Tak
było już wtedy, gdy ja chodziłam do szkoły. Konkretnie do liceum. Konkretnie do
drugiej klasy na profilu matematyczno-fizycznym. Wydawałoby się, że na rozszerzeniu
z fizyki wszystkiego nauczymy się, jak należy, w końcu mieliśmy na to mnóstwo czasu:
pięć godzin w tygodniu.
Nie.
W
drugiej klasie przerobiliśmy niemalże cały materiał. To znaczy, materiał z
drugiej I trzeciej klasy (na trzecią klasę został nam tylko jeden czy dwa
działy, uporaliśmy się z tym w trochę ponad miesiąc). Po co się tak
spieszyliśmy? Żeby zdążyć wszystko powtórzyć przed maturą.
Kinematyka,
dynamika, hydrostatyka, ruch obrotowy bryły sztywnej, termodynamika,
grawitacja, magnetyzm, elektrostatyka, prąd, drgania i fale, optyka – wszystko w…
10 miesięcy. I to nie całych, bo trzeba odjąć wszystkie święta, ferie… Jak
można się spodziewać, w trzeciej klasie nie było czego powtarzać, bo prawie
nikt nie zdążył się niczego nauczyć w roku poprzednim (za nauczycielem nadążało
może z 5 osób). Średnia klasy z matury: 30%... Tyle zresztą, co średnia kraju.
Ciekawe, że to nie daje nikomu do myślenia.
Ale
wracając do tematu. Gdzie ta dziura w podstawie? Bo jest, musi być, bez dziury
podstawa programowa w polskiej szkole nie byłaby sobą. Otóż szukać jej należy w
najtrudniejszym temacie z całego kursu fizyki: elektromagnetyzmie. Bez żadnego
wprowadzania, zupełnie znikąd, w podręczniku pojawiły się układy RLC. Gdyby nie
nauczyciel, który poświęcił kilka lekcji (w końcu mieliśmy duuużo czasu,
materiał prawie przerobiony) na objaśnienie nam, skąd to wszystko się wzięło.
Tylko że… polski uczeń przyzwyczajony jest, że wszystko ma w podręczniku. W związku
z tym, nie potrafi notować, skupić się na tym, co mówi nauczyciel, podążać za
jego tokiem rozumowania. A że fizyk prowadził zajęcia trochę tak, jakby to był
wykład na studiach, to niewiele wynikło z tego, że uzupełnił programową dziurę.
Ta
była największa, z jaką się spotkałam (to jest, której istnienie nauczyciel
potwierdził). To nie znaczy, że Ministerstwo nie powycinało i innych szczegółów
przy okazji kolejnych reform.
Takie
na przykład bryły wpisane w kulę. W podstawie programowej z matematyki ich nie
ma, jednak na maturze mogą się pojawić, bo można je „podciągnąć” pod inne
zagadnienia.
Albo
historia. Czyż nie łatwiej byłoby się uczyć jej szczegółowo (czyli na takim
poziomie, na którym mamy ją znać po zakończeniu edukacji) od samego początku,
tj. od czwartej klasy podstawówki i powoli przechodzić przez wszystkie epoki
niejako ponad zmianami szkół? Przecież to, że idziemy do gimnazjum czy do
liceum, nie znaczy, że nie pamiętamy już, co się działo na poprzednim etapie
edukacyjnym. Nie trzeba wszystkiego zaczynać od początku, można spokojnie
kontynuować. Zmniejszyłaby się dzięki temu liczba godzin poświęcana na omawianie
tego samego, tylko z podaniem większej ilości szczegółów. To przecież
irytujące, kiedy w podręczniku do podstawówki czytam, że tego i tego dowiem się
za trzy lata, bo teraz nie ma na to czasu ani miejsca.
To
zresztą jest świetny tekst. „Szczegóły poznasz na wyższym etapie edukacyjnym”.
Szczególnie frustrujące było to w pierwszej liceum. Jeśli coś mnie zaciekawiło
na przykład, na lekcji biologii, to żeby zgłębić swoją wiedzę w tym temacie,
musiałabym zmienić profil i zacząć rozszerzać biologię. Podobnie jak osoby z
klas biologicznych nie miały okazji dowiedzieć się czegoś więcej na temat fascynującej
fizyki atomowej. To się nazywa piękne zabijanie ciekawości.
Mamy
więc dziury wynikające z ciągłych reform edukacji i cięcia w podstawie
programowej, mamy też takie, które się uzupełni w następnej klasie czy szkole.
Dziury te są w przeważającej części nieszkodliwe: zagadnienie z fizyki, o
którym pisałam wyżej, nie pojawia się na maturze, ponieważ twórcy matur
doskonale zdają sobie sprawę z tego, że uczniowie go nie rozumieją. Wszystkie
dziury z historii ostatecznie się załata. A problem rozszerzeń… cóż, zawsze
można zmienić klasę.
Są
jednak dziury niewybaczalne. Na przykład – fizyka atomowa i jądrowa. Łącznie to
ledwie jakieś 10 tematów w całym cyklu edukacji. Co z tego, że na tym opiera
się współczesna nauka. Dla uczniów to będzie za trudne. A JA WŁAŚNIE DLA FIZYKI
ATOMOWEJ NIE ZMIENIŁAM PO PIERWSZEJ LICEUM PROFILU. I co? I nic więcej, niż to,
o czym była mowa w klasie pierwszej, się nie dowiedziałam. Bo po co.
Druga
dziura niewybaczalna – praktycznie nieomawianie czasów współczesnych. Czy to na
historii, czy to na polskim, czy to na, o zgrozo, wiedzy o społeczeństwie. To w
sumie logiczne – ciężko jest napisać podręcznik, w którym znalazłyby się
problemy z ostatniego tygodnia. A odejść od podręczników też nie można, bo
wtedy nauczyciel nie musiałby podawać tylko suchych, sprawdzonych przez
Ministerstwo informacji, tylko mógłby przypadkiem chcieć nauczyć uczniów myśleć.
Trzecia
dziura niewybaczalna zasługuje na osobny wpis.
W NASTĘPNYM WPISIE: Kobieta to gorsza wersja mężczyzny, więc po co zaprzątać sobie głowę jej twórczością czy odkryciami?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz