Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 marca 2019

WPIS#35: DLACZEGO BEZ PODRĘCZNIKA SIĘ NIE DA, CZYLI NOWOCZESNA NAUKA W POLSKIEJ SZKOLE

           Mamy XXI wiek, więc w klasach obowiązkowo musi być komputer i rzutnik. W końcu do dzisiejszej młodzieży bardziej trafiają kolorowe obrazki niż suchy tekst w podręczniku, nieprawdaż? Poza tym, to zawsze jakieś uzupełnienie lekcji, nie trzeba wszystkiego pisać na tablicy, można po prostu wyświetlić. I uczniom się podoba, rzeczywiście, łatwiej jest notować, gdy treści są przekazywane ustnie, ale i napisane. I na zdjęciach do szkolnej kroniki dobrze wygląda, można zaprzeczyć twierdzeniu, jakoby polska szkoła tkwiła w średniowieczu.
            Problemów jest kilka, zacznijmy więc od samego początku. Komputer i rzutnik – mamy. Konieczny jest też ekran do tego rzutnika. Zazwyczaj umieszczony nad tablicą, tak, że rozwijając go, zasłaniamy w najlepszym wypadku połowę tablicy. Albo albo. Nie można jednocześnie pisać i wyświetlać. Z drugiej strony, takie rozwiązanie przydaje się na matematyce – u mnie w liceum, gdy zajmowaliśmy się funkcjami, nauczycielka wyświetlała wprost na tablicy układy współrzędnych, do których trzeba było tylko dorysować wykresy. Przydatne. Zwłaszcza, że projektanci sal rzadko kiedy myślą o tym, że na matematyce przydałaby się tablica w kratkę. Standardem są białe, czyste, więc takie będą we wszystkich klasach – to pewnie jeszcze pozostałość po tradycyjnych tablicach. Chociaż i wśród tych na kredę były i takie z kratkami…
            Sprawa druga – kolorowe obrazki. Niestety, ponieważ nauczyciele nie mają zazwyczaj przygotowania psychologicznego i pedagogicznego, nie wiedzą, że w istocie, kolorowe obrazki łatwiej trafiają do mózgu – nie tylko nastoletniego, ale w ogóle ludzkiego. Do szkół idą absolwenci najróżniejszych kierunków, w których programach nie przewidziano uczenia o tym, jak… uczyć. Tego dowiadują się bodaj tylko studenci pedagogiki. A jakże łatwiej jest przekazywać wiedzę, gdy wie się, jak to robić, gdy zna się sprawdzone sposoby, gdy rozumie się pracę ludzkiego umysłu. Psychologia pracuje nad tym od dawna, a żeby znaleźć cokolwiek, coś na start przed rozpoczęciem kursu, wystarczy poszukać w Internecie.
            Trzecia sprawa: przecież te nudne, zapisane gęsto podręczniki, od których nauczyciele uciekają, zaprzęgając do pracy rzutnik, już nie istnieją! Zastąpiły je przyjazne dla oka książki z fotografiami, kolorowymi schematami, wytłuszczeniami, podkreśleniami, kursywami,  mapami myśli, podsumowaniami na koniec rozdziału, przykładami rozwiązań zadań… Zdarzają się nawet ciekawe grafiki. Praca z takim podręcznikiem to, wydawałoby się, sama przyjemność.
            Może i tak – w czasie nudnej lekcji przeglądanie ich to często jedyny ratunek dla ucznia. Jednak ogrom informacji zmieszczonych na jednej stronie jest, przy bliższym zapoznaniu się z tematem, przytłaczający. Tu tekst, tu definicja w ramce, tu podpis do obrazka, tu mapa myśli, tu pytanie, tu odpowiedź… co za dużo, to niezdrowo. Uczeń ma wszystko podane na tacy – mówią nauczyciele. Wyszczególnione najważniejsze informacje, potem jeszcze powtórzone w podsumowaniu i zadaniach sprawdzających – marzenie. Ale czy aby na pewno?
            Właśnie nie. Takie podręczniki nijak nie stymulują do samodzielnego poszukiwania informacji. Nie, zamieszczenie na końcu książek rozwijających dany temat czy postawienie nieoczywistych pytań w zadaniach nie wystarczy. Uczeń i tak tych książek nie przeczyta, a odpowiedzi na pytania znajdzie w Internecie. Nie nauczy się za to czytać ze zrozumieniem i notować. Jeśli wszystkie ważne kwestie ma podane na tacy, to po co rozumieć cały tekst? Jeśli w podręczniku są takie ładne grafiki, to po co samemu robić notatki? Przeczyta kilka razy przed sprawdzianem i wystarczy. A że sprawdzian to często gotowiec, to i pytania będą się odnosiły wprost do treści z podręcznika. Nie ma po co samemu pracować. Stara zasada Zakuj – Zdaj – Zapomnij jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            Niestety, żeby wyjść ze szkoły z jakąś wiedzą, żeby potem wykorzystać zdobyte informacje na studiach, trzeba się zaangażować. Trzeba zapamiętać na dłużej. Mnemotechniki istnieją od dawna – tylko nie w szkole. Uczeń w klasie nie usłyszy ani słowa na temat tego, jak właściwie nauczyć się do sprawdzianu – co najwyżej tego, by przeczytać podręcznik. Tyle to wiedział sam.
            Problem czwarty: kiedy nauczyciel wyświetla coś na rzutniku, to zazwyczaj siedzi przy biurku, za komputerem. Nie widzi klasy zza monitora. Nie nawiązuje z uczniami relacji. Nie staje się dla nich autorytetem. Nie widzi, czy rozumieją, o czym mówi. Nie stymuluje do zadawania pytań. Nie kontroluje, czy uczniowie notują. Czy przynajmniej słuchają. Lekcja prowadzona w ten sposób nic nie daje. Nie mówiąc już o tym, że sprzęt jest zawodny. Nieraz zdarzało się, że pół zajęć traciłam, bo komputer się nie chciał włączyć, potem nie działał rzutnik, a nauczyciel koniecznie musiał coś wyświetlić. Technika jest fajna, nie przeczę. Ale może lepiej pozostać przy nauczaniu tradycyjnym, a za to czegokolwiek uczniów nauczyć? Zwłaszcza, że nauka mówi jasno: samo oglądanie i słuchanie nic nie da. Trzeba jeszcze notować. Wyświetlanie kolorowych obrazków nie jest więc tak skuteczne, jak by tego chcieli nauczyciele. To uczniowie powinni je rysować – jako uzupełnienie swoich notatek.
            Po piąte: zadowolenie uczniów. Cóż… to raczej kontrowersyjna sprawa. Nauczycielowi może się wydawać, że uczniowie są zainteresowani tematem. Tylko że potem przyjdzie sprawdzian i okaże się, że połowa go nie zaliczyła. Bo żeby dotrzeć do młodego umysłu, trzeba go jakoś zaangażować. Chociażby zadać pytanie. Albo pokazać śmieszny filmik, który zacznie im się kojarzyć z danym zagadnieniem. Albo kazać narysować na tablicy mapę myśli dla powtórzenia materiału. Sposobów jest wiele. Nauczyciele wolą wyświetlać prezentacje w Power Poincie. Albo, znacznie częściej… elektroniczną wersję podręcznika. Jakby uczniowie nie mieli książek przed nosem, na ławce.
            Sprawa ostatnia, kronika szkoły. Chodziłam do podstawówki, gimnazjum i liceum, wszystkie szkoły skończyłam ze świetnymi wynikami. Jakkolwiek związana czuję się tylko w liceum. Dlaczego? Popatrzmy na problem chronologicznie.
            Podstawówka. Nauczyciele wszystkich przedmiotów ciągali mnie i kilku innych uczniów na wszystkie możliwe konkursy, bo przecież „skoro jest dobra z matematyki, to będzie też dobra z przyrody i polskiego”. Coś tam rzeczywiście wygrałam, przez jakiś czas moje zdjęcie wisiało nawet w jakiejś gablocie zasłużonych, czy coś takiego. Wygrywałam konkursy z polskiego i przyrody, jednak wszyscy ciągle twierdzili, że przoduję w matematyce. Podstawówkę wspominam więc jako pasmo konkursów matematycznych, na których większości zadań nie potrafiłam rozwiązać. Pamiętam też jeszcze jedno: rysowanie liści na przyrodzie. Oczywiście nie wyszliśmy w tym celu na dwór, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda, ale za to rysowaliśmy. A nie mówiłam, że rysowanie jest ważne?
            Gimnazjum. Byłam w klasie matematyczno-informatycznej, do której trafiło sporo osób z regionu, poziom był raczej słaby. Na matematyce rozwiązywałam zadania szybciej niż inni, bo były proste. Wniosek? Jesteś dobra z matematyki – idź na konkurs. I znowu to samo, niechodzenie na lekcje, żeby siedzieć na konkursie i patrzeć na zadania, których i tak nie umiem rozwiązać. Pamiętam też, że na biologii nauczycielka stawała na środku z podręcznikiem w ręku i czytała zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, a my mieliśmy zapisywać każde jej słowo. Gdy teraz czytam podstawę programową z biologii, żeby napisać tutaj post, nie kojarzę absolutnie nic. Za to z etyki pamiętam więcej. Do zeszytu przy każdym temacie wklejałam pasującą do poruszanych kwestii piosenkę – i teraz, gdy ich słucham, przypominam sobie, o czym rozmawialiśmy na lekcjach.
            Liceum. Klasa matematyczno-fizyczna, poziom lepszy, niż w gimnazjum, bo nie ma rejonizacji. Byłam raczej średnia i miałam już wyrobione własne zdanie na temat tego, co chcę, a czego nie chcę robić. Nawet, jeśli nauczyciele usilnie przekonywali mnie do udziału w konkursie, nie zapisywałam się. Za to pilnie notowałam na lekcjach, powoli odkrywałam, jak powinny wyglądać dobre notatki, uczyłam się z nich, rozwiązywałam zadania, stawiałam pytania, szukałam na nie odpowiedzi – w książkach, nie w Internecie. To raz. A dwa – kadra szkoły podchodziła do ucznia jak do człowieka. Nie chcesz brać udziału w konkursie – nie bierz. Na korytarzach stoją kanapy i fotele, by można było odpocząć w czasie przerw, w takich „kącikach” są półki z książkami, stoliki do nauki i kontakty, żeby podładować telefon. W jednym „kąciku” jest nawet dywan i kwiaty! Kiedy trzeba było pomalować szkołę, uczniowie zostali zaproszeni do pomocy – przyjdziesz malować w czasie ferii, dostaniesz piątkę z wuefu. Potem każdy chwalił się, który kawałek ściany własnoręcznie pomalował.
            Z tych trzech szkół kronika tylko jednej jest prawdziwa. Tylko jedna kronika pokazuje, że uczniowie czują się dobrze w szkole, że są traktowani jak ludzie, że mogą mieć własne zdanie, że mogą decydować o sobie i o swoim najbliższym otoczeniu, że mają prawa. I nie ma znaczenia, jak wyglądają zdjęcia w tej kronice – liczy się to, że pokazują prawdę.



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak łatwo jest przylepić łatkę, czyli o ocenianiu w polskiej szkole

poniedziałek, 18 lutego 2019

WPIS#33: NA PRZYSZŁY TYDZIEŃ NAUCZCIE SIĘ WIERSZA, CZYLI ROLA NAUCZYCIELA W ZAPAMIĘTYWANIU


            Nauczycielom bardzo łatwo jest powiedzieć: Naucz się tego i tego. Już od pierwszych klas podstawówki zarzucają ucznia informacjami do wykucia na pamięć. A to wierszyk, a to piosenka, a to definicja, a to tabliczka mnożenia. Z tym ostatnim jeszcze nie jest najgorzej, trochę się w klasie, przy rozwiązywaniu zadań, nauczyć można. Ale pozostałe? Przecież tego trzeba się nauczyć samodzielnie, w domu przeczytać kilka razy i będzie. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak trudno jest coś wykuć, nie znając żadnych skutecznych metod pamięciowych.
            Nie, czytanie nie jest skuteczne, zwłaszcza do nauki słowo w słowo. Nijak nie zmusza do analizowania czytanego tekstu, nie wymaga rozumienia tego, co się czyta, nie daje nawet gwarancji, że treść rzeczywiście trafia do mózgu, a nie że jest to tylko bezmyślne wodzenie wzrokiem po literach.
            Psychologia dała ludzkości wiele metod na efektywną i szybką naukę, jednak polska szkoła omija je szerokim łukiem. Dlaczego?
            Sama korzystam ze sposobów do pracy z dziećmi z dysleksją czy autyzmem, inspirując się przepastną skarbnicą wiedzy, jaką jest… tak, tak, Internet. Nie trzeba wcale czytać stosu nudnych książek, żeby dowiedzieć się, jak dotrzeć do mózgu.
            Metody do pracy z dziećmi z jakimikolwiek zaburzeniami opierają się na jednym: są angażujące. Oczy, uszy, usta, ręce, nogi, nieraz również nos i język. To może być dziwne, że, jako studentka, przy nauce układam puzzle, tworzę zdania z rozsypanek słownych, słowa z powycinanych liter, rysuję, koloruję, bawię się kolorami, dużo mówię na głos, nucę, układam melodię do słów definicji, wymyślam skróty do zapamiętania całych zdań w konkretnej kolejności, wycinam, przyklejam, lepię z plasteliny, przekładam kartki z jednego pudełka do drugiego, chodzę, skaczę, spaceruję, patrzę z góry, z dołu, na wprost, oglądam filmy, czytam książki. A jednak, z takim podejściem zaliczyłam pierwszy semestr z samymi piątkami i, co ważniejsze, z wiedzą w głowie. Nie, nie wyparowała zaraz po egzaminie.
            To wszystko z powodzeniem można robić w klasie. Co za problem przy nauce alfabetu dać dzieciom plastelinę, niech lepią literki, zamiast marnować papier, przepisując w nieskończoność Aa, Aa, Aa, Aa… Zwariować można od tych A. Co za problem przy nauce wiersza pociąć go tak, by na każdym kawałku papieru był jeden wers, i kazać dzieciom układać te kawałki w odpowiedniej kolejności. Co za problem przy nauce czasowników nieregularnych na angielski stworzyć z uczniami kategorie – te czasowniki we wszystkich formach wyglądają tak samo, te są takie same tylko czasami, w tych „d” wymienia się na „t”… Co za problem pociąć tabliczkę mnożenia i kazać dzieciom ją prawidłowo ułożyć. Co za problem odgrywać scenki na podstawie lektur i w ten sposób poznawać ich bohaterów.
            Żaden problem. Świadczą o tym chociażby nauczyciele, którzy rzeczywiście tak robią – nie tylko w czasie lekcji z uczniami z zaburzeniami. Nie dość, że uczniowie świetnie się bawią, dużo zapamiętują, lubią przychodzić na zajęcia, interesuje je, co wydarzy się na następnej lekcji, to jeszcze nauczyciel ma frajdę i sam może się czegoś nauczyć – wystarczy, że otworzy uszy na głos swoich uczniów.
            Pytanie, dlaczego wszystkie lekcje nie wyglądają w ten sposób. Polski system szkolnictwa charakteryzuje się tym, że dokładnie sprecyzowana jest tylko podstawa programowa – cała reszta zależy od inwencji twórczej nauczycieli i dyrektorów.
            Nie, problemem nie jest brak czasu. Jeśli nauczyciele współpracują między sobą i z dyrekcją, wszystko da się załatwić. W końcu, jak już dobrze wiemy, wiele treści pojawia się na różnych przedmiotach. Ot, słynny antyk – omawiany równolegle na historii, polskim, często również na muzyce, plastyce, wiedzy o kulturze, wiedzy o społeczeństwie… Albo ochrona środowiska – pojawia się na biologii i geografii w gimnazjum i w liceum. Naprawdę nie ma potrzeby omawiać tego dwa razy, bo pojawiają się absurdalne sytuacje typu: teraz mam biologię, rozmawiamy o ochronie środowiska. Na następnej lekcji będzie geografia i będziemy rozmawiać o ochronie środowiska. Jednocześnie oddychając trującym powietrzem. Brzmi świetnie.
            Problemem jest edukacja nauczycieli. Czy też jej brak.
            W polskim systemie nie ma żadnego problemu, żeby skończyć studia z, powiedzmy, matematyki, potem zrobić podyplomówki z fizyki i chemii i wszystkiego tego uczyć w szkole. Wszechstronny nauczyciel, interesuje się światem, zachwala dyrektor, cieszą się rodzice. W praktyce to wygląda tak, że nauczyciel, owszem, umie liczyć, ale niczego dobrze nie wytłumaczy, bo tego go na studiach nie uczyli. Potrafi na lekcji przeczytać na głos podręcznik z fizyki i podyktować notatkę. Chemię zawsze lubił, więc nawet zapisze na tablicy reakcję chemiczną. Tyle przecież wystarczy; każdy uczeń i tak musi mieć podręcznik, każdy ma też dostęp do Internetu, sprawdzi sobie najwyżej.
            Nie, nie sprawdzi. Skoro nauczyciel na lekcji prowadzi wykład, to znaczy, że poda wszelkie potrzebne informacje, a jeśli czegoś nie rozumiem, to znaczy, że muszę się wczytać w notatki, albo jestem po prostu za głupia, by dany temat pojąć.
            Wykład może być fascynujący, nie przeczę. Nie rozwiązuje on jednak podstawowego problemu: jak się tego wszystkiego nauczyć? Polski uczeń spędza przeciętnie siedem godzin w szkole. Potem ma zajęcia dodatkowe, korepetycje, szkołę muzyczną, lekcję w szkole języków obcych, trening… Rodzice dzieci nie oszczędzają, mają być wszechstronne, zdolne, zapracowane. Może więc chociaż szkoła je oszczędzi i zajmie się tym, do czego została stworzona, czyli nauczaniem. A nie tylko wskazywaniem, czego należy się nauczyć.



W NASTĘPNYM WPISIE: Okres w szkole

poniedziałek, 4 lutego 2019

WPIS#31: TESTOMANIA, CZYLI TOBIE PIĄTKA, TOBIE PAŁA

            Chyba w każdej szkole jest zapis, że sprawdzianów nie może być więcej, niż trzy w tygodniu. Ale wiadomo, Polak potrafi kombinować. Dlatego ta reguła nie obejmuje sprawdzianów z języków obcych (bo przecież tam w jednej grupie są osoby z różnych klas, NIEMOŻLIWOŚCIĄ byłoby tak ustalić termin, żeby wszystkim pasowało) i kartkówek. Kończy się tak, że w praktyce polski uczeń w jednym tygodniu ma trzy dozwolone statutem sprawdziany, test z angielskiego i jedną „dużą kartkówkę”, wyglądającą niemalże jak sprawdzian. Bo nauczyciel nie zdążył się wpisać do terminarza, ale w sumie materiału nie jest tak dużo, powiedzmy, że dacie radę napisać w pół godziny, oceny wpiszę jako kartkówki i wszyscy będą zadowoleni.
            Wszyscy, poza uczniami. W poprzednim wpisie pisałam, jak wygląda podstawa programowa z biologii i lekcje na tej podstawie oparte. Jeśli doliczyć do tego język polski, język angielski, drugi język obcy, matematykę, fizykę, chemię, geografię, wiedzę o społeczeństwie, historię, podstawy przedsiębiorczości, edukację o bezpieczeństwie, informatykę i wychowanie fizyczne (tak, z tego też są sprawdziany), a takie przedmioty realizuje się w pierwszej liceum, to robi się naprawdę ciekawie.
            Z punktu widzenia nauczycieli też nie jest ciekawie. Zostańmy przy tym liceum. Załóżmy, że jeden nauczyciel ma w każdym roczniku jedną klasę z rozszerzeniem. Rozszerzenia zazwyczaj zaczynają się w drugiej klasie i pędzi się wtedy tak z materiałem, że sprawdziany są co trzy tygodnie. Do tego kilka klas pierwszych, nierozszerzających danego przedmiotu. Czyli takich, które trzeba tylko przepchnąć, wystawić pozytywną ocenę na koniec roku i pożegnać się na zawsze. Tutaj sprawdziany są rzadsze, bo lekcja jest tylko raz w tygodniu; niech będzie, że przerobienie materiału zajmuje sześć tygodni. Wszyscy startują w tym samym momencie, więc mniej więcej co sześć tygodni przeciętny nauczyciel MUSI przygotować zadania dostosowane do poziomu realizowanego przez poszczególne klasy, MUSI je sprawdzić w ciągu statutowych dwóch czy trzech tygodni, MUSI przewidzieć czas na poprawę, MUSI przygotować zadania na poprawę, MUSI sprawdzić poprawę. Na koniec okazuje się, że już trzeba szykować następne testy. A poza tym, to przecież za pół roku będzie matura, przydałoby się jakiś próbny egzamin przeprowadzić. Dobrze, że ułożeniem zadań zajmują się wydawnictwa, jeden punkt z listy do odhaczenia mniej. Ale nikt za nauczyciela tych próbnych matur nie sprawdzi. Znowu robota. Co więcej, trzeba jeszcze wesprzeć tych najbardziej uzdolnionych, przygotować ich do konkursów, zaproponować zajęcia dodatkowe. A dla tych słabszych? Jakieś konsultacje do wytłumaczenia bieżących zagadnień też by się przydały. Kiedyś trzeba też przygotować się do lekcji…
            Już chyba nie dziwi, dlaczego zajęcia w polskiej szkole wyglądają, jak wyglądają. Nauczyciel ZAWSZE ma kupkę sprawdzianów do sprawdzenia, na horyzoncie matury, jeszcze więcej sprawdzania… a tutaj siedzi klasa pierwsza, zupełnie danym przedmiotem niezainteresowana. No to przeczytajcie sobie podręcznik, zróbcie ćwiczenia, ja je potem sprawdzę (!) i wystawię oceny za pracę na lekcji. Dobrze, że w wersji dla nauczyciela w zeszytach ćwiczeń są odpowiedzi, wystarczy tylko porównać, zaznaczyć błędy, podliczyć punkty… O, to może by tak skorzystać i z gotowych sprawdzianów? W końcu wydawnictwo jest sprawdzone, zadania robią ciekawe, a i uczniowie będą zadowoleni, bo to test ABCD, można strzelać. Lepiej przecież się zająć rozszerzeniami, niż marnować czas na pierwsze klasy, prawda?
            Potem się okazuje, że te testy zamknięte przyjemnie się sprawdza, szybko, nie trzeba się zastanawiać, czy można uznać taką odpowiedź, czy jednak za bardzo odbiega od klucza… I nauczyciel zaczyna dawać gotowce i rozszerzeniom. Tu co prawda zdarzają się jakieś zadania otwarte, wzięte prosto z matur z poprzednich lat, bo przecież „i tak żaden uczeń ich nie przegląda”.
            Jest więc więcej czasu na szykowanie się do lekcji. Ale po co marnować energię na pierwsze klasy, skoro one i tak chcą tylko zaliczyć przedmiot i mieć z głowy? Lepiej zająć się rozszerzeniem. Ferie idą, dobrze byłoby zrobić im jakąś listę zadań, żeby się nie nudzili, głupot nie robili…
            W moim liceum byli nauczyciele, którzy sami robili sprawdziany, przygotowywali się do lekcji, organizowali zajęcia dodatkowe i… ledwo trzymali się na nogach, bo spali po kilka godzin, żeby z tym wszystkim zdążyć. A skoro oni mogą spać po kilka godzin, to i uczniowie też, przecież są młodzi i pełni energii. Nikt nie patrzył na to, że akurat w okresie dojrzewania sen jest niezwykle potrzebny. A już na pewno nikt nie pomyślał o tym, że właśnie we śnie mózg analizuje wszystko to, czego się nauczył (polecam spróbować powtórzyć sobie to, czego się nauczyliśmy w ciągu dnia, tuż przed snem. Rano się obudzicie i wszystko będziecie pamiętać!).
            Tylko kogo ten biedny uczeń obchodzi, skoro to jest tylko numerek w dzienniku, rocznik ten i ten, klasa taka i taka. Przyszedł i zaraz pójdzie, jak miliony przed nim i za nim. Po co przejmować się jednostką, skoro przerób idzie w setki tysięcy? Co roku setki tysięcy kończą szkołę – co wśród nich znaczy jeden Kowalski?
            Jeden Kowalski ma chodzić na lekcje, siedzieć cicho, gdy pani mówi, nauczyć się na sprawdzian i najlepiej zdać go w pierwszym terminie, żeby nie robić pani problemów. A pasje niech rozwija, jak już będzie dorosły, o ile będzie miał na to czas. Bo porządny Polak musi być zapracowany, czy ma trzynaście, czy trzydzieści lat. I niezadowolony, żeby było na co narzekać.
            Najlepsze jest to, że na uczciwej edukacji skorzystaliby wszyscy. Wyobraźmy sobie piętnastoosobowe klasy, gdzie wszyscy siedzą przy jednym stole, nauczyciel razem z uczniami, i rozmawiają, powiedzmy, o globalnym ociepleniu. Jednocześnie uczą się co nieco biologii (wpływ ocieplenia na człowieka), geografii (wpływ ocieplenia na klimat), chemii i fizyki (co tworzy dziurę ozonową i jak temu zapobiec), wiedzy o społeczeństwie (bo można analizować, co w tej kwestii proponują politycy różnych partii). I może języka polskiego, bo mamy dyskusję, naukę tworzenia argumentów popartych przykładami. I języki obce mogą być, bo ekologia to przecież nie jest tylko polski problem, można czytać artykuły z gazet z różnych krajów. I podstaw przedsiębiorczości z matematyką, bo ktoś przecież musi policzyć, ile by kosztowały te wszystkie nowoczesne rozwiązania (i kto ma za to zapłacić). I edukacji dla bezpieczeństwa, to jest co robić, by nie truć smogiem. I informatyki, bo można zrobić chociażby prezentację na szkolny apel dotyczący ekologii (albo popatrzeć, jak działają ekologiczne organizacje). I historii, bo można porównać sytuację w Londynie w latach 50. XX wieku z sytuacją dzisiaj. I wuefu, bo można promować chodzenie piechotę czy jeżdżenie na rowerze zamiast samochodem.
            Mamy więc zaangażowanie WSZYSTKICH nauczycieli. Co więcej, uczniów też, bo znacznie ciekawsze jest rozwiązywanie bieżących problemów niż słuchanie wykładu o kompostownikach. To już nie jest tylko nauka. To jest fabryka pomysłów. Gdyby połączyć siły wszystkich klas w danej szkole, wszystkich szkół w danym mieście, wszystkich miast w województwie, wszystkich województw w kraju… Polska edukacja uwielbia konkursy, więc można by było zrobić konkurs na najlepszy projekt, nagrodzona szkoła miałaby stworzyć wieloletni plan naprawy problemu, dostałaby do współpracy ekspertów…
            To jest możliwe. Wystarczyłoby tylko odejść od testowania i otworzyć się na głos pojedynczego Kowalskiego. Bo to, że nauczyciel skończył studia, nie znaczy, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. A tak – porozmawiałby z młodymi ludźmi, poznałby ich, zintegrowałby się z nimi i z całym gronem pedagogicznym. Aż żal byłoby opuszczać taką szkołę.


W NASTĘPNYM WPISIE: BUW dla Sów, czyli o tym, jak polska edukacja sama zapędziła się w ślepy zaułek

poniedziałek, 3 grudnia 2018

WPIS#22: DLACZEGO SZKOŁA UCZY NIE TEGO, CO POWINNA, CZYLI JAK POLSKI UCZEŃ MA SIĘ ODNALEŹĆ W ŚWIECIE XXI WIEKU

            Uczeń przedstawia, uczeń analizuje, uczeń znajduje, uczeń rozpoznaje, uczeń wskazuje, uczeń znajduje, uczeń uwzględnia, uczeń interpretuje, uczeń dostrzega, uczeń różnicuje, uczeń omawia, uczeń przestrzega, uczeń stosuje, uczeń wykorzystuje, uczeń czyta, uczeń porównuje, uczeń korzysta, uczeń sporządza, uczeń prezentuje, uczeń określa, uczeń konfrontuje, uczeń wygłasza, uczeń operuje – to z podstawy programowej z języka polskiego. Podobnie jest w podstawach i z innych przedmiotów. Mam dwa pytania: 1) czy uczeń jest robotem? i 2) czy nauczyciel jest idiotą?
            1) Uczeń robi to, robi tamto, wie to, zna śramto. Potrafi zaznaczyć odpowiednią literkę w zadaniach testowych, czasem coś policzy, może uda mu się napisać ze trzy zdania na taki czy inny temat. Ma głowę wypełnioną budowami pantofelków i ameb, funkcjami narządów wewnętrznych, chorobami tych narządów, metodami kompostowania i rodzajami fermentacji, najwyższymi szczytami i najgłębszymi jeziorami, rodzajami gleby, cechami klimatu podzwrotnikowego, wzorami kwasów karboksylowych, alkoholi, węglowodorów, schematami najważniejszych reakcji chemicznych i wnioskami z tychże, kolorami fenoloftaleiny i papierków wskaźnikowych, wzorami na prędkość, przyspieszenie grawitacyjne, indukcję elektromagnetyczną, liczbą elektronów w atomie, budową bomby jądrowej i elektrowni atomowej, datami, kto, kiedy, gdzie i z kim podpisywał pakt/wygrywał/przegrywał/zrywał pakt, nazwiskami i złotymi myślami, słówkami po angielsku/niemiecku/rosyjsku/francusku/hiszpańsku typu „naczynie żaroodporne”, „chlorek sodu”, „biały karzeł”, „bratek” (przy czym często nie wie, jak ten ostatni wygląda, bo widział tylko zdjęcie w podręczniku od biologii), wzorami na miejsce zerowe funkcji takiej czy takiej, graniastosłupami prostymi, konstrukcją kątów, wykresami zdania złożonego i prostego, prometeizmem, mesjanizmem, chłopomanią, martyrologią, filistrami, motywami miasta, miłości, śmierci, Mickiewiczami, Słowackimi i Wyspiańskimi. Ludzie. Żyjemy w XXI wieku. Większość tych informacji, jeśli nie wszystkie, można znaleźć w Internecie, a w szkole zająć się czymś poważnym. Tylko że
            2) Ministerstwo Edukacji Narodowej uważa, że nauczyciele są debilami i nie potrafią sami zaplanować pracy z uczniami. Stąd poziom szczegółowości podstawy programowej. Masz, durniu, przerobić to, to i to, zrobić sprawdzian, wystawić oceny i przepchnąć wszystkich do następnej klasy, bo już kolejny rocznik czeka. To jedna rzecz. A druga jest taka, że łatwiej jest manipulować ludźmi sfrustrowanymi, przepracowanymi, przeładowanymi materiałem. W szkole dotyczy to zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Bo uczeń musi się nauczyć, żeby dobrze zdać egzamin i dostać się do liceum/na studia, a nauczyciel musi mu wszystko wtłoczyć do głowy, żeby nikt się go nie czepiał, że zaniedbuje swoje obowiązki. Kończy się tak, że zadowolona jest tylko Minister Edukacji.
            A jest naprawdę mnóstwo ciekawszych tematów do poruszenia na lekcji. I nie tylko poruszenia. Bo na przykład w pierwszej klasie liceum równocześnie na biologii i geografii uczymy się o ochronie środowiska. W klasie. Przy szczelnie zamkniętych oknach z powodu smogu.
            Byłam w Rosji na wymianie, miałam okazję z bliska przyjrzeć się ich systemowi edukacji. I co oni robią, żeby nauczyć młodych ludzi dbać o środowisko? Sadzą drzewka i kwiaty dookoła szkoły, budują kompostownik, wspólnie troszczą się o swoje otoczenie. Polski uczeń wie, jak oczyszcza się ścieki, a równocześnie „rocznie zużywa średnio 400 reklamówek, 60 kg papieru i 50 puszek” (dane za http://gazetaolsztynska.pl/498356,Rocznie-zuzywamy-kilkaset-miliardow-plastikowych-butelek-a-ma-byc-jeszcze-gorzej-VIDEO.html), o plastiku nie wspominając.
            To było porównanie z Rosją. A co by się okazało, gdyby spojrzeć na Europę Zachodnią…? Nawet nie mamy co spoglądać w tamtą stronę – przynajmniej w kwestii obecnego poziomu edukacji. Bo świecić przykładem nam mogą. Gorzej, że na razie tylko świecą.



W NASTĘPNYM WPISIE: Tęczowa szkoła, czyli homoseksualizm nie istnieje?