poniedziałek, 25 marca 2019

WPIS#38: GDZIE TEN AUTORYTET, CZYLI O POZYCJI NAUCZYCIELA W SPOŁECZEŃSTWIE

           Polski uczeń ma około trzydziestu godzin tygodniowo lekcji, na których musi być, bo jeśli nie, to obniży mu się ocenę z zachowania. To od sześciu do ośmiu godzin dziennie. Nieraz od ósmej do piętnastej, z najdłuższą przerwą dwadzieścia minut, zazwyczaj bez możliwości porządnego odpoczynku między lekcjami i ze śmieciowym jedzeniem kupionym w sklepiku. Bez możliwości wyjścia na przerwie na dwór, przewietrzenia się, wybiegania. Za bieganie po korytarzach grozi uwaga. Po powrocie do domu obiadu zwykle nie ma, bo rodzice pracują. Jest za to góra zadań domowych i zapowiedziane – z tygodniowym wyprzedzeniem, zgodnie ze statutem szkoły – trzy sprawdziany, do których trzeba się nauczyć, do tego jeszcze nauczyciel matematyki coś wspominał o niezapowiedzianej kartkówce, aha, jeszcze praca na plastykę, nauczyć się piosenki na muzykę, wypełnić ćwiczenia z pisma technicznego na technikę, zrobić kartki Wielkanocne na zajęcia artystyczne, oj, jeszcze ćwiczenia z biologii i chemii, szlag, kartkówka z geografii będzie, trzeba wykuć mapę świata na pamięć, najdłuższe rzeki, najgłębsze jeziora, najwyższe szczyty, co gdzie leży i jak się nazywa, jutro będzie pytanie ze słówek z angielskiego, na następnej lekcji polskiego piszemy wypracowanie, przydałoby się przypomnieć sobie lekturę, na historię trzeba było przeczytać temat z podręcznika, już jedna jedynka za to wpadła, dobrze by było nadrobić. Poza tym znajomi narzekają, że dawno się nie widzieliśmy, chcą się spotkać w weekend… Ale nie, może lepiej zająć się nauką. Już szesnasta, ale do północy jeszcze dużo czasu, jeszcze wiele można zrobić.
            To nie jest wcale wytwór mojej bujnej wyobraźni. Tak wygląda rzeczywistość ucznia polskiej szkoły, 7/8 klasa, gimnazjum, pierwsza liceum – kilka lat z życia, bo Ministerstwu zachciało się 15 różnych przedmiotów. Nauczyciele ze wszystkich tych przedmiotów mają swoje wymagania, każdy przedmiot jest najważniejszy, do każdego trzeba się przygotowywać, na każdy sprawdzian trzeba się uczyć, każdą jedynkę poprawić, do tego mieć bardzo dobre lub wzorowe zachowanie – wszystko po to, by na świadectwie wydrukowali ci czerwony pasek, a w rekrutacji do następnej szkoły policzyli więcej punktów.
            Jednak to nauczyciele, a nie uczniowie, strajkują. Bo dość mają, że wmawia im się 18-godzinny tydzień pracy, wolne ferie i dwa miesiące wakacji. Bo dość mają, że za grosze wychowują rozwydrzone dzieciaki wiecznie niezadowolonych rodziców. Bo dość mają ciągłego szykowania sprawdzianów, przeprowadzania ich i sprawdzania. Bo wreszcie chcieliby odzyskać zatracone gdzieś w szkolnych korytarzach poczucie godności.
            Bardzo dobrze, że strajkują. W szkołach już mamy taki chaos, że każda kolejna akcja przybliży nas do prawdziwej reformy. Jednak taka forma strajku nie przywróci nauczycielom bycia autorytetem. Dlaczego? Cóż:
1)    nie wsparli rodziców przy strajku przeciw likwidacji gimnazjów;
2)    strajkują tylko w sprawie podwyżek, słowem nie wspominając o wrześniowej kumulacji roczników;
3)    ciągle są niedouczeni w zakresie psychologii, pedagogiki i wychowania;
4)    uczniowie dla nich są tylko numerami w dzienniku;
5)    ani myślą zmieniać starych, dobrych metod nauczania.
To tylko kilka z powodów. Póki to się nie zmieni, nie ma co liczyć na dobrą szkołę, czy nauczyciele dostaną podwyżki, czy nie. Uczniowie wciąż będą chodzić przygnieceni plecakami wypchanymi podręcznikami, zapchanym do granic możliwości terminarzem i bezsennymi, poświęconymi na naukę nocami. Nauczyciele wciąż będą jeszcze się na nich wyżywać, obrażać, wyzywać od idiotów i nieuków. Wciąż wszyscy będą walczyć, by zrealizować nierealizowalną podstawę programową, by sprostać wymaganiom Ministerstwa. Wciąż będą się nawzajem straszyć maturą i marzyć, że na studiach będzie lepiej. Nie będzie, bo i szkolnictwo wyższe wymaga reformy.
Polska szkoła to potwór, który mieli wszystko, nie patrząc, czy to uczeń, czy nauczyciel, czy rodzic, czy babcia – wszyscy cierpią, w ten czy inny sposób, starając się jakoś przez to bagno przebrnąć i zachować jeszcze sił na dalsze życie. Wydostałam się z tego w zeszłym roku, mniej więcej w tym czasie zaczynało do mnie docierać, że już zaraz matura, że już zaraz koniec. Martwiłam się tylko o jedno – o podstawowy polski, zmorę wszystkich, humanistów i ścisłowców, o którym nieraz pisałam. Zdałam lepiej niż podejrzewałam, dostałam się na wymarzone studia. Zerwałam ze szkołą tylko po to, by zaraz do niej wrócić – we wpisach na tym blogu. Nie tylko ja tak mam – o tym koszmarze nie da się zapomnieć. Chociaż matura dawno za nami, w rozmowach ze znajomymi ciągle wraca temat motywów w „Lalce” czy „Panu Tadeuszu”. Ciągle słyszę, że „Dziady” to wybitny dramat, a Sienkiewicz wielkim pisarzem był. Gdy słyszę nacjonalistów krzyczących „Precz z Żydami/Ukraińcami/uchodźcami/gejami/lewakami (i tak dalej)”, widzę polonistkę, wygadującą bzdury o antybohaterze. Gdy muszę się nauczyć czegoś na pamięć, myślę o gimnazjalnym podręczniku z biologii, pełnym niezwykle istotnych notek encyklopedycznych do wyuczenia.
Mam tego dość. Narzekaniem nic nie zmienię. Nawet jeśli poruszyłam na tym blogu ważne tematy, to i tak nie ma znaczenia, bo do wymiany jest absolutnie cały system. Nie ma nic, co mogłoby się ostać, nie ma więc sensu pisać o plusach i minusach polskiej edukacji – lepiej pomyśleć, co można zrobić, by już teraz było łatwiej.
Dlatego podjęłam decyzję o zamknięciu bloga, jednak całkiem nie zniknę – znajdziecie mnie na Instagramie pod nazwą @styropianowy_kucyk. Będę tam udostępniać sprawdzone sposoby na naukę, ale nie tylko, znajdzie się też trochę rozrywki. Mam nadzieję, że to chociaż trochę pomoże przetrwać szkolne lata – a może i ułatwi studenckie czy dorosłe życie.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz