poniedziałek, 5 listopada 2018

WPIS#18: O NAJWAŻNIEJSZEJ NA ŚWIECIE MATURZE USTNEJ Z POLSKIEGO

            Matura ustna z polskiego straszy co najmniej od pierwszej klasy liceum, zwłaszcza w klasach niehumanistycznych. Bo egzamin ustny jest jeden dla wszystkich, nie można wybrać poziomu, więc wiadomo, że ci, co rozszerzają język polski, będą mieli łatwiej. Ale czy aby na pewno?
            Poloniści mówią, że tak, oczywiście, bo uczniowie-humaniści mają więcej lektur to przeczytania, a więc i więcej przykładów to poparcia swoich tez. Bo na egzaminach w Polsce rzadko kiedy można wykorzystać sytuacje z życia wzięte, przecież egzystencję znacznie lepiej opisali XIX-wieczni pisarze, Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Prus… I ci z początku, ale TYLKO z początku XX wieku, jak Wyspiański czy Gombrowicz. Po II wojnie światowej nastąpiła czarna dziura i nikt już nic mądrego nie napisał, co najwyżej jakiś wiersz do przeczytania przy okazji. Stachura nigdy nie istniał, o Lemie nikt nie słyszał, Tokarczuk nie dostała Bookera… Szymborska dostała Nobla, więc poświęci się jej lekcję czy dwie, więcej nie potrzeba. Miłosza kilka wierszy też się przeczyta, ale raczej jako uzupełnienie, pokazanie dialogu między twórcami.
            Tak to wygląda w klasach niehumanistycznych, których, statystycznie rzecz biorąc, od klas humanistycznych jest co najmniej dwa razy więcej. Zatem co najmniej dwie trzecie maturzystów wychodzi ze szkoły, nie znając twórczości ostatniego półwiecza.
            Ale nie o tym była mowa. Mowa była o potworze-maturze. Ten ustny polski jest tak straszny, że trzeba się do niego przygotowywać całe trzy lata. I bardzo dobrze, w końcu umiejętność tworzenia ustnej wypowiedzi jest dość istotna, nieprawdaż? Gorzej, że kosztem tego właściwie nie ćwiczy się pisania. I to już nie tylko wypracowań, ale nawet najprostszego zdania licealiści nie potrafią stworzyć. A potem idą sobie w świat… Czasem, czytając komentarze w Internecie, zastanawiam się, czy ktokolwiek rozumie, co autor miał na myśli. Podobnie muszą się czuć egzaminatorzy w czasie czytania matur.
            I żeby nie było, tego mówienia też się w szkole nauczyć nie sposób, przynajmniej nie po polsku. Na angielskim jest fajnie – nie dość, że grupa zazwyczaj mniejsza niż cała klasa, to jeszcze równolegle rozwija się wszystkie umiejętności językowe, więc i słów nie brakuje, i pisać się umie, wie się, jak powinna wyglądać spójna, logiczna wypowiedź. A jak już trzeba ją ustnie zaprezentować nauczycielowi, to robi się to w cztery oczy, po cichu, w czasie, gdy reszta grupy pracuje nad innymi zadaniami. Jeden stres, że wszyscy naokoło słuchają, mniej.
            A na polskim? Na polskim trzeba wypowiedzieć się przed całą, nierzadko trzydziestoosobową klasą. Oczywiście, ważna jest umiejętność występowania przed publicznością, ale tutaj żadnego zaplecza, żadnego przygotowania do tego nie ma. Bo w liceum nie pisze się wypracowań, a rozprawka licealna to zupełnie coś innego, niż gimnazjalna czy podstawówkowa, więc nawet się nie wie, jak ta wypowiedź powinna wyglądać.
            Więc na polskim nie wiadomo, jak dokładnie stworzyć swoją wypowiedź (i to nie tylko ustną, pisemną też), wiadomo za to, jaki będzie temat. O, tak, tak. To wcale nie jest tak, że się losuje i nie wiadomo, na co padnie, że to rosyjska ruletka. Co to, to nie. Wiadomo, że temat będzie taki, żeby abiturient odniósł się do „Dziadów”, „Wesela” albo „Lalki”. Wszystko sprowadza się do tych trzech lektur. W końcu podstawa programowa została napisana w oparciu o te trzy książki. Jakby innych na świecie nie było…
            Całe trzy lata to jeden wielki stres, bo będzie matura ustna z polskiego, nie będzie można lać wody, jak na części pisemnej, trzeba będzie wszystko bardzo dokładnie uzasadnić, podać konkretne przykłady, potem jeszcze odpowiedzieć na pytania komisji… No i w ogóle to przed wystąpieniem napisać konspekt wypowiedzi w piętnaście minut, nie można stracić głowy, trzeba napisać tak, żeby przez dziesięć minut móc mówić bez zastanawiania się, a temat wylosowało się dopiero co… No nie zdam, nie ma szans.
            A szanse są właściwie stuprocentowe, bo, tak jak wszystko inne w polskiej edukacji, tak i matura ustna z polskiego kuleje. Wystarczy pamiętać, że „Dziady” to mesjanizm i prometeizm, „Wesele” to zderzenie dwóch warstw społecznych, a „Lalka” wcale nie opowiada o miłości. Do tego wykuć na blachę jakiś cytat i będzie dobrze.
            Dobrze? No nie dobrze. Bo mimo, że maturę ustną się zdało, to wcale nie znaczy, że cokolwiek wie się o świecie, że cokolwiek potrafi się zgrabnie powiedzieć. Zna się tylko fabułę i problematykę trzech książek. Trochę mało w świecie XXI wieku…



W NASTĘPNYM WPISIE: O ocenianiu na wuefie, czyli dlaczego polskie dzieci nie lubią ćwiczyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz