Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matematyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matematyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 marca 2019

WPIS#36: JAK ŁATWO JEST PRZYLEPIĆ ŁATKĘ, CZYLI O OCENIANIU W POLSKIEJ SZKOLE

          W poprzednim wpisie pisałam o tym, że od podstawówki do liceum nauczyciele uważali, że jestem dobra z matematyki. Zaczęło się niepozornie: po prostu siedziałam w ławce z dziewczyną, która błyskawicznie rozwiązywała zadania. Jej aura jakby przenikła na wszystkich naokoło. Trzeba też przyznać, że te ćwiczenia były proste. Tylko że w polskiej szkole nikt nie wpadł na to, by dzielić uczniów na klasy pod względem umiejętności. Zawsze musi być przekrój: od najsłabszych i najlepszych. Żeby jeszcze wykorzystać tę polaryzację, kazać uzdolnionym uczyć tych z trudnościami, pomagać im. Nie. W szkole od uczenia jest nauczyciel. Koniec, kropka.
          Zadania były proste, siedzenie z szybką koleżanką też zaczęło robić swoje. Wkrótce zaczęłam się zgłaszać z pytaniem: Co dalej. Dla mnie był to sposób na zabicie nudy, w końcu nauczycielka natychmiast podawała jeszcze z pięć zadań do zrobienia. Dla pozostałej części klasy to musiało być stresujące: ona już skończyła, a ja nawet za tym, co się dzieje na tablicy nie nadążam…
          Skoro szybko rozwiązywałam zadania, to powinnam chodzić na konkursy, nieprawdaż? To w końcu jest sens życia polskiej szkoły: wysyłanie uczniów na konkursy, rywalizacja, nagrody, artykuły w szkolnych gazetkach, zdjęcia w gablotach „zasłużonych”. No dobra, dziecko w podstawówce nauczycielom nie odmawia, chodziłam na te konkursy.
Nigdy nic nie wygrałam. Dlaczego?
Dlatego, że jakoś nikt nie wpadł na to, by sprawdzić, czy rozwiązywałam zadania na lekcji POPRAWNIE. A że zawsze na końcu podręcznika jest klucz odpowiedzi, to sprawdzałam sobie, poprawiałam błędy i mimo wszystko byłam do przodu. Tylko że na konkursach nie ma klucza odpowiedzi. Nie ma jak poprawić błędów, jeśli się ich samodzielnie nie znajdzie. Mnie nikt nie nauczył uważności, sama aż do liceum nie uważałam, by był to poważny problem, i tak się za mną te błędy ciągnęły. Na sprawdzianach i egzaminach sobie radziłam, bo od tego zależało to, czy zdam do następnej klasy czy szkoły, ale konkurs…? Tam jedyną motywacją była nagroda, często zupełnie niepasująca do moich gustów. Nie ma po co się starać.
W gimnazjum też miałam łatkę „zdolnej matematyczki”. Tym razem również dlatego, że chodziłam do klasy matematyczno-informatycznej. Profil robi swoje. A że było w niej sporo osób z rejonu, to znowu polaryzacja była dużo, łatwo było pędzić z zadaniami. I popełniać głupie błędy.
Nauczycielka oczywiście wysyłała mnie na konkursy, a ja na nie chodziłam, bo to lepsze, niż siedzenie na jakiejś biologii czy innym polskim. Nigdy nie zajęłam liczącego się miejsca.
W liceum, w klasie matematyczno-fizycznej – powtórka z rozrywki. Tu sprawa miała się inaczej – uczyłam się pilnie fizyki, a skoro umie fizykę, to matematykę na pewno też. Cóż… nie bardzo. Robiłam coraz więcej głupich błędów i coraz rzadziej byłam w stanie samodzielnie rozwiązać zadanie. Z pomocą przychodziły mi koleżanki, nauczycielka pewnie nawet nie wiedziała o tej pomocy. Nie miała więc oporów, by namawiać mnie do udziału w konkursach. Poszłam na jeden, okazało się, że wciąż nie potrafię rozwiązać większości zadań, dałam więc sobie spokój. Lepiej chodzić na lekcje i szykować się do matury niż do jakichś konkursów.
Nikt jakoś na całej mojej edukacyjnej drodze nie zauważył, że tak naprawdę najlepiej radziłam sobie z przedmiotami humanistycznymi. Co z tego, że wygrywałam jakieś tam konkursy literackie – matematyka jest najważniejsza. Do samej matury miałam więc bardzo wygodną sytuację: jako tako radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi, do humanistycznych właściwie nie musiałam się uczyć. A przyrodnicze? Cóż, tu wystarczy połączyć matematyczne logiczne myślenie i humanistyczne kreatywne pisanie. Wystarczyło na świadectwa z paskiem.
To jest jeden sposób na dobre oceny – wyrobienie sobie opinii. Bo oprócz tego, że robiłam zadania i chodziłam na konkursy, to jeszcze nie przeszkadzałam na lekcji, spełniałam polecenia nauczycieli, generalnie byłam grzeczną dziewczynką.
Drugi sposób jest znacznie prostszy. Grunt to urodzić się jako drugie, a jeszcze lepiej trzecie dziecko, i chodzić do tych samych szkół, co rodzeństwo. Bracia i siostry pilnie się uczą, zbierają na swoją opinię, sprawiają, że nauczyciele zaczynają ich lubić i, co ważniejsze, pamiętać. A potem przychodzimy my, podobna buzia, to samo nazwisko, i dobre oceny mamy właściwie w kieszeni.
Trzecia metoda to już w ogóle bułka z masłem. Trzeba chodzić na wszystkie możliwe konkursy ze wszystkich możliwych przedmiotów. Z jednej strony opuszczamy nudne lekcje, z drugiej pracujemy na opinię nauczycieli. Nieważne, czy się wygrywa, czy nie – wystarczy czasem przechodzić z etapu na etap. Nauczyciele są zadowoleni, bo mają ambitnego ucznia, a uczeń… może do nich chodzić w okresie wystawiania ocen i ze zbolałą miną opowiadać, że w tym roku się nie udało, to fakt, ale w następnym roku będzie lepiej. Teraz się chodziło na konkursy, trzeba się było do nich przygotowywać, wie pan, etap ogólnopolski to nie przelewki. Nauczyciel pokiwa głową ze zrozumieniem. A uczeń ciągnie dalej: bo z innych przedmiotów to ma już same szóstki, za to chodzenie na konkursy właśnie, i inni nauczyciele to nie patrzą zbytnio na oceny, bo te, wiadomo, są różne, najważniejsze jest reprezentowanie szkoły w konkursach. Nauczyciel pokiwa głową i zapyta: a średnia jaka? Na co uczeń, już właściwie pewny swego, odpowiada, że właśnie tej jednej jedynej szóstki brakuje do paska czy – w bardziej ekstremalnej sytuacji – do średniej 6.0, mógłby się pan zlitować i w drodze wyjątku wstawić… Nauczyciel nie może odmówić, przecież każdy by zaraz wiedział, że to z jego powodu uczeń X nie ma ładnej średniej. Trzeba szóstkę postawić.
Tak właśnie wygląda rywalizacja w szkołach. Podobno „zdrowa”, tym przynajmniej dyrektorzy i nauczyciele usprawiedliwiają kolejną ligę klas – że trzeba czasem porywalizować. To, że walka opiera się na oszustwie, a uczniowie zamiast na nauce, skupiają się na konkursach, nikogo nie obchodzi. Najważniejsza jest opinia szkoły, a ta buduje się właśnie na wynikach w konkursach.




W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego polski nauczyciel jest nieskuteczny?

poniedziałek, 4 marca 2019

WPIS#35: DLACZEGO BEZ PODRĘCZNIKA SIĘ NIE DA, CZYLI NOWOCZESNA NAUKA W POLSKIEJ SZKOLE

           Mamy XXI wiek, więc w klasach obowiązkowo musi być komputer i rzutnik. W końcu do dzisiejszej młodzieży bardziej trafiają kolorowe obrazki niż suchy tekst w podręczniku, nieprawdaż? Poza tym, to zawsze jakieś uzupełnienie lekcji, nie trzeba wszystkiego pisać na tablicy, można po prostu wyświetlić. I uczniom się podoba, rzeczywiście, łatwiej jest notować, gdy treści są przekazywane ustnie, ale i napisane. I na zdjęciach do szkolnej kroniki dobrze wygląda, można zaprzeczyć twierdzeniu, jakoby polska szkoła tkwiła w średniowieczu.
            Problemów jest kilka, zacznijmy więc od samego początku. Komputer i rzutnik – mamy. Konieczny jest też ekran do tego rzutnika. Zazwyczaj umieszczony nad tablicą, tak, że rozwijając go, zasłaniamy w najlepszym wypadku połowę tablicy. Albo albo. Nie można jednocześnie pisać i wyświetlać. Z drugiej strony, takie rozwiązanie przydaje się na matematyce – u mnie w liceum, gdy zajmowaliśmy się funkcjami, nauczycielka wyświetlała wprost na tablicy układy współrzędnych, do których trzeba było tylko dorysować wykresy. Przydatne. Zwłaszcza, że projektanci sal rzadko kiedy myślą o tym, że na matematyce przydałaby się tablica w kratkę. Standardem są białe, czyste, więc takie będą we wszystkich klasach – to pewnie jeszcze pozostałość po tradycyjnych tablicach. Chociaż i wśród tych na kredę były i takie z kratkami…
            Sprawa druga – kolorowe obrazki. Niestety, ponieważ nauczyciele nie mają zazwyczaj przygotowania psychologicznego i pedagogicznego, nie wiedzą, że w istocie, kolorowe obrazki łatwiej trafiają do mózgu – nie tylko nastoletniego, ale w ogóle ludzkiego. Do szkół idą absolwenci najróżniejszych kierunków, w których programach nie przewidziano uczenia o tym, jak… uczyć. Tego dowiadują się bodaj tylko studenci pedagogiki. A jakże łatwiej jest przekazywać wiedzę, gdy wie się, jak to robić, gdy zna się sprawdzone sposoby, gdy rozumie się pracę ludzkiego umysłu. Psychologia pracuje nad tym od dawna, a żeby znaleźć cokolwiek, coś na start przed rozpoczęciem kursu, wystarczy poszukać w Internecie.
            Trzecia sprawa: przecież te nudne, zapisane gęsto podręczniki, od których nauczyciele uciekają, zaprzęgając do pracy rzutnik, już nie istnieją! Zastąpiły je przyjazne dla oka książki z fotografiami, kolorowymi schematami, wytłuszczeniami, podkreśleniami, kursywami,  mapami myśli, podsumowaniami na koniec rozdziału, przykładami rozwiązań zadań… Zdarzają się nawet ciekawe grafiki. Praca z takim podręcznikiem to, wydawałoby się, sama przyjemność.
            Może i tak – w czasie nudnej lekcji przeglądanie ich to często jedyny ratunek dla ucznia. Jednak ogrom informacji zmieszczonych na jednej stronie jest, przy bliższym zapoznaniu się z tematem, przytłaczający. Tu tekst, tu definicja w ramce, tu podpis do obrazka, tu mapa myśli, tu pytanie, tu odpowiedź… co za dużo, to niezdrowo. Uczeń ma wszystko podane na tacy – mówią nauczyciele. Wyszczególnione najważniejsze informacje, potem jeszcze powtórzone w podsumowaniu i zadaniach sprawdzających – marzenie. Ale czy aby na pewno?
            Właśnie nie. Takie podręczniki nijak nie stymulują do samodzielnego poszukiwania informacji. Nie, zamieszczenie na końcu książek rozwijających dany temat czy postawienie nieoczywistych pytań w zadaniach nie wystarczy. Uczeń i tak tych książek nie przeczyta, a odpowiedzi na pytania znajdzie w Internecie. Nie nauczy się za to czytać ze zrozumieniem i notować. Jeśli wszystkie ważne kwestie ma podane na tacy, to po co rozumieć cały tekst? Jeśli w podręczniku są takie ładne grafiki, to po co samemu robić notatki? Przeczyta kilka razy przed sprawdzianem i wystarczy. A że sprawdzian to często gotowiec, to i pytania będą się odnosiły wprost do treści z podręcznika. Nie ma po co samemu pracować. Stara zasada Zakuj – Zdaj – Zapomnij jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            Niestety, żeby wyjść ze szkoły z jakąś wiedzą, żeby potem wykorzystać zdobyte informacje na studiach, trzeba się zaangażować. Trzeba zapamiętać na dłużej. Mnemotechniki istnieją od dawna – tylko nie w szkole. Uczeń w klasie nie usłyszy ani słowa na temat tego, jak właściwie nauczyć się do sprawdzianu – co najwyżej tego, by przeczytać podręcznik. Tyle to wiedział sam.
            Problem czwarty: kiedy nauczyciel wyświetla coś na rzutniku, to zazwyczaj siedzi przy biurku, za komputerem. Nie widzi klasy zza monitora. Nie nawiązuje z uczniami relacji. Nie staje się dla nich autorytetem. Nie widzi, czy rozumieją, o czym mówi. Nie stymuluje do zadawania pytań. Nie kontroluje, czy uczniowie notują. Czy przynajmniej słuchają. Lekcja prowadzona w ten sposób nic nie daje. Nie mówiąc już o tym, że sprzęt jest zawodny. Nieraz zdarzało się, że pół zajęć traciłam, bo komputer się nie chciał włączyć, potem nie działał rzutnik, a nauczyciel koniecznie musiał coś wyświetlić. Technika jest fajna, nie przeczę. Ale może lepiej pozostać przy nauczaniu tradycyjnym, a za to czegokolwiek uczniów nauczyć? Zwłaszcza, że nauka mówi jasno: samo oglądanie i słuchanie nic nie da. Trzeba jeszcze notować. Wyświetlanie kolorowych obrazków nie jest więc tak skuteczne, jak by tego chcieli nauczyciele. To uczniowie powinni je rysować – jako uzupełnienie swoich notatek.
            Po piąte: zadowolenie uczniów. Cóż… to raczej kontrowersyjna sprawa. Nauczycielowi może się wydawać, że uczniowie są zainteresowani tematem. Tylko że potem przyjdzie sprawdzian i okaże się, że połowa go nie zaliczyła. Bo żeby dotrzeć do młodego umysłu, trzeba go jakoś zaangażować. Chociażby zadać pytanie. Albo pokazać śmieszny filmik, który zacznie im się kojarzyć z danym zagadnieniem. Albo kazać narysować na tablicy mapę myśli dla powtórzenia materiału. Sposobów jest wiele. Nauczyciele wolą wyświetlać prezentacje w Power Poincie. Albo, znacznie częściej… elektroniczną wersję podręcznika. Jakby uczniowie nie mieli książek przed nosem, na ławce.
            Sprawa ostatnia, kronika szkoły. Chodziłam do podstawówki, gimnazjum i liceum, wszystkie szkoły skończyłam ze świetnymi wynikami. Jakkolwiek związana czuję się tylko w liceum. Dlaczego? Popatrzmy na problem chronologicznie.
            Podstawówka. Nauczyciele wszystkich przedmiotów ciągali mnie i kilku innych uczniów na wszystkie możliwe konkursy, bo przecież „skoro jest dobra z matematyki, to będzie też dobra z przyrody i polskiego”. Coś tam rzeczywiście wygrałam, przez jakiś czas moje zdjęcie wisiało nawet w jakiejś gablocie zasłużonych, czy coś takiego. Wygrywałam konkursy z polskiego i przyrody, jednak wszyscy ciągle twierdzili, że przoduję w matematyce. Podstawówkę wspominam więc jako pasmo konkursów matematycznych, na których większości zadań nie potrafiłam rozwiązać. Pamiętam też jeszcze jedno: rysowanie liści na przyrodzie. Oczywiście nie wyszliśmy w tym celu na dwór, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda, ale za to rysowaliśmy. A nie mówiłam, że rysowanie jest ważne?
            Gimnazjum. Byłam w klasie matematyczno-informatycznej, do której trafiło sporo osób z regionu, poziom był raczej słaby. Na matematyce rozwiązywałam zadania szybciej niż inni, bo były proste. Wniosek? Jesteś dobra z matematyki – idź na konkurs. I znowu to samo, niechodzenie na lekcje, żeby siedzieć na konkursie i patrzeć na zadania, których i tak nie umiem rozwiązać. Pamiętam też, że na biologii nauczycielka stawała na środku z podręcznikiem w ręku i czytała zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, a my mieliśmy zapisywać każde jej słowo. Gdy teraz czytam podstawę programową z biologii, żeby napisać tutaj post, nie kojarzę absolutnie nic. Za to z etyki pamiętam więcej. Do zeszytu przy każdym temacie wklejałam pasującą do poruszanych kwestii piosenkę – i teraz, gdy ich słucham, przypominam sobie, o czym rozmawialiśmy na lekcjach.
            Liceum. Klasa matematyczno-fizyczna, poziom lepszy, niż w gimnazjum, bo nie ma rejonizacji. Byłam raczej średnia i miałam już wyrobione własne zdanie na temat tego, co chcę, a czego nie chcę robić. Nawet, jeśli nauczyciele usilnie przekonywali mnie do udziału w konkursie, nie zapisywałam się. Za to pilnie notowałam na lekcjach, powoli odkrywałam, jak powinny wyglądać dobre notatki, uczyłam się z nich, rozwiązywałam zadania, stawiałam pytania, szukałam na nie odpowiedzi – w książkach, nie w Internecie. To raz. A dwa – kadra szkoły podchodziła do ucznia jak do człowieka. Nie chcesz brać udziału w konkursie – nie bierz. Na korytarzach stoją kanapy i fotele, by można było odpocząć w czasie przerw, w takich „kącikach” są półki z książkami, stoliki do nauki i kontakty, żeby podładować telefon. W jednym „kąciku” jest nawet dywan i kwiaty! Kiedy trzeba było pomalować szkołę, uczniowie zostali zaproszeni do pomocy – przyjdziesz malować w czasie ferii, dostaniesz piątkę z wuefu. Potem każdy chwalił się, który kawałek ściany własnoręcznie pomalował.
            Z tych trzech szkół kronika tylko jednej jest prawdziwa. Tylko jedna kronika pokazuje, że uczniowie czują się dobrze w szkole, że są traktowani jak ludzie, że mogą mieć własne zdanie, że mogą decydować o sobie i o swoim najbliższym otoczeniu, że mają prawa. I nie ma znaczenia, jak wyglądają zdjęcia w tej kronice – liczy się to, że pokazują prawdę.



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak łatwo jest przylepić łatkę, czyli o ocenianiu w polskiej szkole

poniedziałek, 4 lutego 2019

WPIS#31: TESTOMANIA, CZYLI TOBIE PIĄTKA, TOBIE PAŁA

            Chyba w każdej szkole jest zapis, że sprawdzianów nie może być więcej, niż trzy w tygodniu. Ale wiadomo, Polak potrafi kombinować. Dlatego ta reguła nie obejmuje sprawdzianów z języków obcych (bo przecież tam w jednej grupie są osoby z różnych klas, NIEMOŻLIWOŚCIĄ byłoby tak ustalić termin, żeby wszystkim pasowało) i kartkówek. Kończy się tak, że w praktyce polski uczeń w jednym tygodniu ma trzy dozwolone statutem sprawdziany, test z angielskiego i jedną „dużą kartkówkę”, wyglądającą niemalże jak sprawdzian. Bo nauczyciel nie zdążył się wpisać do terminarza, ale w sumie materiału nie jest tak dużo, powiedzmy, że dacie radę napisać w pół godziny, oceny wpiszę jako kartkówki i wszyscy będą zadowoleni.
            Wszyscy, poza uczniami. W poprzednim wpisie pisałam, jak wygląda podstawa programowa z biologii i lekcje na tej podstawie oparte. Jeśli doliczyć do tego język polski, język angielski, drugi język obcy, matematykę, fizykę, chemię, geografię, wiedzę o społeczeństwie, historię, podstawy przedsiębiorczości, edukację o bezpieczeństwie, informatykę i wychowanie fizyczne (tak, z tego też są sprawdziany), a takie przedmioty realizuje się w pierwszej liceum, to robi się naprawdę ciekawie.
            Z punktu widzenia nauczycieli też nie jest ciekawie. Zostańmy przy tym liceum. Załóżmy, że jeden nauczyciel ma w każdym roczniku jedną klasę z rozszerzeniem. Rozszerzenia zazwyczaj zaczynają się w drugiej klasie i pędzi się wtedy tak z materiałem, że sprawdziany są co trzy tygodnie. Do tego kilka klas pierwszych, nierozszerzających danego przedmiotu. Czyli takich, które trzeba tylko przepchnąć, wystawić pozytywną ocenę na koniec roku i pożegnać się na zawsze. Tutaj sprawdziany są rzadsze, bo lekcja jest tylko raz w tygodniu; niech będzie, że przerobienie materiału zajmuje sześć tygodni. Wszyscy startują w tym samym momencie, więc mniej więcej co sześć tygodni przeciętny nauczyciel MUSI przygotować zadania dostosowane do poziomu realizowanego przez poszczególne klasy, MUSI je sprawdzić w ciągu statutowych dwóch czy trzech tygodni, MUSI przewidzieć czas na poprawę, MUSI przygotować zadania na poprawę, MUSI sprawdzić poprawę. Na koniec okazuje się, że już trzeba szykować następne testy. A poza tym, to przecież za pół roku będzie matura, przydałoby się jakiś próbny egzamin przeprowadzić. Dobrze, że ułożeniem zadań zajmują się wydawnictwa, jeden punkt z listy do odhaczenia mniej. Ale nikt za nauczyciela tych próbnych matur nie sprawdzi. Znowu robota. Co więcej, trzeba jeszcze wesprzeć tych najbardziej uzdolnionych, przygotować ich do konkursów, zaproponować zajęcia dodatkowe. A dla tych słabszych? Jakieś konsultacje do wytłumaczenia bieżących zagadnień też by się przydały. Kiedyś trzeba też przygotować się do lekcji…
            Już chyba nie dziwi, dlaczego zajęcia w polskiej szkole wyglądają, jak wyglądają. Nauczyciel ZAWSZE ma kupkę sprawdzianów do sprawdzenia, na horyzoncie matury, jeszcze więcej sprawdzania… a tutaj siedzi klasa pierwsza, zupełnie danym przedmiotem niezainteresowana. No to przeczytajcie sobie podręcznik, zróbcie ćwiczenia, ja je potem sprawdzę (!) i wystawię oceny za pracę na lekcji. Dobrze, że w wersji dla nauczyciela w zeszytach ćwiczeń są odpowiedzi, wystarczy tylko porównać, zaznaczyć błędy, podliczyć punkty… O, to może by tak skorzystać i z gotowych sprawdzianów? W końcu wydawnictwo jest sprawdzone, zadania robią ciekawe, a i uczniowie będą zadowoleni, bo to test ABCD, można strzelać. Lepiej przecież się zająć rozszerzeniami, niż marnować czas na pierwsze klasy, prawda?
            Potem się okazuje, że te testy zamknięte przyjemnie się sprawdza, szybko, nie trzeba się zastanawiać, czy można uznać taką odpowiedź, czy jednak za bardzo odbiega od klucza… I nauczyciel zaczyna dawać gotowce i rozszerzeniom. Tu co prawda zdarzają się jakieś zadania otwarte, wzięte prosto z matur z poprzednich lat, bo przecież „i tak żaden uczeń ich nie przegląda”.
            Jest więc więcej czasu na szykowanie się do lekcji. Ale po co marnować energię na pierwsze klasy, skoro one i tak chcą tylko zaliczyć przedmiot i mieć z głowy? Lepiej zająć się rozszerzeniem. Ferie idą, dobrze byłoby zrobić im jakąś listę zadań, żeby się nie nudzili, głupot nie robili…
            W moim liceum byli nauczyciele, którzy sami robili sprawdziany, przygotowywali się do lekcji, organizowali zajęcia dodatkowe i… ledwo trzymali się na nogach, bo spali po kilka godzin, żeby z tym wszystkim zdążyć. A skoro oni mogą spać po kilka godzin, to i uczniowie też, przecież są młodzi i pełni energii. Nikt nie patrzył na to, że akurat w okresie dojrzewania sen jest niezwykle potrzebny. A już na pewno nikt nie pomyślał o tym, że właśnie we śnie mózg analizuje wszystko to, czego się nauczył (polecam spróbować powtórzyć sobie to, czego się nauczyliśmy w ciągu dnia, tuż przed snem. Rano się obudzicie i wszystko będziecie pamiętać!).
            Tylko kogo ten biedny uczeń obchodzi, skoro to jest tylko numerek w dzienniku, rocznik ten i ten, klasa taka i taka. Przyszedł i zaraz pójdzie, jak miliony przed nim i za nim. Po co przejmować się jednostką, skoro przerób idzie w setki tysięcy? Co roku setki tysięcy kończą szkołę – co wśród nich znaczy jeden Kowalski?
            Jeden Kowalski ma chodzić na lekcje, siedzieć cicho, gdy pani mówi, nauczyć się na sprawdzian i najlepiej zdać go w pierwszym terminie, żeby nie robić pani problemów. A pasje niech rozwija, jak już będzie dorosły, o ile będzie miał na to czas. Bo porządny Polak musi być zapracowany, czy ma trzynaście, czy trzydzieści lat. I niezadowolony, żeby było na co narzekać.
            Najlepsze jest to, że na uczciwej edukacji skorzystaliby wszyscy. Wyobraźmy sobie piętnastoosobowe klasy, gdzie wszyscy siedzą przy jednym stole, nauczyciel razem z uczniami, i rozmawiają, powiedzmy, o globalnym ociepleniu. Jednocześnie uczą się co nieco biologii (wpływ ocieplenia na człowieka), geografii (wpływ ocieplenia na klimat), chemii i fizyki (co tworzy dziurę ozonową i jak temu zapobiec), wiedzy o społeczeństwie (bo można analizować, co w tej kwestii proponują politycy różnych partii). I może języka polskiego, bo mamy dyskusję, naukę tworzenia argumentów popartych przykładami. I języki obce mogą być, bo ekologia to przecież nie jest tylko polski problem, można czytać artykuły z gazet z różnych krajów. I podstaw przedsiębiorczości z matematyką, bo ktoś przecież musi policzyć, ile by kosztowały te wszystkie nowoczesne rozwiązania (i kto ma za to zapłacić). I edukacji dla bezpieczeństwa, to jest co robić, by nie truć smogiem. I informatyki, bo można zrobić chociażby prezentację na szkolny apel dotyczący ekologii (albo popatrzeć, jak działają ekologiczne organizacje). I historii, bo można porównać sytuację w Londynie w latach 50. XX wieku z sytuacją dzisiaj. I wuefu, bo można promować chodzenie piechotę czy jeżdżenie na rowerze zamiast samochodem.
            Mamy więc zaangażowanie WSZYSTKICH nauczycieli. Co więcej, uczniów też, bo znacznie ciekawsze jest rozwiązywanie bieżących problemów niż słuchanie wykładu o kompostownikach. To już nie jest tylko nauka. To jest fabryka pomysłów. Gdyby połączyć siły wszystkich klas w danej szkole, wszystkich szkół w danym mieście, wszystkich miast w województwie, wszystkich województw w kraju… Polska edukacja uwielbia konkursy, więc można by było zrobić konkurs na najlepszy projekt, nagrodzona szkoła miałaby stworzyć wieloletni plan naprawy problemu, dostałaby do współpracy ekspertów…
            To jest możliwe. Wystarczyłoby tylko odejść od testowania i otworzyć się na głos pojedynczego Kowalskiego. Bo to, że nauczyciel skończył studia, nie znaczy, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. A tak – porozmawiałby z młodymi ludźmi, poznałby ich, zintegrowałby się z nimi i z całym gronem pedagogicznym. Aż żal byłoby opuszczać taką szkołę.


W NASTĘPNYM WPISIE: BUW dla Sów, czyli o tym, jak polska edukacja sama zapędziła się w ślepy zaułek

poniedziałek, 3 grudnia 2018

WPIS#22: DLACZEGO SZKOŁA UCZY NIE TEGO, CO POWINNA, CZYLI JAK POLSKI UCZEŃ MA SIĘ ODNALEŹĆ W ŚWIECIE XXI WIEKU

            Uczeń przedstawia, uczeń analizuje, uczeń znajduje, uczeń rozpoznaje, uczeń wskazuje, uczeń znajduje, uczeń uwzględnia, uczeń interpretuje, uczeń dostrzega, uczeń różnicuje, uczeń omawia, uczeń przestrzega, uczeń stosuje, uczeń wykorzystuje, uczeń czyta, uczeń porównuje, uczeń korzysta, uczeń sporządza, uczeń prezentuje, uczeń określa, uczeń konfrontuje, uczeń wygłasza, uczeń operuje – to z podstawy programowej z języka polskiego. Podobnie jest w podstawach i z innych przedmiotów. Mam dwa pytania: 1) czy uczeń jest robotem? i 2) czy nauczyciel jest idiotą?
            1) Uczeń robi to, robi tamto, wie to, zna śramto. Potrafi zaznaczyć odpowiednią literkę w zadaniach testowych, czasem coś policzy, może uda mu się napisać ze trzy zdania na taki czy inny temat. Ma głowę wypełnioną budowami pantofelków i ameb, funkcjami narządów wewnętrznych, chorobami tych narządów, metodami kompostowania i rodzajami fermentacji, najwyższymi szczytami i najgłębszymi jeziorami, rodzajami gleby, cechami klimatu podzwrotnikowego, wzorami kwasów karboksylowych, alkoholi, węglowodorów, schematami najważniejszych reakcji chemicznych i wnioskami z tychże, kolorami fenoloftaleiny i papierków wskaźnikowych, wzorami na prędkość, przyspieszenie grawitacyjne, indukcję elektromagnetyczną, liczbą elektronów w atomie, budową bomby jądrowej i elektrowni atomowej, datami, kto, kiedy, gdzie i z kim podpisywał pakt/wygrywał/przegrywał/zrywał pakt, nazwiskami i złotymi myślami, słówkami po angielsku/niemiecku/rosyjsku/francusku/hiszpańsku typu „naczynie żaroodporne”, „chlorek sodu”, „biały karzeł”, „bratek” (przy czym często nie wie, jak ten ostatni wygląda, bo widział tylko zdjęcie w podręczniku od biologii), wzorami na miejsce zerowe funkcji takiej czy takiej, graniastosłupami prostymi, konstrukcją kątów, wykresami zdania złożonego i prostego, prometeizmem, mesjanizmem, chłopomanią, martyrologią, filistrami, motywami miasta, miłości, śmierci, Mickiewiczami, Słowackimi i Wyspiańskimi. Ludzie. Żyjemy w XXI wieku. Większość tych informacji, jeśli nie wszystkie, można znaleźć w Internecie, a w szkole zająć się czymś poważnym. Tylko że
            2) Ministerstwo Edukacji Narodowej uważa, że nauczyciele są debilami i nie potrafią sami zaplanować pracy z uczniami. Stąd poziom szczegółowości podstawy programowej. Masz, durniu, przerobić to, to i to, zrobić sprawdzian, wystawić oceny i przepchnąć wszystkich do następnej klasy, bo już kolejny rocznik czeka. To jedna rzecz. A druga jest taka, że łatwiej jest manipulować ludźmi sfrustrowanymi, przepracowanymi, przeładowanymi materiałem. W szkole dotyczy to zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Bo uczeń musi się nauczyć, żeby dobrze zdać egzamin i dostać się do liceum/na studia, a nauczyciel musi mu wszystko wtłoczyć do głowy, żeby nikt się go nie czepiał, że zaniedbuje swoje obowiązki. Kończy się tak, że zadowolona jest tylko Minister Edukacji.
            A jest naprawdę mnóstwo ciekawszych tematów do poruszenia na lekcji. I nie tylko poruszenia. Bo na przykład w pierwszej klasie liceum równocześnie na biologii i geografii uczymy się o ochronie środowiska. W klasie. Przy szczelnie zamkniętych oknach z powodu smogu.
            Byłam w Rosji na wymianie, miałam okazję z bliska przyjrzeć się ich systemowi edukacji. I co oni robią, żeby nauczyć młodych ludzi dbać o środowisko? Sadzą drzewka i kwiaty dookoła szkoły, budują kompostownik, wspólnie troszczą się o swoje otoczenie. Polski uczeń wie, jak oczyszcza się ścieki, a równocześnie „rocznie zużywa średnio 400 reklamówek, 60 kg papieru i 50 puszek” (dane za http://gazetaolsztynska.pl/498356,Rocznie-zuzywamy-kilkaset-miliardow-plastikowych-butelek-a-ma-byc-jeszcze-gorzej-VIDEO.html), o plastiku nie wspominając.
            To było porównanie z Rosją. A co by się okazało, gdyby spojrzeć na Europę Zachodnią…? Nawet nie mamy co spoglądać w tamtą stronę – przynajmniej w kwestii obecnego poziomu edukacji. Bo świecić przykładem nam mogą. Gorzej, że na razie tylko świecą.



W NASTĘPNYM WPISIE: Tęczowa szkoła, czyli homoseksualizm nie istnieje?

niedziela, 25 listopada 2018

WPIS#21: MAŁY SKOK W PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI NA STUDIACH

           Zanim będziemy skakać, przyjrzyjmy się jeszcze uczniowi polskiej szkoły. Otóż wraca on biedny, zmęczony, po siedmiu czy ośmiu lekcjach do domu. Ma, powiedzmy, piętnaście lat. Wydawałoby się, że powinien biegać po boisku/grać na komputerze/spotykać się ze znajomymi/uprawiać inny sport/rozwijać pasje/czytać/odpoczywać/inne. Co robi? Odrabia zadania domowe.
            Największym grzechem polskiej szkoły, jeśli chodzi o wyposażenie młodego człowieka w umiejętności, a nie wiedzę, jest to, że go nie wyposaża w żadne umiejętności. Tylko w wiedzę. A umiejętność współpracy by się na przykład przy zadaniach domowych przydała.
            Nie chodzi mi oczywiście o ściąganie. Co to, to nie, umówiliśmy się przecież, że zadania domowe są ważne. Chodzi o burzę mózgów, wspólne dochodzenie do wniosków i odpowiedzi na pytania, dyskusji.
            Przykład z życia wzięty. Chodziłam w liceum do klasy matematyczno-fizycznej, ale dość szybko okazało się, że z matematyką jest mi nie po drodze. To znaczy, umiem rozwiązać zadanie, jeśli rozwiązywałam wcześniej podobne, ale popełniam po drodze mnóstwo błędów rachunkowych. Kiedy widziałam, że moja odpowiedź absolutnie nie zgadza się z tym, co napisano w kluczu odpowiedzi, pisałam do mojej koleżanki. Ona sprawdzała mi moje bazgroły i znajdowała wszystkie błędy. Podobnie było, gdy za nic nie wiedziałam, jak ruszyć jakieś zadanie – razem analizowałyśmy jego treść, zastanawiałyśmy się, co by tu zrobić, i wreszcie dochodziłyśmy do rozwiązania. Czasem dołączały się do nas i inne koleżanki, wtedy wszystko szło znacznie szybciej. A ja w zamian tłumaczyłam im fizykę, sprawdzałam wypracowania na polski, tłumaczyłam słówka na angielski – w skrócie, pomagałam im, jak mogłam. W końcu chyba od tego jest Internet, Messenger i inne komunikatory, żeby się ze sobą porozumiewać, prawda? W razie potrzeby można błyskawicznie stworzyć konferencję na kilka osób i wspólnymi siłami rozwiązać problem.
            Tylko że taka wzajemna pomoc zaczęła się dopiero w liceum i to tylko dlatego, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Współpraca właściwie nie wychodziła poza naszą hermetyczną grupkę. A szkoda, bo w klasie były i inne osoby, które na pewno z chęcią pomogły by nam i otrzymały od nas pomoc. Właśnie dlatego potrzebny jest nauczyciel. Żeby powiedział: słuchajcie, pomagajcie sobie nawzajem. Pokazał, jak prowadzić kogoś do rozwiązania, nie rozwiązując zadania za niego. Zaproponował, jak wykorzystać nowoczesne technologie do wspólnej nauki. Nauczył nas dyskutować, rozmawiać, dochodzić do porozumienia.
            Żaden tego nie zrobił. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu, własnymi siłami – albo skończyć z miernymi ocenami i takąż wiedzą.
            A potem poszłam na studia. I nagle się okazało, że można pracować wspólnie.
            Ale zacznijmy od początku. Jako że jestem na studiach językowych, dużo czasu poświęca się praktycznej nauce języka. I nie, nie jest to tylko wkuwanie list słówek i rozwiązywanie zadań z gramatyki.
            Zadania rozwiązujemy, a i owszem, w domu. Potem idziemy na zajęcia, w sali mamy krzesełka z pulpitami, żeby łatwiej było nimi operować, siadamy w grupach i analizujemy. Szukamy przykładów, z którymi więcej osób miała problem, zgłaszamy się z nimi do prowadzącego. Jeśli tylko jedna osoba czegoś nie rozumie – staramy się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafimy. To ma dwa plusy. Raz – ta druga osoba już wie, w czym rzecz, następnym razem poradzi sobie z podobnym zadaniem. Dwa – sami jesteśmy dumni, że potrafimy w obcym języku wyjaśnić złożoności, dajmy na to, gramatyki angielskiej. Bawimy się w nauczycielami, którymi w przyszłości możemy zostać. Uczymy się polegać na innych. Uczymy się zadawać pytania, jakkolwiek głupie by nie były. W końcu łatwiej jest spytać rówieśnika niż prowadzącego.
            Tłumaczymy sobie nawzajem, a więc i mówimy, mamy ciągle kontakt z językiem. Przy okazji poznajemy się, bo, wiadomo, najlepiej rozmawia się w czasie zajęć, a prowadzącego interesuje raczej, w jakim języku mówimy, niż o czym.
            Mamy też dyskusje. Siadamy w kręgu, tak, że każdy widzi każdego, i rozmawiamy. Tydzień wcześniej dostajemy temat, więc można sobie przygotować listę argumentów, trudniejsze słówka, można z tego korzystać już na zajęciach. A jeśli używamy słówek, to je zapamiętujemy, więc poszerzamy słownictwo bez żadnych kartkówek i sprawdzania postępów.
            Mamy wreszcie fonetykę. Przez całe zajęcia siedzimy ze słuchawkami na uszach, słuchamy słów, zdań, całych tekstów wypowiadanych przez native speakerów, i powtarzamy, powtarzamy, powtarzamy. Jeśli zaś mamy do przerobienia jakiś dialog, to prowadząca łączy nas w pary, żebyśmy i między sobą mogli poćwiczyć. Z takim podejściem to w dwanaście szkolnych lat angielskiego można by się trzy razy nauczyć. Albo angielskiego i dwóch innych języków – niemalże do perfekcji.


W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego szkoła uczy nie tego, co powinna, czyli jak polski uczeń ma się odnaleźć w świecie XXI wieku?

poniedziałek, 19 listopada 2018

WPIS#20: POLSKI UCZEŃ-SAMOTNIK

            Polski uczeń dostaje całą litanię zadań domowych. To jest oczywiste. Wystarczy spojrzeć na plan i podstawę programową. Kiedy przedmiotów w tygodniu jest piętnaście, każdy oczywiście, z punktu widzenia nauczyciela go prowadzącego, równie ważny, a podstawa programowa pęka w szwach, nie sposób zdążyć ze wszystkim w szkole. Uczeń musi pracować w domu. I bardzo dobrze, zadania domowe są ważne, z tym trudno się nie zgodzić. Uczą samodzielnej pracy, szukania w źródłach, motywują do systematycznej nauki, bezboleśnie utrwalają materiał poznany na lekcji – ale gdy są mądrze zadane. Bo najczęściej to wygląda tak, że trzeba zrobić kilka stron w zeszycie ćwiczeń, kilka zadań z matematyki, przeczytać coś na angielski, napisać coś na polski. Na razie to jeszcze wygląda w porządku, prawda?
            Ale to, co jest w zeszytach ćwiczeń, często nijak się ma do treści zamieszczonych w podręcznikach. Bez szerszej wiedzy, pomocy mamy, taty, babci, dziadka, wujka, sąsiadki czy innego eksperta nie sposób odpowiedzieć na wszystkie zadania. A gdy ta solidna grupa wsparcia nie pomoże, sięga się po Internet. Wszyscy mają problem z tymi samymi pytaniami, więc bez problemu na ściąga.pl czy bryku znajdzie się odpowiedź. Nieważne, czy prawidłowa, ważne, że w ogóle jest, bo nauczyciel pracy domowej i tak nie sprawdzi. Tak, tak. Zadaje się dużo, przechodzi po klasie, żeby sprawdzić mniej więcej, kto zrobił, a kto nie, i przechodzi się do tematu lekcji, bo inaczej nie zdąży się z materiałem. Czyli, o zgrozo, nauczyciel na lekcji nie zdąża wszystkiego przerobić z powodu podstawy programowej, więc zadaje nadwyżkę do domu, uczniowie odrabiają zadania na odwal się, bo i tak nie zostaną sprawdzone z powodu podstawy programowej. No pięknie.
            Jeszcze ciekawiej robi się przy matematyce. Tak jak klasy matematyczne mają mnóstwo czasu na przerobienie wszystkich zadań, tych łatwych i tych trudnych, tak w klasach humanistycznych czy przyrodniczych czasu nie ma. Trzy czy cztery godziny matematyki w tygodniu to norma – w liceum, przed maturą! A że godzina lekcyjna ma tylko czterdzieści pięć minut, to nauczyciel zwykle daje radę tylko wprowadzić nowe wzory, pokazać, jak rozwiązuje się przykładowe zadania, i dzwoni dzwonek. Nawet jeśli uczniowie samodzielnie coś policzą, to są to najprostsze ćwiczenia. Trudniejsze zadaje się do domu, najtrudniejsze zostają zupełnie nie ruszone. Nie dziwne więc, że u uczniów szybko pojawia się frustracja, w końcu co z tego, że są w stanie rozwiązać podstawowe zadania, skoro na sprawdzianie będą te ze średniej półki, a na maturze – z najwyższej?
            Jeśli zaś chodzi o angielski, to przede wszystkim należy wypełnić rubryczki odpowiednimi słowami czy pozaznaczać odpowiedzi w zadaniach testowych. Nawet nie trzeba czytać tekstu, bo kluczowe fragmenty często są wytłuszczone, wystarczy przebiec wzrokiem i wyłapać słowa-klucze. Nie uczy to właściwie niczego, zwłaszcza, że mało który uczeń przy okazji zapoznaje się z trudnymi słówkami. Bo poszerzanie słownictwa w przypadku nauki języków obcych nie jest istotne, najważniejsze jest zaliczenie kartkówki ze słówek, a to nie to samo. Na kartkówce ze słówek dostaje się listę słów do przetłumaczenia, bez żadnego kontekstu, a poszerzanie słownictwa opiera się na nauce wykorzystania nowej leksyki w praktyce. Na to w szkole nie ma miejsca, na maturze przecież będą głównie zadania zamknięte, grunt to rozumieć mniej więcej, o co chodzi, i na to 30% się zda. To, że potem z cudzoziemcem się nie dogadamy, to już inna sprawa, zresztą, nie tylko maturzyści mają z mówieniem po angielsku problem. A skoro nie tylko oni, to znaczy, że tak po prostu jest, i nic się nie da z tym zrobić. Trzeba zdać maturę i zapomnieć o angielskim, na co komu angielski w pięknej Polsce… Tylko tych dwunastu lat nauki trochę szkoda, no ale przecież traci się je nie tylko na ten angielski.
            Traci się też na polski. Bo co z tego, że zadanie domowe jest: Odpowiedz pisemnie na pytania/Napisz streszczenie tekstu/Scharakteryzuj głównego bohatera powieści, skoro a) pisać składnie, poprawnie gramatycznie i ortograficznie i tak Polacy nie umieją i b) te zadania nie uczą wyrażania własnej opinii na dany temat? Nie lepiej byłoby skutecznie zachęcić młodych do czytania, bo nie dość, że poszerzą własne horyzonty, to jeszcze przy okazji nauczą się ortografii i interpunkcji? Nie, lepiej czytać wciąż te same lektury i wciąż odpowiadać na pytanie „Co autor miał na myśli?”, przy czym odpowiedź ta musi oczywiście pasować do klucza. Lepiej jest rysować jakieś wykresy zdania i inne drzewka decyzyjne, wypisywać cechy takiego to a takiego bohatera, zachwycać się, jak to pięknie Sienkiewicz opisywał przyrodę i pisać „z tąd” albo i „z tam tąd” na Twitterze.




W NASTĘPNYM WPISIE: Mały skok w przyszłość, czyli jak to się robi na studiach?

sobota, 20 października 2018

WPIS#17B: O MATURZE CIĄG DALSZY, CZYLI JAK WYGLĄDA ŻYCIE LICEALISTY


            W starym systemie (gimnazja i trzyletnie licea) wyglądało to tak:
            Pierwsza klasa: ciąg dalszy gimnazjum, czyli znowu piętnaście przedmiotów i kończenie tego, co, według Ministerstwa Edukacji, powinien wiedzieć młody człowiek. Ciekawostką jest to, że nikt nie sprawdził, czy podstawy programowe różnych przedmiotów nie nachodzą się na siebie. Kończy się tak, że i na biologii, i na geografii trzeba się uczyć o ochronie środowiska. Dokładnie tego samego. Z dokładnie tego samego trzeba napisać sprawdzian. I dostać dwie oceny za dokładnie tę samą wiedzę.
            Druga klasa: rozszerzenia. Każdy uczeń wybiera, co chce zdawać na maturze na poziomie rozszerzonym, i tych przedmiotów (zazwyczaj dwóch czy trzech) ma w planie od czterech do dziesięciu godzin. Wydaje się: ekstra, kocham historię, to będę się uczyć głównie historii, wolę fizykę, będę mieć fizykę. Nic z tych rzeczy. Owszem, odpada większość przedmiotów, ostatecznie zostaje się z siedmioma czy ośmioma (przykładowo: w klasie humanistycznej mamy polski, historię, matematykę, angielski, drugi język obcy, wuef, przyrodę, ewentualnie wiedzę o społeczeństwie, religię/etykę, w klasie matematyczno-fizycznej polski, matematykę, fizykę, angielski, drugi język obcy, wuef, historię i społeczeństwo, ewentualnie informatykę, religię/etykę i tak dalej), ale zazwyczaj licea oferują tylko konkretne klasy: humanistyczna, matematyczno-fizyczna, biologiczno-chemiczna… W niewielu przedmiotach osoba lubiąca matematykę i historię czy polski i biologię znajdzie klasę dla siebie. Do tych szkół, w których samemu dobiera się rozszerzenia jest zazwyczaj najwyższy próg… Trzeba więc uczyć się tego, co się ma, czy się to lubi bardzo, czy trochę mniej.
            Ciekawym tworem jest historia i społeczeństwo (HiS) oraz przyroda. To cztery godziny tygodniowo, które można zrealizować w całości w drugiej klasie lub część zostawić na klasę trzecią. O przyrodzie niewiele jestem w stanie powiedzieć, bo pojawia się tylko w klasach o profilach humanistycznych. Ja chodziłam do matematyczno-fizycznych, więc miałam HiS. Teoretycznie są do tego cztery podręczniki, każdy nauczyciel sam wybiera, na czym chce się skupić. Jest na przykład wojna i wojskowość, rewolucje, dyplomacja na przestrzeni wieków. Niby fajnie. Ale. To wiąże się z tym, że w ciągu roku czy dwóch cztery razy zaczyna się od antyku. Antyk jest ulubioną epoką Ministerstwa Edukacji. Pojawia się łącznie 10 (słownie: dziesięć) razy w ciągu całej edukacji, równolegle na polskim i historii. Na HiSie ma się już tego antyku serdecznie dość. Nie dziwne więc, że w czasie lekcji ogląda się filmy/gra się w karty/rozmawia z kolegami, a na sprawdzianach ściąga. Wszystko po to, by nie zaprzątać umysłu kolejnymi datami i postaciami, które nigdy więcej się w życiu nie przydadzą.
            No właśnie. To jest w liceum problem: brak egzaminu ze wszystkich przedmiotów. W pierwszej klasie olewa się te przedmioty, których nie będzie się miało w następnej, w drugiej HiS. Wystarczy je zaliczyć i ma się spokój do końca życia, więc po co się uczyć? Nauczyciele wiedzą, że uczniowie są zainteresowani zupełnie innymi dziedzinami nauki, więc i oni nie przykładają się do prowadzania lekcji, na sprawdzianach pozwalają ściągać. I oni wolą się skupić na klasach, w których rozszerza się ich przedmiot. Już w pierwszej klasie mogą tam sygnalizować, że w danym temacie chodzi o coś więcej, podawać dodatkowe wzory, zadawać trudniejsze zadania. A w klasie drugiej przerobić CAŁY materiał potrzebny do matury. Dlaczego?
            Żeby w trzeciej móc powtarzać do matury, ot co.
            Jak już pisałam, uczyłam się w klasie matematyczno-fizycznej. Mało kto opanował w drugiej klasie cały materiał. Większość ledwie zaliczała sprawdziany, bo nie wiedziała, że trzeba się uczyć. Nauczyciele się tym nie przejmowali, w końcu musieli iść dalej, żeby ze wszystkim skończyć. I wyszło na to, że w klasie trzeciej zamiast powtarzać lepiej byłoby przerobić wszystko od początku, wolniej. Ale na to nie ma czasu. Więc uparcie powtarzaliśmy to, czego nie umieliśmy.
            (Na fizyce. Z matematyką szliśmy normalnie, po Bożemu, z materiałem rozłożonym na dwa lata.)
            Kiedy się nie wie, co napisać, matura naprawdę jest straszna. Jakieś niezrozumiałe polecenia, dziwne wzory, dawno zapomniane pojęcia… Ja miałam o tyle łatwo, że fizyki przykładnie się uczyłam, przynajmniej ogarniałam, o co chodziło w zadaniu. Z matematyką gorzej, ale to nie był problem, bo na studia ostatecznie poszłam lingwistyczne. W przeciwieństwie do mojej klasy, która w przeważającej większości wybrała politechnikę, i która w połowie klasy maturalnej w 1/3 była zagrożona z fizyki, a w 1/2 z matematyki (nie przesadzam!).
            A poza maturą z przedmiotów rozszerzanych jest jeszcze podstawowy polski, ustny i pisemny, największa zmora nie-humanistów. Ale o tym następnym razem.


W NASTĘPNYM WPISIE: O najważniejszej na świecie maturze ustnej z polskiego