Kiedy próbuje się narzekać
na nauczycieli, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „Przecież to jednostkowy
przypadek”, „Wiadomo, że nie każdy nauczyciel jest świetny w swoim zawodzie”, „Są
nauczyciele genialni i nauczyciele słabi”, „Nie można mieć wszystkiego”.
Wszystko to prawda – spotkałam na swej drodze i wspaniałych pedagogów, i
takich, którzy w ogóle nie powinni uczyć. Martwią mnie jednak liczby – bo tych świetnych
nauczycieli naliczyłam się na mojej drodze pięciu. Pozostałych jest około dziewięć
razy więcej. Jak to możliwe?
Oczywiście, nie
można narzekać na samych nauczycieli – rozumiem, jak trudną, wymagającą i niedocenianą
pracę wykonują. W końcu i ci słabi nauczyciele czegoś mnie nauczyli – tego, co
przewiduje podstawa programowa, chociażby. Wiem już też, jak wykorzystywać czas
na nudnych lekcjach (uczyć się do czegoś innego), umiem szybko notować (dzięki
nauczycielom czytającym na głos podręcznik i każącym uczniom wszystko, co
przeczytają, zapisywać), wreszcie, zrobiłam sobie ranking metod nauczania – już
wiem, co robić, a czego nie, gdy sama będę nauczycielką. Po przeanalizowaniu
tego rankingu można wysunąć jeden wniosek: większość nauczycieli prowadzi
lekcję w dokładnie ten sam sposób. Kreatywności brak. I, co ważniejsze, wolnej
ręki.
Bo tak naprawdę winni
są nie nauczyciele – winny jest sam system edukacji. System, który narzuca
przerobienie szczegółowej podstawy programowej w zaledwie 12 lat. Jakbym
chciała się wszystkiego tego nauczyć, zrozumieć to i zapamiętać na całe życie,
musiałabym poświęcić co najmniej dwa razy więcej czasu!
Ale zacznijmy od
początku. Na studia idą absolwenci polskiej szkoły – nauczeni odtwórczej pracy,
bezmyślnego słuchania nauczycieli, wykonywania zleconych zadań i niezadawania
niewygodnych pytań, oraz, o zgrozo, wyłączania myślenia w kluczowych momentach
(na przykład na egzaminach, gdzie ważniejsze jest trafienie w klucz niż
wykazanie się kreatywnym i logicznym rozumowaniem). Przez kilka lat uczą się w
podobnych jak w szkole warunkach – słuchają wykładowców, czasem coś zanotują,
tuż przed sesją zakują, zdadzą, potem zapomną, jako tako napiszą pracę dyplomową
i zaczną rozglądać się za pracą. Tak się akurat zdarzy, że nigdzie nie będzie
wolnych wakatów, akurat nikt po tym konkretnym kierunku nie będzie potrzebny.
Cóż, nie ma co załamywać rąk, zawsze można zrobić kurs, zostać nauczycielem. Kurs
jest krótki, ale intensywny, szybko można się zatrudnić. W szkole na początek
nauczyciele dostają do przeczytania podstawę programową, wybierają podręcznik
najlepiej tę podstawę realizujący i – idą uczyć.
Zatrzymajmy się tu
na chwilę. To był przykład selekcji negatywnej do zawodu nauczyciela. Ale
przecież już wiemy, że mamy również nauczycieli z powołania. Ci uczą się
pilnie, interesują się różnymi aspektami poznawanego materiału, szukają sposobów
na jego efektywne opanowanie. Po ukończeniu studiów idą do szkoły, bo zawsze o
tym marzyli – wlewać wiedzę do głów uczniów, patrzeć, jak się rozwijają, rozbudzać
ich ciekawość… Na wstępie dostają podstawę programową, wybierają podręcznik
najlepiej ją realizujący, tworzą własne materiały dla uczniów i – idą uczyć.
Jedni i drudzy
spotykają się z rozczarowaniem. Pierwsi – bo co z tego, że mają wiedzę i pomoce
naukowe, skoro nikt nie nauczył ich, jak pracować z człowiekiem? Drudzy – bo co
z tego, że mają wiedzę i potrafią ją przekazać, skoro ich ruchy ogranicza
podstawa programowa?
Podstawa programowa
to coś, na co wszyscy się żalą – uczniowie, nauczyciele, rodzice. Od kilku lat
mówi się, że jest przeładowana. Ministerstwo, w odpowiedzi na te głosy, jeszcze
ją rozszerzyło i jednocześnie skondensowało trzy lata w dwóch. To, co już w
gimnazjum było trudne do przerobienia na czas, teraz jest praktycznie
niemożliwe. Co zresztą widać po wynikach ósmoklasistów w próbnych testach.
Poza autorytarnym
ustalaniem, czego uczyć, a czego nie, podstawa programowa robi coś jeszcze
gorszego: zmienia nauczycieli w roboty. Naprawdę nie trzeba myśleć, by
przeprowadzić lekcję. Wystarczy punkt po punkcie przerobić temat opisany w podstawie.
A jak zachęcić
uczniów, by się tej podstawy nauczyli? Tego przeciętny nauczyciel nie wie,
straszy więc kartkówkami, sprawdzianami, egzaminami, wyższym etapem edukacyjnym
(„teraz to jest zabawa, w liceum/na studiach – to dopiero będzie nauka!”). Nie
działa? Musi zadziałać – bo innej broni przeciwko bandzie rozwydrzonych dzieciaków
nie ma.
Gadają na lekcji,
bawią się telefonami, pyskują, nie wykonują poleceń – to wszystko wina
rodziców! Nie uczą się, przynoszą słabe stopnie, pyskują, nie słuchają się – to
wszystko wina nauczycieli! Tak właśnie od lat trwa wojna między nauczycielami a
rodzicami. Jedni narzekają na drugich, szukają winnych w niewłaściwym
zachowaniu uczniów, a uczniowie miotają się między nimi, starając się jakoś wszystkich
zadowolić. Jednocześnie uczą się, kim naprawdę są, co chcą robić w życiu,
nawiązują przyjaźnie, tworzą pierwsze związki. Do tego dojrzewają, hormony w
nich buzują, sami nie wiedzą, co się z nimi dzieje – bo nikt im tego nie powiedział,
nikt z nimi nie rozmawia inaczej niż przez wydawanie poleceń. Nie dziwne, że
rozrabiają, gdy tylko poczują, że mogą sobie na to pozwolić.
Szkoła to taka
miniatura Polski – wszyscy kłócą się ze sobą, ale tak naprawdę nie wiedzą, o
co, wykorzystując jako argumenty najsłabszych. Panuje w niej chaos i biurokracja
jednocześnie, liczą się tylko cyfry, wykresy, procenty, wyniki, sam człowiek jako
jednostka jest zaś nieistotny.
To widać już na
pierwszy rzut oka. Kto jest dzisiaj dyżurnym? Numer jedenasty. Nie: Kowalski. W
szkole uczniowie to numery. Numery przypisywane do klas, za każdą klasę
odpowiada jeden, najwyżej dwóch nauczycieli, którzy z kolei podlegają
dyrektorowi, dyrektor odpowiada przed kuratorium, kuratorium przed
Ministerstwem. System doskonały, zdawałoby się: każdy ma swoje miejsce, każdy
ma swojego przełożonego. Wystarczy jednak przeczytać jedną z lektur przez ten
system proponowanych, „Rok 1984” Orwella, by przekonać się, że takie systemy
się walą.
Bo człowiek jest
istotą myślącą. Czuje. Ma swoją godność. Odarty z niej, zaczyna się buntować.
Jeśli źle się czuje, zaczyna się buntować. Jeśli nie może swobodnie myśleć,
zaczyna się buntować.
Nauczyciel jest
zewsząd atakowany, wytyka mu się „18-godzinny tydzień pracy, ferie i
dwumiesięczne wakacje” – to utrata godności. Jest oceniany za osiągnięcia, na
które sam nie pracuje (bo liczą się wyniki egzaminów jego uczniów, a nie jego
samego) – to znowu godność. Uczniowie na przerwach (a czasem i na przerwach) mieszają
go z błotem, podobnie rodzice na zebraniach podważają jego kompetencje – przez to
czuje się źle. Podstawa programowa narzuca mu właściwie sposób prowadzenia
lekcji, nie pozwala na kreatywność i samodzielny wybór tematów – to ograniczenie
myślenia.
Nauczyciel ma więc
powody do buntu. I buntuje się – a że przez to ciągłe mieszanie z błotem,
wytykanie, ocenianie, itd. ma niskie poczucie własnej wartości i zwyczajnie się
boi, to buntuje się w sposób co najmniej dziwny. (Kiedy pisałam ten post: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/11/wpisbonus-temat-jak-z-horroru-protest.html
byłam przekonana, że strajk tuż-tuż. Okazało się, że trzeba na niego poczekać,
aż nauczyciele się upewnią, że społeczeństwo ich popiera, i że sami tego
strajku chcą. Stąd ciągłe straszenie buntem, jakieś referenda, jakieś artykuły –
tylko po to, by się… no właśnie nie wiem. Usprawiedliwić? Przekonać, że warto?
Już nawet uczniowie działają szybciej, w jednym tygodniu zapowiedzieli, w
drugim przeprowadzili manifestację w sprawie klimatu…)
Nawet nie chcę analizować,
jakie powody do buntu ma uczeń. Wiem jednak jedno: ma poważną broń w zasięgu
ręki. I jeśli zechce, może wywrócić system do góry nogami. Co śmieszniejsze, tę
broń włożył mu do ręki sam system. Dość pomyśleć, co by się stało, gdyby nagle
tysiące uczniów nie zdało do następnej klasy…
Jedno jest pewne: ten
system runie, bo musi runąć. I to już niedługo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz