poniedziałek, 19 listopada 2018

WPIS#20: POLSKI UCZEŃ-SAMOTNIK

            Polski uczeń dostaje całą litanię zadań domowych. To jest oczywiste. Wystarczy spojrzeć na plan i podstawę programową. Kiedy przedmiotów w tygodniu jest piętnaście, każdy oczywiście, z punktu widzenia nauczyciela go prowadzącego, równie ważny, a podstawa programowa pęka w szwach, nie sposób zdążyć ze wszystkim w szkole. Uczeń musi pracować w domu. I bardzo dobrze, zadania domowe są ważne, z tym trudno się nie zgodzić. Uczą samodzielnej pracy, szukania w źródłach, motywują do systematycznej nauki, bezboleśnie utrwalają materiał poznany na lekcji – ale gdy są mądrze zadane. Bo najczęściej to wygląda tak, że trzeba zrobić kilka stron w zeszycie ćwiczeń, kilka zadań z matematyki, przeczytać coś na angielski, napisać coś na polski. Na razie to jeszcze wygląda w porządku, prawda?
            Ale to, co jest w zeszytach ćwiczeń, często nijak się ma do treści zamieszczonych w podręcznikach. Bez szerszej wiedzy, pomocy mamy, taty, babci, dziadka, wujka, sąsiadki czy innego eksperta nie sposób odpowiedzieć na wszystkie zadania. A gdy ta solidna grupa wsparcia nie pomoże, sięga się po Internet. Wszyscy mają problem z tymi samymi pytaniami, więc bez problemu na ściąga.pl czy bryku znajdzie się odpowiedź. Nieważne, czy prawidłowa, ważne, że w ogóle jest, bo nauczyciel pracy domowej i tak nie sprawdzi. Tak, tak. Zadaje się dużo, przechodzi po klasie, żeby sprawdzić mniej więcej, kto zrobił, a kto nie, i przechodzi się do tematu lekcji, bo inaczej nie zdąży się z materiałem. Czyli, o zgrozo, nauczyciel na lekcji nie zdąża wszystkiego przerobić z powodu podstawy programowej, więc zadaje nadwyżkę do domu, uczniowie odrabiają zadania na odwal się, bo i tak nie zostaną sprawdzone z powodu podstawy programowej. No pięknie.
            Jeszcze ciekawiej robi się przy matematyce. Tak jak klasy matematyczne mają mnóstwo czasu na przerobienie wszystkich zadań, tych łatwych i tych trudnych, tak w klasach humanistycznych czy przyrodniczych czasu nie ma. Trzy czy cztery godziny matematyki w tygodniu to norma – w liceum, przed maturą! A że godzina lekcyjna ma tylko czterdzieści pięć minut, to nauczyciel zwykle daje radę tylko wprowadzić nowe wzory, pokazać, jak rozwiązuje się przykładowe zadania, i dzwoni dzwonek. Nawet jeśli uczniowie samodzielnie coś policzą, to są to najprostsze ćwiczenia. Trudniejsze zadaje się do domu, najtrudniejsze zostają zupełnie nie ruszone. Nie dziwne więc, że u uczniów szybko pojawia się frustracja, w końcu co z tego, że są w stanie rozwiązać podstawowe zadania, skoro na sprawdzianie będą te ze średniej półki, a na maturze – z najwyższej?
            Jeśli zaś chodzi o angielski, to przede wszystkim należy wypełnić rubryczki odpowiednimi słowami czy pozaznaczać odpowiedzi w zadaniach testowych. Nawet nie trzeba czytać tekstu, bo kluczowe fragmenty często są wytłuszczone, wystarczy przebiec wzrokiem i wyłapać słowa-klucze. Nie uczy to właściwie niczego, zwłaszcza, że mało który uczeń przy okazji zapoznaje się z trudnymi słówkami. Bo poszerzanie słownictwa w przypadku nauki języków obcych nie jest istotne, najważniejsze jest zaliczenie kartkówki ze słówek, a to nie to samo. Na kartkówce ze słówek dostaje się listę słów do przetłumaczenia, bez żadnego kontekstu, a poszerzanie słownictwa opiera się na nauce wykorzystania nowej leksyki w praktyce. Na to w szkole nie ma miejsca, na maturze przecież będą głównie zadania zamknięte, grunt to rozumieć mniej więcej, o co chodzi, i na to 30% się zda. To, że potem z cudzoziemcem się nie dogadamy, to już inna sprawa, zresztą, nie tylko maturzyści mają z mówieniem po angielsku problem. A skoro nie tylko oni, to znaczy, że tak po prostu jest, i nic się nie da z tym zrobić. Trzeba zdać maturę i zapomnieć o angielskim, na co komu angielski w pięknej Polsce… Tylko tych dwunastu lat nauki trochę szkoda, no ale przecież traci się je nie tylko na ten angielski.
            Traci się też na polski. Bo co z tego, że zadanie domowe jest: Odpowiedz pisemnie na pytania/Napisz streszczenie tekstu/Scharakteryzuj głównego bohatera powieści, skoro a) pisać składnie, poprawnie gramatycznie i ortograficznie i tak Polacy nie umieją i b) te zadania nie uczą wyrażania własnej opinii na dany temat? Nie lepiej byłoby skutecznie zachęcić młodych do czytania, bo nie dość, że poszerzą własne horyzonty, to jeszcze przy okazji nauczą się ortografii i interpunkcji? Nie, lepiej czytać wciąż te same lektury i wciąż odpowiadać na pytanie „Co autor miał na myśli?”, przy czym odpowiedź ta musi oczywiście pasować do klucza. Lepiej jest rysować jakieś wykresy zdania i inne drzewka decyzyjne, wypisywać cechy takiego to a takiego bohatera, zachwycać się, jak to pięknie Sienkiewicz opisywał przyrodę i pisać „z tąd” albo i „z tam tąd” na Twitterze.




W NASTĘPNYM WPISIE: Mały skok w przyszłość, czyli jak to się robi na studiach?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz