Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 marca 2019

WPIS#35: DLACZEGO BEZ PODRĘCZNIKA SIĘ NIE DA, CZYLI NOWOCZESNA NAUKA W POLSKIEJ SZKOLE

           Mamy XXI wiek, więc w klasach obowiązkowo musi być komputer i rzutnik. W końcu do dzisiejszej młodzieży bardziej trafiają kolorowe obrazki niż suchy tekst w podręczniku, nieprawdaż? Poza tym, to zawsze jakieś uzupełnienie lekcji, nie trzeba wszystkiego pisać na tablicy, można po prostu wyświetlić. I uczniom się podoba, rzeczywiście, łatwiej jest notować, gdy treści są przekazywane ustnie, ale i napisane. I na zdjęciach do szkolnej kroniki dobrze wygląda, można zaprzeczyć twierdzeniu, jakoby polska szkoła tkwiła w średniowieczu.
            Problemów jest kilka, zacznijmy więc od samego początku. Komputer i rzutnik – mamy. Konieczny jest też ekran do tego rzutnika. Zazwyczaj umieszczony nad tablicą, tak, że rozwijając go, zasłaniamy w najlepszym wypadku połowę tablicy. Albo albo. Nie można jednocześnie pisać i wyświetlać. Z drugiej strony, takie rozwiązanie przydaje się na matematyce – u mnie w liceum, gdy zajmowaliśmy się funkcjami, nauczycielka wyświetlała wprost na tablicy układy współrzędnych, do których trzeba było tylko dorysować wykresy. Przydatne. Zwłaszcza, że projektanci sal rzadko kiedy myślą o tym, że na matematyce przydałaby się tablica w kratkę. Standardem są białe, czyste, więc takie będą we wszystkich klasach – to pewnie jeszcze pozostałość po tradycyjnych tablicach. Chociaż i wśród tych na kredę były i takie z kratkami…
            Sprawa druga – kolorowe obrazki. Niestety, ponieważ nauczyciele nie mają zazwyczaj przygotowania psychologicznego i pedagogicznego, nie wiedzą, że w istocie, kolorowe obrazki łatwiej trafiają do mózgu – nie tylko nastoletniego, ale w ogóle ludzkiego. Do szkół idą absolwenci najróżniejszych kierunków, w których programach nie przewidziano uczenia o tym, jak… uczyć. Tego dowiadują się bodaj tylko studenci pedagogiki. A jakże łatwiej jest przekazywać wiedzę, gdy wie się, jak to robić, gdy zna się sprawdzone sposoby, gdy rozumie się pracę ludzkiego umysłu. Psychologia pracuje nad tym od dawna, a żeby znaleźć cokolwiek, coś na start przed rozpoczęciem kursu, wystarczy poszukać w Internecie.
            Trzecia sprawa: przecież te nudne, zapisane gęsto podręczniki, od których nauczyciele uciekają, zaprzęgając do pracy rzutnik, już nie istnieją! Zastąpiły je przyjazne dla oka książki z fotografiami, kolorowymi schematami, wytłuszczeniami, podkreśleniami, kursywami,  mapami myśli, podsumowaniami na koniec rozdziału, przykładami rozwiązań zadań… Zdarzają się nawet ciekawe grafiki. Praca z takim podręcznikiem to, wydawałoby się, sama przyjemność.
            Może i tak – w czasie nudnej lekcji przeglądanie ich to często jedyny ratunek dla ucznia. Jednak ogrom informacji zmieszczonych na jednej stronie jest, przy bliższym zapoznaniu się z tematem, przytłaczający. Tu tekst, tu definicja w ramce, tu podpis do obrazka, tu mapa myśli, tu pytanie, tu odpowiedź… co za dużo, to niezdrowo. Uczeń ma wszystko podane na tacy – mówią nauczyciele. Wyszczególnione najważniejsze informacje, potem jeszcze powtórzone w podsumowaniu i zadaniach sprawdzających – marzenie. Ale czy aby na pewno?
            Właśnie nie. Takie podręczniki nijak nie stymulują do samodzielnego poszukiwania informacji. Nie, zamieszczenie na końcu książek rozwijających dany temat czy postawienie nieoczywistych pytań w zadaniach nie wystarczy. Uczeń i tak tych książek nie przeczyta, a odpowiedzi na pytania znajdzie w Internecie. Nie nauczy się za to czytać ze zrozumieniem i notować. Jeśli wszystkie ważne kwestie ma podane na tacy, to po co rozumieć cały tekst? Jeśli w podręczniku są takie ładne grafiki, to po co samemu robić notatki? Przeczyta kilka razy przed sprawdzianem i wystarczy. A że sprawdzian to często gotowiec, to i pytania będą się odnosiły wprost do treści z podręcznika. Nie ma po co samemu pracować. Stara zasada Zakuj – Zdaj – Zapomnij jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            Niestety, żeby wyjść ze szkoły z jakąś wiedzą, żeby potem wykorzystać zdobyte informacje na studiach, trzeba się zaangażować. Trzeba zapamiętać na dłużej. Mnemotechniki istnieją od dawna – tylko nie w szkole. Uczeń w klasie nie usłyszy ani słowa na temat tego, jak właściwie nauczyć się do sprawdzianu – co najwyżej tego, by przeczytać podręcznik. Tyle to wiedział sam.
            Problem czwarty: kiedy nauczyciel wyświetla coś na rzutniku, to zazwyczaj siedzi przy biurku, za komputerem. Nie widzi klasy zza monitora. Nie nawiązuje z uczniami relacji. Nie staje się dla nich autorytetem. Nie widzi, czy rozumieją, o czym mówi. Nie stymuluje do zadawania pytań. Nie kontroluje, czy uczniowie notują. Czy przynajmniej słuchają. Lekcja prowadzona w ten sposób nic nie daje. Nie mówiąc już o tym, że sprzęt jest zawodny. Nieraz zdarzało się, że pół zajęć traciłam, bo komputer się nie chciał włączyć, potem nie działał rzutnik, a nauczyciel koniecznie musiał coś wyświetlić. Technika jest fajna, nie przeczę. Ale może lepiej pozostać przy nauczaniu tradycyjnym, a za to czegokolwiek uczniów nauczyć? Zwłaszcza, że nauka mówi jasno: samo oglądanie i słuchanie nic nie da. Trzeba jeszcze notować. Wyświetlanie kolorowych obrazków nie jest więc tak skuteczne, jak by tego chcieli nauczyciele. To uczniowie powinni je rysować – jako uzupełnienie swoich notatek.
            Po piąte: zadowolenie uczniów. Cóż… to raczej kontrowersyjna sprawa. Nauczycielowi może się wydawać, że uczniowie są zainteresowani tematem. Tylko że potem przyjdzie sprawdzian i okaże się, że połowa go nie zaliczyła. Bo żeby dotrzeć do młodego umysłu, trzeba go jakoś zaangażować. Chociażby zadać pytanie. Albo pokazać śmieszny filmik, który zacznie im się kojarzyć z danym zagadnieniem. Albo kazać narysować na tablicy mapę myśli dla powtórzenia materiału. Sposobów jest wiele. Nauczyciele wolą wyświetlać prezentacje w Power Poincie. Albo, znacznie częściej… elektroniczną wersję podręcznika. Jakby uczniowie nie mieli książek przed nosem, na ławce.
            Sprawa ostatnia, kronika szkoły. Chodziłam do podstawówki, gimnazjum i liceum, wszystkie szkoły skończyłam ze świetnymi wynikami. Jakkolwiek związana czuję się tylko w liceum. Dlaczego? Popatrzmy na problem chronologicznie.
            Podstawówka. Nauczyciele wszystkich przedmiotów ciągali mnie i kilku innych uczniów na wszystkie możliwe konkursy, bo przecież „skoro jest dobra z matematyki, to będzie też dobra z przyrody i polskiego”. Coś tam rzeczywiście wygrałam, przez jakiś czas moje zdjęcie wisiało nawet w jakiejś gablocie zasłużonych, czy coś takiego. Wygrywałam konkursy z polskiego i przyrody, jednak wszyscy ciągle twierdzili, że przoduję w matematyce. Podstawówkę wspominam więc jako pasmo konkursów matematycznych, na których większości zadań nie potrafiłam rozwiązać. Pamiętam też jeszcze jedno: rysowanie liści na przyrodzie. Oczywiście nie wyszliśmy w tym celu na dwór, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda, ale za to rysowaliśmy. A nie mówiłam, że rysowanie jest ważne?
            Gimnazjum. Byłam w klasie matematyczno-informatycznej, do której trafiło sporo osób z regionu, poziom był raczej słaby. Na matematyce rozwiązywałam zadania szybciej niż inni, bo były proste. Wniosek? Jesteś dobra z matematyki – idź na konkurs. I znowu to samo, niechodzenie na lekcje, żeby siedzieć na konkursie i patrzeć na zadania, których i tak nie umiem rozwiązać. Pamiętam też, że na biologii nauczycielka stawała na środku z podręcznikiem w ręku i czytała zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, a my mieliśmy zapisywać każde jej słowo. Gdy teraz czytam podstawę programową z biologii, żeby napisać tutaj post, nie kojarzę absolutnie nic. Za to z etyki pamiętam więcej. Do zeszytu przy każdym temacie wklejałam pasującą do poruszanych kwestii piosenkę – i teraz, gdy ich słucham, przypominam sobie, o czym rozmawialiśmy na lekcjach.
            Liceum. Klasa matematyczno-fizyczna, poziom lepszy, niż w gimnazjum, bo nie ma rejonizacji. Byłam raczej średnia i miałam już wyrobione własne zdanie na temat tego, co chcę, a czego nie chcę robić. Nawet, jeśli nauczyciele usilnie przekonywali mnie do udziału w konkursie, nie zapisywałam się. Za to pilnie notowałam na lekcjach, powoli odkrywałam, jak powinny wyglądać dobre notatki, uczyłam się z nich, rozwiązywałam zadania, stawiałam pytania, szukałam na nie odpowiedzi – w książkach, nie w Internecie. To raz. A dwa – kadra szkoły podchodziła do ucznia jak do człowieka. Nie chcesz brać udziału w konkursie – nie bierz. Na korytarzach stoją kanapy i fotele, by można było odpocząć w czasie przerw, w takich „kącikach” są półki z książkami, stoliki do nauki i kontakty, żeby podładować telefon. W jednym „kąciku” jest nawet dywan i kwiaty! Kiedy trzeba było pomalować szkołę, uczniowie zostali zaproszeni do pomocy – przyjdziesz malować w czasie ferii, dostaniesz piątkę z wuefu. Potem każdy chwalił się, który kawałek ściany własnoręcznie pomalował.
            Z tych trzech szkół kronika tylko jednej jest prawdziwa. Tylko jedna kronika pokazuje, że uczniowie czują się dobrze w szkole, że są traktowani jak ludzie, że mogą mieć własne zdanie, że mogą decydować o sobie i o swoim najbliższym otoczeniu, że mają prawa. I nie ma znaczenia, jak wyglądają zdjęcia w tej kronice – liczy się to, że pokazują prawdę.



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak łatwo jest przylepić łatkę, czyli o ocenianiu w polskiej szkole

poniedziałek, 18 lutego 2019

WPIS#33: NA PRZYSZŁY TYDZIEŃ NAUCZCIE SIĘ WIERSZA, CZYLI ROLA NAUCZYCIELA W ZAPAMIĘTYWANIU


            Nauczycielom bardzo łatwo jest powiedzieć: Naucz się tego i tego. Już od pierwszych klas podstawówki zarzucają ucznia informacjami do wykucia na pamięć. A to wierszyk, a to piosenka, a to definicja, a to tabliczka mnożenia. Z tym ostatnim jeszcze nie jest najgorzej, trochę się w klasie, przy rozwiązywaniu zadań, nauczyć można. Ale pozostałe? Przecież tego trzeba się nauczyć samodzielnie, w domu przeczytać kilka razy i będzie. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak trudno jest coś wykuć, nie znając żadnych skutecznych metod pamięciowych.
            Nie, czytanie nie jest skuteczne, zwłaszcza do nauki słowo w słowo. Nijak nie zmusza do analizowania czytanego tekstu, nie wymaga rozumienia tego, co się czyta, nie daje nawet gwarancji, że treść rzeczywiście trafia do mózgu, a nie że jest to tylko bezmyślne wodzenie wzrokiem po literach.
            Psychologia dała ludzkości wiele metod na efektywną i szybką naukę, jednak polska szkoła omija je szerokim łukiem. Dlaczego?
            Sama korzystam ze sposobów do pracy z dziećmi z dysleksją czy autyzmem, inspirując się przepastną skarbnicą wiedzy, jaką jest… tak, tak, Internet. Nie trzeba wcale czytać stosu nudnych książek, żeby dowiedzieć się, jak dotrzeć do mózgu.
            Metody do pracy z dziećmi z jakimikolwiek zaburzeniami opierają się na jednym: są angażujące. Oczy, uszy, usta, ręce, nogi, nieraz również nos i język. To może być dziwne, że, jako studentka, przy nauce układam puzzle, tworzę zdania z rozsypanek słownych, słowa z powycinanych liter, rysuję, koloruję, bawię się kolorami, dużo mówię na głos, nucę, układam melodię do słów definicji, wymyślam skróty do zapamiętania całych zdań w konkretnej kolejności, wycinam, przyklejam, lepię z plasteliny, przekładam kartki z jednego pudełka do drugiego, chodzę, skaczę, spaceruję, patrzę z góry, z dołu, na wprost, oglądam filmy, czytam książki. A jednak, z takim podejściem zaliczyłam pierwszy semestr z samymi piątkami i, co ważniejsze, z wiedzą w głowie. Nie, nie wyparowała zaraz po egzaminie.
            To wszystko z powodzeniem można robić w klasie. Co za problem przy nauce alfabetu dać dzieciom plastelinę, niech lepią literki, zamiast marnować papier, przepisując w nieskończoność Aa, Aa, Aa, Aa… Zwariować można od tych A. Co za problem przy nauce wiersza pociąć go tak, by na każdym kawałku papieru był jeden wers, i kazać dzieciom układać te kawałki w odpowiedniej kolejności. Co za problem przy nauce czasowników nieregularnych na angielski stworzyć z uczniami kategorie – te czasowniki we wszystkich formach wyglądają tak samo, te są takie same tylko czasami, w tych „d” wymienia się na „t”… Co za problem pociąć tabliczkę mnożenia i kazać dzieciom ją prawidłowo ułożyć. Co za problem odgrywać scenki na podstawie lektur i w ten sposób poznawać ich bohaterów.
            Żaden problem. Świadczą o tym chociażby nauczyciele, którzy rzeczywiście tak robią – nie tylko w czasie lekcji z uczniami z zaburzeniami. Nie dość, że uczniowie świetnie się bawią, dużo zapamiętują, lubią przychodzić na zajęcia, interesuje je, co wydarzy się na następnej lekcji, to jeszcze nauczyciel ma frajdę i sam może się czegoś nauczyć – wystarczy, że otworzy uszy na głos swoich uczniów.
            Pytanie, dlaczego wszystkie lekcje nie wyglądają w ten sposób. Polski system szkolnictwa charakteryzuje się tym, że dokładnie sprecyzowana jest tylko podstawa programowa – cała reszta zależy od inwencji twórczej nauczycieli i dyrektorów.
            Nie, problemem nie jest brak czasu. Jeśli nauczyciele współpracują między sobą i z dyrekcją, wszystko da się załatwić. W końcu, jak już dobrze wiemy, wiele treści pojawia się na różnych przedmiotach. Ot, słynny antyk – omawiany równolegle na historii, polskim, często również na muzyce, plastyce, wiedzy o kulturze, wiedzy o społeczeństwie… Albo ochrona środowiska – pojawia się na biologii i geografii w gimnazjum i w liceum. Naprawdę nie ma potrzeby omawiać tego dwa razy, bo pojawiają się absurdalne sytuacje typu: teraz mam biologię, rozmawiamy o ochronie środowiska. Na następnej lekcji będzie geografia i będziemy rozmawiać o ochronie środowiska. Jednocześnie oddychając trującym powietrzem. Brzmi świetnie.
            Problemem jest edukacja nauczycieli. Czy też jej brak.
            W polskim systemie nie ma żadnego problemu, żeby skończyć studia z, powiedzmy, matematyki, potem zrobić podyplomówki z fizyki i chemii i wszystkiego tego uczyć w szkole. Wszechstronny nauczyciel, interesuje się światem, zachwala dyrektor, cieszą się rodzice. W praktyce to wygląda tak, że nauczyciel, owszem, umie liczyć, ale niczego dobrze nie wytłumaczy, bo tego go na studiach nie uczyli. Potrafi na lekcji przeczytać na głos podręcznik z fizyki i podyktować notatkę. Chemię zawsze lubił, więc nawet zapisze na tablicy reakcję chemiczną. Tyle przecież wystarczy; każdy uczeń i tak musi mieć podręcznik, każdy ma też dostęp do Internetu, sprawdzi sobie najwyżej.
            Nie, nie sprawdzi. Skoro nauczyciel na lekcji prowadzi wykład, to znaczy, że poda wszelkie potrzebne informacje, a jeśli czegoś nie rozumiem, to znaczy, że muszę się wczytać w notatki, albo jestem po prostu za głupia, by dany temat pojąć.
            Wykład może być fascynujący, nie przeczę. Nie rozwiązuje on jednak podstawowego problemu: jak się tego wszystkiego nauczyć? Polski uczeń spędza przeciętnie siedem godzin w szkole. Potem ma zajęcia dodatkowe, korepetycje, szkołę muzyczną, lekcję w szkole języków obcych, trening… Rodzice dzieci nie oszczędzają, mają być wszechstronne, zdolne, zapracowane. Może więc chociaż szkoła je oszczędzi i zajmie się tym, do czego została stworzona, czyli nauczaniem. A nie tylko wskazywaniem, czego należy się nauczyć.



W NASTĘPNYM WPISIE: Okres w szkole

niedziela, 25 listopada 2018

WPIS#BONUS: TEMAT JAK Z HORRORU - PROTEST NAUCZYCIELI UDERZA W UCZNIÓW


            Temat z ostatniej chwili, czyli protesty nauczycieli w sprawie podwyżek. Wygląda to tak, jakby zobaczyli oni, że patrzcie, można, policjantom się udało, więc i nauczycielom zachciało się strajkować. Na razie trwają przygotowania, obmyślanie strategii. Szczególnie jedna z nich warta jest przyjrzenia się z bliska.
            Jest to mianowicie odmówienie sprawdzania egzaminów (próbnych lub tych prawdziwych) albo niestawienie się do pilnowania uczniów w czasie pisania tychże. Niezależnie od tego, która z opcji zostałaby przeprowadzona, najbardziej ucierpią uczniowie. Dlaczego?
1)    odmówienie sprawdzania próbnych egzaminów
To jest czas dla uczniów, żeby sprawdzili się, czego jeszcze nie potrafią, nad czym jeszcze powinni popracować, co jest ich mocną stroną, co słabszą, jakie mniej więcej wyniki osiągają. Teoretycznie nie powinno się za to stawiać stopni, więc jest to test bez żadnych konsekwencji. Po prostu: oglądamy, jak wygląda egzamin, uczymy się planować swój czas i rozwiązywać typowe zadania egzaminacyjne, oswajamy się ze stresem i wszelkimi procedurami. Mamy jeszcze mnóstwo czasu, żeby popracować nad błędami, powtórzyć to, czego nie pamiętamy, douczyć się. Jeśli nauczyciele będą zwlekać ze sprawdzaniem tych testów, czas się skurczy. Jak dobrze wiemy z przypadku protestu rodziców osób z niepełnosprawnościami, na reakcję rządu można czekać tygodniami. Ósmoklasiści, gimnazjaliści i maturzyści tych tygodni nie mają.
W tym roku problem jest jeszcze poważniejszy. Absolwenci ósmej klasy podstawówki i trzeciej klasy gimnazjum spotkają się w liceum. Szczególnie istotne jest więc dobre przygotowanie się do egzaminów. Jeśli nauczyciele nie współpracują, jest to niemal niemożliwe. Biorąc pod uwagę fakt, że pracownicy szkół nie palili się zbytnio do protestowania, gdy projekt likwidacji gimnazjów był tylko projektem (otrzymałam informację, że w Warszawie strajkowało 20 tys. nauczycieli. W mieście liczącym prawie dwa miliony mieszkańców jest to rzeczywiście oszałamiająca i zdolna cokolwiek osiągnąć liczba), teraz powinni wziąć odpowiedzialność za wcześniejszą opieszałość i starać się jak tylko można pomóc pokrzywdzonym rocznikom. Walka o własne zarobki w tę pomoc się nie wlicza.
2)    odmówienie sprawdzania prawdziwych egzaminów
Wydawałoby się, że tutaj sprawa jest oczywista. Każdy podchodzący do egzaminu uczeń pisze ze świadomością, kiedy otrzyma wyniki. Ponieważ decydują one o tym, do jakiej szkoły się dostanie, chciałby je poznać jak najszybciej. Już zwyczajowy termin wyników woła o pomstę do nieba – trzeba czekać średnio dwa miesiące. Jeśli nauczyciele postanowiliby strajkować w ten sposób, jeszcze by sprawę opóźnili.
Doskonale pamiętam, co to znaczy czekać na wyniki matur. Przeżywałam to ledwo kilka miesięcy temu. W skrócie wyglądało to tak: wrzesień 2017-marzec 2018: stres, bo w tym roku matura; marzec 2018-kwiecień 2018: stres, bo nie zdałam ostatniej próbnej matury z polskiego; majówka 2018: stres, bo za kilka dni matura; maj 2018: stres, bo matura; czerwiec 2018: stres, bo czekam na wyniki; lipiec 2018: stres, bo czekam na wyniki rekrutacji. Gdyby się okazało, że akurat w tym czasie nauczycielom przypomniało się, że zarabiają stanowczo za mało, jak na złożoność wykonywanej pracy (co oczywiście jest prawdą), stresu byłoby jeszcze więcej. A ten, jak wiadomo, nie wpływa najlepiej na ogólny stan zdrowia…
W tym roku będzie jeszcze gorzej, bo, znowu, mamy podwójny rocznik kandydatów do liceów. Z jakiego powodu ci uczniowie mają jeszcze bardziej cierpieć? Nie wystarczy, że mają znacznie więcej nauki, niż chociażby ja, ledwo cztery czy pięć lat starsza od nich? Nie wystarczy, że, pomimo dobrych czy nawet najlepszych stopni, nie mają gwarancji na dostanie się do wymarzonej szkoły? Nie wystarczy, że są przemęczeni, przygnieceni ilością materiału do opanowania w niemożliwie krótkim czasie i traktowani jak gorszy sort przez rządzących (ciągle przecież twierdzących, że przepełnienia w szkołach nie będzie)? Naprawdę trzeba im jeszcze dokładać zmartwień? Ja rozumiem, że rząd może nie widzieć problemu, w końcu nie mają styczności na co dzień ani z rocznikiem 2003, ani z rocznikiem 2004, ani z rocznikiem 2005 (co z oczu, to z serca…), ale jako nauczycielka wstydziłabym się tym uczniom spojrzeć w oczy. Bo jeśli nic nie zrobiłam dwa lata temu, by uchronić ich przed tym koszmarem, to teraz nie mam prawa zostawiać ich w kluczowym momencie. Nie mam prawa odwracać się od nich plecami, udawać, że problemu nie ma, że ten rok jest taki, jak każdy inny.
3)    niestawienie się do pilnowania uczniów w czasie pisania egzaminów
Nie ma nauczycieli pilnujących=nie ma egzaminów. Z tego, co napisałam wyżej, chyba jasno wynika, dlaczego pomysł jest nie do przyjęcia.
4)    parę słów na koniec
Protestować można było dwa lata temu. Wtedy i miejsce na podwyżkę zarobków by się znalazło. Ale teraz? Tylko dlatego, że policjantom się udało? Śmierdzi to gówniarzerią i ślepym naśladowaniem innych. Rozumiem problem nauczycieli, sama chcę zostać nauczycielką i chciałabym za moją ciężką pracę dostawać uczciwy zarobek. Z jakiegoś powodu sytuacja pedagogów zmieniła się drastycznie w ciągu ostatnich stu lat od bycia poważanym na rynku pracy do bycia wyśmiewanym i traktowanym po macoszemu. Z jakiegoś powodu tak, jak sto lat temu nauczycielami zostawali najlepsi, tak teraz zostają najgorsi (przepraszam za duże uproszczenie). Z jakiegoś powodu edukowanie narodu powierzono osobom do tego niewykwalifikowanym, nie marzącym o niesieniu kaganka oświaty, a w dodatku sfrustrowanym z powodu niskich zarobków. Powód ten jest dla mnie niepojęty i zdaję sobie sprawę z tego, że należy wrócić do sytuacji sprzed stu lat (tylko w zakresie traktowania nauczycieli, oczywiście!), ale, jeśli już chcemy coś zmieniać, walczyć o swoje, to musimy mieć też wyczucie czasu i miejsca. Teraz czasu na strajkowanie nie ma.



WPIS#21: MAŁY SKOK W PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI NA STUDIACH

           Zanim będziemy skakać, przyjrzyjmy się jeszcze uczniowi polskiej szkoły. Otóż wraca on biedny, zmęczony, po siedmiu czy ośmiu lekcjach do domu. Ma, powiedzmy, piętnaście lat. Wydawałoby się, że powinien biegać po boisku/grać na komputerze/spotykać się ze znajomymi/uprawiać inny sport/rozwijać pasje/czytać/odpoczywać/inne. Co robi? Odrabia zadania domowe.
            Największym grzechem polskiej szkoły, jeśli chodzi o wyposażenie młodego człowieka w umiejętności, a nie wiedzę, jest to, że go nie wyposaża w żadne umiejętności. Tylko w wiedzę. A umiejętność współpracy by się na przykład przy zadaniach domowych przydała.
            Nie chodzi mi oczywiście o ściąganie. Co to, to nie, umówiliśmy się przecież, że zadania domowe są ważne. Chodzi o burzę mózgów, wspólne dochodzenie do wniosków i odpowiedzi na pytania, dyskusji.
            Przykład z życia wzięty. Chodziłam w liceum do klasy matematyczno-fizycznej, ale dość szybko okazało się, że z matematyką jest mi nie po drodze. To znaczy, umiem rozwiązać zadanie, jeśli rozwiązywałam wcześniej podobne, ale popełniam po drodze mnóstwo błędów rachunkowych. Kiedy widziałam, że moja odpowiedź absolutnie nie zgadza się z tym, co napisano w kluczu odpowiedzi, pisałam do mojej koleżanki. Ona sprawdzała mi moje bazgroły i znajdowała wszystkie błędy. Podobnie było, gdy za nic nie wiedziałam, jak ruszyć jakieś zadanie – razem analizowałyśmy jego treść, zastanawiałyśmy się, co by tu zrobić, i wreszcie dochodziłyśmy do rozwiązania. Czasem dołączały się do nas i inne koleżanki, wtedy wszystko szło znacznie szybciej. A ja w zamian tłumaczyłam im fizykę, sprawdzałam wypracowania na polski, tłumaczyłam słówka na angielski – w skrócie, pomagałam im, jak mogłam. W końcu chyba od tego jest Internet, Messenger i inne komunikatory, żeby się ze sobą porozumiewać, prawda? W razie potrzeby można błyskawicznie stworzyć konferencję na kilka osób i wspólnymi siłami rozwiązać problem.
            Tylko że taka wzajemna pomoc zaczęła się dopiero w liceum i to tylko dlatego, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Współpraca właściwie nie wychodziła poza naszą hermetyczną grupkę. A szkoda, bo w klasie były i inne osoby, które na pewno z chęcią pomogły by nam i otrzymały od nas pomoc. Właśnie dlatego potrzebny jest nauczyciel. Żeby powiedział: słuchajcie, pomagajcie sobie nawzajem. Pokazał, jak prowadzić kogoś do rozwiązania, nie rozwiązując zadania za niego. Zaproponował, jak wykorzystać nowoczesne technologie do wspólnej nauki. Nauczył nas dyskutować, rozmawiać, dochodzić do porozumienia.
            Żaden tego nie zrobił. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu, własnymi siłami – albo skończyć z miernymi ocenami i takąż wiedzą.
            A potem poszłam na studia. I nagle się okazało, że można pracować wspólnie.
            Ale zacznijmy od początku. Jako że jestem na studiach językowych, dużo czasu poświęca się praktycznej nauce języka. I nie, nie jest to tylko wkuwanie list słówek i rozwiązywanie zadań z gramatyki.
            Zadania rozwiązujemy, a i owszem, w domu. Potem idziemy na zajęcia, w sali mamy krzesełka z pulpitami, żeby łatwiej było nimi operować, siadamy w grupach i analizujemy. Szukamy przykładów, z którymi więcej osób miała problem, zgłaszamy się z nimi do prowadzącego. Jeśli tylko jedna osoba czegoś nie rozumie – staramy się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafimy. To ma dwa plusy. Raz – ta druga osoba już wie, w czym rzecz, następnym razem poradzi sobie z podobnym zadaniem. Dwa – sami jesteśmy dumni, że potrafimy w obcym języku wyjaśnić złożoności, dajmy na to, gramatyki angielskiej. Bawimy się w nauczycielami, którymi w przyszłości możemy zostać. Uczymy się polegać na innych. Uczymy się zadawać pytania, jakkolwiek głupie by nie były. W końcu łatwiej jest spytać rówieśnika niż prowadzącego.
            Tłumaczymy sobie nawzajem, a więc i mówimy, mamy ciągle kontakt z językiem. Przy okazji poznajemy się, bo, wiadomo, najlepiej rozmawia się w czasie zajęć, a prowadzącego interesuje raczej, w jakim języku mówimy, niż o czym.
            Mamy też dyskusje. Siadamy w kręgu, tak, że każdy widzi każdego, i rozmawiamy. Tydzień wcześniej dostajemy temat, więc można sobie przygotować listę argumentów, trudniejsze słówka, można z tego korzystać już na zajęciach. A jeśli używamy słówek, to je zapamiętujemy, więc poszerzamy słownictwo bez żadnych kartkówek i sprawdzania postępów.
            Mamy wreszcie fonetykę. Przez całe zajęcia siedzimy ze słuchawkami na uszach, słuchamy słów, zdań, całych tekstów wypowiadanych przez native speakerów, i powtarzamy, powtarzamy, powtarzamy. Jeśli zaś mamy do przerobienia jakiś dialog, to prowadząca łączy nas w pary, żebyśmy i między sobą mogli poćwiczyć. Z takim podejściem to w dwanaście szkolnych lat angielskiego można by się trzy razy nauczyć. Albo angielskiego i dwóch innych języków – niemalże do perfekcji.


W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego szkoła uczy nie tego, co powinna, czyli jak polski uczeń ma się odnaleźć w świecie XXI wieku?

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

WPIS#9B: INTERNET, CZYLI DLACZEGO SZKOŁA NIE KORZYSTA Z OGÓLNODOSTĘPNYCH DÓBR

      Internet to nie jest tylko zbiór gotowych informacji na dany temat, taka wielka encyklopedia. To również miejsce, w którym znaleźć można materiały pomagające w nauce, motywacji, powtórkach, segregowaniu wiedzy.
W sieci bez większych trudności można znaleźć artykuły na temat psychologii nauki, poszukać różnych sposobów na szybkie i skuteczne przyswajanie materiału, dopasować sposób uczenia się do indywidualnych potrzeb. O tym było już zresztą tutaj: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/07/wpis-4-o-czym-szkoa-nie-mowi-czyli.html. Żeby nauczyć się, jak się uczyć, nie trzeba wcale czytać grubych ksiąg i marnować lat na przyswojenie nowego sposobu zapamiętywania. Zazwyczaj wystarczy kilka tygodni, a proste triki można wykorzystywać od razu (jak na przykład przeglądanie odpowiedniego fragmentu podręcznika przed rozpoczęciem nauki. Wydaje się, że zabierze to więcej czasu, niż samo przeczytanie, a jednak! Pozwala nie tylko zaznajomić się z ogólnymi, najważniejszymi informacjami, ale również ułożyć sobie plan, postanowić, jak stworzyć przejrzyste notatki, łatwiej też wtedy zapamiętać, gdzie pojawiła się która informacja. I oszczędza się czas na bezsensowne wertowanie!). Oszczędza się czas i zapamiętuje więcej na dłużej.
W Internecie jest też mnóstwo zadań, których nie trzeba wcale uważać za potencjalne sprawdzianowe. Można je wykorzystać do nauki. Często są w formie testów, od razu po ich uzupełnieniu dostaje się odpowiedzi. Coś poszło źle? Zawsze można zajrzeć do podręcznika, jeszcze raz przeczytać sprawiający trudności temat, i przed sprawdzianem spać spokojnie.
Są też filmy. Nie tylko po polsku. W nauce języka ważne jest, by zanurzyć się w obcej kulturze, a nie zawsze można wyjechać za granicę. Wtedy filmy są świetną alternatywą. Każdy znajdzie coś dla siebie, a przy okazji będzie szlifował rozumienie ze słuchu, pozna nowe słownictwo… W szkole jednak z jakiegoś powodu filmy ogląda się tylko po polsku. Nawet, jeśli jest akurat lekcja angielskiego…
Nauczyciele języka polskiego narzekają, że uczniowie nie czytają lektur, tylko streszczenia, w dodatku wybrakowane, bo nie z pewnego źródła, a z Internetu. Problem łatwo można jednak zamienić w ciekawe zadanie: przeczytajcie lekturę, znajdźcie w siec jej streszczenie, postarajcie znaleźć się jak najwięcej luk i je uzupełnijcie. To pozwoliłoby uczniom samodzielnie sprawdzić swoją wiedzę na temat książki i do tego zabawić się w nauczyciela przy sprawdzaniu cudzych prac. A nuż któremuś zachce się samemu napisać porządne, zawierające wszystkie ważne wydarzenia streszczenie?


W NASTĘPNYM WPISIE: Lektury sprzed stu i więcej lat, czyli czyli czytaj, obywatelu, na zdrowie!

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

WPIS#9A: INTERNET, CZYLI DLACZEGO SZKOŁA NIE KORZYSTA Z OGÓLNODOSTĘPNYCH DÓBR


            Dla uczniów i nauczycieli Internet to najczęściej magazyn sprawdzianów. Ci pierwsi mają nadzieję, że podobne zadania znajdą na teście w szkole, ci drudzy oszczędzają czas, drukując gotowe sprawdziany; o tym więcej tutaj: http://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/07/wpis5-gotowe-sprawdziany-czyli-internet.html. Co jeszcze oferuje Internet?
            Filmy. Edukacyjne, poruszające i rozwijające tematy zawarte w podręcznikach, pozwalające na uporządkowanie wiedzy i lepsze przygotowanie do sprawdzianu, często w sposób zabawny przedstawiające dane zagadnienie, dzięki czemu łatwiej się zapamiętuje. Dźwięk połączony z obrazem na pewno daje lepsze efekty niż tylko suchy wykład. Problem pojawia się, gdy nauczyciel nie sprawdza wcześniej, co przedstawia dany film. Albo nawet sprawdza, znajduje ciekawe fragmenty, ale uczniom w klasie i tak puszcza całość. Albo sprawdza i nie zwraca uwagi na to, że film jest śmiertelnie nudny i zawiera mnóstwo niepotrzebnych informacji. I kończy się tak, że z prouczniowskiej inicjatywy (w końcu dla młodych telewizja jest jednym z ulubionych źródeł rozrywki i informacji) robi się… kołysanka. Uczniowie szybko się nudzą, przestają oglądać, rozmawiają między sobą albo śpią. W efekcie zapamiętują jeszcze mniej, niż w czasie zwykłego słuchania nauczyciela.
            Są też odpowiedzi na nurtujące pytania czy pomoc do odrobienia zadań domowych. W XXI wieku nie trzeba wszystkiego szukać w podręczniku, Internet jest szybszym i prostszym w obsłudze źródłem wiedzy. Tylko że artykuły w Internecie najczęściej są na poziomie akademickim, sprawdzonych stron dla niższych szczebli edukacyjnych nie ma albo jest ich mało i trzeba szukać. No i nauczyciele przecież mówią, żeby nie ufać Internetowi, w końcu każdy może coś wrzucić na Wikipedię, nawet największą bzdurę. Może lepiej nie ryzykować?
Oczywiście, najlepiej byłoby, gdyby po prostu nauczyciele tworzyli listy stron godnych polecenia, prowadzili własne, dostosowane do potrzeb uczniów, opracowywali fragmenty filmów wartych obejrzenia… W końcu to właśnie oni najlepiej znają się na swoim przedmiocie.




W NASTĘPNYM WPISIE: Internet, czyli dlaczego szkoła nie korzysta z ogólnodostępnych dóbr (część druga)?

poniedziałek, 30 lipca 2018

WPIS#6: JĘZYKI OBCE, CZYLI DLACZEGO NAUKA ANGIELSKIEGO ZAJMUJE DWANAŚCIE (I WIĘCEJ) LAT


            Jakoś tak się złożyło, że każdy rok w podstawówce nauki angielskiego należy rozpocząć od rozdziału „Hello”, a w nim: Present Simple, Present Continuous i słownictwo z przedszkola, jakieś kolory, zwierzątka, członkowie rodziny. Potem jest trochę lepiej, idzie się liniowo bez zwracania uwagi na przechodzenie z klasy do klasy. Jak się poprzednią skończyło na tym, to następną zaczyna się czymś kolejnym, a nie wraca do początku. Tylko w klasie ostatniej jest repetytorium, same powtórki, żeby egzaminy dobrze poszły. Może i takie powtarzanie ma sens? W końcu wszystko się lepiej utrwala…
            I wychodzi na to, że po dwunastu latach nauki maturzyści ciągle mają problemy z wysławianiem się, egzamin na poziomie rozszerzonym to porażka (a poziom ledwo B2, w porywach), o ustnym lepiej nie wspominać. Zapomina się podstawowych słów, akcent ma się typowo polski, a i kalki z polskiego są na porządku dziennym. Co gorsza, nie tylko angielskiego trzeba się uczyć, bo w połowie edukacji dochodzi drugi język i daj Bóg, żeby to był rosyjski, przynajmniej podobny do polskiego, można udawać, że coś się po rosyjsku mówi. I zrozumieć łatwo nauczyciela. Ale niemiecki? Francuski? Hiszpański? To już zupełnie inna para kaloszy.
            A tu dwudziesty pierwszy wiek się kłania. Badania nad mózgiem, psychologia nauki, jacyś naukowcy nawet zawodowo zajmują się problemem uczenia się języków obcych. I jeśli skorzystać z ich pracy, efekty są naprawdę piorunujące. Już nie trzeba wkuwać listy słów typu poddasze czy śledziona z podręcznika, słuchać trzeszczącej płyty i czytać sobie po cichu, żeby innym nie przeszkadzać. Można uczyć się słówek naturalnie, jak dzieci, szybko i skutecznie, można odpalić YouTube’a i posłuchać native speakerów, można w zaciszu własnego pokoju czytać na głos czytanki. Trzeba tylko chcieć. A z tym, niestety, u młodzieży krucho.
            Nauczyciele zaś, zamiast zadać rozwijające zadanie domowe i potem sprawdzić, czy zostało rzetelnie, samodzielnie wykonane (chociażby pięciominutową kartkówką, których w polskiej szkole jest stanowczo za mało), wolą polecić uczniom narysowanie plakatu na konkurs z idiomem angielskim, spisanie z angielskiej Wikipedii opisu ulubionego filmu, przygotowanie prezentacji o atrakcjach turystycznych w kraju, w którym nigdy się nie było. Bo tak łatwiej, a i miło popatrzeć na pracę artystyczną uczniów.
            Rzadko kiedy zdarzają się też wymiany, niekoniecznie od razu do Stanów czy nawet Wielkiej Brytanii. Po angielsku można przecież porozmawiać również z Niemcem czy Francuzem. Na pewno dałoby to lepsze efekty, niż konwersacje przeprowadzane w klasie, kiedy to, gdy nauczyciel nie słyszy, przechodzi się na polski.


W NASTĘPNYM WPISIE: Wymiany, czyli czy to zawsze musi być niewypał?

wtorek, 24 lipca 2018

WPIS#5: GOTOWE SPRAWDZIANY, CZYLI INTERNET NIE ZAWSZE MUSI BYĆ PRZYJACIELEM


            Częstym zjawiskiem w szkole są sprawdziany. I kartkówki. I testy. I diagnozy. I inne formy sprawdzania wiedzy. Uczeń, wiadomo, ma się uczyć. A żeby nauczycielowi było łatwiej, powstały książki i strony internetowe z zadaniami do wykorzystania. I nauczyciele korzystają, bo to oszczędzanie czasu i energii.
            Wybór jest ogromny, a co lepsze, są strony czy książki, do których uczniowie nie mają dostępu. Z tych brać jest najlepiej, bo wiadomo, że nikt sobie wcześniej odpowiedzi nie sprawdzi. Więc można znaleźć i zadania zamknięte, i otwarte, ciekawe lub nie, dostosowane do konkretnego podręcznika albo i nie, co kto woli. Nie trzeba długo szukać, by znaleźć coś odpowiedniego. To na pewno lepsze, niż przeznaczać godziny życia na ułożenie zestawu, tylko po to, by okazało się, że uczniowie X i Y nie przyszli, więc trzeba wymyślać nowe zadania, a Z z kolei nie zaliczył, więc potrzebna wersja kolejna, oczywiście odpowiadająca poziomowi tej pierwszej…
            I uczniowie się cieszą, gdy dostają test złożony z zadań zamkniętych (bo takie najłatwiej się sprawdza), najlepiej wydrukowany z ogólnodostępnej strony, można się naprawdę dobrze przygotować.
            Jest też jednak druga strona medalu. Gdy nauczyciel samodzielnie przygotowuje zadania, od razu widać, że zależy mu na pracy, stara się, angażuje w edukację uczniów. Może realnie sprawdzić postępy uczniów, bo test złożony jest z zadań już omawianych lub do nich podobnych. Na pewno nie znajdą się w nim wykraczające poza podstawę programową treści, a przy tych internetowych nigdy nic nie wiadomo, trzeba czytać uważnie zadanie po zadaniu.
            Wreszcie, zaliczenie takiego sprawdzianu na piątkę czy szóstkę to prawdziwy wyczyn i powód do dumy. I miarodajna ocena pracy nauczyciela.


W NASTĘPNYM WPISIE: Języki obce, czyli dlaczego nauka angielskiego zajmuje dwanaście (i więcej) lat

czwartek, 19 lipca 2018

WPIS #4: O CZYM SZKOŁA NIE MÓWI, CZYLI DLACZEGO NIKT NIE POWIEDZIAŁ, JAK SIĘ UCZYĆ


            Podstawowym zadaniem szkoły jest nauczanie. Matematyka, język polski, historia, biologia, geografia, chemia, fizyka, informatyka, wiedza o kulturze i wiedza o społeczeństwie, języki obce… Przedmiotów jest bez liku, do każdego napisano podstawę programową, z większości prędzej czy później trzeba zdać egzamin, który zaważy na przyszłości ucznia. Jak opanować tyle materiału, skoro doba ma tylko 24 godziny, a oprócz odrobienia zadań domowych po lekcjach należy przygotować się również do bieżących sprawdzianów czy kartkówek? Dobrze byłoby mieć też trochę wolnego, w końcu nie można pracować non stop… Kiedy młody człowiek uświadamia sobie to wszystko, projekt edukacja nagle przerasta jego siły. Nagle okazuje się, że trzeba pracować nie sześć i nie osiem, a dziesięć godzin dziennie, zarywać noce, ograniczyć kontakty ze znajomymi, zrezygnować z zainteresowań tylko po to, żeby zdać. Czy musi tak być? Niekoniecznie.
            To, czy uczeń będzie przytłoczony obowiązkami, zależy w głównej mierze od rozplanowania czasu, w następnej kolejności pojawia się jakość uczenia. Są to dwie kwestie, które, patrząc na problem zdroworozsądkowo, powinny pojawić się już na początku podstawówki. Wtedy materiału jest jeszcze dość mało, lekcji też niewiele, a dzieci są zainteresowane uczeniem się. Właśnie wtedy strzałem w dziesiątkę byłoby przeprowadzenie serii zajęć na temat sposobów uczenia się i wydzielenie czasu na opanowanie ich w praktyce, nauka tworzenia planu na cały tydzień i zarządzania swoim czasem. Po takim kursie uczniowie szliby do następnych szkół z wiedzą, jak najlepiej im się uczy, o jakiej porze dnia lepiej przyswaja im się matematykę, a o jakiej przedmioty przyrodnicze, kiedy czyta się lektury tak, że się je zapamiętuje, kiedy należy zająć się sportem. Zapewne osiągaliby lepsze wyniki na wyższych etapach edukacyjnych.
Oczywiście, do wszystkich wniosków dotyczących samokształcenia i rozplanowania aktywności można dojść samemu, zajmuje to jednak dużo czasu i wymaga dużej samoświadomości. A przy nawale obowiązków wtedy, gdy uczyć się już naprawdę trzeba (koniec podstawówki, gimnazjum – to już prawie nieaktualne, liceum), łatwiej stosować starą dobrą zasadę zakuj-zdaj-zapomnij, niż wypracowywać własne metody nauki.
W XXI wieku nie trzeba na szczęście przerzucać stert książek, żeby znaleźć coś interesującego. Wystarczy wpisać odpowiednią frazę w wyszukiwarkę internetową. Sposobów na naukę jest tysiące, aż dziw bierze, że szkoła z tego nie korzysta. „Nauczcie się tego i tego na przyszły tydzień”, mówią nauczyciele, ale nie zastanawiają się już, jak to zrobić. A szkoda.

W NASTĘPNYM WPISIE: Gotowe sprawdziany, czyli Internet nie zawsze musi być przyjacielem