niedziela, 13 stycznia 2019

WPIS#28: DZIURY W PODSTAWIE PROGRAMOWEJ, CZYLI KTO ZA TO WSZYSTKO ODPOWIADA

            Siódme i ósme klasy przerabiają obecnie tyle materiału, ile wcześniej uczniowie gimnazjów. Żeby zdążyć w dwa lata, potrzebne były cięcia. A wiadomo, że łatwiej jest wyciąć coś na oślep, niż poświęcić trochę czasu na dokładne przeanalizowanie podstawy programowej i wyrzucenie z niej tego, co rzeczywiście nie jest istotne. To, że uczniowie nie rozumieją, czego się uczą, bo w podręcznikach mają tylko urywki informacji, nikogo nie obchodzi. Nikogo, tj. nikogo w Ministerstwie Edukacji, bo podejrzewam, że nauczyciele robią wszystko, by jednak przekazać całą wiedzę potrzebną do zrozumienia zagadnienia. Gorzej, że mają na to bardzo mało czasu, więc… i oni tną.
            Tak było już wtedy, gdy ja chodziłam do szkoły. Konkretnie do liceum. Konkretnie do drugiej klasy na profilu matematyczno-fizycznym. Wydawałoby się, że na rozszerzeniu z fizyki wszystkiego nauczymy się, jak należy, w końcu mieliśmy na to mnóstwo czasu: pięć godzin w tygodniu.
            Nie.
            W drugiej klasie przerobiliśmy niemalże cały materiał. To znaczy, materiał z drugiej I trzeciej klasy (na trzecią klasę został nam tylko jeden czy dwa działy, uporaliśmy się z tym w trochę ponad miesiąc). Po co się tak spieszyliśmy? Żeby zdążyć wszystko powtórzyć przed maturą.
            Kinematyka, dynamika, hydrostatyka, ruch obrotowy bryły sztywnej, termodynamika, grawitacja, magnetyzm, elektrostatyka, prąd, drgania i fale, optyka – wszystko w… 10 miesięcy. I to nie całych, bo trzeba odjąć wszystkie święta, ferie… Jak można się spodziewać, w trzeciej klasie nie było czego powtarzać, bo prawie nikt nie zdążył się niczego nauczyć w roku poprzednim (za nauczycielem nadążało może z 5 osób). Średnia klasy z matury: 30%... Tyle zresztą, co średnia kraju. Ciekawe, że to nie daje nikomu do myślenia.
            Ale wracając do tematu. Gdzie ta dziura w podstawie? Bo jest, musi być, bez dziury podstawa programowa w polskiej szkole nie byłaby sobą. Otóż szukać jej należy w najtrudniejszym temacie z całego kursu fizyki: elektromagnetyzmie. Bez żadnego wprowadzania, zupełnie znikąd, w podręczniku pojawiły się układy RLC. Gdyby nie nauczyciel, który poświęcił kilka lekcji (w końcu mieliśmy duuużo czasu, materiał prawie przerobiony) na objaśnienie nam, skąd to wszystko się wzięło. Tylko że… polski uczeń przyzwyczajony jest, że wszystko ma w podręczniku. W związku z tym, nie potrafi notować, skupić się na tym, co mówi nauczyciel, podążać za jego tokiem rozumowania. A że fizyk prowadził zajęcia trochę tak, jakby to był wykład na studiach, to niewiele wynikło z tego, że uzupełnił programową dziurę.
            Ta była największa, z jaką się spotkałam (to jest, której istnienie nauczyciel potwierdził). To nie znaczy, że Ministerstwo nie powycinało i innych szczegółów przy okazji kolejnych reform.
            Takie na przykład bryły wpisane w kulę. W podstawie programowej z matematyki ich nie ma, jednak na maturze mogą się pojawić, bo można je „podciągnąć” pod inne zagadnienia.
            Albo historia. Czyż nie łatwiej byłoby się uczyć jej szczegółowo (czyli na takim poziomie, na którym mamy ją znać po zakończeniu edukacji) od samego początku, tj. od czwartej klasy podstawówki i powoli przechodzić przez wszystkie epoki niejako ponad zmianami szkół? Przecież to, że idziemy do gimnazjum czy do liceum, nie znaczy, że nie pamiętamy już, co się działo na poprzednim etapie edukacyjnym. Nie trzeba wszystkiego zaczynać od początku, można spokojnie kontynuować. Zmniejszyłaby się dzięki temu liczba godzin poświęcana na omawianie tego samego, tylko z podaniem większej ilości szczegółów. To przecież irytujące, kiedy w podręczniku do podstawówki czytam, że tego i tego dowiem się za trzy lata, bo teraz nie ma na to czasu ani miejsca.
            To zresztą jest świetny tekst. „Szczegóły poznasz na wyższym etapie edukacyjnym”. Szczególnie frustrujące było to w pierwszej liceum. Jeśli coś mnie zaciekawiło na przykład, na lekcji biologii, to żeby zgłębić swoją wiedzę w tym temacie, musiałabym zmienić profil i zacząć rozszerzać biologię. Podobnie jak osoby z klas biologicznych nie miały okazji dowiedzieć się czegoś więcej na temat fascynującej fizyki atomowej. To się nazywa piękne zabijanie ciekawości.
            Mamy więc dziury wynikające z ciągłych reform edukacji i cięcia w podstawie programowej, mamy też takie, które się uzupełni w następnej klasie czy szkole. Dziury te są w przeważającej części nieszkodliwe: zagadnienie z fizyki, o którym pisałam wyżej, nie pojawia się na maturze, ponieważ twórcy matur doskonale zdają sobie sprawę z tego, że uczniowie go nie rozumieją. Wszystkie dziury z historii ostatecznie się załata. A problem rozszerzeń… cóż, zawsze można zmienić klasę.
            Są jednak dziury niewybaczalne. Na przykład – fizyka atomowa i jądrowa. Łącznie to ledwie jakieś 10 tematów w całym cyklu edukacji. Co z tego, że na tym opiera się współczesna nauka. Dla uczniów to będzie za trudne. A JA WŁAŚNIE DLA FIZYKI ATOMOWEJ NIE ZMIENIŁAM PO PIERWSZEJ LICEUM PROFILU. I co? I nic więcej, niż to, o czym była mowa w klasie pierwszej, się nie dowiedziałam. Bo po co.
            Druga dziura niewybaczalna – praktycznie nieomawianie czasów współczesnych. Czy to na historii, czy to na polskim, czy to na, o zgrozo, wiedzy o społeczeństwie. To w sumie logiczne – ciężko jest napisać podręcznik, w którym znalazłyby się problemy z ostatniego tygodnia. A odejść od podręczników też nie można, bo wtedy nauczyciel nie musiałby podawać tylko suchych, sprawdzonych przez Ministerstwo informacji, tylko mógłby przypadkiem chcieć nauczyć uczniów myśleć.
            Trzecia dziura niewybaczalna zasługuje na osobny wpis.



W NASTĘPNYM WPISIE: Kobieta to gorsza wersja mężczyzny, więc po co zaprzątać sobie głowę jej twórczością czy odkryciami?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz