Temat
z ostatniej chwili, czyli protesty nauczycieli w sprawie podwyżek. Wygląda to
tak, jakby zobaczyli oni, że patrzcie, można, policjantom się udało, więc i
nauczycielom zachciało się strajkować. Na razie trwają przygotowania,
obmyślanie strategii. Szczególnie jedna z nich warta jest przyjrzenia się z
bliska.
Jest
to mianowicie odmówienie sprawdzania egzaminów (próbnych lub tych prawdziwych)
albo niestawienie się do pilnowania uczniów w czasie pisania tychże. Niezależnie
od tego, która z opcji zostałaby przeprowadzona, najbardziej ucierpią uczniowie.
Dlaczego?
1)
odmówienie sprawdzania próbnych
egzaminów
To jest czas dla
uczniów, żeby sprawdzili się, czego jeszcze nie potrafią, nad czym jeszcze
powinni popracować, co jest ich mocną stroną, co słabszą, jakie mniej więcej
wyniki osiągają. Teoretycznie nie powinno się za to stawiać stopni, więc jest
to test bez żadnych konsekwencji. Po prostu: oglądamy, jak wygląda egzamin,
uczymy się planować swój czas i rozwiązywać typowe zadania egzaminacyjne,
oswajamy się ze stresem i wszelkimi procedurami. Mamy jeszcze mnóstwo czasu,
żeby popracować nad błędami, powtórzyć to, czego nie pamiętamy, douczyć się.
Jeśli nauczyciele będą zwlekać ze sprawdzaniem tych testów, czas się skurczy.
Jak dobrze wiemy z przypadku protestu rodziców osób z niepełnosprawnościami, na
reakcję rządu można czekać tygodniami. Ósmoklasiści, gimnazjaliści i maturzyści
tych tygodni nie mają.
W tym roku problem
jest jeszcze poważniejszy. Absolwenci ósmej klasy podstawówki i trzeciej klasy gimnazjum
spotkają się w liceum. Szczególnie istotne jest więc dobre przygotowanie się do
egzaminów. Jeśli nauczyciele nie współpracują, jest to niemal niemożliwe.
Biorąc pod uwagę fakt, że pracownicy szkół nie palili się zbytnio do
protestowania, gdy projekt likwidacji gimnazjów był tylko projektem (otrzymałam
informację, że w Warszawie strajkowało 20 tys. nauczycieli. W mieście liczącym
prawie dwa miliony mieszkańców jest to rzeczywiście oszałamiająca i zdolna
cokolwiek osiągnąć liczba), teraz powinni wziąć odpowiedzialność za
wcześniejszą opieszałość i starać się jak tylko można pomóc pokrzywdzonym
rocznikom. Walka o własne zarobki w tę pomoc się nie wlicza.
2)
odmówienie sprawdzania prawdziwych
egzaminów
Wydawałoby się, że
tutaj sprawa jest oczywista. Każdy podchodzący do egzaminu uczeń pisze ze
świadomością, kiedy otrzyma wyniki. Ponieważ decydują one o tym, do jakiej
szkoły się dostanie, chciałby je poznać jak najszybciej. Już zwyczajowy termin
wyników woła o pomstę do nieba – trzeba czekać średnio dwa miesiące. Jeśli
nauczyciele postanowiliby strajkować w ten sposób, jeszcze by sprawę opóźnili.
Doskonale pamiętam,
co to znaczy czekać na wyniki matur. Przeżywałam to ledwo kilka miesięcy temu. W
skrócie wyglądało to tak: wrzesień 2017-marzec 2018: stres, bo w tym roku
matura; marzec 2018-kwiecień 2018: stres, bo nie zdałam ostatniej próbnej
matury z polskiego; majówka 2018: stres, bo za kilka dni matura; maj 2018: stres,
bo matura; czerwiec 2018: stres, bo czekam na wyniki; lipiec 2018: stres, bo
czekam na wyniki rekrutacji. Gdyby się okazało, że akurat w tym czasie
nauczycielom przypomniało się, że zarabiają stanowczo za mało, jak na złożoność
wykonywanej pracy (co oczywiście jest prawdą), stresu byłoby jeszcze więcej. A
ten, jak wiadomo, nie wpływa najlepiej na ogólny stan zdrowia…
W tym roku będzie jeszcze
gorzej, bo, znowu, mamy podwójny rocznik kandydatów do liceów. Z jakiego powodu
ci uczniowie mają jeszcze bardziej cierpieć? Nie wystarczy, że mają znacznie
więcej nauki, niż chociażby ja, ledwo cztery czy pięć lat starsza od nich? Nie
wystarczy, że, pomimo dobrych czy nawet najlepszych stopni, nie mają gwarancji
na dostanie się do wymarzonej szkoły? Nie wystarczy, że są przemęczeni,
przygnieceni ilością materiału do opanowania w niemożliwie krótkim czasie i
traktowani jak gorszy sort przez rządzących (ciągle przecież twierdzących, że
przepełnienia w szkołach nie będzie)? Naprawdę trzeba im jeszcze dokładać
zmartwień? Ja rozumiem, że rząd może nie widzieć problemu, w końcu nie mają
styczności na co dzień ani z rocznikiem 2003, ani z rocznikiem 2004, ani z rocznikiem
2005 (co z oczu, to z serca…), ale jako nauczycielka wstydziłabym się tym
uczniom spojrzeć w oczy. Bo jeśli nic nie zrobiłam dwa lata temu, by uchronić
ich przed tym koszmarem, to teraz nie mam prawa zostawiać ich w kluczowym
momencie. Nie mam prawa odwracać się od nich plecami, udawać, że problemu nie
ma, że ten rok jest taki, jak każdy inny.
3)
niestawienie się do pilnowania
uczniów w czasie pisania egzaminów
Nie ma nauczycieli pilnujących=nie
ma egzaminów. Z tego, co napisałam wyżej, chyba jasno wynika, dlaczego pomysł
jest nie do przyjęcia.
4)
parę słów na koniec
Protestować można
było dwa lata temu. Wtedy i miejsce na podwyżkę zarobków by się znalazło. Ale
teraz? Tylko dlatego, że policjantom się udało? Śmierdzi to gówniarzerią i
ślepym naśladowaniem innych. Rozumiem problem nauczycieli, sama chcę zostać
nauczycielką i chciałabym za moją ciężką pracę dostawać uczciwy zarobek. Z
jakiegoś powodu sytuacja pedagogów zmieniła się drastycznie w ciągu ostatnich
stu lat od bycia poważanym na rynku pracy do bycia wyśmiewanym i traktowanym po
macoszemu. Z jakiegoś powodu tak, jak sto lat temu nauczycielami zostawali
najlepsi, tak teraz zostają najgorsi (przepraszam za duże uproszczenie). Z
jakiegoś powodu edukowanie narodu powierzono osobom do tego niewykwalifikowanym,
nie marzącym o niesieniu kaganka oświaty, a w dodatku sfrustrowanym z powodu
niskich zarobków. Powód ten jest dla mnie niepojęty i zdaję sobie sprawę z
tego, że należy wrócić do sytuacji sprzed stu lat (tylko w zakresie traktowania
nauczycieli, oczywiście!), ale, jeśli już chcemy coś zmieniać, walczyć o swoje,
to musimy mieć też wyczucie czasu i miejsca. Teraz czasu na strajkowanie nie
ma.

Pielęgniarki i lekarze odeszli od łóżek pacjentów i nie było tyle huku!!!
OdpowiedzUsuńPielęgniarki i lekarze nie mieli wcześniej idealnej sytuacji do protestowania, a nauczyciele mieli i ją przespali...
Usuń