaniamy w najlepszym wypadku połowę tablicy. Albo albo. Nie można jednocześnie pisać i wyświetlać. Z drugiej strony, takie rozwiązanie przydaje się na matematyce – u mnie w liceum, gdy zajmowaliśmy się funkcjami, nauczycielka wyświetlała wprost na tablicy układy współrzędnych, do których trzeba było tylko dorysować wykresy. Przydatne. Zwłaszcza, że projektanci sal rzadko kiedy myślą o tym, że na matematyce przydałaby się tablica w kratkę. Standardem są białe, czyste, więc takie będą we wszystkich klasach – to pewnie jeszcze pozostałość po tradycyjnych tablicach. Chociaż i wśród tych na kredę były i takie z kratkami…
            Sprawa druga – kolorowe obrazki. Niestety, ponieważ nauczyciele nie mają zazwyczaj przygotowania psychologicznego i pedagogicznego, nie wiedzą, że w istocie, kolorowe obrazki łatwiej trafiają do mózgu – nie tylko nastoletniego, ale w ogóle ludzkiego. Do szkół idą absolwenci najróżniejszych kierunków, w których programach nie przewidziano uczenia o tym, jak… uczyć. Tego dowiadują się bodaj tylko studenci pedagogiki. A jakże łatwiej jest przekazywać wiedzę, gdy wie się, jak to robić, gdy zna się sprawdzone sposoby, gdy rozumie się pracę ludzkiego umysłu. Psychologia pracuje nad tym od dawna, a żeby znaleźć cokolwiek, coś na start przed rozpoczęciem kursu, wystarczy poszukać w Internecie.
            Trzecia sprawa: przecież te nudne, zapisane gęsto podręczniki, od których nauczyciele uciekają, zaprzęgając do pracy rzutnik, już nie istnieją! Zastąpiły je przyjazne dla oka książki z fotografiami, kolorowymi schematami, wytłuszczeniami, podkreśleniami, kursywami,  mapami myśli, podsumowaniami na koniec rozdziału, przykładami rozwiązań zadań… Zdarzają się nawet ciekawe grafiki. Praca z takim podręcznikiem to, wydawałoby się, sama przyjemność.
            Może i tak – w czasie nudnej lekcji przeglądanie ich to często jedyny ratunek dla ucznia. Jednak ogrom informacji zmieszczonych na jednej stronie jest, przy bliższym zapoznaniu się z tematem, przytłaczający. Tu tekst, tu definicja w ramce, tu podpis do obrazka, tu mapa myśli, tu pytanie, tu odpowiedź… co za dużo, to niezdrowo. Uczeń ma wszystko podane na tacy – mówią nauczyciele. Wyszczególnione najważniejsze informacje, potem jeszcze powtórzone w podsumowaniu i zadaniach sprawdzających – marzenie. Ale czy aby na pewno?
            Właśnie nie. Takie podręczniki nijak nie stymulują do samodzielnego poszukiwania informacji. Nie, zamieszczenie na końcu książek rozwijających dany temat czy postawienie nieoczywistych pytań w zadaniach nie wystarczy. Uczeń i tak tych książek nie przeczyta, a odpowiedzi na pytania znajdzie w Internecie. Nie nauczy się za to czytać ze zrozumieniem i notować. Jeśli wszystkie ważne kwestie ma podane na tacy, to po co rozumieć cały tekst? Jeśli w podręczniku są takie ładne grafiki, to po co samemu robić notatki? Przeczyta kilka razy przed sprawdzianem i wystarczy. A że sprawdzian to często gotowiec, to i pytania będą się odnosiły wprost do treści z podręcznika. Nie ma po co samemu pracować. Stara zasada Zakuj – Zdaj – Zapomnij jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            Niestety, żeby wyjść ze szkoły z jakąś wiedzą, żeby potem wykorzystać zdobyte informacje na studiach, trzeba się zaangażować. Trzeba zapamiętać na dłużej. Mnemotechniki istnieją od dawna – tylko nie w szkole. Uczeń w klasie nie usłyszy ani słowa na temat tego, jak właściwie nauczyć się do sprawdzianu – co najwyżej tego, by przeczytać podręcznik. Tyle to wiedział sam.
            Problem czwarty: kiedy nauczyciel wyświetla coś na rzutniku, to zazwyczaj siedzi przy biurku, za komputerem. Nie widzi klasy zza monitora. Nie nawiązuje z uczniami relacji. Nie staje się dla nich autorytetem. Nie widzi, czy rozumieją, o czym mówi. Nie stymuluje do zadawania pytań. Nie kontroluje, czy uczniowie notują. Czy przynajmniej słuchają. Lekcja prowadzona w ten sposób nic nie daje. Nie mówiąc już o tym, że sprzęt jest zawodny. Nieraz zdarzało się, że pół zajęć traciłam, bo komputer się nie chciał włączyć, potem nie działał rzutnik, a nauczyciel koniecznie musiał coś wyświetlić. Technika jest fajna, nie przeczę. Ale może lepiej pozostać przy nauczaniu tradycyjnym, a za to czegokolwiek uczniów nauczyć? Zwłaszcza, że nauka mówi jasno: samo oglądanie i słuchanie nic nie da. Trzeba jeszcze notować. Wyświetlanie kolorowych obrazków nie jest więc tak skuteczne, jak by tego chcieli nauczyciele. To uczniowie powinni je rysować – jako uzupełnienie swoich notatek.
            Po piąte: zadowolenie uczniów. Cóż… to raczej kontrowersyjna sprawa. Nauczycielowi może się wydawać, że uczniowie są zainteresowani tematem. Tylko że potem przyjdzie sprawdzian i okaże się, że połowa go nie zaliczyła. Bo żeby dotrzeć do młodego umysłu, trzeba go jakoś zaangażować. Chociażby zadać pytanie. Albo pokazać śmieszny filmik, który zacznie im się kojarzyć z danym zagadnieniem. Albo kazać narysować na tablicy mapę myśli dla powtórzenia materiału. Sposobów jest wiele. Nauczyciele wolą wyświetlać prezentacje w Power Poincie. Albo, znacznie częściej… elektroniczną wersję podręcznika. Jakby uczniowie nie mieli książek przed nosem, na ławce.
            Sprawa ostatnia, kronika szkoły. Chodziłam do podstawówki, gimnazjum i liceum, wszystkie szkoły skończyłam ze świetnymi wynikami. Jakkolwiek związana czuję się tylko w liceum. Dlaczego? Popatrzmy na problem chronologicznie.
            Podstawówka. Nauczyciele wszystkich przedmiotów ciągali mnie i kilku innych uczniów na wszystkie możliwe konkursy, bo przecież „skoro jest dobra z matematyki, to będzie też dobra z przyrody i polskiego”. Coś tam rzeczywiście wygrałam, przez jakiś czas moje zdjęcie wisiało nawet w jakiejś gablocie zasłużonych, czy coś takiego. Wygrywałam konkursy z polskiego i przyrody, jednak wszyscy ciągle twierdzili, że przoduję w matematyce. Podstawówkę wspominam więc jako pasmo konkursów matematycznych, na których większości zadań nie potrafiłam rozwiązać. Pamiętam też jeszcze jedno: rysowanie liści na przyrodzie. Oczywiście nie wyszliśmy w tym celu na dwór, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda, ale za to rysowaliśmy. A nie mówiłam, że rysowanie jest ważne?
            Gimnazjum. Byłam w klasie matematyczno-informatycznej, do której trafiło sporo osób z regionu, poziom był raczej słaby. Na matematyce rozwiązywałam zadania szybciej niż inni, bo były proste. Wniosek? Jesteś dobra z matematyki – idź na konkurs. I znowu to samo, niechodzenie na lekcje, żeby siedzieć na konkursie i patrzeć na zadania, których i tak nie umiem rozwiązać. Pamiętam też, że na biologii nauczycielka stawała na środku z podręcznikiem w ręku i czytała zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, a my mieliśmy zapisywać każde jej słowo. Gdy teraz czytam podstawę programową z biologii, żeby napisać tutaj post, nie kojarzę absolutnie nic. Za to z etyki pamiętam więcej. Do zeszytu przy każdym temacie wklejałam pasującą do poruszanych kwestii piosenkę – i teraz, gdy ich słucham, przypominam sobie, o czym rozmawialiśmy na lekcjach.
            Liceum. Klasa matematyczno-fizyczna, poziom lepszy, niż w gimnazjum, bo nie ma rejonizacji. Byłam raczej średnia i miałam już wyrobione własne zdanie na temat tego, co chcę, a czego nie chcę robić. Nawet, jeśli nauczyciele usilnie przekonywali mnie do udziału w konkursie, nie zapisywałam się. Za to pilnie notowałam na lekcjach, powoli odkrywałam, jak powinny wyglądać dobre notatki, uczyłam się z nich, rozwiązywałam zadania, stawiałam pytania, szukałam na nie odpowiedzi – w książkach, nie w Internecie. To raz. A dwa – kadra szkoły podchodziła do ucznia jak do człowieka. Nie chcesz brać udziału w konkursie – nie bierz. Na korytarzach stoją kanapy i fotele, by można było odpocząć w czasie przerw, w takich „kącikach” są półki z książkami, stoliki do nauki i kontakty, żeby podładować telefon. W jednym „kąciku” jest nawet dywan i kwiaty! Kiedy trzeba było pomalować szkołę, uczniowie zostali zaproszeni do pomocy – przyjdziesz malować w czasie ferii, dostaniesz piątkę z wuefu. Potem każdy chwalił się, który kawałek ściany własnoręcznie pomalował.
            Z tych trzech szkół kronika tylko jednej jest prawdziwa. Tylko jedna kronika pokazuje, że uczniowie czują się dobrze w szkole, że są traktowani jak ludzie, że mogą mieć własne zdanie, że mogą decydować o sobie i o swoim najbliższym otoczeniu, że mają prawa. I nie ma znaczenia, jak wyglądają zdjęcia w tej kronice – liczy się to, że pokazują prawdę.



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak łatwo jest przylepić łatkę, czyli o ocenianiu w polskiej szkole

poniedziałek, 25 lutego 2019

WPIS#34: OKRES W SZKOLE

            Wuef w szkole odbywa się zazwyczaj trzy razy w tygodniu. Nieprzygotowań jest tyle, ile zapisano w statucie, dajmy na to, dwa. Tyle, co i na innych przedmiotach. Logiczne. Gdyby było ich więcej, uczniowie by nie ćwiczyli.
            Ale czy aby na pewno?
            Nie do końca. W moim liceum można było nie ćwiczyć dowolną ilość razy, przy czym do tych „braków stroju” wliczały się również wszystkie nieobecności. Usprawiedliwione czy nie, na wuefie uczeń nie ćwiczył. W zależności od liczby nieprzećwiczonych godzin nauczyciel wystawiał ocenę; jeśli było ich dużo, ocena była niższa, jeśli mało – wyższa. Logiczne.
            Dzięki temu zabiegowi można było przeznaczyć wuef na naukę do sprawdzianu, jeśli ten miał się odbyć na którejś z następnych lekcji. Korzystało z tego wielu uczniów, więc, rzeczywiście, liczba osób ćwiczących była mniejsza, niż gdyby ograniczono nieprzygotowania.  Niestety, nikt nie kontrolował, co robią uczniowie siedzący na ławkach. Gdyby zadać im jakieś zadania, kazać robić jakieś plakaty, czyścić sprzęt, cokolwiek, sprawa byłaby czysta, rozwiązanie z wieloma „brakami stroju” do wykorzystania byłoby idealne.
            Bo mniej więcej połowę populacji uczniów stanowią dziewczyny, z których wiele raz w miesiącu po prostu nie może ćwiczyć. Ból związany z okresem jest zbyt silny – nie mówiąc już o kwestii higieny. Jeśli lekcje wychowania fizycznego odbywają się, powiedzmy, co drugi dzień, problemu raczej nie ma. Jeśli jednak wuef jest się w dwa dni pod rząd, trudno oczekiwać, że następnego dnia uczennica będzie już czuła się świetnie. W jednym tygodniu traci dwa nieprzygotowania – w większości szkół nie będzie miała ich już więcej do wykorzystania.
            Chyba, że nauczyciel zrozumie jej sytuację i pozwoli przesiedzieć zajęcia bez konsekwencji. Z tym jednak nic nie wiadomo, trzeba dobrze trafić.
            Niby mówi się: Masz okres – zgłoś to nauczycielowi, da ci prostsze ćwiczenia. W praktyce to tak nie wygląda. Na sali często jest trzydzieści osób, nauczyciel nie może skupić się na jednej z nich. Założę się, że nawet nie ma przygotowanego zestawu ćwiczeń dla dziewczyn z okresem.
            Co gorsza, nauczyciele są różni. Czasem kobiety, czasem mężczyźni. Do kobiety łatwiej jest podejść, na ucho powiedzieć, że ma się okres. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że wuefistki rzadziej są skłonne odpuścić uczennicom. Częściej robią to mężczyźni – ale z nimi rozmawiać o kobiecych sprawach to często wstyd. Lepiej przemilczeć, przemęczyć się, a po czterdziestu pięciu minutach uciec z sali do toalety.
            Pryszniców oczywiście nie ma, przynajmniej nie w każdej szkole. A nawet jak są, to albo przez cały rok zamknięte, albo tak zaniedbane, że strach tam wchodzić. No i koleżanki by się dziwnie patrzyły, że co to, ona prysznic bierze? W szkole?!
            Niby były kiedyś tam zajęcia o higienie w czasie okresu, ale przecież nikt nie bierze tego na serio, nikt dziewczyn nie zachęca, by o siebie dbały. O comiesięcznym miesiączkowaniu mówi się, jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem, jak o temacie tabu. Przypomnę, że mamy XXI wiek…
            Więc z pryszniców się nie korzysta. Jeśli wuef był ostatnim przedmiotem na planie, to nie ma większego problemu, wróci się do domu i tam weźmie się prysznic. Gorzej, jeśli wychowanie fizyczne jest gdzieś na początku lekcji, a po nim jeszcze długie godziny trzeba wytrzymać w szkole. Spoconą, krwawiącą i z bolącym brzuchem.
            Może się i tak zdarzyć, że uczennica zapomni podpasek, a koleżanki też akurat nie mają. W większości szkół w statucie stoi, że nie wolno opuszczać budynku, nawet po to, by skoczyć do sklepu. A że w szkolnych toaletach rzadko kiedy można uświadczyć papieru toaletowego i mydła, to trudno oczekiwać, że będą w nich i automaty z podpaskami. Trzeba się przemęczyć do końca lekcji.
            Są jeszcze chłopcy. Im starsi, tym bardziej świadomi tego, że koleżanki mają gorsze dni. Bynajmniej nie dowiadują się tego od nauczycieli – raczej po prostu zaczynają mieć dziewczyny, te z nimi o takich sprawach rozmawiają. Póki to jednak nie nastąpi, dziewczyny muszą wysłuchiwać śmiechów i docinków, że ofermy, nie potrafią nawet piłki rzucić, że użalają się nad sobą, że już wiadomo, czemu słabsza płeć. Nauczyciele oczywiście nie reagują.
            Niby jest przedmiot „wychowanie do życia w rodzinie”. Niby mamy się tam uczyć i o seksualności człowieka. Ale… im dalej w las, tym mniej uczniów uczestniczy w tych lekcjach (są nieobowiązkowe). A co do edukacji seksualnej – jedyne, co pamiętam, to że w podstawówce miałam podpisać elementy żeńskich i męskich narzędzi rozrodczych. Temat bardziej na biologię, na dział o rozmnażaniu… A nie, przepraszam, tego działu właściwie nie przerobiliśmy, nie starczyło czasu czy coś takiego.
            Polscy uczniowie idą w świat zupełnie nieprzygotowani do czegokolwiek. Nie mają wpojonych dobrych nawyków. Nie wiedzą, że jak ma się okres, to lepiej zwolnić, nie przemęczać się. Nie mają szacunku do samych siebie. Nie rozumieją, że należy uszanować gorsze samopoczucie innych. Nie potrafią rozmawiać o sprawach intymnych. Potrafią za to rozpoznać macicę na obrazku. To im się przyda, w końcu autorzy podręczników utrzymują, że aborcja jest zła, a kobiety zostały stworzone po to, by rodzić dzieci. Gdyby były w ciąży, to by ich okres nie bolał, prawda?




W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego bez podręcznika się nie da, czyli nowoczesna nauka w polskiej szkole

poniedziałek, 18 lutego 2019

WPIS#33: NA PRZYSZŁY TYDZIEŃ NAUCZCIE SIĘ WIERSZA, CZYLI ROLA NAUCZYCIELA W ZAPAMIĘTYWANIU


            Nauczycielom bardzo łatwo jest powiedzieć: Naucz się tego i tego. Już od pierwszych klas podstawówki zarzucają ucznia informacjami do wykucia na pamięć. A to wierszyk, a to piosenka, a to definicja, a to tabliczka mnożenia. Z tym ostatnim jeszcze nie jest najgorzej, trochę się w klasie, przy rozwiązywaniu zadań, nauczyć można. Ale pozostałe? Przecież tego trzeba się nauczyć samodzielnie, w domu przeczytać kilka razy i będzie. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak trudno jest coś wykuć, nie znając żadnych skutecznych metod pamięciowych.
            Nie, czytanie nie jest skuteczne, zwłaszcza do nauki słowo w słowo. Nijak nie zmusza do analizowania czytanego tekstu, nie wymaga rozumienia tego, co się czyta, nie daje nawet gwarancji, że treść rzeczywiście trafia do mózgu, a nie że jest to tylko bezmyślne wodzenie wzrokiem po literach.
            Psychologia dała ludzkości wiele metod na efektywną i szybką naukę, jednak polska szkoła omija je szerokim łukiem. Dlaczego?
            Sama korzystam ze sposobów do pracy z dziećmi z dysleksją czy autyzmem, inspirując się przepastną skarbnicą wiedzy, jaką jest… tak, tak, Internet. Nie trzeba wcale czytać stosu nudnych książek, żeby dowiedzieć się, jak dotrzeć do mózgu.
            Metody do pracy z dziećmi z jakimikolwiek zaburzeniami opierają się na jednym: są angażujące. Oczy, uszy, usta, ręce, nogi, nieraz również nos i język. To może być dziwne, że, jako studentka, przy nauce układam puzzle, tworzę zdania z rozsypanek słownych, słowa z powycinanych liter, rysuję, koloruję, bawię się kolorami, dużo mówię na głos, nucę, układam melodię do słów definicji, wymyślam skróty do zapamiętania całych zdań w konkretnej kolejności, wycinam, przyklejam, lepię z plasteliny, przekładam kartki z jednego pudełka do drugiego, chodzę, skaczę, spaceruję, patrzę z góry, z dołu, na wprost, oglądam filmy, czytam książki. A jednak, z takim podejściem zaliczyłam pierwszy semestr z samymi piątkami i, co ważniejsze, z wiedzą w głowie. Nie, nie wyparowała zaraz po egzaminie.
            To wszystko z powodzeniem można robić w klasie. Co za problem przy nauce alfabetu dać dzieciom plastelinę, niech lepią literki, zamiast marnować papier, przepisując w nieskończoność Aa, Aa, Aa, Aa… Zwariować można od tych A. Co za problem przy nauce wiersza pociąć go tak, by na każdym kawałku papieru był jeden wers, i kazać dzieciom układać te kawałki w odpowiedniej kolejności. Co za problem przy nauce czasowników nieregularnych na angielski stworzyć z uczniami kategorie – te czasowniki we wszystkich formach wyglądają tak samo, te są takie same tylko czasami, w tych „d” wymienia się na „t”… Co za problem pociąć tabliczkę mnożenia i kazać dzieciom ją prawidłowo ułożyć. Co za problem odgrywać scenki na podstawie lektur i w ten sposób poznawać ich bohaterów.
            Żaden problem. Świadczą o tym chociażby nauczyciele, którzy rzeczywiście tak robią – nie tylko w czasie lekcji z uczniami z zaburzeniami. Nie dość, że uczniowie świetnie się bawią, dużo zapamiętują, lubią przychodzić na zajęcia, interesuje je, co wydarzy się na następnej lekcji, to jeszcze nauczyciel ma frajdę i sam może się czegoś nauczyć – wystarczy, że otworzy uszy na głos swoich uczniów.
            Pytanie, dlaczego wszystkie lekcje nie wyglądają w ten sposób. Polski system szkolnictwa charakteryzuje się tym, że dokładnie sprecyzowana jest tylko podstawa programowa – cała reszta zależy od inwencji twórczej nauczycieli i dyrektorów.
            Nie, problemem nie jest brak czasu. Jeśli nauczyciele współpracują między sobą i z dyrekcją, wszystko da się załatwić. W końcu, jak już dobrze wiemy, wiele treści pojawia się na różnych przedmiotach. Ot, słynny antyk – omawiany równolegle na historii, polskim, często również na muzyce, plastyce, wiedzy o kulturze, wiedzy o społeczeństwie… Albo ochrona środowiska – pojawia się na biologii i geografii w gimnazjum i w liceum. Naprawdę nie ma potrzeby omawiać tego dwa razy, bo pojawiają się absurdalne sytuacje typu: teraz mam biologię, rozmawiamy o ochronie środowiska. Na następnej lekcji będzie geografia i będziemy rozmawiać o ochronie środowiska. Jednocześnie oddychając trującym powietrzem. Brzmi świetnie.
            Problemem jest edukacja nauczycieli. Czy też jej brak.
            W polskim systemie nie ma żadnego problemu, żeby skończyć studia z, powiedzmy, matematyki, potem zrobić podyplomówki z fizyki i chemii i wszystkiego tego uczyć w szkole. Wszechstronny nauczyciel, interesuje się światem, zachwala dyrektor, cieszą się rodzice. W praktyce to wygląda tak, że nauczyciel, owszem, umie liczyć, ale niczego dobrze nie wytłumaczy, bo tego go na studiach nie uczyli. Potrafi na lekcji przeczytać na głos podręcznik z fizyki i podyktować notatkę. Chemię zawsze lubił, więc nawet zapisze na tablicy reakcję chemiczną. Tyle przecież wystarczy; każdy uczeń i tak musi mieć podręcznik, każdy ma też dostęp do Internetu, sprawdzi sobie najwyżej.
            Nie, nie sprawdzi. Skoro nauczyciel na lekcji prowadzi wykład, to znaczy, że poda wszelkie potrzebne informacje, a jeśli czegoś nie rozumiem, to znaczy, że muszę się wczytać w notatki, albo jestem po prostu za głupia, by dany temat pojąć.
            Wykład może być fascynujący, nie przeczę. Nie rozwiązuje on jednak podstawowego problemu: jak się tego wszystkiego nauczyć? Polski uczeń spędza przeciętnie siedem godzin w szkole. Potem ma zajęcia dodatkowe, korepetycje, szkołę muzyczną, lekcję w szkole języków obcych, trening… Rodzice dzieci nie oszczędzają, mają być wszechstronne, zdolne, zapracowane. Może więc chociaż szkoła je oszczędzi i zajmie się tym, do czego została stworzona, czyli nauczaniem. A nie tylko wskazywaniem, czego należy się nauczyć.



W NASTĘPNYM WPISIE: Okres w szkole

poniedziałek, 4 lutego 2019

WPIS#31: TESTOMANIA, CZYLI TOBIE PIĄTKA, TOBIE PAŁA

            Chyba w każdej szkole jest zapis, że sprawdzianów nie może być więcej, niż trzy w tygodniu. Ale wiadomo, Polak potrafi kombinować. Dlatego ta reguła nie obejmuje sprawdzianów z języków obcych (bo przecież tam w jednej grupie są osoby z różnych klas, NIEMOŻLIWOŚCIĄ byłoby tak ustalić termin, żeby wszystkim pasowało) i kartkówek. Kończy się tak, że w praktyce polski uczeń w jednym tygodniu ma trzy dozwolone statutem sprawdziany, test z angielskiego i jedną „dużą kartkówkę”, wyglądającą niemalże jak sprawdzian. Bo nauczyciel nie zdążył się wpisać do terminarza, ale w sumie materiału nie jest tak dużo, powiedzmy, że dacie radę napisać w pół godziny, oceny wpiszę jako kartkówki i wszyscy będą zadowoleni.
            Wszyscy, poza uczniami. W poprzednim wpisie pisałam, jak wygląda podstawa programowa z biologii i lekcje na tej podstawie oparte. Jeśli doliczyć do tego język polski, język angielski, drugi język obcy, matematykę, fizykę, chemię, geografię, wiedzę o społeczeństwie, historię, podstawy przedsiębiorczości, edukację o bezpieczeństwie, informatykę i wychowanie fizyczne (tak, z tego też są sprawdziany), a takie przedmioty realizuje się w pierwszej liceum, to robi się naprawdę ciekawie.
            Z punktu widzenia nauczycieli też nie jest ciekawie. Zostańmy przy tym liceum. Załóżmy, że jeden nauczyciel ma w każdym roczniku jedną klasę z rozszerzeniem. Rozszerzenia zazwyczaj zaczynają się w drugiej klasie i pędzi się wtedy tak z materiałem, że sprawdziany są co trzy tygodnie. Do tego kilka klas pierwszych, nierozszerzających danego przedmiotu. Czyli takich, które trzeba tylko przepchnąć, wystawić pozytywną ocenę na koniec roku i pożegnać się na zawsze. Tutaj sprawdziany są rzadsze, bo lekcja jest tylko raz w tygodniu; niech będzie, że przerobienie materiału zajmuje sześć tygodni. Wszyscy startują w tym samym momencie, więc mniej więcej co sześć tygodni przeciętny nauczyciel MUSI przygotować zadania dostosowane do poziomu realizowanego przez poszczególne klasy, MUSI je sprawdzić w ciągu statutowych dwóch czy trzech tygodni, MUSI przewidzieć czas na poprawę, MUSI przygotować zadania na poprawę, MUSI sprawdzić poprawę. Na koniec okazuje się, że już trzeba szykować następne testy. A poza tym, to przecież za pół roku będzie matura, przydałoby się jakiś próbny egzamin przeprowadzić. Dobrze, że ułożeniem zadań zajmują się wydawnictwa, jeden punkt z listy do odhaczenia mniej. Ale nikt za nauczyciela tych próbnych matur nie sprawdzi. Znowu robota. Co więcej, trzeba jeszcze wesprzeć tych najbardziej uzdolnionych, przygotować ich do konkursów, zaproponować zajęcia dodatkowe. A dla tych słabszych? Jakieś konsultacje do wytłumaczenia bieżących zagadnień też by się przydały. Kiedyś trzeba też przygotować się do lekcji…
            Już chyba nie dziwi, dlaczego zajęcia w polskiej szkole wyglądają, jak wyglądają. Nauczyciel ZAWSZE ma kupkę sprawdzianów do sprawdzenia, na horyzoncie matury, jeszcze więcej sprawdzania… a tutaj siedzi klasa pierwsza, zupełnie danym przedmiotem niezainteresowana. No to przeczytajcie sobie podręcznik, zróbcie ćwiczenia, ja je potem sprawdzę (!) i wystawię oceny za pracę na lekcji. Dobrze, że w wersji dla nauczyciela w zeszytach ćwiczeń są odpowiedzi, wystarczy tylko porównać, zaznaczyć błędy, podliczyć punkty… O, to może by tak skorzystać i z gotowych sprawdzianów? W końcu wydawnictwo jest sprawdzone, zadania robią ciekawe, a i uczniowie będą zadowoleni, bo to test ABCD, można strzelać. Lepiej przecież się zająć rozszerzeniami, niż marnować czas na pierwsze klasy, prawda?
            Potem się okazuje, że te testy zamknięte przyjemnie się sprawdza, szybko, nie trzeba się zastanawiać, czy można uznać taką odpowiedź, czy jednak za bardzo odbiega od klucza… I nauczyciel zaczyna dawać gotowce i rozszerzeniom. Tu co prawda zdarzają się jakieś zadania otwarte, wzięte prosto z matur z poprzednich lat, bo przecież „i tak żaden uczeń ich nie przegląda”.
            Jest więc więcej czasu na szykowanie się do lekcji. Ale po co marnować energię na pierwsze klasy, skoro one i tak chcą tylko zaliczyć przedmiot i mieć z głowy? Lepiej zająć się rozszerzeniem. Ferie idą, dobrze byłoby zrobić im jakąś listę zadań, żeby się nie nudzili, głupot nie robili…
            W moim liceum byli nauczyciele, którzy sami robili sprawdziany, przygotowywali się do lekcji, organizowali zajęcia dodatkowe i… ledwo trzymali się na nogach, bo spali po kilka godzin, żeby z tym wszystkim zdążyć. A skoro oni mogą spać po kilka godzin, to i uczniowie też, przecież są młodzi i pełni energii. Nikt nie patrzył na to, że akurat w okresie dojrzewania sen jest niezwykle potrzebny. A już na pewno nikt nie pomyślał o tym, że właśnie we śnie mózg analizuje wszystko to, czego się nauczył (polecam spróbować powtórzyć sobie to, czego się nauczyliśmy w ciągu dnia, tuż przed snem. Rano się obudzicie i wszystko będziecie pamiętać!).
            Tylko kogo ten biedny uczeń obchodzi, skoro to jest tylko numerek w dzienniku, rocznik ten i ten, klasa taka i taka. Przyszedł i zaraz pójdzie, jak miliony przed nim i za nim. Po co przejmować się jednostką, skoro przerób idzie w setki tysięcy? Co roku setki tysięcy kończą szkołę – co wśród nich znaczy jeden Kowalski?
            Jeden Kowalski ma chodzić na lekcje, siedzieć cicho, gdy pani mówi, nauczyć się na sprawdzian i najlepiej zdać go w pierwszym terminie, żeby nie robić pani problemów. A pasje niech rozwija, jak już będzie dorosły, o ile będzie miał na to czas. Bo porządny Polak musi być zapracowany, czy ma trzynaście, czy trzydzieści lat. I niezadowolony, żeby było na co narzekać.
            Najlepsze jest to, że na uczciwej edukacji skorzystaliby wszyscy. Wyobraźmy sobie piętnastoosobowe klasy, gdzie wszyscy siedzą przy jednym stole, nauczyciel razem z uczniami, i rozmawiają, powiedzmy, o globalnym ociepleniu. Jednocześnie uczą się co nieco biologii (wpływ ocieplenia na człowieka), geografii (wpływ ocieplenia na klimat), chemii i fizyki (co tworzy dziurę ozonową i jak temu zapobiec), wiedzy o społeczeństwie (bo można analizować, co w tej kwestii proponują politycy różnych partii). I może języka polskiego, bo mamy dyskusję, naukę tworzenia argumentów popartych przykładami. I języki obce mogą być, bo ekologia to przecież nie jest tylko polski problem, można czytać artykuły z gazet z różnych krajów. I podstaw przedsiębiorczości z matematyką, bo ktoś przecież musi policzyć, ile by kosztowały te wszystkie nowoczesne rozwiązania (i kto ma za to zapłacić). I edukacji dla bezpieczeństwa, to jest co robić, by nie truć smogiem. I informatyki, bo można zrobić chociażby prezentację na szkolny apel dotyczący ekologii (albo popatrzeć, jak działają ekologiczne organizacje). I historii, bo można porównać sytuację w Londynie w latach 50. XX wieku z sytuacją dzisiaj. I wuefu, bo można promować chodzenie piechotę czy jeżdżenie na rowerze zamiast samochodem.
            Mamy więc zaangażowanie WSZYSTKICH nauczycieli. Co więcej, uczniów też, bo znacznie ciekawsze jest rozwiązywanie bieżących problemów niż słuchanie wykładu o kompostownikach. To już nie jest tylko nauka. To jest fabryka pomysłów. Gdyby połączyć siły wszystkich klas w danej szkole, wszystkich szkół w danym mieście, wszystkich miast w województwie, wszystkich województw w kraju… Polska edukacja uwielbia konkursy, więc można by było zrobić konkurs na najlepszy projekt, nagrodzona szkoła miałaby stworzyć wieloletni plan naprawy problemu, dostałaby do współpracy ekspertów…
            To jest możliwe. Wystarczyłoby tylko odejść od testowania i otworzyć się na głos pojedynczego Kowalskiego. Bo to, że nauczyciel skończył studia, nie znaczy, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. A tak – porozmawiałby z młodymi ludźmi, poznałby ich, zintegrowałby się z nimi i z całym gronem pedagogicznym. Aż żal byłoby opuszczać taką szkołę.


W NASTĘPNYM WPISIE: BUW dla Sów, czyli o tym, jak polska edukacja sama zapędziła się w ślepy zaułek

poniedziałek, 21 stycznia 2019

WPIS#29: KOBIETA TO GORSZA WERSJA MĘŻCZYZNY, WIĘC PO CO ZAPRZĄTAĆ SOBIE GŁOWĘ JEJ TWÓRCZOŚCIĄ CZY ODKRYCIAMI

            Ostatnio liczyłam, że w całej podstawie programowej z języka polskiego dla liceum jest 7 (słownie: siedem) nazwisk kobiet. Tylko siedem kobiet napisało coś na tyle dobrego, by kazać uczniom to czytać.
            Ależ nie, nie, nie kazać. Żadne z tych nazwisk nie jest opatrzone gwiazdką, czyli żadna książka napisana przez kobietę nie jest lekturą obowiązkową. Część z nich można przeczytać „przy okazji” (jak na przykład wiersze Szymborskiej przy omawianiu współczesnych porządnych, męskich twórców), część można wybrać spośród kilku innych porządnych, męskich pozycji (jak książkę nagrodzonej w zeszłym roku nagrodą Bookera Tokarczuk. Żeby nie było – w szkole nikt na temat tej nagrody słowem nie pisnął, jakby Tokarczuk nie była Polką i nie było z czego być dumnym), część można w ogóle pominąć. Kończy się tak, że czytamy słabiutko napisaną „Granicę” Nałkowskiej (taka tradycja czy jak? Nie dało się tego przeczytać, ominęłam sto stron i nic nie straciłam…), świetnie grającą na emocjach, ale nic nie wnoszącą do życia „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall, jakieś wiersze Safony (wiadomo, coś z antyku musi być…), kilka wyjątkowo nieudanych przykładów poezji Iłłakowiczówny i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i, tuż przed maturą, trochę Szymborskiej, tak dla zachowania pozorów.
            Dla porównania: twórczość Wielkiego Wieszcza Mickiewicza wałkujemy przez co najmniej dwa miesiące. Wspaniały Prozator Który Wcale Nie Zmyślał Historii Sienkiewicz pojawia się i w gimnazjum, i w liceum – za każdym razem z gwiazdką. Cierpiący Po Śmierci Córki Kochanowski tak samo. Dzięki tym panom, a także i wielu innym, w głowie ucznia kreśli się obraz kobiety jako niewinnej, zagubionej w świecie duszyczki, najlepiej dziewicy, która wyczekuje na swojego księcia z bajki, albo też, o zgrozo, odsyła go z kwitkiem, przez co ten niszczy wszystko, co osiągnął (Wokulski…). Nie powinno więc zatem dziwić, że chłopcy w liceum śmieją się z feministek, nazywają je wariatkami, idiotkami, czarownicami, nie szanują swoich koleżanek z klasy, a jedyne, na co są w stanie się zdobyć, to przepuszczenie dziewczyny w drzwiach… No świetnie, utrwalajmy dalej te schematy spychające kobiety na gorszą pozycję. Dla ogólnej wiadomości: potrafię sama sobie otworzyć drzwi i nie rozumiem, dlaczego nie mogę czasem przepuścić w nich mężczyzny.
            Nawet był kiedyś taki temat na maturze: „Kobieta – anioł czy źródło cierpień?”. Na podstawie „Dziadów” części IV, oczywiście. Cóż… ja bym chciała być po prostu człowiekiem. Gorzej, że wśród szkolnych lektur nie znajdę przykładu na poparcie swojej tezy. A jak powszechnie wiadomo, argument bez przykładu nie istnieje. Trzeba więc pisać o tym aniele. Albo może o źródle cierpień. O tym drugim świadczą przecież problemy takich znamienitości, jak Gustaw, Werter czy Wokulski.
            Okej. Czyli polski uczeń kończy szkołę ze świadomością, że kobieta to źródło cierpień. Ale nie tylko. Ponieważ jednak coś tych biednych kobiet musi przeczytać, to utwierdza się w przekonaniu, że kobiety nie potrafią pisać. Albo i szerzej – w ogóle nic nie potrafią zrobić. Jedyna kobieta-naukowiec, o której mówi się w szkole, to Maria Skłodowska-Curie, którą zabił pierwiastek przez nią samą odkryty. A to gapa.
            Wracając do tematu: książki kobiet są zazwyczaj naiwne, nieciekawe, naciągane, powielają schematy ustanowione przez mężczyzn, grają na emocjach, prawią o wszystkim i o niczym, walczą na siłę. Kto chce się kłócić, niech najpierw przeczyta wspomniany wcześniej koszmar, „Granicę”. Ja wiem, po iluś tam latach pamięta się, że czegoś tam uczyło, o jakichś wartościach mówiło – ale to dlatego, że polonistka znalazła w tym bełkocie treść. Proszę przeczytać jeszcze raz, na świeżo. Albo chociaż spróbować.
            Ja sama dałam się na to nabrać i długo powtarzałam, że z własnej woli nigdy nie przeczytam żadnej książki napisanej przez kobietę. (Przynajmniej tej z wyższej półki, jakieś fantasy czy inne science fiction czytałam). Aż nagle trafiłam na Natalkę Śniadanko. I się okazało, że można.
            Problem słabych książek to nie jest wina kobiet, raczej tego, że przez stulecia nie mogły w ogóle tworzyć. Przez to pięknie nam się wykształciła twórczość męska, ale kobieca już nie bardzo. I, jako pisarka, trzeba się naprawdę starać, by nie wpadać w męski styl pisania – bo to będzie naciągane, nieprawdziwe, niezdatne do czytania. Trzeba szukać czegoś swojego – zupełnie od postaw, tak jak to robili mężczyźni wieki temu. Ciekawy przyczynek do dyskusji, nieprawdaż? Cóż, w szkole takiej nie uświadczymy – przynajmniej dopóki nie zaczniemy dostrzegać tej drugiej połowy ludzkości. A szkoda, bo wiele skarbów, takich jak Natalka Śniadanko, pozostaje nieodkrytych.
            I jeszcze jedno. Niedawno pisałam o Biblii. Że omawiamy, czytamy, zachwycamy się Bożą sprawiedliwością, uczymy się na pamięć przypowieści, bla, bla, bla. W Biblii są trzy księgi poświęcone kobietom – Księga Rut, Księga Estery, Księga Judyty. Jak dla mnie – najciekawsze w całym Piśmie Świętym. Ale polski uczeń o nich nie usłyszy, bo nie pokazują wielkości Boga, a wielkość człowieka. I to jakiego człowieka – kobiety!!!


W NASTĘPNYM WPISIE: Bądźmy chodzącą encyklopedią!

niedziela, 6 stycznia 2019

WPIS#27: POSZATKOWANA HISTORIA POLSKI, CZYLI CO ZOSTAJE W GŁOWACH ABSOLWENTÓW

            Przeglądałam ostatnio portale społecznościowe i chyba powinnam przestać, bo to, co tam zobaczyłam, zmroziło mnie. Już pominę wszechobecny hejt, kto, z kim, kiedy i dlaczego pojechał na wakacje. To jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy Polacy chcą się podzielić swoją wiedzą, by poprzeć swoje argumenty. Niby w porządku, w końcu tego nas uczą na polskim: do każdej tezy co najmniej trzy argumenty z przykładami. Na wypracowaniu zazwyczaj muszą to być przykłady z lektury i może lepiej byłoby przy nich pozostać i w realnym życiu.
            Ja wiem, że program jest przeładowany. Że lekcji jest mało. Że czasem jednak coś w tej głowie zostaje, i ta głowa chce się tym koniecznie pochwalić. Tylko że potem okazuje się, że obraz historii ojczyzny w głowie Polaka wygląda mniej więcej tak:
            966 – chrzest Polski – zatem jesteśmy krajem katolickim!
            1410 – bitwa pod Grunwaldem – nie pamiętam, o co poszło, ale wygraliśmy, i to się liczy. Nie zawsze przegrywamy!
            1944 – powstanie warszawskie – może i przegraliśmy, ale jacy mężni byli nasi chłopcy!
            To jeszcze wygląda niegroźnie. Ale jeśli głowa Polaka przypadkiem pamięta, że kiedyś zdarzyło się coś, co kryje się pod hasłem „Wołyń”, to nagle można krzyczeć, że Ukraińcy zaraz zrobią nam drugi Wołyń. Więc nie wolno ich zatrudniać, nie wolno im ułatwiać życia, nie wolno wprowadzać do biletomatów języka ukraińskiego. Podobnie jest i z innymi imigrantami – zaraz zrobią nam krzywdę, bo przecież w XVII wieku…
            To teraz nie ma większego znaczenia, co kto zrobił w którym wieku. Liczy się, co robimy my, dzisiaj, jutro, za miesiąc. Oczywiście, nie można się odciąć od historii. Ale tym bardziej nie można zamknąć oczu na przyszłość.
            W szkole uczą historii w dość zabawny sposób. Za moich czasów było tak:
Historia:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś przed pierwszą wojną światową. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś przed pierwszą wojną światową. Pierwsza liceum – zaczynamy od początku XX wieku i idziemy po kolei aż do końca tegoż wieku. Druga i/lub trzecia liceum – historia zmienia się w historię i społeczeństwo i zaczyna się prawdziwy kabaret. Musimy przerobić cztery podręczniki, z czego każdy zaczyna się w prehistorii lub starożytności, a kończy na czasach współczesnych.
Wnioski. Sześć razy przeszliśmy od prehistorii do XX wieku, raz bardzo dokładnie omówiliśmy cały XX wiek, w ostatnich dwóch latach nauki maksymalnie cztery razy do tego XX wieku wróciliśmy, przyjrzeliśmy się jeszcze bliżej wybranym zagadnieniom. Ale to jeszcze nie koniec.
Polski:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś po drugiej wojnie światowej. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej. Liceum - w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej.
Wnioski: trzy razy omawiamy dokładnie to samo, czasem pojawiają się wręcz te same lektury („Iliada”, „Odyseja”, Biblia, „Dziadów” cz. II, wiersze z dwudziestolecia międzywojennego i późniejsze). Tak, tak, dwa czy trzy razy analizujemy te same teksty. No i znowu, jak na historii, idziemy utartym szlakiem, od początków cywilizacji do dziś. Przy czym to „dziś” oznacza mniej więcej koniec lat 90. XX wieku. Od tego czasu minęło już 20 lat. Ale rozumiem, że nic się przez te dwie dekady nie wydarzyło i można spokojnie olać te wszystkie wiersze, książki, filmy na rzecz Mickiewicza, Przerwy-Tetmajera i Wajdy. Nie twierdzę, że oni nie byli wspaniałymi twórcami. Tylko że młody człowiek obraca się raczej w kręgu dzieł jemu współczesnych. I nie wie, jak je zinterpretować, bo w szkole uczą go o sonetach, trzynastozgłoskowcach i metaforach, a on ma przed oczami wiersz bardzo polityczny, nawiązujący do obecnej sytuacji w kraju. I co teraz?
Z pomocą przychodzi wiedza o społeczeństwie. Dwa lata w gimnazjum, rok w liceum. Z tego liceum to pamiętam tyle, że na sprawdzianach ściągałam, z gimnazjum jeszcze mniej. No ale spróbujmy.
Na pewno było coś o sądach i administracji, coś o pracy Unii Europejskiej, coś o prawach i obowiązkach obywatela, coś o władzy w Polsce od ’89 roku, w ogóle co nieco o 1989 było.
Okej, wystarczy. W całym cyklu edukacyjnym kilka razy powtarzamy, czasem przeczytamy coś jeszcze raz, czasem pouczymy się co nieco o współczesnym świecie.
To teraz pytanie. Jakim cudem Polacy dają się nabrać na 100-lecie odzyskania niepodległości? Przecież w szkole uczą się wszystkiego, co trzeba: że były zabory, że w 1918, trochę przypadkiem, ale jednak, odzyskaliśmy niepodległość, po to, by po drugiej wojnie światowej utracić ją na rzecz ZSRR i ostatecznie, w 1989, tym razem już własnymi siłami, odzyskać ją znowu. To co? Ta niepodległość z 1989 jest nieprawdziwa? Trwa już dłużej niż tamta z 1918. Ja wiem, 30-lecie brzmi mniej dumnie niż 100-lecie, ale tu chyba nie powinno chodzić o dumę, a o prawdę. Prawda jest taka, że nasz niepodległy kraj w czerwcu będzie obchodził 30 urodziny.
To brzmi strasznie skomplikowanie. W 1989 jako pierwsi oswobodziliśmy się spod władzy komunistów, to prawda, ale tak na serio to niepodległość odzyskaliśmy w 1918. Czyli czym były te lata 1945-1989? Przerwą w niepodległości? Bo wolnością na pewno nie.
Współczuję wszelkim cudzoziemcom, którzy chcieliby zgłębić historię Polski. Uczniom też, ale w ich przypadku sprawa jest prosta. Wystarczy pamiętać, że jako naród jesteśmy męczennikami, największy z twórców to Mickiewicz, po nim nikogo takiego już nie było, dlatego i nie ma sensu pochylać się nad historią najnowszą. Lepiej skupić się na zaborach i rozpamiętywaniu, jak to nam źle było. Za komuny też nie było kolorowo, ale o tym porozmawiajcie z babciami i dziadkami, może oni coś jeszcze pamiętają. Bo żaden Mickiewicz nic na ten temat nie napisał, a przynajmniej tak twierdzi podstawa programowa.



W NASTĘPNYM WPISIE: Dziury w podstawie programowej, czyli kto za to wszystko odpowiada?

poniedziałek, 24 grudnia 2018

WPIS#25: WIGILIA W SZKOLE, CZYLI MÓDL SIĘ, ATEISTO


            Trzecia klasa liceum. Do matury pozostało jakieś pół roku. Na godzinie wychowawczej nauczyciel pyta:
            - Kogo nie będzie na wigilii klasowej?
            W sali panuje rozgardiasz, jak to zwykle na wychowawczej, w końcu jest to godzina raczej dla nauczyciela niż dla uczniów, uczniowie w tym czasie rozmawiają, grają w karty, słuchają muzyki, oglądają filmy, czytają książki, a wychowawca rozlicza się z co poniektórymi z frekwencji i zagrożeń. Wśród tego harmidru samorząd klasowy rozdziela obowiązki związane z organizacją klasowej wigilii, a nauczyciel próbuje doliczyć się, kogo na pewno nie będzie. W końcu udaje mu się przekrzyczeć wrzawę, jego pytanie dociera do wszystkich, w tym i do mnie. Zgłaszam się.
            - A dlaczego cię nie będzie?
            - Bo klasowa wigilia kłóci się z moimi przekonaniami religijnymi.
            - Ale my tam będziemy tylko siedzieć i jeść, przemyśl to jeszcze. Będzie miło – próbuje przekonać nauczyciel.

            Tak było mniej więcej co roku. Osoby, które z różnych powodów nie chciały uczestniczyć we wspólnym świętowaniu, musiały przed całą klasą się do tego przyznać i jeszcze wytłumaczyć, dlaczego. Nie wystarczyło to, że na początku roku rodzice podpisywali oświadczenie, że dziecko na religię chodzić nie będzie. Trzeba było jeszcze na ostatnią wychowawczą przed przerwą świąteczną pisać fałszywe usprawiedliwienie. Bo przecież nikt by tych „przekonań religijnych” nie przyjął. Wszak to tylko niewinne spotkanie przy stole.
            No właśnie nie. Bo zawsze musi być opłatek, zawsze muszą być kolędy, zawsze muszą być tradycyjne świąteczne potrawy, nawet jeśli miałby to być tylko barszcz czerwony z proszku. Jako ateistka nie chcę mieć z tym nic wspólnego i nie obchodzi mnie to, że większość w klasie (przynajmniej w podstawówce i gimnazjum) na religię chodziła. Demokracja do rządy większości z poszanowaniem praw mniejszości. Mam prawo do świeckiej szkoły.
            No właśnie, a historia z początku wpisu zdarzyła się w liceum. Kiedy to na religię chodziło 10 osób z 30-osobowej klasy. Czyli jedna z podstawowych zasad demokracji w szkole działa, o ile chodzi o ochronę praw katolików. No pięknie. Już nie wspomnę o tych krzyżach, które wiszą w wielu (na szczęście nie we wszystkich) klasach. Swoją drogą, to naprawdę przyjemne, tak siedzieć na lekcji, słuchać nauczyciela i patrzeć na cierpiącego gościa przybitego do krzyża. Bardzo motywujące.
            A żeby było ciekawiej, to religia wciska się jeszcze na rozpoczęcia i zakończenia roku. Trzeba poprosić Boga o dobry rok, a potem podziękować, że się zdało (czy sama już nie wiem, za co, bo rok w polskiej szkole raczej z reguły nie jest dobry). A ateiści muszą znowu przynosić fałszywe usprawiedliwienia za nieobecność, bo nikogo nie obchodzi, że ktoś może być niewierzący.
            Potem jest jeszcze czas przedegzaminacyjny. I pielgrzymki, modlitwy na długich przerwach, msze, byle tylko zdać tę maturę i dostać się na studia. Bo w XXI wieku polski uczeń potrzebuje wstawiennictwa sił wyższych, by dobrze napisać egzamin. W sumie, to przy obecnym stanie podstawy programowej wcale się temu nie dziwię…
            Na polskim oczywiście czyta się fragmenty Biblii, bo jest to „książka, na której opiera się cała europejska cywilizacja”. Super. Tylko że czytamy akurat te części, gdzie Bóg pokazuje, jaki to on jest wspaniały, dobry i sprawiedliwy (a przynajmniej taki był wniosek polonistki po przeanalizowaniu historii Hioba) albo daje dobre rady (przypowieści). Nie ma kawałków, w których Bóg ciska w ludzi piorunami, bo go zdenerwowali, albo poucza, jak należy zbudować świątynię (a o tym jest mowa w Piśmie Świętym co najmniej trzy razy, żeby czytelnik na pewno zapamiętał). Nie ma też słowa o jedynych trzech księgach nazwanych imionami kobiet. Po co czytać o kobietach, lepiej jest wychwalać mądrość mężczyzn i utrwalać się w przekonaniu, że miejsce kobiety jest w kuchni. Że to kobieta jest źródłem wszystkich grzechów, bo historię Adama i Ewy też się omawia. To całe analizowanie nie bardzo wygląda na zapoznanie uczniów z książką, która dała podwaliny światu, jaki znamy dziś (z czym trudno się nie zgodzić). To przypomina raczej niedzielną mszę w kościele czy lekcję religii w szkole. Nie omawia się niczego, o czym nie wspominałby ksiądz na spotkaniu z wiernymi.
Nie wolno też powiedzieć, że to nie było fair wobec Hioba, że Bóg bawił się jego życiem tylko po to, by wygrać zakład z Szatanem. Przecież starotestamentowy Bóg jest groźny, owszem, ale też sprawiedliwy i litościwy. Tak całkiem oskarżać go nie można, w końcu zwrócił Hiobowi całe bogactwo. A że dzieci się nie da zwrócić, że nowa żona będzie inna niż poprzednia? Kogo to obchodzi.
Na historii też. Dzieje Kościoła katolickiego omawia się bardzo dokładnie, pojawia się on przy wszystkich epokach. A inne religie? O judaizmie wspomina się przy starożytności, potem coś może jest w czasach nowożytnych, coś tam o Holokauście i w sumie tyle. Marzec’68 polskiemu uczniowi kojarzy się z buntem przeciwko zabronieniu wystawiania „Dziadów” niż z wygnaniem Żydów z kraju. Z islamem podobnie: akapit czy dwa przy starożytności i potem już tylko o tym, jak to na nas, prawdziwych chrześcijan, napadali, jak to my ich pokonaliśmy i wypędziliśmy z Europy, jakimi to my jesteśmy bohaterami.
Może więc pora skończyć z tą hipokryzją i nazwać rzeczy po imieniu. Szkoła w Polsce nie jest świecka, tylko katolicka. Po korytarzach przechadzają się księża, którzy bezkarnie mogą zaczepić każdego ucznia, wierzącego czy nie, wypytywać o życie, sytuację rodzinną, cokolwiek akurat zachce im się wiedzieć. W klasach wiszą krzyże. Na lekcjach omawia się Biblię i faworyzuje chrześcijaństwo, o innych religiach ledwo wspominając i nijak nie zwalczając dyskryminacji na tle religijnym. A gdy przychodzą święta, organizuje się wigilię, która z Bogiem nie ma nic wspólnego, co to, to nie. Tylko dzielimy się opłatkiem z wizerunkiem Maryi czy Jezusa, śpiewamy kolędy i wspominamy, jak to 2000 lat temu narodził się zbawca.




W NASTĘPNYM WPISIE: Niespodzianka :)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

WPIS#24: POLITYKA W SZKOLE, CZYLI POPULIZM ZACZYNA SIĘ W KLASIE

Zawsze uważałam, że samorząd uczniowski jest bez sensu. Bo co niby mogą zrobić uczniowie? Co mogą zmienić? No nic, bo ostatecznie to dyrektor ma zdanie. Jedyne co, to członkowie tego samorządu muszą co jakiś czas latać na jakieś spotkania na długiej przerwie. W podstawówce to był tylko i wyłącznie powód do dumy, trochę wywyższania się, bo patrzcie, mnie wybrali, a was nie. Realnych działań to tam nie było.
Zmiana przyszła w gimnazjum, a konkretniej – w trzeciej klasie. Przewodniczącym został kolega, który od samego początku mówił, że wywalczy ławeczki na korytarzu, żeby było gdzie usiąść na przerwie. Jak powiedział, tak robił, tu rzeczywiście widać było prawdziwą moc sprawczą samorządu.
A potem przyszło liceum. I w liceum chłopak zaproponował projekt 5+. Wiadomo, na czym się wzorował.
Polegało to na tym, że na koniec każdego semestru, z każdego przedmiotu za 100% frekwencję i/lub brak zgłoszonych nieprzygotowań każdy uczeń miał dostawać ocenę cząstkową 5. Chłopak oczywiście wygrał. I pomysł, za zgodą dyrektorki, wprowadził w życie.
Nie powiem, żeby ta dodatkowa 5 czy dwie szczególnie komukolwiek pomogła. Szkodzić też nie szkodziła. Ale wiadomo, jak ktoś ma dwóje i tróje, to miło jest dostać czasem piątkę, nawet, jeśli ona nic nie znaczy (bo często nawet średniej nie zmieniała). Zastanawiające jest jedno. Dlaczego nauczyciel WOS-u nie przyjrzał się bliżej temu projektowi? Dlaczego nie przeprowadził w klasie dyskusji na temat populizmu? Dlaczego nie zauważył, że uczniowie głosowali tylko dlatego, że chcieli dostawać te piątki? I to wcale nie jest tak, że nie miał na to czasu. Historia miała miejsce w pierwszej liceum (logiczne, później już nie miałam WOS-u). Zdaje się, że już pisałam, jak wygląda pierwsza liceum. Ani uczniowie, ani nauczyciele nie wiedzą, co tak naprawdę robią i dlaczego. Dziesięć przedmiotów jest w średniej szkole tylko przez ten pierwszy rok, wystarczy je zaliczyć, bo średnia ocen do niczego nie jest potrzebna. Na WOS-ie zazwyczaj uczyłam się słówek, część klasy grała w karty, parę osób oglądało filmy na telefonach. Czyż nie lepiej byłoby olać program, którego i tak nie przerobiliśmy do końca, bo godzina w tygodniu to trochę za mało na omówienie, czym się zajmuje Rada Europy, jakie są prawa i obowiązki ucznia (jakbyśmy po dziesięciu latach nauki w szkole tego nie wiedzieli) i kiedy i dlaczego powstało więzienie w Guantanamo? Czyż nie lepiej byłoby poświęcić ten czas na przyjrzenie się z bliska programom wyborczym kandydatów na przewodniczących samorządu szkolnego?
To przecież nasze pierwsze głosowanie w życiu – właśnie do samorządu szkolnego. Wydawałoby się, że to idealna okazja do pokazania uczniom tego, co wypisane między wierszami obietnic wyborczych, do porównania strategii kandydatów, do obserwowania, co dzieje się w polityce pozaszkolnej, do zaszczepienia demokratycznych wartości.
Nie. Lepiej jest iść do przodu z teoretycznym, oderwanym od rzeczywistości materiałem (nie wiemy, czym, poza spotkaniami na długich przerwach i składaniem obietnic, zajmuje się samorząd szkolny, ale musimy wiedzieć, co się dzieje w strukturach Unii Europejskiej. To też jest ważne, oczywiście, ale może zacznijmy od własnego podwórka, od tego, co jest bliskie uczniom.). Lepiej jest monotonnym głosem przekazywać słowo w słowo to, co napisano w podręczniku, łudząc się, że chociaż parę osób słucha, a potem zrobić z tego sprawdzian, na którym wszyscy ściągają. Lepiej jest udawać, że szkoła i codzienność nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Kończy się tak, że zawiły świat polityki trzeba zgłębiać samemu. I potem się okazuje, że wielu nastolatków jest zafascynowanych Korwinem-Mikke, ślepo wierzy, że obietnice wyborcze zostaną spełnione, nieważne, jak, a frekwencja na wyborach wynosi 50%.
Człowiek niewykształcony łatwo popada w skrajności, staje się radykałem po jednej czy po drugiej stronie barykady. Jeśli w szkole nie nauczył się, jak powinna funkcjonować demokracja, nie przeczytał Konstytucji, nie oceniał, wspólnie z nauczycielem, wypowiedzi polityków w mediach, nie zastanawiał się, czemu ten twierdzi to, a tamten co innego, to musi albo samemu to wszystko nadrobić, albo głosować na tego, kto krzyczy najgłośniej, albo nie głosować w ogóle.


W NASTĘPNYM WPISIE: Wigilia w szkole, czyli módl się, ateisto!

poniedziałek, 10 grudnia 2018

WPIS#23: TĘCZOWA SZKOŁA, CZYLI HOMOSEKSUALIZM NIE ISTNIEJE

            W moim gimnazjum w każdym roczniku było dziesięć klas. W każdej klasie trzydziestu uczniów. Na lekcje etyki chodziło dwadzieścia osób. Dlaczego?
            Cięcie kosztów. Łatwiej zatrudnić nauczyciela, by przychodził tylko na sześć godzin w tygodniu, na dwie lekcje do każdego rocznika, niż zaoferować mu cały etat. Skończyło się tak, że dyrektorka w jakiś, jej tylko znany sposób, co roku wybierała trzy klasy, z tych klas ileś osób deklarowało się, że chce chodzić na etykę. Zazwyczaj łącznie koło dwudziestu. A w następnym roku były wybierane następne klasy, niekoniecznie różne od następnych. Ja na przykład miałam etykę co roku, dwie inne klasy przez dwa lata, jedna przez rok, a pozostałe nigdy. Nie wiadomo właściwie, dlaczego.
            Oczywiście, na religię mogli chodzić wszyscy, bez żadnego łączenia klas i innego kombinowania. Księży zatrudnionych było trzech, nauczyciel od etyki był jeden. Księża mieli etat, nauczyciel od etyki umowę-zlecenie. Na religii uczniowie się modlili, zdawali różne święte formułki na ocenę, oglądali katolickie filmy i raczej nie otworzyli samodzielnie Pisma Świętego, co najwyżej ksiądz im przeczytał starannie wybrany fragment. Na etyce analizowaliśmy obejrzane na poprzednich zajęciach filmy, poznawaliśmy chwyty erystyczne, uczyliśmy się występować przed grupą, urządzaliśmy debaty na ważne dla społeczeństwa tematy. Jednym z takich tematów był homoseksualizm.
            To była jedna jedyna lekcja w szkole w całości poświęcona mniejszościom seksualnym. Jedna (!) jedyna (!) w XXI (!) wieku (!).
            Na tej jednej jedynej lekcji było raptem dwadzieścia osób z liczącego trzysta uczniów rocznika.
            I, żeby nie było, nie rozmawialiśmy o małżeństwach jednopłciowych, adopcji dzieci przez takie małżeństwa, o stereotypach, nie omawialiśmy żadnego eksperymentu społecznego, nie zastanawialiśmy, skąd bierze się homofobia, nie dyskutowaliśmy, dlaczego każda kolejna grupa społeczna musi walczyć o swoje prawa, dlaczego demokracja nie broni mniejszości, dlaczego rząd nic nie robi, by ograniczyć odsetek samobójstw wśród nastolatków dyskryminowanych tylko dlatego, że wyglądają na homoseksualnych. Nie, my dumaliśmy, czy homoseksualizm jest dobry, czy zły (!!!). W XXI wieku, kiedy już dawno został wypisany on z listy chorób, kiedy kolejne kraje wprowadzają związki partnerskie, kiedy pojawia się coraz więcej książek i filmów pokazujących, że homoseksualizm wcale nie jest taki straszny i że miłość osób LGBT+ to najprawdziwsza w świecie miłość, w niczym nie gorsza od tej heteroseksualnej.
            Na szczęście doszliśmy do takiego wniosku, do którego dochodziliśmy podczas każdej takiej debaty (a były też m.in. na temat piercingu, operacji plastycznych, eutanazji, aborcji): niech każdy robi to, co chce. Gorzej, że zaraz potem było dodane: byle się z tym nie afiszował.
            Mhm. Rok później byłam już w liceum, gdzie wszystkie parapety, na każdej przerwie, były oblegane przez całujące się, nieraz bardzo namiętnie, pary (oczywiście heteroseksualne). I to jest normalne. A jak chłopak chce złapać drugiego chłopaka za rękę, to to już jest afiszowanie się. No pięknie.
            Teraz jestem na studiach. W moim Instytucie wisi okładka „Repliki”. Homoseksualiści otwarcie mówią, kim są, trzymają się za ręce, całują. Nigdy w ich stronę nie padło żadne wyzwisko.
            A właśnie, wyzwiska. Cofnijmy się trochę w czasie. Mam dwanaście lat, uczę się w podstawówce w dużym mieście, na przerwie po korytarzu biegają chłopcy z mojej klasy i krzyczą: „Pedał!”, „Ciota!”. Mija ich nauczycielka. I nic.
             Nie zatrzymała ich. Nie wezwała na rozmowę wychowawczą. Nie zawiadomiła psychologa, pedagoga, dyrektorki i rodziców. Nie wygłosiła pogadanki na temat tolerancji. Nie zrobiła absolutnie nic. A sytuacja powtórzyła się dziesiątki, jeśli nie setki, razy.
            Może ci chłopcy trafili w gimnazjum na lekcję etyki. Może mądry nauczyciel w liceum powiedział im, że Safona, Arthur Rimbaud, Oscar Wilde, Hans Christian Andersen, Jarosław Iwaszkiewicz (1), Leonardo da Vinci, Karol Szymanowski, Miron Białoszewski (2), Jan Lechoń (3), Maria Konopnicka (4) byli homoseksualistami. Może ktoś nauczył ich, że inność zawsze istniała i będzie istnieć i jedyne, co może zwykły, szary człowiek z tym zrobić, to to zaakceptować.
            Bo to nie tylko sprawi, że świat będzie lepszy, że każdy będzie mógł czuć się w nim bezpiecznie. To pozwoli też temu zwykłemu, szaremu człowieczkowi poszerzyć horyzonty. Jak widać w spisie powyżej (obejmującym tylko te osoby, o których mówi się, albo chociaż wspomina, w polskiej szkole), wielu pisarzy było homoseksualistami. Na przykład taki Gombrowicz. Którego „Ferdydurke” jest w spisie lektur (co zresztą jest dość dziwne, skoro krytykuje on w tej książce system szkolnictwa, który niewiele różni się od współczesnego…). Którego za nic nie potrafiłam zrozumieć. Bo język trudny, bo nie wiadomo, co autor miał na myśli. Otóż wiadomo, i to bardzo dobrze. Wystarczy otworzyć głowę i dopuścić do siebie myśl, że Wielki Pisarz Gombrowicz był gejem. Nagle wszystko staje się jasne.



W NASTĘPNYM WPISIE: Polityka w szkole, czyli populizm zaczyna się w klasie

(1) za https://ksiazki.wp.pl/pisarze-homoseksualisci-6145574271895169g
(2) za http://mediumpubliczne.pl/2015/12/poczet-dziesieciu-najslynniejszych-pedalow/
(3) za https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1534245,2,homoseksualisci-ii-rp-w-kulturze.read
(4) za http://wyborcza.pl/1,75410,5247297,Homobiografie__Pisarki_i_pisarze_polscy_xix_i_xx_wieku_.html