Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konkursy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konkursy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 marca 2019

WPIS#36: JAK ŁATWO JEST PRZYLEPIĆ ŁATKĘ, CZYLI O OCENIANIU W POLSKIEJ SZKOLE

          W poprzednim wpisie pisałam o tym, że od podstawówki do liceum nauczyciele uważali, że jestem dobra z matematyki. Zaczęło się niepozornie: po prostu siedziałam w ławce z dziewczyną, która błyskawicznie rozwiązywała zadania. Jej aura jakby przenikła na wszystkich naokoło. Trzeba też przyznać, że te ćwiczenia były proste. Tylko że w polskiej szkole nikt nie wpadł na to, by dzielić uczniów na klasy pod względem umiejętności. Zawsze musi być przekrój: od najsłabszych i najlepszych. Żeby jeszcze wykorzystać tę polaryzację, kazać uzdolnionym uczyć tych z trudnościami, pomagać im. Nie. W szkole od uczenia jest nauczyciel. Koniec, kropka.
          Zadania były proste, siedzenie z szybką koleżanką też zaczęło robić swoje. Wkrótce zaczęłam się zgłaszać z pytaniem: Co dalej. Dla mnie był to sposób na zabicie nudy, w końcu nauczycielka natychmiast podawała jeszcze z pięć zadań do zrobienia. Dla pozostałej części klasy to musiało być stresujące: ona już skończyła, a ja nawet za tym, co się dzieje na tablicy nie nadążam…
          Skoro szybko rozwiązywałam zadania, to powinnam chodzić na konkursy, nieprawdaż? To w końcu jest sens życia polskiej szkoły: wysyłanie uczniów na konkursy, rywalizacja, nagrody, artykuły w szkolnych gazetkach, zdjęcia w gablotach „zasłużonych”. No dobra, dziecko w podstawówce nauczycielom nie odmawia, chodziłam na te konkursy.
Nigdy nic nie wygrałam. Dlaczego?
Dlatego, że jakoś nikt nie wpadł na to, by sprawdzić, czy rozwiązywałam zadania na lekcji POPRAWNIE. A że zawsze na końcu podręcznika jest klucz odpowiedzi, to sprawdzałam sobie, poprawiałam błędy i mimo wszystko byłam do przodu. Tylko że na konkursach nie ma klucza odpowiedzi. Nie ma jak poprawić błędów, jeśli się ich samodzielnie nie znajdzie. Mnie nikt nie nauczył uważności, sama aż do liceum nie uważałam, by był to poważny problem, i tak się za mną te błędy ciągnęły. Na sprawdzianach i egzaminach sobie radziłam, bo od tego zależało to, czy zdam do następnej klasy czy szkoły, ale konkurs…? Tam jedyną motywacją była nagroda, często zupełnie niepasująca do moich gustów. Nie ma po co się starać.
W gimnazjum też miałam łatkę „zdolnej matematyczki”. Tym razem również dlatego, że chodziłam do klasy matematyczno-informatycznej. Profil robi swoje. A że było w niej sporo osób z rejonu, to znowu polaryzacja była dużo, łatwo było pędzić z zadaniami. I popełniać głupie błędy.
Nauczycielka oczywiście wysyłała mnie na konkursy, a ja na nie chodziłam, bo to lepsze, niż siedzenie na jakiejś biologii czy innym polskim. Nigdy nie zajęłam liczącego się miejsca.
W liceum, w klasie matematyczno-fizycznej – powtórka z rozrywki. Tu sprawa miała się inaczej – uczyłam się pilnie fizyki, a skoro umie fizykę, to matematykę na pewno też. Cóż… nie bardzo. Robiłam coraz więcej głupich błędów i coraz rzadziej byłam w stanie samodzielnie rozwiązać zadanie. Z pomocą przychodziły mi koleżanki, nauczycielka pewnie nawet nie wiedziała o tej pomocy. Nie miała więc oporów, by namawiać mnie do udziału w konkursach. Poszłam na jeden, okazało się, że wciąż nie potrafię rozwiązać większości zadań, dałam więc sobie spokój. Lepiej chodzić na lekcje i szykować się do matury niż do jakichś konkursów.
Nikt jakoś na całej mojej edukacyjnej drodze nie zauważył, że tak naprawdę najlepiej radziłam sobie z przedmiotami humanistycznymi. Co z tego, że wygrywałam jakieś tam konkursy literackie – matematyka jest najważniejsza. Do samej matury miałam więc bardzo wygodną sytuację: jako tako radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi, do humanistycznych właściwie nie musiałam się uczyć. A przyrodnicze? Cóż, tu wystarczy połączyć matematyczne logiczne myślenie i humanistyczne kreatywne pisanie. Wystarczyło na świadectwa z paskiem.
To jest jeden sposób na dobre oceny – wyrobienie sobie opinii. Bo oprócz tego, że robiłam zadania i chodziłam na konkursy, to jeszcze nie przeszkadzałam na lekcji, spełniałam polecenia nauczycieli, generalnie byłam grzeczną dziewczynką.
Drugi sposób jest znacznie prostszy. Grunt to urodzić się jako drugie, a jeszcze lepiej trzecie dziecko, i chodzić do tych samych szkół, co rodzeństwo. Bracia i siostry pilnie się uczą, zbierają na swoją opinię, sprawiają, że nauczyciele zaczynają ich lubić i, co ważniejsze, pamiętać. A potem przychodzimy my, podobna buzia, to samo nazwisko, i dobre oceny mamy właściwie w kieszeni.
Trzecia metoda to już w ogóle bułka z masłem. Trzeba chodzić na wszystkie możliwe konkursy ze wszystkich możliwych przedmiotów. Z jednej strony opuszczamy nudne lekcje, z drugiej pracujemy na opinię nauczycieli. Nieważne, czy się wygrywa, czy nie – wystarczy czasem przechodzić z etapu na etap. Nauczyciele są zadowoleni, bo mają ambitnego ucznia, a uczeń… może do nich chodzić w okresie wystawiania ocen i ze zbolałą miną opowiadać, że w tym roku się nie udało, to fakt, ale w następnym roku będzie lepiej. Teraz się chodziło na konkursy, trzeba się było do nich przygotowywać, wie pan, etap ogólnopolski to nie przelewki. Nauczyciel pokiwa głową ze zrozumieniem. A uczeń ciągnie dalej: bo z innych przedmiotów to ma już same szóstki, za to chodzenie na konkursy właśnie, i inni nauczyciele to nie patrzą zbytnio na oceny, bo te, wiadomo, są różne, najważniejsze jest reprezentowanie szkoły w konkursach. Nauczyciel pokiwa głową i zapyta: a średnia jaka? Na co uczeń, już właściwie pewny swego, odpowiada, że właśnie tej jednej jedynej szóstki brakuje do paska czy – w bardziej ekstremalnej sytuacji – do średniej 6.0, mógłby się pan zlitować i w drodze wyjątku wstawić… Nauczyciel nie może odmówić, przecież każdy by zaraz wiedział, że to z jego powodu uczeń X nie ma ładnej średniej. Trzeba szóstkę postawić.
Tak właśnie wygląda rywalizacja w szkołach. Podobno „zdrowa”, tym przynajmniej dyrektorzy i nauczyciele usprawiedliwiają kolejną ligę klas – że trzeba czasem porywalizować. To, że walka opiera się na oszustwie, a uczniowie zamiast na nauce, skupiają się na konkursach, nikogo nie obchodzi. Najważniejsza jest opinia szkoły, a ta buduje się właśnie na wynikach w konkursach.




W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego polski nauczyciel jest nieskuteczny?

poniedziałek, 4 marca 2019

WPIS#35: DLACZEGO BEZ PODRĘCZNIKA SIĘ NIE DA, CZYLI NOWOCZESNA NAUKA W POLSKIEJ SZKOLE

           Mamy XXI wiek, więc w klasach obowiązkowo musi być komputer i rzutnik. W końcu do dzisiejszej młodzieży bardziej trafiają kolorowe obrazki niż suchy tekst w podręczniku, nieprawdaż? Poza tym, to zawsze jakieś uzupełnienie lekcji, nie trzeba wszystkiego pisać na tablicy, można po prostu wyświetlić. I uczniom się podoba, rzeczywiście, łatwiej jest notować, gdy treści są przekazywane ustnie, ale i napisane. I na zdjęciach do szkolnej kroniki dobrze wygląda, można zaprzeczyć twierdzeniu, jakoby polska szkoła tkwiła w średniowieczu.
            Problemów jest kilka, zacznijmy więc od samego początku. Komputer i rzutnik – mamy. Konieczny jest też ekran do tego rzutnika. Zazwyczaj umieszczony nad tablicą, tak, że rozwijając go, zasłaniamy w najlepszym wypadku połowę tablicy. Albo albo. Nie można jednocześnie pisać i wyświetlać. Z drugiej strony, takie rozwiązanie przydaje się na matematyce – u mnie w liceum, gdy zajmowaliśmy się funkcjami, nauczycielka wyświetlała wprost na tablicy układy współrzędnych, do których trzeba było tylko dorysować wykresy. Przydatne. Zwłaszcza, że projektanci sal rzadko kiedy myślą o tym, że na matematyce przydałaby się tablica w kratkę. Standardem są białe, czyste, więc takie będą we wszystkich klasach – to pewnie jeszcze pozostałość po tradycyjnych tablicach. Chociaż i wśród tych na kredę były i takie z kratkami…
            Sprawa druga – kolorowe obrazki. Niestety, ponieważ nauczyciele nie mają zazwyczaj przygotowania psychologicznego i pedagogicznego, nie wiedzą, że w istocie, kolorowe obrazki łatwiej trafiają do mózgu – nie tylko nastoletniego, ale w ogóle ludzkiego. Do szkół idą absolwenci najróżniejszych kierunków, w których programach nie przewidziano uczenia o tym, jak… uczyć. Tego dowiadują się bodaj tylko studenci pedagogiki. A jakże łatwiej jest przekazywać wiedzę, gdy wie się, jak to robić, gdy zna się sprawdzone sposoby, gdy rozumie się pracę ludzkiego umysłu. Psychologia pracuje nad tym od dawna, a żeby znaleźć cokolwiek, coś na start przed rozpoczęciem kursu, wystarczy poszukać w Internecie.
            Trzecia sprawa: przecież te nudne, zapisane gęsto podręczniki, od których nauczyciele uciekają, zaprzęgając do pracy rzutnik, już nie istnieją! Zastąpiły je przyjazne dla oka książki z fotografiami, kolorowymi schematami, wytłuszczeniami, podkreśleniami, kursywami,  mapami myśli, podsumowaniami na koniec rozdziału, przykładami rozwiązań zadań… Zdarzają się nawet ciekawe grafiki. Praca z takim podręcznikiem to, wydawałoby się, sama przyjemność.
            Może i tak – w czasie nudnej lekcji przeglądanie ich to często jedyny ratunek dla ucznia. Jednak ogrom informacji zmieszczonych na jednej stronie jest, przy bliższym zapoznaniu się z tematem, przytłaczający. Tu tekst, tu definicja w ramce, tu podpis do obrazka, tu mapa myśli, tu pytanie, tu odpowiedź… co za dużo, to niezdrowo. Uczeń ma wszystko podane na tacy – mówią nauczyciele. Wyszczególnione najważniejsze informacje, potem jeszcze powtórzone w podsumowaniu i zadaniach sprawdzających – marzenie. Ale czy aby na pewno?
            Właśnie nie. Takie podręczniki nijak nie stymulują do samodzielnego poszukiwania informacji. Nie, zamieszczenie na końcu książek rozwijających dany temat czy postawienie nieoczywistych pytań w zadaniach nie wystarczy. Uczeń i tak tych książek nie przeczyta, a odpowiedzi na pytania znajdzie w Internecie. Nie nauczy się za to czytać ze zrozumieniem i notować. Jeśli wszystkie ważne kwestie ma podane na tacy, to po co rozumieć cały tekst? Jeśli w podręczniku są takie ładne grafiki, to po co samemu robić notatki? Przeczyta kilka razy przed sprawdzianem i wystarczy. A że sprawdzian to często gotowiec, to i pytania będą się odnosiły wprost do treści z podręcznika. Nie ma po co samemu pracować. Stara zasada Zakuj – Zdaj – Zapomnij jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            Niestety, żeby wyjść ze szkoły z jakąś wiedzą, żeby potem wykorzystać zdobyte informacje na studiach, trzeba się zaangażować. Trzeba zapamiętać na dłużej. Mnemotechniki istnieją od dawna – tylko nie w szkole. Uczeń w klasie nie usłyszy ani słowa na temat tego, jak właściwie nauczyć się do sprawdzianu – co najwyżej tego, by przeczytać podręcznik. Tyle to wiedział sam.
            Problem czwarty: kiedy nauczyciel wyświetla coś na rzutniku, to zazwyczaj siedzi przy biurku, za komputerem. Nie widzi klasy zza monitora. Nie nawiązuje z uczniami relacji. Nie staje się dla nich autorytetem. Nie widzi, czy rozumieją, o czym mówi. Nie stymuluje do zadawania pytań. Nie kontroluje, czy uczniowie notują. Czy przynajmniej słuchają. Lekcja prowadzona w ten sposób nic nie daje. Nie mówiąc już o tym, że sprzęt jest zawodny. Nieraz zdarzało się, że pół zajęć traciłam, bo komputer się nie chciał włączyć, potem nie działał rzutnik, a nauczyciel koniecznie musiał coś wyświetlić. Technika jest fajna, nie przeczę. Ale może lepiej pozostać przy nauczaniu tradycyjnym, a za to czegokolwiek uczniów nauczyć? Zwłaszcza, że nauka mówi jasno: samo oglądanie i słuchanie nic nie da. Trzeba jeszcze notować. Wyświetlanie kolorowych obrazków nie jest więc tak skuteczne, jak by tego chcieli nauczyciele. To uczniowie powinni je rysować – jako uzupełnienie swoich notatek.
            Po piąte: zadowolenie uczniów. Cóż… to raczej kontrowersyjna sprawa. Nauczycielowi może się wydawać, że uczniowie są zainteresowani tematem. Tylko że potem przyjdzie sprawdzian i okaże się, że połowa go nie zaliczyła. Bo żeby dotrzeć do młodego umysłu, trzeba go jakoś zaangażować. Chociażby zadać pytanie. Albo pokazać śmieszny filmik, który zacznie im się kojarzyć z danym zagadnieniem. Albo kazać narysować na tablicy mapę myśli dla powtórzenia materiału. Sposobów jest wiele. Nauczyciele wolą wyświetlać prezentacje w Power Poincie. Albo, znacznie częściej… elektroniczną wersję podręcznika. Jakby uczniowie nie mieli książek przed nosem, na ławce.
            Sprawa ostatnia, kronika szkoły. Chodziłam do podstawówki, gimnazjum i liceum, wszystkie szkoły skończyłam ze świetnymi wynikami. Jakkolwiek związana czuję się tylko w liceum. Dlaczego? Popatrzmy na problem chronologicznie.
            Podstawówka. Nauczyciele wszystkich przedmiotów ciągali mnie i kilku innych uczniów na wszystkie możliwe konkursy, bo przecież „skoro jest dobra z matematyki, to będzie też dobra z przyrody i polskiego”. Coś tam rzeczywiście wygrałam, przez jakiś czas moje zdjęcie wisiało nawet w jakiejś gablocie zasłużonych, czy coś takiego. Wygrywałam konkursy z polskiego i przyrody, jednak wszyscy ciągle twierdzili, że przoduję w matematyce. Podstawówkę wspominam więc jako pasmo konkursów matematycznych, na których większości zadań nie potrafiłam rozwiązać. Pamiętam też jeszcze jedno: rysowanie liści na przyrodzie. Oczywiście nie wyszliśmy w tym celu na dwór, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda, ale za to rysowaliśmy. A nie mówiłam, że rysowanie jest ważne?
            Gimnazjum. Byłam w klasie matematyczno-informatycznej, do której trafiło sporo osób z regionu, poziom był raczej słaby. Na matematyce rozwiązywałam zadania szybciej niż inni, bo były proste. Wniosek? Jesteś dobra z matematyki – idź na konkurs. I znowu to samo, niechodzenie na lekcje, żeby siedzieć na konkursie i patrzeć na zadania, których i tak nie umiem rozwiązać. Pamiętam też, że na biologii nauczycielka stawała na środku z podręcznikiem w ręku i czytała zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, a my mieliśmy zapisywać każde jej słowo. Gdy teraz czytam podstawę programową z biologii, żeby napisać tutaj post, nie kojarzę absolutnie nic. Za to z etyki pamiętam więcej. Do zeszytu przy każdym temacie wklejałam pasującą do poruszanych kwestii piosenkę – i teraz, gdy ich słucham, przypominam sobie, o czym rozmawialiśmy na lekcjach.
            Liceum. Klasa matematyczno-fizyczna, poziom lepszy, niż w gimnazjum, bo nie ma rejonizacji. Byłam raczej średnia i miałam już wyrobione własne zdanie na temat tego, co chcę, a czego nie chcę robić. Nawet, jeśli nauczyciele usilnie przekonywali mnie do udziału w konkursie, nie zapisywałam się. Za to pilnie notowałam na lekcjach, powoli odkrywałam, jak powinny wyglądać dobre notatki, uczyłam się z nich, rozwiązywałam zadania, stawiałam pytania, szukałam na nie odpowiedzi – w książkach, nie w Internecie. To raz. A dwa – kadra szkoły podchodziła do ucznia jak do człowieka. Nie chcesz brać udziału w konkursie – nie bierz. Na korytarzach stoją kanapy i fotele, by można było odpocząć w czasie przerw, w takich „kącikach” są półki z książkami, stoliki do nauki i kontakty, żeby podładować telefon. W jednym „kąciku” jest nawet dywan i kwiaty! Kiedy trzeba było pomalować szkołę, uczniowie zostali zaproszeni do pomocy – przyjdziesz malować w czasie ferii, dostaniesz piątkę z wuefu. Potem każdy chwalił się, który kawałek ściany własnoręcznie pomalował.
            Z tych trzech szkół kronika tylko jednej jest prawdziwa. Tylko jedna kronika pokazuje, że uczniowie czują się dobrze w szkole, że są traktowani jak ludzie, że mogą mieć własne zdanie, że mogą decydować o sobie i o swoim najbliższym otoczeniu, że mają prawa. I nie ma znaczenia, jak wyglądają zdjęcia w tej kronice – liczy się to, że pokazują prawdę.



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak łatwo jest przylepić łatkę, czyli o ocenianiu w polskiej szkole

poniedziałek, 4 lutego 2019

WPIS#31: TESTOMANIA, CZYLI TOBIE PIĄTKA, TOBIE PAŁA

            Chyba w każdej szkole jest zapis, że sprawdzianów nie może być więcej, niż trzy w tygodniu. Ale wiadomo, Polak potrafi kombinować. Dlatego ta reguła nie obejmuje sprawdzianów z języków obcych (bo przecież tam w jednej grupie są osoby z różnych klas, NIEMOŻLIWOŚCIĄ byłoby tak ustalić termin, żeby wszystkim pasowało) i kartkówek. Kończy się tak, że w praktyce polski uczeń w jednym tygodniu ma trzy dozwolone statutem sprawdziany, test z angielskiego i jedną „dużą kartkówkę”, wyglądającą niemalże jak sprawdzian. Bo nauczyciel nie zdążył się wpisać do terminarza, ale w sumie materiału nie jest tak dużo, powiedzmy, że dacie radę napisać w pół godziny, oceny wpiszę jako kartkówki i wszyscy będą zadowoleni.
            Wszyscy, poza uczniami. W poprzednim wpisie pisałam, jak wygląda podstawa programowa z biologii i lekcje na tej podstawie oparte. Jeśli doliczyć do tego język polski, język angielski, drugi język obcy, matematykę, fizykę, chemię, geografię, wiedzę o społeczeństwie, historię, podstawy przedsiębiorczości, edukację o bezpieczeństwie, informatykę i wychowanie fizyczne (tak, z tego też są sprawdziany), a takie przedmioty realizuje się w pierwszej liceum, to robi się naprawdę ciekawie.
            Z punktu widzenia nauczycieli też nie jest ciekawie. Zostańmy przy tym liceum. Załóżmy, że jeden nauczyciel ma w każdym roczniku jedną klasę z rozszerzeniem. Rozszerzenia zazwyczaj zaczynają się w drugiej klasie i pędzi się wtedy tak z materiałem, że sprawdziany są co trzy tygodnie. Do tego kilka klas pierwszych, nierozszerzających danego przedmiotu. Czyli takich, które trzeba tylko przepchnąć, wystawić pozytywną ocenę na koniec roku i pożegnać się na zawsze. Tutaj sprawdziany są rzadsze, bo lekcja jest tylko raz w tygodniu; niech będzie, że przerobienie materiału zajmuje sześć tygodni. Wszyscy startują w tym samym momencie, więc mniej więcej co sześć tygodni przeciętny nauczyciel MUSI przygotować zadania dostosowane do poziomu realizowanego przez poszczególne klasy, MUSI je sprawdzić w ciągu statutowych dwóch czy trzech tygodni, MUSI przewidzieć czas na poprawę, MUSI przygotować zadania na poprawę, MUSI sprawdzić poprawę. Na koniec okazuje się, że już trzeba szykować następne testy. A poza tym, to przecież za pół roku będzie matura, przydałoby się jakiś próbny egzamin przeprowadzić. Dobrze, że ułożeniem zadań zajmują się wydawnictwa, jeden punkt z listy do odhaczenia mniej. Ale nikt za nauczyciela tych próbnych matur nie sprawdzi. Znowu robota. Co więcej, trzeba jeszcze wesprzeć tych najbardziej uzdolnionych, przygotować ich do konkursów, zaproponować zajęcia dodatkowe. A dla tych słabszych? Jakieś konsultacje do wytłumaczenia bieżących zagadnień też by się przydały. Kiedyś trzeba też przygotować się do lekcji…
            Już chyba nie dziwi, dlaczego zajęcia w polskiej szkole wyglądają, jak wyglądają. Nauczyciel ZAWSZE ma kupkę sprawdzianów do sprawdzenia, na horyzoncie matury, jeszcze więcej sprawdzania… a tutaj siedzi klasa pierwsza, zupełnie danym przedmiotem niezainteresowana. No to przeczytajcie sobie podręcznik, zróbcie ćwiczenia, ja je potem sprawdzę (!) i wystawię oceny za pracę na lekcji. Dobrze, że w wersji dla nauczyciela w zeszytach ćwiczeń są odpowiedzi, wystarczy tylko porównać, zaznaczyć błędy, podliczyć punkty… O, to może by tak skorzystać i z gotowych sprawdzianów? W końcu wydawnictwo jest sprawdzone, zadania robią ciekawe, a i uczniowie będą zadowoleni, bo to test ABCD, można strzelać. Lepiej przecież się zająć rozszerzeniami, niż marnować czas na pierwsze klasy, prawda?
            Potem się okazuje, że te testy zamknięte przyjemnie się sprawdza, szybko, nie trzeba się zastanawiać, czy można uznać taką odpowiedź, czy jednak za bardzo odbiega od klucza… I nauczyciel zaczyna dawać gotowce i rozszerzeniom. Tu co prawda zdarzają się jakieś zadania otwarte, wzięte prosto z matur z poprzednich lat, bo przecież „i tak żaden uczeń ich nie przegląda”.
            Jest więc więcej czasu na szykowanie się do lekcji. Ale po co marnować energię na pierwsze klasy, skoro one i tak chcą tylko zaliczyć przedmiot i mieć z głowy? Lepiej zająć się rozszerzeniem. Ferie idą, dobrze byłoby zrobić im jakąś listę zadań, żeby się nie nudzili, głupot nie robili…
            W moim liceum byli nauczyciele, którzy sami robili sprawdziany, przygotowywali się do lekcji, organizowali zajęcia dodatkowe i… ledwo trzymali się na nogach, bo spali po kilka godzin, żeby z tym wszystkim zdążyć. A skoro oni mogą spać po kilka godzin, to i uczniowie też, przecież są młodzi i pełni energii. Nikt nie patrzył na to, że akurat w okresie dojrzewania sen jest niezwykle potrzebny. A już na pewno nikt nie pomyślał o tym, że właśnie we śnie mózg analizuje wszystko to, czego się nauczył (polecam spróbować powtórzyć sobie to, czego się nauczyliśmy w ciągu dnia, tuż przed snem. Rano się obudzicie i wszystko będziecie pamiętać!).
            Tylko kogo ten biedny uczeń obchodzi, skoro to jest tylko numerek w dzienniku, rocznik ten i ten, klasa taka i taka. Przyszedł i zaraz pójdzie, jak miliony przed nim i za nim. Po co przejmować się jednostką, skoro przerób idzie w setki tysięcy? Co roku setki tysięcy kończą szkołę – co wśród nich znaczy jeden Kowalski?
            Jeden Kowalski ma chodzić na lekcje, siedzieć cicho, gdy pani mówi, nauczyć się na sprawdzian i najlepiej zdać go w pierwszym terminie, żeby nie robić pani problemów. A pasje niech rozwija, jak już będzie dorosły, o ile będzie miał na to czas. Bo porządny Polak musi być zapracowany, czy ma trzynaście, czy trzydzieści lat. I niezadowolony, żeby było na co narzekać.
            Najlepsze jest to, że na uczciwej edukacji skorzystaliby wszyscy. Wyobraźmy sobie piętnastoosobowe klasy, gdzie wszyscy siedzą przy jednym stole, nauczyciel razem z uczniami, i rozmawiają, powiedzmy, o globalnym ociepleniu. Jednocześnie uczą się co nieco biologii (wpływ ocieplenia na człowieka), geografii (wpływ ocieplenia na klimat), chemii i fizyki (co tworzy dziurę ozonową i jak temu zapobiec), wiedzy o społeczeństwie (bo można analizować, co w tej kwestii proponują politycy różnych partii). I może języka polskiego, bo mamy dyskusję, naukę tworzenia argumentów popartych przykładami. I języki obce mogą być, bo ekologia to przecież nie jest tylko polski problem, można czytać artykuły z gazet z różnych krajów. I podstaw przedsiębiorczości z matematyką, bo ktoś przecież musi policzyć, ile by kosztowały te wszystkie nowoczesne rozwiązania (i kto ma za to zapłacić). I edukacji dla bezpieczeństwa, to jest co robić, by nie truć smogiem. I informatyki, bo można zrobić chociażby prezentację na szkolny apel dotyczący ekologii (albo popatrzeć, jak działają ekologiczne organizacje). I historii, bo można porównać sytuację w Londynie w latach 50. XX wieku z sytuacją dzisiaj. I wuefu, bo można promować chodzenie piechotę czy jeżdżenie na rowerze zamiast samochodem.
            Mamy więc zaangażowanie WSZYSTKICH nauczycieli. Co więcej, uczniów też, bo znacznie ciekawsze jest rozwiązywanie bieżących problemów niż słuchanie wykładu o kompostownikach. To już nie jest tylko nauka. To jest fabryka pomysłów. Gdyby połączyć siły wszystkich klas w danej szkole, wszystkich szkół w danym mieście, wszystkich miast w województwie, wszystkich województw w kraju… Polska edukacja uwielbia konkursy, więc można by było zrobić konkurs na najlepszy projekt, nagrodzona szkoła miałaby stworzyć wieloletni plan naprawy problemu, dostałaby do współpracy ekspertów…
            To jest możliwe. Wystarczyłoby tylko odejść od testowania i otworzyć się na głos pojedynczego Kowalskiego. Bo to, że nauczyciel skończył studia, nie znaczy, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. A tak – porozmawiałby z młodymi ludźmi, poznałby ich, zintegrowałby się z nimi i z całym gronem pedagogicznym. Aż żal byłoby opuszczać taką szkołę.


W NASTĘPNYM WPISIE: BUW dla Sów, czyli o tym, jak polska edukacja sama zapędziła się w ślepy zaułek

poniedziałek, 12 listopada 2018

WPIS#19: O OCENIANIU NA WUEFIE, CZYLI DLACZEGO POLSKIE DZIECI NIE LUBIĄ ĆWICZYĆ?

            Między lekcją matematyki i języka polskiego, na dusznej, ze szczelnie zamkniętymi oknami sali gimnastycznej czterdziestoletni wuefista ocenia nastolatki. Czy dobrze odbija piłkę, jak szybko przebiegnie sto metrów, ile wykona skoków na skakance w minutę, jak bardzo się podlizuje, jak wiele ciała pokazuje. W podstawówce jeszcze jest powiedziane: koszulka ma być biała, spodenki czarne i zakrywające więcej niż tylko pośladki. W liceum nikogo już nie obchodzi, kto jak się ubierze, ważne jest, że uczniowie w ogóle ćwiczą. Bo ilość testów sprawnościowych, zaliczeń rzutów do kosza, dwutaktu, brzuszków, biegów i czego tam jeszcze skutecznie odstrasza, zniechęca do sportu.
            W moim liceum było fajnie. Nieprzygotowań miało się nieograniczoną ilość, tyle tylko, że im więcej się ich zużyło, tym niższą miało się ocenę na koniec roku. Dzięki temu dziewczyna zwijająca się z bólu z powodu okresu nie musiała się tłumaczyć, dlaczego nie ćwiczy przez kilka dni w miesiącu – a wiadomo, że w trakcie miesiączki ze sportem należy uważać, trzeba się oszczędzać. Oczywiście, idealnie byłoby, gdyby wuefista na ten czas miał przygotowany zestaw łatwiejszych ćwiczeń. Ale cóż, dwadzieścia osób na sali, wszyscy chcą grać, piłki latają w tę i we w tę, spokojnie rozciągać się gdzieś na boku właściwie się nie da, nie ma gdzie. Dobrze już, niech dziewczyna nie ćwiczy w ogóle, zawsze to jakieś wyjście. Przynajmniej w następnym tygodniu przyjdzie i z uśmiechem na twarzy będzie ćwiczyć, bo nikt jej nie zmuszał, by ćwiczyła, gdy brzuch boli.
            Takie podejście nie zdarza się często. Zazwyczaj, jak i na innych przedmiotach, ma się zaledwie dwa nieprzygotowania do wykorzystania (na średnio trzy wuefy w tygodniu) i coś takiego jak niedyspozycja nie istnieje. Dopiero, gdy dziewczyna ze łzami w oczach wyduka, że dzisiaj nie da rady, wuefista może łaskawie pozwoli jej posiedzieć na ławce. Wszystko zależy od nauczyciela, od jego wyrozumiałości. I, co ciekawe, to mężczyźni częściej godzą się, by uczennice nie ćwiczyły niż kobiety. A wydawałoby się, że powinno działać coś takiego, jak kobieca solidarność…
            W moim liceum było fajnie – do czasu. Bo jednak „z czegoś ocenę końcową trzeba wystawić”. I nie wystarczy to, że oceniało się nas za systematyczność i zaangażowanie na zajęciach. Co to, to nie, trzeba było przeprowadzić sprawdzian. Niezależnie od tego, z czego był, sprawa zawsze przedstawiała się tak: dzisiaj ćwiczymy, na następnych zajęciach zaliczenie. Nikogo nie interesowało, czy ktoś ma kondycję, żeby przebiec te kilkaset metrów i zasłużyć na przyzwoitą oceną, czy nie. Ci, którzy coś trenowali, biegali dla własnej przyjemności, uzyskiwali najlepsze wyniki, pozostali ledwo łapali się w wyśrubowanej normie. Bo to nie jest tak, że nauczyciel ocenia na tle klasy; on ma wydrukowane tabelki, przygotowane przez nie wiadomo kogo, gdzie jest powiedziane, że na dwóję tyle, na tróję tyle, i tak dalej, i tego się kurczowo trzyma. Bo osoba w twoim wieku powinna co najmniej sto razy skoczyć na skakance w ciągu minuty, a ty przeskoczyłaś ledwie 80, więc zapraszam na poprawę na konsultacje. I nie ma, że boli, trzeba poświęcić swój prywatny czas w domu (którego i tak jest mało ze względu na zadania domowe z innych przedmiotów i naukę do sprawdzianów), wykosztować się na kupno sprzętu i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Ponieważ w szkole jest czas tylko na ocenienie postępów.
            Przy tym co roku są organizowane kampanie w stylu „Sport to zdrowie”, jakieś dni sportu, konkursy (znowu konkursy! w szkole wszystko opiera się na konkursach!). A ja głupia myślałam, że w sporcie chodzi o dobrą zabawę, o zadbanie o siebie, o rozwijanie umiejętności społecznych – bo przecież w grach zespołowych to współpraca, a nie rywalizacja, jest najważniejsza. Ale nad współpracą się nie pracuje, bo polski uczeń z założenia ma sam harować na swój sukces, ma sam wydzierać, kawałek po kawałku, wiedzę i, broń Boże, z nikim się nią nie dzielić. A po ostatecznym zwycięstwie ma sam świętować, bo na dyplomie łatwiej wpisać jedno nazwisko niż dwadzieścia…




W NASTĘPNYM WPISIE: Polski uczeń-samotnik.

poniedziałek, 2 lipca 2018

WPIS#2B: KONKURSY, CZYLI JEDNAK JAKIEŚ PLUSY MUSZĄ BYĆ

Jak to zwykle bywa, świat nie jest czarno-biały, a wszystko ma swoje wady i zalety. Tak jest i z konkursami. Chociaż z poprzedniego wpisu wynika, że jest źle, a może być tylko gorzej, to jednak w uczniowskiej rywalizacji można znaleźć też dobre strony.
Dla starszych jest to oczywiście możliwość sprawdzenia się, zobaczenia, w jakim stopniu opanowało się materiał, a może wiedza wykracza poza podstawę programową? To zawsze jest miłe, mieć świadomość, że wie się więcej. Dla młodszych z kolei konkurs może być okazją do znalezienia własnego ja, odkrycia pasji, przetarcia pierwszych szlaków w ścieżce życiowej. Kto wie, może jakieś pytanie konkursowe natchnie zawodnika do wybrania takiego, a nie innego profilu w liceum?
Liceum, właśnie. Są konkursy, które dają przepustkę do każdego, wybranego przez ich laureata, liceum. Są też i takie, dzięki którym dostaje się wstęp na dowolną uczelnię. Przy dzisiejszej konkurencji jest o co walczyć, a i stresu jest mniej, jeśli się wie, że choćby nie wiem co, miejsce w wymarzonej szkole się znajdzie.
Od startujących nierzadko wymaga się wystąpienia przed publicznością, stworzenia dłuższej wypowiedzi ustnej czy zaprezentowania jakiegoś tematu. To nie tylko szykuje do matury ustnej, do której nie zawsze jest czas przygotować się na lekcji, ale i pozwala na oswojenie się z sytuacją przedstawiania czegoś, uczy obycia ze sceną i zwiększa pewność siebie – zwłaszcza, że na końcu czeka nagroda.
Konkursy często są więc odskocznią od typowego, szkolnego dnia. A to trzeba coś przygotować, a to przedstawić, nie zawsze chodzi o proste rozwiązanie testu. Zwłaszcza zawody drużynowe mogą okazać się świetną zabawą, pomysłem na projekt, który później, już w szkole z nauczycielem, będzie można rozwinąć. Dowiedzieć się czegoś, nauczyć się samemu zdobywać wiedzę, szukać jej źródeł. To otwiera na świat, poszerza horyzonty, po prostu, rozwija.


W NASTĘPNYM WPISIE: Projekt gimnazjalny

poniedziałek, 25 czerwca 2018

WPIS#2A: KONKURSY, CZYLI PO CO TO KOMU

            Każde dziecko w wieku szkolnym prędzej czy później styka się z konkursem. Może koleżanka czy kolega zajęli jakieś promowane miejsce, może nauczyciel zaproponował samemu spróbować swoich sił. Atrakcyjne nagrody i wizja sławy kuszą, rodzina i grono pedagogiczne naciskają, żeby chociaż zobaczyć, jak to jest, a nuż się uda. Gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się myśl o ocenach: taka dodatkowa, za udział w konkursie, piątka czy szóstka na pewno by się przydała. Po jednym takim spróbowaniu, jednym uczestnictwie w rywalizacji, pojawiają się kolejne okazje, może tym razem coś z tego wyniknie, dlaczego by nie, warto próbować. Jednak czy ta nakręcająca się spirala konkursów, to ciągłe sprawdzanie, czy następnym razem pójdzie lepiej, czy nawet tylko jednorazowe skuszenie się na rywalizację przekłada się na rozwój ucznia? Albo, przynajmniej, na jego wiedzę i umiejętności? Czy rzeczywiście kolejny konkurs ułatwi mu przeżycie szkolnych lat? Niekoniecznie…
            Rzeczywiście, często zdarza się, że jeden turniej ciągnie za sobą następny, ten następny kolejny, i tak dalej, przez cały rok szkolny, a niejednokrotnie i całą szkołę albo aż do matury. Kończy się tak, że czasu, który można poświęcić na do niczego niezobowiązującą naukę (poza zaliczeniem przedmiotu i przechodzenie z klasy do klasy, oczywiście), jest coraz mniej. Co więcej, kiedy uczy się do konkursu, wydaje się, że jest to coś znacznie ciekawszego, ważniejszego od samej podstawy programowej – w końcu za doskonale przyswojonym materiałem kryje się nie tylko dobra ocena, ale i jakaś rzeczowa nagroda, może i artykuł w gazecie ze zdjęciem jubilata, słowem, jest o co walczyć. Czas posuchy więc, ten bez rywalizacji w perspektywie kilku dni czy tygodni, traktuje się jak przerwę, niesatysfakcjonującą chwilę odpoczynku. Zatem konkursy mogą, paradoksalnie, obniżyć poziom opanowanego materiału z podstawy programowej. Ważniejsze staje się to, co poza tę podstawę wykracza, co daje możliwość zaistnienia chociażby na chwilę w większym świecie.
            Sam konkurs też jest przedsięwzięciem czasochłonnym. Pierwszy etap zazwyczaj wymaga nie pójścia na jedną czy dwie lekcje, co traktuje się z przymrużeniem oka, to przecież ku chwale szkoły (i ucznia). W efekcie na następne zajęcia dziecko przychodzi nieprzygotowane, a nawet jeśli się przygotowało, to musiało na to poświęcić swój czas w domu. Poza zadaniami domowymi, których zawsze jest dużo do odrobienia, trzeba było jeszcze nadrobić zaległości, chociaż w szkole się było. Właśnie, sama perspektywa ominięcia jakiejś nieprzyjemnej lekcji jest tak pociągająca, że uczniowie do konkursów zgłaszają się po to, by legalnie wagarować. Ale na razie o czasie. Na następny etap trzeba dojechać do innej szkoły, albo i do innego miasta, na kolejny jeszcze dalej, coraz więcej lekcji się traci. Po to, by się okazało, że do podium zabrakło jednego punktu. Albo i dobrze, jest to pierwsze miejsce. Tylko że ten akurat konkurs nie pomoże w dostaniu się do liceum czy na studia, to taki zwyczajny konkurs, ot, taki do sprawdzenia się.
            Tylko co to za sprawdzenie się? W liceum, jasna sprawa, uczeń klasy matematyczno-fizycznej bierze udział w konkursach ścisłych, uczeń klasy humanistycznej jest tak biegły w sprawie lektur czy gramatyki, albo historii, że bez najmniejszego problemu poradzi sobie z konkursami z jego działki, uczeń klasy biologiczno-chemicznej również nie powinien uskarżać się na konkursy przyrodnicze. Trochę to podkoloryzowane, bo przecież tylko prymusi mają całą wiedzę w małym paluszku i mogą myśleć nie o zaliczeniu przedmiotu, a o chwaleniu się swoją wiedzą. Ale dobrze, podstawy do startowania są. A podstawówka? Dzieci z podstawówki nawet, jeśli wiedzą, co chcą robić w przyszłości, to raczej tych obietnic nie spełniają. To tylko marzenia na godzinę wychowawczą, żeby nie mówić zawsze, że nie wiem. Dla nich, przy podstawowym, jak z samej nazwy szkoły wynika, poznaniu świata, trudno jest się wybić, skoro jeszcze w niczym tak ewidentnie nie błyszczą.
            Nauczyciele bardzo chcą, żeby w każdej klasie znalazły się osoby szczególnie uzdolnione w każdym z przedmiotów, naciskają więc, by brać udział w konkursach. Potrzebują wyników do własnych rankingów. Problem polega raczej na tym, że wspaniała pisarka od konkursów literackich może skończyć w korporacji, a wielki malarz w laboratorium chemicznym. Te sukcesy nie mają żadnego przełożenia na przyszłość dzieci. Gdyby potraktować je jako zabawę, rywalizację jako okazję do prostego sprawdzenia się, wyjazdy jako szansę na poznanie nowych ludzi, nie byłoby w tym nic złego. Ale z punktu widzenia nauczycieli, jakby nie patrzeć, opiekunów uczniów na konkursach, ta rywalizacja nie jest zabawą. To pole bitwy, walka o uznanie dyrektora, kuratorium, ministerstwa. W tym wszystkim dobro dzieci gdzieś się gubi.

W NASTĘPNYM WPISIE: Konkursy, czyli jednak jakieś plusy muszą być

środa, 20 czerwca 2018

WPIS#1: SZKOŁA WSPIERAJĄCA UZDOLNIENIA

            Wiele szkół szczyci się tytułem wspierającej uzdolnienia, zwłaszcza podstawówki. Gdzieś na korytarzu musi się znaleźć miejsce na plakat czy chociażby prosty napis: tu wspieramy talenty dzieci. Szkoła bliska uczniom, szkoła rozwijająca pasje, aktywna szkoła, to slogany często goszczące w przestrzeni placówek edukacyjnych. Czy jednak są rzeczywiście realizowane? Czy w szkołach dzieci naprawdę mogą się rozwijać w obranym przez siebie kierunku? Czy mogą poświęcać czas na szlifowanie ulubionych umiejętności? Zdania są podzielone.
            Młodzi artyści, początkujący sportowcy, mali naukowcy, wszyscy oni mogliby powiedzieć, że tak, ich szkoła wspiera uzdolnienia. W końcu mogą występować na forum klasy czy nawet kilku klas. Rozpoczęcia i zakończenia roku, dni wiosny i jesieni, święta i dni całkiem zwyczajne to okazje do zorganizowania imprezy, pokazu talentów czy koncertu lub wystawy prac uczniów. Można się popisać przed kolegami ze szkolnych ławek, pokazać nietypowe zainteresowania, po prostu pochwalić się. Co bardziej przedsiębiorczy dostaną za to jeszcze ocenę z adekwatnego przedmiotu.
            Drugą okazją do zaprezentowania się przed szerszą publicznością są oczywiście konkursy. Dość zgłosić się do odpowiedniego nauczyciela, a ten już znajdzie setki możliwości, by poszczycić się wychowankiem. Na zwycięzców czekają atrakcyjne nagrody, a w przypadku konkursów artystycznych zdarza się również, że część prac jest publikowana. Nic, tylko startować, starać się, poświęcać swój czas na przechodzenie przez kolejne etapy.
            Czasem okazuje się, że współzawodnictwo ma jeszcze jedną, niepodważalną zaletę: wstęp do wybranej szkoły na następnym poziomie edukacyjnym. I znowu zaczyna się jeżdżenie po kraju i świecie i trzymanie kciuków za powodzenie. Przy dużej konkurencji taka przepustka to prawdziwy skarb.
            Ci sami artyści, sportowcy, mali naukowcy, albo ich rodzice, mogą też jednak powiedzieć, że za te wszystkie zajęcia dodatkowe, pozwalające potem na zapierające dech w piersiach popisy i wygrywanie konkursów, płacą oni sami, z własnej kieszeni. Tu szkoła nie pomaga. Szkoła umywa ręce do czasu, gdy pasja okaże się naprawdę dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Wtedy może zacząć się utalentowanym uczniem chwalić, oczywiście, bez ponoszenia żadnych kosztów.
            Koszty prędzej czy później ponosi samo dziecko. Bo nagle okazuje się, że nie starcza już czasu na naukę, na zadania domowe, a co dopiero na odpoczynek. Nagle okazuje się, że trzeba pracować od rana do wieczora, jeśli chce się dalej trenować i utrzymać oceny na jako takim poziomie. Najgorzej mają ci ambitni, ci, którzy chcą być najlepsi i w szkole, i w swoich uzdolnieniach. Oni płacą największą cenę za swoje promowane w szkole talenty. Szkoła eksploatuje ich, ale, niestety, nic z tego nie wynika.

W NASTĘPNYM WPISIE: Konkursy, czyli po co to komu?