Ale
to, co jest w zeszytach ćwiczeń, często nijak się ma do treści zamieszczonych w
podręcznikach. Bez szerszej wiedzy, pomocy mamy, taty, babci, dziadka, wujka,
sąsiadki czy innego eksperta nie sposób odpowiedzieć na wszystkie zadania. A
gdy ta solidna grupa wsparcia nie pomoże, sięga się po Internet. Wszyscy mają
problem z tymi samymi pytaniami, więc bez problemu na ściąga.pl czy bryku
znajdzie się odpowiedź. Nieważne, czy prawidłowa, ważne, że w ogóle jest, bo nauczyciel
pracy domowej i tak nie sprawdzi. Tak, tak. Zadaje się dużo, przechodzi po
klasie, żeby sprawdzić mniej więcej, kto zrobił, a kto nie, i przechodzi się do
tematu lekcji, bo inaczej nie zdąży się z materiałem. Czyli, o zgrozo,
nauczyciel na lekcji nie zdąża wszystkiego przerobić z powodu podstawy
programowej, więc zadaje nadwyżkę do domu, uczniowie odrabiają zadania na odwal
się, bo i tak nie zostaną sprawdzone z powodu podstawy programowej. No pięknie.
Jeszcze
ciekawiej robi się przy matematyce. Tak jak klasy matematyczne mają mnóstwo czasu
na przerobienie wszystkich zadań, tych łatwych i tych trudnych, tak w klasach humanistycznych
czy przyrodniczych czasu nie ma. Trzy czy cztery godziny matematyki w tygodniu
to norma – w liceum, przed maturą! A że godzina lekcyjna ma tylko czterdzieści
pięć minut, to nauczyciel zwykle daje radę tylko wprowadzić nowe wzory, pokazać,
jak rozwiązuje się przykładowe zadania, i dzwoni dzwonek. Nawet jeśli uczniowie
samodzielnie coś policzą, to są to najprostsze ćwiczenia. Trudniejsze zadaje
się do domu, najtrudniejsze zostają zupełnie nie ruszone. Nie dziwne więc, że u
uczniów szybko pojawia się frustracja, w końcu co z tego, że są w stanie rozwiązać
podstawowe zadania, skoro na sprawdzianie będą te ze średniej półki, a na
maturze – z najwyższej?
Jeśli
zaś chodzi o angielski, to przede wszystkim należy wypełnić rubryczki odpowiednimi
słowami czy pozaznaczać odpowiedzi w zadaniach testowych. Nawet nie trzeba
czytać tekstu, bo kluczowe fragmenty często są wytłuszczone, wystarczy przebiec
wzrokiem i wyłapać słowa-klucze. Nie uczy to właściwie niczego, zwłaszcza, że
mało który uczeń przy okazji zapoznaje się z trudnymi słówkami. Bo poszerzanie
słownictwa w przypadku nauki języków obcych nie jest istotne, najważniejsze
jest zaliczenie kartkówki ze słówek, a to nie to samo. Na kartkówce ze słówek dostaje
się listę słów do przetłumaczenia, bez żadnego kontekstu, a poszerzanie
słownictwa opiera się na nauce wykorzystania nowej leksyki w praktyce. Na to w
szkole nie ma miejsca, na maturze przecież będą głównie zadania zamknięte,
grunt to rozumieć mniej więcej, o co chodzi, i na to 30% się zda. To, że potem
z cudzoziemcem się nie dogadamy, to już inna sprawa, zresztą, nie tylko maturzyści
mają z mówieniem po angielsku problem. A skoro nie tylko oni, to znaczy, że tak
po prostu jest, i nic się nie da z tym zrobić. Trzeba zdać maturę i zapomnieć o
angielskim, na co komu angielski w pięknej Polsce… Tylko tych dwunastu lat
nauki trochę szkoda, no ale przecież traci się je nie tylko na ten angielski.
Traci
się też na polski. Bo co z tego, że zadanie domowe jest: Odpowiedz pisemnie na
pytania/Napisz streszczenie tekstu/Scharakteryzuj głównego bohatera powieści,
skoro a) pisać składnie, poprawnie gramatycznie i ortograficznie i tak Polacy nie
umieją i b) te zadania nie uczą wyrażania własnej opinii na dany temat? Nie
lepiej byłoby skutecznie zachęcić młodych do czytania, bo nie dość, że poszerzą
własne horyzonty, to jeszcze przy okazji nauczą się ortografii i interpunkcji?
Nie, lepiej czytać wciąż te same lektury i wciąż odpowiadać na pytanie „Co
autor miał na myśli?”, przy czym odpowiedź ta musi oczywiście pasować do klucza.
Lepiej jest rysować jakieś wykresy zdania i inne drzewka decyzyjne, wypisywać
cechy takiego to a takiego bohatera, zachwycać się, jak to pięknie Sienkiewicz
opisywał przyrodę i pisać „z tąd” albo i „z tam tąd” na Twitterze.
W NASTĘPNYM WPISIE: Mały skok w przyszłość, czyli jak to się robi na studiach?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz