Największym
grzechem polskiej szkoły, jeśli chodzi o wyposażenie młodego człowieka w
umiejętności, a nie wiedzę, jest to, że go nie wyposaża w żadne umiejętności.
Tylko w wiedzę. A umiejętność współpracy by się na przykład przy zadaniach
domowych przydała.
Nie
chodzi mi oczywiście o ściąganie. Co to, to nie, umówiliśmy się przecież, że zadania
domowe są ważne. Chodzi o burzę mózgów, wspólne dochodzenie do wniosków i
odpowiedzi na pytania, dyskusji.
Przykład
z życia wzięty. Chodziłam w liceum do klasy matematyczno-fizycznej, ale dość szybko
okazało się, że z matematyką jest mi nie po drodze. To znaczy, umiem rozwiązać
zadanie, jeśli rozwiązywałam wcześniej podobne, ale popełniam po drodze mnóstwo
błędów rachunkowych. Kiedy widziałam, że moja odpowiedź absolutnie nie zgadza
się z tym, co napisano w kluczu odpowiedzi, pisałam do mojej koleżanki. Ona
sprawdzała mi moje bazgroły i znajdowała wszystkie błędy. Podobnie było, gdy za
nic nie wiedziałam, jak ruszyć jakieś zadanie – razem analizowałyśmy jego treść,
zastanawiałyśmy się, co by tu zrobić, i wreszcie dochodziłyśmy do rozwiązania.
Czasem dołączały się do nas i inne koleżanki, wtedy wszystko szło znacznie
szybciej. A ja w zamian tłumaczyłam im fizykę, sprawdzałam wypracowania na
polski, tłumaczyłam słówka na angielski – w skrócie, pomagałam im, jak mogłam.
W końcu chyba od tego jest Internet, Messenger i inne komunikatory, żeby się ze
sobą porozumiewać, prawda? W razie potrzeby można błyskawicznie stworzyć konferencję
na kilka osób i wspólnymi siłami rozwiązać problem.
Tylko
że taka wzajemna pomoc zaczęła się dopiero w liceum i to tylko dlatego, że
bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Współpraca właściwie nie wychodziła poza naszą
hermetyczną grupkę. A szkoda, bo w klasie były i inne osoby, które na pewno z
chęcią pomogły by nam i otrzymały od nas pomoc. Właśnie dlatego potrzebny jest
nauczyciel. Żeby powiedział: słuchajcie, pomagajcie sobie nawzajem. Pokazał,
jak prowadzić kogoś do rozwiązania, nie rozwiązując zadania za niego.
Zaproponował, jak wykorzystać nowoczesne technologie do wspólnej nauki. Nauczył
nas dyskutować, rozmawiać, dochodzić do porozumienia.
Żaden
tego nie zrobił. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu, własnymi siłami –
albo skończyć z miernymi ocenami i takąż wiedzą.
A
potem poszłam na studia. I nagle się okazało, że można pracować wspólnie.
Ale
zacznijmy od początku. Jako że jestem na studiach językowych, dużo czasu poświęca
się praktycznej nauce języka. I nie, nie jest to tylko wkuwanie list słówek i
rozwiązywanie zadań z gramatyki.
Zadania
rozwiązujemy, a i owszem, w domu. Potem idziemy na zajęcia, w sali mamy
krzesełka z pulpitami, żeby łatwiej było nimi operować, siadamy w grupach i
analizujemy. Szukamy przykładów, z którymi więcej osób miała problem, zgłaszamy
się z nimi do prowadzącego. Jeśli tylko jedna osoba czegoś nie rozumie –
staramy się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafimy. To ma dwa plusy. Raz – ta druga
osoba już wie, w czym rzecz, następnym razem poradzi sobie z podobnym zadaniem.
Dwa – sami jesteśmy dumni, że potrafimy w obcym języku wyjaśnić złożoności, dajmy
na to, gramatyki angielskiej. Bawimy się w nauczycielami, którymi w przyszłości
możemy zostać. Uczymy się polegać na innych. Uczymy się zadawać pytania,
jakkolwiek głupie by nie były. W końcu łatwiej jest spytać rówieśnika niż
prowadzącego.
Tłumaczymy
sobie nawzajem, a więc i mówimy, mamy ciągle kontakt z językiem. Przy okazji
poznajemy się, bo, wiadomo, najlepiej rozmawia się w czasie zajęć, a
prowadzącego interesuje raczej, w jakim języku mówimy, niż o czym.
Mamy
też dyskusje. Siadamy w kręgu, tak, że każdy widzi każdego, i rozmawiamy.
Tydzień wcześniej dostajemy temat, więc można sobie przygotować listę argumentów,
trudniejsze słówka, można z tego korzystać już na zajęciach. A jeśli używamy słówek,
to je zapamiętujemy, więc poszerzamy słownictwo bez żadnych kartkówek i sprawdzania
postępów.
Mamy
wreszcie fonetykę. Przez całe zajęcia siedzimy ze słuchawkami na uszach,
słuchamy słów, zdań, całych tekstów wypowiadanych przez native speakerów, i powtarzamy,
powtarzamy, powtarzamy. Jeśli zaś mamy do przerobienia jakiś dialog, to
prowadząca łączy nas w pary, żebyśmy i między sobą mogli poćwiczyć. Z takim
podejściem to w dwanaście szkolnych lat angielskiego można by się trzy razy
nauczyć. Albo angielskiego i dwóch innych języków – niemalże do perfekcji.
W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego szkoła uczy nie tego, co powinna, czyli jak polski uczeń ma się odnaleźć w świecie XXI wieku?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz