poniedziałek, 11 marca 2019

WPIS#36: JAK ŁATWO JEST PRZYLEPIĆ ŁATKĘ, CZYLI O OCENIANIU W POLSKIEJ SZKOLE

          W poprzednim wpisie pisałam o tym, że od podstawówki do liceum nauczyciele uważali, że jestem dobra z matematyki. Zaczęło się niepozornie: po prostu siedziałam w ławce z dziewczyną, która błyskawicznie rozwiązywała zadania. Jej aura jakby przenikła na wszystkich naokoło. Trzeba też przyznać, że te ćwiczenia były proste. Tylko że w polskiej szkole nikt nie wpadł na to, by dzielić uczniów na klasy pod względem umiejętności. Zawsze musi być przekrój: od najsłabszych i najlepszych. Żeby jeszcze wykorzystać tę polaryzację, kazać uzdolnionym uczyć tych z trudnościami, pomagać im. Nie. W szkole od uczenia jest nauczyciel. Koniec, kropka.
          Zadania były proste, siedzenie z szybką koleżanką też zaczęło robić swoje. Wkrótce zaczęłam się zgłaszać z pytaniem: Co dalej. Dla mnie był to sposób na zabicie nudy, w końcu nauczycielka natychmiast podawała jeszcze z pięć zadań do zrobienia. Dla pozostałej części klasy to musiało być stresujące: ona już skończyła, a ja nawet za tym, co się dzieje na tablicy nie nadążam…
          Skoro szybko rozwiązywałam zadania, to powinnam chodzić na konkursy, nieprawdaż? To w końcu jest sens życia polskiej szkoły: wysyłanie uczniów na konkursy, rywalizacja, nagrody, artykuły w szkolnych gazetkach, zdjęcia w gablotach „zasłużonych”. No dobra, dziecko w podstawówce nauczycielom nie odmawia, chodziłam na te konkursy.
Nigdy nic nie wygrałam. Dlaczego?
Dlatego, że jakoś nikt nie wpadł na to, by sprawdzić, czy rozwiązywałam zadania na lekcji POPRAWNIE. A że zawsze na końcu podręcznika jest klucz odpowiedzi, to sprawdzałam sobie, poprawiałam błędy i mimo wszystko byłam do przodu. Tylko że na konkursach nie ma klucza odpowiedzi. Nie ma jak poprawić błędów, jeśli się ich samodzielnie nie znajdzie. Mnie nikt nie nauczył uważności, sama aż do liceum nie uważałam, by był to poważny problem, i tak się za mną te błędy ciągnęły. Na sprawdzianach i egzaminach sobie radziłam, bo od tego zależało to, czy zdam do następnej klasy czy szkoły, ale konkurs…? Tam jedyną motywacją była nagroda, często zupełnie niepasująca do moich gustów. Nie ma po co się starać.
W gimnazjum też miałam łatkę „zdolnej matematyczki”. Tym razem również dlatego, że chodziłam do klasy matematyczno-informatycznej. Profil robi swoje. A że było w niej sporo osób z rejonu, to znowu polaryzacja była dużo, łatwo było pędzić z zadaniami. I popełniać głupie błędy.
Nauczycielka oczywiście wysyłała mnie na konkursy, a ja na nie chodziłam, bo to lepsze, niż siedzenie na jakiejś biologii czy innym polskim. Nigdy nie zajęłam liczącego się miejsca.
W liceum, w klasie matematyczno-fizycznej – powtórka z rozrywki. Tu sprawa miała się inaczej – uczyłam się pilnie fizyki, a skoro umie fizykę, to matematykę na pewno też. Cóż… nie bardzo. Robiłam coraz więcej głupich błędów i coraz rzadziej byłam w stanie samodzielnie rozwiązać zadanie. Z pomocą przychodziły mi koleżanki, nauczycielka pewnie nawet nie wiedziała o tej pomocy. Nie miała więc oporów, by namawiać mnie do udziału w konkursach. Poszłam na jeden, okazało się, że wciąż nie potrafię rozwiązać większości zadań, dałam więc sobie spokój. Lepiej chodzić na lekcje i szykować się do matury niż do jakichś konkursów.
Nikt jakoś na całej mojej edukacyjnej drodze nie zauważył, że tak naprawdę najlepiej radziłam sobie z przedmiotami humanistycznymi. Co z tego, że wygrywałam jakieś tam konkursy literackie – matematyka jest najważniejsza. Do samej matury miałam więc bardzo wygodną sytuację: jako tako radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi, do humanistycznych właściwie nie musiałam się uczyć. A przyrodnicze? Cóż, tu wystarczy połączyć matematyczne logiczne myślenie i humanistyczne kreatywne pisanie. Wystarczyło na świadectwa z paskiem.
To jest jeden sposób na dobre oceny – wyrobienie sobie opinii. Bo oprócz tego, że robiłam zadania i chodziłam na konkursy, to jeszcze nie przeszkadzałam na lekcji, spełniałam polecenia nauczycieli, generalnie byłam grzeczną dziewczynką.
Drugi sposób jest znacznie prostszy. Grunt to urodzić się jako drugie, a jeszcze lepiej trzecie dziecko, i chodzić do tych samych szkół, co rodzeństwo. Bracia i siostry pilnie się uczą, zbierają na swoją opinię, sprawiają, że nauczyciele zaczynają ich lubić i, co ważniejsze, pamiętać. A potem przychodzimy my, podobna buzia, to samo nazwisko, i dobre oceny mamy właściwie w kieszeni.
Trzecia metoda to już w ogóle bułka z masłem. Trzeba chodzić na wszystkie możliwe konkursy ze wszystkich możliwych przedmiotów. Z jednej strony opuszczamy nudne lekcje, z drugiej pracujemy na opinię nauczycieli. Nieważne, czy się wygrywa, czy nie – wystarczy czasem przechodzić z etapu na etap. Nauczyciele są zadowoleni, bo mają ambitnego ucznia, a uczeń… może do nich chodzić w okresie wystawiania ocen i ze zbolałą miną opowiadać, że w tym roku się nie udało, to fakt, ale w następnym roku będzie lepiej. Teraz się chodziło na konkursy, trzeba się było do nich przygotowywać, wie pan, etap ogólnopolski to nie przelewki. Nauczyciel pokiwa głową ze zrozumieniem. A uczeń ciągnie dalej: bo z innych przedmiotów to ma już same szóstki, za to chodzenie na konkursy właśnie, i inni nauczyciele to nie patrzą zbytnio na oceny, bo te, wiadomo, są różne, najważniejsze jest reprezentowanie szkoły w konkursach. Nauczyciel pokiwa głową i zapyta: a średnia jaka? Na co uczeń, już właściwie pewny swego, odpowiada, że właśnie tej jednej jedynej szóstki brakuje do paska czy – w bardziej ekstremalnej sytuacji – do średniej 6.0, mógłby się pan zlitować i w drodze wyjątku wstawić… Nauczyciel nie może odmówić, przecież każdy by zaraz wiedział, że to z jego powodu uczeń X nie ma ładnej średniej. Trzeba szóstkę postawić.
Tak właśnie wygląda rywalizacja w szkołach. Podobno „zdrowa”, tym przynajmniej dyrektorzy i nauczyciele usprawiedliwiają kolejną ligę klas – że trzeba czasem porywalizować. To, że walka opiera się na oszustwie, a uczniowie zamiast na nauce, skupiają się na konkursach, nikogo nie obchodzi. Najważniejsza jest opinia szkoły, a ta buduje się właśnie na wynikach w konkursach.




W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego polski nauczyciel jest nieskuteczny?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz