Zadania były
proste, siedzenie z szybką koleżanką też zaczęło robić swoje. Wkrótce zaczęłam
się zgłaszać z pytaniem: Co dalej. Dla mnie był to sposób na zabicie nudy, w końcu
nauczycielka natychmiast podawała jeszcze z pięć zadań do zrobienia. Dla
pozostałej części klasy to musiało być stresujące: ona już skończyła, a ja
nawet za tym, co się dzieje na tablicy nie nadążam…
Skoro szybko
rozwiązywałam zadania, to powinnam chodzić na konkursy, nieprawdaż? To w końcu
jest sens życia polskiej szkoły: wysyłanie uczniów na konkursy, rywalizacja, nagrody,
artykuły w szkolnych gazetkach, zdjęcia w gablotach „zasłużonych”. No dobra,
dziecko w podstawówce nauczycielom nie odmawia, chodziłam na te konkursy.
Nigdy nic nie wygrałam. Dlaczego?
Dlatego, że jakoś nikt nie wpadł na to, by
sprawdzić, czy rozwiązywałam zadania na lekcji POPRAWNIE. A że zawsze na końcu
podręcznika jest klucz odpowiedzi, to sprawdzałam sobie, poprawiałam błędy i
mimo wszystko byłam do przodu. Tylko że na konkursach nie ma klucza odpowiedzi.
Nie ma jak poprawić błędów, jeśli się ich samodzielnie nie znajdzie. Mnie nikt
nie nauczył uważności, sama aż do liceum nie uważałam, by był to poważny problem,
i tak się za mną te błędy ciągnęły. Na sprawdzianach i egzaminach sobie
radziłam, bo od tego zależało to, czy zdam do następnej klasy czy szkoły, ale
konkurs…? Tam jedyną motywacją była nagroda, często zupełnie niepasująca do
moich gustów. Nie ma po co się starać.
W gimnazjum też miałam łatkę „zdolnej
matematyczki”. Tym razem również dlatego, że chodziłam do klasy
matematyczno-informatycznej. Profil robi swoje. A że było w niej sporo osób z
rejonu, to znowu polaryzacja była dużo, łatwo było pędzić z zadaniami. I
popełniać głupie błędy.
Nauczycielka oczywiście wysyłała mnie na
konkursy, a ja na nie chodziłam, bo to lepsze, niż siedzenie na jakiejś biologii
czy innym polskim. Nigdy nie zajęłam liczącego się miejsca.
W liceum, w klasie matematyczno-fizycznej –
powtórka z rozrywki. Tu sprawa miała się inaczej – uczyłam się pilnie fizyki, a
skoro umie fizykę, to matematykę na pewno też. Cóż… nie bardzo. Robiłam coraz
więcej głupich błędów i coraz rzadziej byłam w stanie samodzielnie rozwiązać
zadanie. Z pomocą przychodziły mi koleżanki, nauczycielka pewnie nawet nie
wiedziała o tej pomocy. Nie miała więc oporów, by namawiać mnie do udziału w
konkursach. Poszłam na jeden, okazało się, że wciąż nie potrafię rozwiązać
większości zadań, dałam więc sobie spokój. Lepiej chodzić na lekcje i szykować
się do matury niż do jakichś konkursów.
Nikt jakoś na całej mojej edukacyjnej
drodze nie zauważył, że tak naprawdę najlepiej radziłam sobie z przedmiotami
humanistycznymi. Co z tego, że wygrywałam jakieś tam konkursy literackie –
matematyka jest najważniejsza. Do samej matury miałam więc bardzo wygodną
sytuację: jako tako radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi, do humanistycznych
właściwie nie musiałam się uczyć. A przyrodnicze? Cóż, tu wystarczy połączyć
matematyczne logiczne myślenie i humanistyczne kreatywne pisanie. Wystarczyło
na świadectwa z paskiem.
To jest jeden sposób na dobre oceny – wyrobienie
sobie opinii. Bo oprócz tego, że robiłam zadania i chodziłam na konkursy, to
jeszcze nie przeszkadzałam na lekcji, spełniałam polecenia nauczycieli,
generalnie byłam grzeczną dziewczynką.
Drugi sposób jest znacznie prostszy. Grunt
to urodzić się jako drugie, a jeszcze lepiej trzecie dziecko, i chodzić do tych
samych szkół, co rodzeństwo. Bracia i siostry pilnie się uczą, zbierają na
swoją opinię, sprawiają, że nauczyciele zaczynają ich lubić i, co ważniejsze,
pamiętać. A potem przychodzimy my, podobna buzia, to samo nazwisko, i dobre
oceny mamy właściwie w kieszeni.
Trzecia metoda to już w ogóle bułka z
masłem. Trzeba chodzić na wszystkie możliwe konkursy ze wszystkich możliwych
przedmiotów. Z jednej strony opuszczamy nudne lekcje, z drugiej pracujemy na
opinię nauczycieli. Nieważne, czy się wygrywa, czy nie – wystarczy czasem
przechodzić z etapu na etap. Nauczyciele są zadowoleni, bo mają ambitnego
ucznia, a uczeń… może do nich chodzić w okresie wystawiania ocen i ze zbolałą
miną opowiadać, że w tym roku się nie udało, to fakt, ale w następnym roku
będzie lepiej. Teraz się chodziło na konkursy, trzeba się było do nich przygotowywać,
wie pan, etap ogólnopolski to nie przelewki. Nauczyciel pokiwa głową ze
zrozumieniem. A uczeń ciągnie dalej: bo z innych przedmiotów to ma już same
szóstki, za to chodzenie na konkursy właśnie, i inni nauczyciele to nie patrzą zbytnio
na oceny, bo te, wiadomo, są różne, najważniejsze jest reprezentowanie szkoły w
konkursach. Nauczyciel pokiwa głową i zapyta: a średnia jaka? Na co uczeń, już
właściwie pewny swego, odpowiada, że właśnie tej jednej jedynej szóstki brakuje
do paska czy – w bardziej ekstremalnej sytuacji – do średniej 6.0, mógłby się
pan zlitować i w drodze wyjątku wstawić… Nauczyciel nie może odmówić, przecież
każdy by zaraz wiedział, że to z jego powodu uczeń X nie ma ładnej średniej.
Trzeba szóstkę postawić.
Tak właśnie wygląda rywalizacja w
szkołach. Podobno „zdrowa”, tym przynajmniej dyrektorzy i nauczyciele
usprawiedliwiają kolejną ligę klas – że trzeba czasem porywalizować. To, że
walka opiera się na oszustwie, a uczniowie zamiast na nauce, skupiają się na
konkursach, nikogo nie obchodzi. Najważniejsza jest opinia szkoły, a ta buduje
się właśnie na wynikach w konkursach.
W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego polski nauczyciel jest nieskuteczny?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz