Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2019

WPIS#37: DLACZEGO POLSKI NAUCZYCIEL JEST NIESKUTECZNY

Kiedy próbuje się narzekać na nauczycieli, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „Przecież to jednostkowy przypadek”, „Wiadomo, że nie każdy nauczyciel jest świetny w swoim zawodzie”, „Są nauczyciele genialni i nauczyciele słabi”, „Nie można mieć wszystkiego”. Wszystko to prawda – spotkałam na swej drodze i wspaniałych pedagogów, i takich, którzy w ogóle nie powinni uczyć. Martwią mnie jednak liczby – bo tych świetnych nauczycieli naliczyłam się na mojej drodze pięciu. Pozostałych jest około dziewięć razy więcej. Jak to możliwe?
Oczywiście, nie można narzekać na samych nauczycieli – rozumiem, jak trudną, wymagającą i niedocenianą pracę wykonują. W końcu i ci słabi nauczyciele czegoś mnie nauczyli – tego, co przewiduje podstawa programowa, chociażby. Wiem już też, jak wykorzystywać czas na nudnych lekcjach (uczyć się do czegoś innego), umiem szybko notować (dzięki nauczycielom czytającym na głos podręcznik i każącym uczniom wszystko, co przeczytają, zapisywać), wreszcie, zrobiłam sobie ranking metod nauczania – już wiem, co robić, a czego nie, gdy sama będę nauczycielką. Po przeanalizowaniu tego rankingu można wysunąć jeden wniosek: większość nauczycieli prowadzi lekcję w dokładnie ten sam sposób. Kreatywności brak. I, co ważniejsze, wolnej ręki.
Bo tak naprawdę winni są nie nauczyciele – winny jest sam system edukacji. System, który narzuca przerobienie szczegółowej podstawy programowej w zaledwie 12 lat. Jakbym chciała się wszystkiego tego nauczyć, zrozumieć to i zapamiętać na całe życie, musiałabym poświęcić co najmniej dwa razy więcej czasu!
Ale zacznijmy od początku. Na studia idą absolwenci polskiej szkoły – nauczeni odtwórczej pracy, bezmyślnego słuchania nauczycieli, wykonywania zleconych zadań i niezadawania niewygodnych pytań, oraz, o zgrozo, wyłączania myślenia w kluczowych momentach (na przykład na egzaminach, gdzie ważniejsze jest trafienie w klucz niż wykazanie się kreatywnym i logicznym rozumowaniem). Przez kilka lat uczą się w podobnych jak w szkole warunkach – słuchają wykładowców, czasem coś zanotują, tuż przed sesją zakują, zdadzą, potem zapomną, jako tako napiszą pracę dyplomową i zaczną rozglądać się za pracą. Tak się akurat zdarzy, że nigdzie nie będzie wolnych wakatów, akurat nikt po tym konkretnym kierunku nie będzie potrzebny. Cóż, nie ma co załamywać rąk, zawsze można zrobić kurs, zostać nauczycielem. Kurs jest krótki, ale intensywny, szybko można się zatrudnić. W szkole na początek nauczyciele dostają do przeczytania podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej tę podstawę realizujący i – idą uczyć.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. To był przykład selekcji negatywnej do zawodu nauczyciela. Ale przecież już wiemy, że mamy również nauczycieli z powołania. Ci uczą się pilnie, interesują się różnymi aspektami poznawanego materiału, szukają sposobów na jego efektywne opanowanie. Po ukończeniu studiów idą do szkoły, bo zawsze o tym marzyli – wlewać wiedzę do głów uczniów, patrzeć, jak się rozwijają, rozbudzać ich ciekawość… Na wstępie dostają podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej ją realizujący, tworzą własne materiały dla uczniów i – idą uczyć.
Jedni i drudzy spotykają się z rozczarowaniem. Pierwsi – bo co z tego, że mają wiedzę i pomoce naukowe, skoro nikt nie nauczył ich, jak pracować z człowiekiem? Drudzy – bo co z tego, że mają wiedzę i potrafią ją przekazać, skoro ich ruchy ogranicza podstawa programowa?
Podstawa programowa to coś, na co wszyscy się żalą – uczniowie, nauczyciele, rodzice. Od kilku lat mówi się, że jest przeładowana. Ministerstwo, w odpowiedzi na te głosy, jeszcze ją rozszerzyło i jednocześnie skondensowało trzy lata w dwóch. To, co już w gimnazjum było trudne do przerobienia na czas, teraz jest praktycznie niemożliwe. Co zresztą widać po wynikach ósmoklasistów w próbnych testach.
Poza autorytarnym ustalaniem, czego uczyć, a czego nie, podstawa programowa robi coś jeszcze gorszego: zmienia nauczycieli w roboty. Naprawdę nie trzeba myśleć, by przeprowadzić lekcję. Wystarczy punkt po punkcie przerobić temat opisany w podstawie.
A jak zachęcić uczniów, by się tej podstawy nauczyli? Tego przeciętny nauczyciel nie wie, straszy więc kartkówkami, sprawdzianami, egzaminami, wyższym etapem edukacyjnym („teraz to jest zabawa, w liceum/na studiach – to dopiero będzie nauka!”). Nie działa? Musi zadziałać – bo innej broni przeciwko bandzie rozwydrzonych dzieciaków nie ma.
Gadają na lekcji, bawią się telefonami, pyskują, nie wykonują poleceń – to wszystko wina rodziców! Nie uczą się, przynoszą słabe stopnie, pyskują, nie słuchają się – to wszystko wina nauczycieli! Tak właśnie od lat trwa wojna między nauczycielami a rodzicami. Jedni narzekają na drugich, szukają winnych w niewłaściwym zachowaniu uczniów, a uczniowie miotają się między nimi, starając się jakoś wszystkich zadowolić. Jednocześnie uczą się, kim naprawdę są, co chcą robić w życiu, nawiązują przyjaźnie, tworzą pierwsze związki. Do tego dojrzewają, hormony w nich buzują, sami nie wiedzą, co się z nimi dzieje – bo nikt im tego nie powiedział, nikt z nimi nie rozmawia inaczej niż przez wydawanie poleceń. Nie dziwne, że rozrabiają, gdy tylko poczują, że mogą sobie na to pozwolić.
Szkoła to taka miniatura Polski – wszyscy kłócą się ze sobą, ale tak naprawdę nie wiedzą, o co, wykorzystując jako argumenty najsłabszych. Panuje w niej chaos i biurokracja jednocześnie, liczą się tylko cyfry, wykresy, procenty, wyniki, sam człowiek jako jednostka jest zaś nieistotny.
To widać już na pierwszy rzut oka. Kto jest dzisiaj dyżurnym? Numer jedenasty. Nie: Kowalski. W szkole uczniowie to numery. Numery przypisywane do klas, za każdą klasę odpowiada jeden, najwyżej dwóch nauczycieli, którzy z kolei podlegają dyrektorowi, dyrektor odpowiada przed kuratorium, kuratorium przed Ministerstwem. System doskonały, zdawałoby się: każdy ma swoje miejsce, każdy ma swojego przełożonego. Wystarczy jednak przeczytać jedną z lektur przez ten system proponowanych, „Rok 1984” Orwella, by przekonać się, że takie systemy się walą.
Bo człowiek jest istotą myślącą. Czuje. Ma swoją godność. Odarty z niej, zaczyna się buntować. Jeśli źle się czuje, zaczyna się buntować. Jeśli nie może swobodnie myśleć, zaczyna się buntować.
Nauczyciel jest zewsząd atakowany, wytyka mu się „18-godzinny tydzień pracy, ferie i dwumiesięczne wakacje” – to utrata godności. Jest oceniany za osiągnięcia, na które sam nie pracuje (bo liczą się wyniki egzaminów jego uczniów, a nie jego samego) – to znowu godność. Uczniowie na przerwach (a czasem i na przerwach) mieszają go z błotem, podobnie rodzice na zebraniach podważają jego kompetencje – przez to czuje się źle. Podstawa programowa narzuca mu właściwie sposób prowadzenia lekcji, nie pozwala na kreatywność i samodzielny wybór tematów – to ograniczenie myślenia.
Nauczyciel ma więc powody do buntu. I buntuje się – a że przez to ciągłe mieszanie z błotem, wytykanie, ocenianie, itd. ma niskie poczucie własnej wartości i zwyczajnie się boi, to buntuje się w sposób co najmniej dziwny. (Kiedy pisałam ten post: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/11/wpisbonus-temat-jak-z-horroru-protest.html byłam przekonana, że strajk tuż-tuż. Okazało się, że trzeba na niego poczekać, aż nauczyciele się upewnią, że społeczeństwo ich popiera, i że sami tego strajku chcą. Stąd ciągłe straszenie buntem, jakieś referenda, jakieś artykuły – tylko po to, by się… no właśnie nie wiem. Usprawiedliwić? Przekonać, że warto? Już nawet uczniowie działają szybciej, w jednym tygodniu zapowiedzieli, w drugim przeprowadzili manifestację w sprawie klimatu…)
Nawet nie chcę analizować, jakie powody do buntu ma uczeń. Wiem jednak jedno: ma poważną broń w zasięgu ręki. I jeśli zechce, może wywrócić system do góry nogami. Co śmieszniejsze, tę broń włożył mu do ręki sam system. Dość pomyśleć, co by się stało, gdyby nagle tysiące uczniów nie zdało do następnej klasy…
Jedno jest pewne: ten system runie, bo musi runąć. I to już niedługo.


W NASTĘPNYM WPISIE: Gdzie ten autorytet, czyli o pozycji nauczyciela w społeczeństwie

niedziela, 13 stycznia 2019

WPIS#28: DZIURY W PODSTAWIE PROGRAMOWEJ, CZYLI KTO ZA TO WSZYSTKO ODPOWIADA

            Siódme i ósme klasy przerabiają obecnie tyle materiału, ile wcześniej uczniowie gimnazjów. Żeby zdążyć w dwa lata, potrzebne były cięcia. A wiadomo, że łatwiej jest wyciąć coś na oślep, niż poświęcić trochę czasu na dokładne przeanalizowanie podstawy programowej i wyrzucenie z niej tego, co rzeczywiście nie jest istotne. To, że uczniowie nie rozumieją, czego się uczą, bo w podręcznikach mają tylko urywki informacji, nikogo nie obchodzi. Nikogo, tj. nikogo w Ministerstwie Edukacji, bo podejrzewam, że nauczyciele robią wszystko, by jednak przekazać całą wiedzę potrzebną do zrozumienia zagadnienia. Gorzej, że mają na to bardzo mało czasu, więc… i oni tną.
            Tak było już wtedy, gdy ja chodziłam do szkoły. Konkretnie do liceum. Konkretnie do drugiej klasy na profilu matematyczno-fizycznym. Wydawałoby się, że na rozszerzeniu z fizyki wszystkiego nauczymy się, jak należy, w końcu mieliśmy na to mnóstwo czasu: pięć godzin w tygodniu.
            Nie.
            W drugiej klasie przerobiliśmy niemalże cały materiał. To znaczy, materiał z drugiej I trzeciej klasy (na trzecią klasę został nam tylko jeden czy dwa działy, uporaliśmy się z tym w trochę ponad miesiąc). Po co się tak spieszyliśmy? Żeby zdążyć wszystko powtórzyć przed maturą.
            Kinematyka, dynamika, hydrostatyka, ruch obrotowy bryły sztywnej, termodynamika, grawitacja, magnetyzm, elektrostatyka, prąd, drgania i fale, optyka – wszystko w… 10 miesięcy. I to nie całych, bo trzeba odjąć wszystkie święta, ferie… Jak można się spodziewać, w trzeciej klasie nie było czego powtarzać, bo prawie nikt nie zdążył się niczego nauczyć w roku poprzednim (za nauczycielem nadążało może z 5 osób). Średnia klasy z matury: 30%... Tyle zresztą, co średnia kraju. Ciekawe, że to nie daje nikomu do myślenia.
            Ale wracając do tematu. Gdzie ta dziura w podstawie? Bo jest, musi być, bez dziury podstawa programowa w polskiej szkole nie byłaby sobą. Otóż szukać jej należy w najtrudniejszym temacie z całego kursu fizyki: elektromagnetyzmie. Bez żadnego wprowadzania, zupełnie znikąd, w podręczniku pojawiły się układy RLC. Gdyby nie nauczyciel, który poświęcił kilka lekcji (w końcu mieliśmy duuużo czasu, materiał prawie przerobiony) na objaśnienie nam, skąd to wszystko się wzięło. Tylko że… polski uczeń przyzwyczajony jest, że wszystko ma w podręczniku. W związku z tym, nie potrafi notować, skupić się na tym, co mówi nauczyciel, podążać za jego tokiem rozumowania. A że fizyk prowadził zajęcia trochę tak, jakby to był wykład na studiach, to niewiele wynikło z tego, że uzupełnił programową dziurę.
            Ta była największa, z jaką się spotkałam (to jest, której istnienie nauczyciel potwierdził). To nie znaczy, że Ministerstwo nie powycinało i innych szczegółów przy okazji kolejnych reform.
            Takie na przykład bryły wpisane w kulę. W podstawie programowej z matematyki ich nie ma, jednak na maturze mogą się pojawić, bo można je „podciągnąć” pod inne zagadnienia.
            Albo historia. Czyż nie łatwiej byłoby się uczyć jej szczegółowo (czyli na takim poziomie, na którym mamy ją znać po zakończeniu edukacji) od samego początku, tj. od czwartej klasy podstawówki i powoli przechodzić przez wszystkie epoki niejako ponad zmianami szkół? Przecież to, że idziemy do gimnazjum czy do liceum, nie znaczy, że nie pamiętamy już, co się działo na poprzednim etapie edukacyjnym. Nie trzeba wszystkiego zaczynać od początku, można spokojnie kontynuować. Zmniejszyłaby się dzięki temu liczba godzin poświęcana na omawianie tego samego, tylko z podaniem większej ilości szczegółów. To przecież irytujące, kiedy w podręczniku do podstawówki czytam, że tego i tego dowiem się za trzy lata, bo teraz nie ma na to czasu ani miejsca.
            To zresztą jest świetny tekst. „Szczegóły poznasz na wyższym etapie edukacyjnym”. Szczególnie frustrujące było to w pierwszej liceum. Jeśli coś mnie zaciekawiło na przykład, na lekcji biologii, to żeby zgłębić swoją wiedzę w tym temacie, musiałabym zmienić profil i zacząć rozszerzać biologię. Podobnie jak osoby z klas biologicznych nie miały okazji dowiedzieć się czegoś więcej na temat fascynującej fizyki atomowej. To się nazywa piękne zabijanie ciekawości.
            Mamy więc dziury wynikające z ciągłych reform edukacji i cięcia w podstawie programowej, mamy też takie, które się uzupełni w następnej klasie czy szkole. Dziury te są w przeważającej części nieszkodliwe: zagadnienie z fizyki, o którym pisałam wyżej, nie pojawia się na maturze, ponieważ twórcy matur doskonale zdają sobie sprawę z tego, że uczniowie go nie rozumieją. Wszystkie dziury z historii ostatecznie się załata. A problem rozszerzeń… cóż, zawsze można zmienić klasę.
            Są jednak dziury niewybaczalne. Na przykład – fizyka atomowa i jądrowa. Łącznie to ledwie jakieś 10 tematów w całym cyklu edukacji. Co z tego, że na tym opiera się współczesna nauka. Dla uczniów to będzie za trudne. A JA WŁAŚNIE DLA FIZYKI ATOMOWEJ NIE ZMIENIŁAM PO PIERWSZEJ LICEUM PROFILU. I co? I nic więcej, niż to, o czym była mowa w klasie pierwszej, się nie dowiedziałam. Bo po co.
            Druga dziura niewybaczalna – praktycznie nieomawianie czasów współczesnych. Czy to na historii, czy to na polskim, czy to na, o zgrozo, wiedzy o społeczeństwie. To w sumie logiczne – ciężko jest napisać podręcznik, w którym znalazłyby się problemy z ostatniego tygodnia. A odejść od podręczników też nie można, bo wtedy nauczyciel nie musiałby podawać tylko suchych, sprawdzonych przez Ministerstwo informacji, tylko mógłby przypadkiem chcieć nauczyć uczniów myśleć.
            Trzecia dziura niewybaczalna zasługuje na osobny wpis.



W NASTĘPNYM WPISIE: Kobieta to gorsza wersja mężczyzny, więc po co zaprzątać sobie głowę jej twórczością czy odkryciami?

poniedziałek, 31 grudnia 2018

WPIS#26: Z NOWYM ROKIEM

Wyobraźmy sobie, że przerwa świąteczna to nie jest pierwsze dłuższe wolne od września. Że polscy uczniowie nie muszą dzień w dzień chodzić do szkoły przez niemal cztery miesiące (z krótką przerwą na Wszystkich Świętych i Dzień Niepodległości). Że, podobnie jak za granicą, mogą odpoczywać średnio co sześć tygodni, dzięki czemu nie chodzą przemęczeni i znudzeni ciągłym rytmem szkoła – dom – zadania domowe.
Wyobraźmy sobie, że jak już to wolne przychodzi, to nauczyciele nie przygniatają uczniów toną zadań domowych, przez co pojawia się marzenie, by ferii w ogóle nie było. Że rok szkolny jest tak rozplanowany, by ze wszystkim zdążyć w klasie, a do domu zadać co najwyżej zadania utrwalające przyswojoną na zajęciach wiedzę.
Wyobraźmy sobie, że trzeba się uczyć tylko tego, co jest naprawdę potrzebne, czy to na studiach, czy już w dorosłym życiu. Że pamięć uczniowie ćwiczą przez uczenie się wierszy, piosenek, nowych słów – i to nie tylko w obcych językach, ale i poszerzają swoje polskie słownictwo. Że nie trzeba przepisywać podręcznika i potem uczyć się słowo w słowo definicji, których się nie rozumie, bo nauczyciel nie miał czasu na dokładne wszystkiego wytłumaczenie.
Wyobraźmy sobie, że wiersze się rzeczywiście interpretuje, a nie analizuje, co autor miał na myśli. Że nauczyciel nie podaje uczniom na tacy jedynej słusznej interpretacji, tylko pozwala na myślenie, na szukanie swoich pomysłów, hipotez, skojarzeń. Że nie ma prawd niepodważalnych, że można powiedzieć: Mickiewicz wcale taki wspaniały nie był. Że można się kłócić o sens omawiania tego czy innego dramatu. Że nie ma czegoś takiego, jak kanon lektur, że nauczyciel, wspólnie z uczniami, sam może wybrać, co będzie analizowane na lekcjach.
Wyobraźmy sobie, że uczniowie potrafią ze zrozumieniem przeczytać artykuł w gazecie i nie dać się złapać na manipulację czy inną propagandę. Że samodzielnie dokonują wyborów i pokornie ponoszą ich konsekwencje, bez wytykania winnych. Że są w stanie ocenić, co im się podoba, a co nie, bez pomocy nauczyciela.
Wyobraźmy sobie, że w szkole uczą nie tylko logicznie myśleć, ale i przelewać te myśli na papier lub ubierać w zdania w czasie publicznego wystąpienia. Że absolwenci potrafią napisać komentarz na portalu społecznościowym bez błędów, a przemówienia są zgrabne i interesujące nie tylko dla publiki, ale i dla samego mówcy.
Wyobraźmy sobie, że nie ma podziału na „humanów” i „ścisłowców”, że każdy maturzysta potrafi dodać dwa do dwóch i coś napisać. Że zarówno matematyka, jak i język polski są we wszystkich klasach, o każdym profilu, wykładane na takim samym poziomie. Że, niezależnie, kto siedzi w ławkach, nauczyciel zawsze jest kompetentny i potrafi w prosty sposób przekazać proste informacje.
Wyobraźmy sobie, że nauczanie języków obcych to nie wkuwanie list słówek, tylko nauka poprawnej wymowy i prawidłowego użycia słów w kontekście. Że po dwunastu latach nauki angielskiego nie trzeba zaczynać wszystkiego od początku, nie trzeba płacić za kursy, nie trzeba chodzić na lektoraty z angielskiego, że można za to uczyć się nowego języka.
Wyobraźmy sobie, ze w szkole uczą współpracy, kulturalnej dyskusji, grzecznego wyrażania swojego zdania, zbudowanego na solidnej podstawie faktów, popartego argumentami i przykładami, a potem omówienia go, bez przekrzykiwania się, na forum.
Wyobraźmy sobie, że uczniowie chodzą do szkoły uśmiechnięci, poznają tam ciekawych ludzi, i to nie tylko wśród rówieśników, ale i wśród nauczycieli. Że nie ma czegoś takiego jak oceny, sprawdziany, kartkówki, odpowiedź ustna. Że nie ma czegoś takiego jak nieprzygotowanie z powodu zadania, którego nie potrafiło się zrobić.
Wyobraźmy sobie, że w szkole dowiadujemy się, jak walczyć ze stresem, a nie doświadczamy go tak bardzo, że już po zakończeniu edukacji długie lata leczymy się na nerwicę. Że w każdej szkole jest psycholog, do którego można przyjść i po prostu porozmawiać. Że nauczyciele są przychylnie nastawieni do uczniów.
Wyobraźmy sobie, że zawód nauczyciela jest prestiżowy, że kandydatów jest tak wielu, że dyrektorzy muszą wybierać. Że selekcja jest pozytywna, a nie negatywna. Że nauczyciele dostają godziwą zapłatę za swoją pracę, a w domu nie wyrabiają nadgodzin, przygotowując i sprawdzając testy.
Wyobraźmy sobie, że podstawę programową tworzą wspólnie nauczyciele, uczniowie, wykładowcy i pracodawcy, tak, by przekazywana wiedza miała swoje zastosowanie w praktyce, a nie składała się z wyrwanych z kontekstu notek encyklopedycznych, jak to ma miejsce, gdy program nauczania powstaje w gabinecie Minister Edukacji.
Wyobraźmy sobie, że nikt nie rozwala systemu edukacji dla prywatnych celów. Że nauczyciele są z uczniami i dla uczniów. Że rodzice pomagają im w procesie wychowawczym zamiast odrabiania za dzieci zadań domowych. Że wszyscy po trochu składają się na jak najlepsze wyedukowanie młodego pokolenia.
Wyobraźmy sobie, że gdy przychodzi ktoś i zaczyna niszczyć system, to nauczyciele, rodzice i uczniowie stają ramię w ramię i walczą. Że nie ma samowolki, myślenia tylko o swoich zyskach i krótkowzroczności. Że nikt nie jest ewentualnymi zmianami skrzywdzony. 
Teraz pomyślmy, że wszystkie te wyobrażenia są rzeczywistością. Tego życzę polskiej szkole w nadchodzącym, 2019 roku. Bo zmiana jest możliwa, trzeba w nią tylko uwierzyć. 



W NASTĘPNYM WPISIE: Poszatkowana historia Polski, czyli co zostaje w głowach absolwentów?