niedziela, 25 listopada 2018

WPIS#21: MAŁY SKOK W PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI NA STUDIACH

           Zanim będziemy skakać, przyjrzyjmy się jeszcze uczniowi polskiej szkoły. Otóż wraca on biedny, zmęczony, po siedmiu czy ośmiu lekcjach do domu. Ma, powiedzmy, piętnaście lat. Wydawałoby się, że powinien biegać po boisku/grać na komputerze/spotykać się ze znajomymi/uprawiać inny sport/rozwijać pasje/czytać/odpoczywać/inne. Co robi? Odrabia zadania domowe.
            Największym grzechem polskiej szkoły, jeśli chodzi o wyposażenie młodego człowieka w umiejętności, a nie wiedzę, jest to, że go nie wyposaża w żadne umiejętności. Tylko w wiedzę. A umiejętność współpracy by się na przykład przy zadaniach domowych przydała.
            Nie chodzi mi oczywiście o ściąganie. Co to, to nie, umówiliśmy się przecież, że zadania domowe są ważne. Chodzi o burzę mózgów, wspólne dochodzenie do wniosków i odpowiedzi na pytania, dyskusji.
            Przykład z życia wzięty. Chodziłam w liceum do klasy matematyczno-fizycznej, ale dość szybko okazało się, że z matematyką jest mi nie po drodze. To znaczy, umiem rozwiązać zadanie, jeśli rozwiązywałam wcześniej podobne, ale popełniam po drodze mnóstwo błędów rachunkowych. Kiedy widziałam, że moja odpowiedź absolutnie nie zgadza się z tym, co napisano w kluczu odpowiedzi, pisałam do mojej koleżanki. Ona sprawdzała mi moje bazgroły i znajdowała wszystkie błędy. Podobnie było, gdy za nic nie wiedziałam, jak ruszyć jakieś zadanie – razem analizowałyśmy jego treść, zastanawiałyśmy się, co by tu zrobić, i wreszcie dochodziłyśmy do rozwiązania. Czasem dołączały się do nas i inne koleżanki, wtedy wszystko szło znacznie szybciej. A ja w zamian tłumaczyłam im fizykę, sprawdzałam wypracowania na polski, tłumaczyłam słówka na angielski – w skrócie, pomagałam im, jak mogłam. W końcu chyba od tego jest Internet, Messenger i inne komunikatory, żeby się ze sobą porozumiewać, prawda? W razie potrzeby można błyskawicznie stworzyć konferencję na kilka osób i wspólnymi siłami rozwiązać problem.
            Tylko że taka wzajemna pomoc zaczęła się dopiero w liceum i to tylko dlatego, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Współpraca właściwie nie wychodziła poza naszą hermetyczną grupkę. A szkoda, bo w klasie były i inne osoby, które na pewno z chęcią pomogły by nam i otrzymały od nas pomoc. Właśnie dlatego potrzebny jest nauczyciel. Żeby powiedział: słuchajcie, pomagajcie sobie nawzajem. Pokazał, jak prowadzić kogoś do rozwiązania, nie rozwiązując zadania za niego. Zaproponował, jak wykorzystać nowoczesne technologie do wspólnej nauki. Nauczył nas dyskutować, rozmawiać, dochodzić do porozumienia.
            Żaden tego nie zrobił. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu, własnymi siłami – albo skończyć z miernymi ocenami i takąż wiedzą.
            A potem poszłam na studia. I nagle się okazało, że można pracować wspólnie.
            Ale zacznijmy od początku. Jako że jestem na studiach językowych, dużo czasu poświęca się praktycznej nauce języka. I nie, nie jest to tylko wkuwanie list słówek i rozwiązywanie zadań z gramatyki.
            Zadania rozwiązujemy, a i owszem, w domu. Potem idziemy na zajęcia, w sali mamy krzesełka z pulpitami, żeby łatwiej było nimi operować, siadamy w grupach i analizujemy. Szukamy przykładów, z którymi więcej osób miała problem, zgłaszamy się z nimi do prowadzącego. Jeśli tylko jedna osoba czegoś nie rozumie – staramy się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafimy. To ma dwa plusy. Raz – ta druga osoba już wie, w czym rzecz, następnym razem poradzi sobie z podobnym zadaniem. Dwa – sami jesteśmy dumni, że potrafimy w obcym języku wyjaśnić złożoności, dajmy na to, gramatyki angielskiej. Bawimy się w nauczycielami, którymi w przyszłości możemy zostać. Uczymy się polegać na innych. Uczymy się zadawać pytania, jakkolwiek głupie by nie były. W końcu łatwiej jest spytać rówieśnika niż prowadzącego.
            Tłumaczymy sobie nawzajem, a więc i mówimy, mamy ciągle kontakt z językiem. Przy okazji poznajemy się, bo, wiadomo, najlepiej rozmawia się w czasie zajęć, a prowadzącego interesuje raczej, w jakim języku mówimy, niż o czym.
            Mamy też dyskusje. Siadamy w kręgu, tak, że każdy widzi każdego, i rozmawiamy. Tydzień wcześniej dostajemy temat, więc można sobie przygotować listę argumentów, trudniejsze słówka, można z tego korzystać już na zajęciach. A jeśli używamy słówek, to je zapamiętujemy, więc poszerzamy słownictwo bez żadnych kartkówek i sprawdzania postępów.
            Mamy wreszcie fonetykę. Przez całe zajęcia siedzimy ze słuchawkami na uszach, słuchamy słów, zdań, całych tekstów wypowiadanych przez native speakerów, i powtarzamy, powtarzamy, powtarzamy. Jeśli zaś mamy do przerobienia jakiś dialog, to prowadząca łączy nas w pary, żebyśmy i między sobą mogli poćwiczyć. Z takim podejściem to w dwanaście szkolnych lat angielskiego można by się trzy razy nauczyć. Albo angielskiego i dwóch innych języków – niemalże do perfekcji.


W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego szkoła uczy nie tego, co powinna, czyli jak polski uczeń ma się odnaleźć w świecie XXI wieku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz