poniedziałek, 28 stycznia 2019

WPIS #30: BĄDŹMY CHODZĄCĄ ENCYKLOPEDIĄ

            Perełki z podstawy programowej zawsze na topie. Tym razem nie mogłam się zdecydować, co wybrać. Wszystko jest takie… zupełnie nie przydatne.
            Mała próbka (za https://archiwum.men.gov.pl/wp-content/uploads/2011/02/5c.pdf):
Uczeń:
- wyróżnia podstawowe grupy związków chemicznych występujących w żywych organizmach (węglowodany, białka, tłuszcze, kwasy nukleinowe, witaminy, sole mineralne) oraz przedstawia ich funkcje;
- wymienia cechy umożliwiające zaklasyfikowanie organizmu do parzydełkowców, płazińców, nicieni, pierścienic, stawonogów (skorupiaków, owadów i pajęczaków), mięczaków, ryb, płazów, gadów, ptaków, ssaków oraz identyfikuje nieznany organizm jako przedstawiciela jednej z wymienionych grup na podstawie obecności tych cech;
- przedstawia, na przykładzie poznanych wcześniej roślinożernych ssaków, adaptacje zwierząt do odżywiania się pokarmem roślinnym; podaje przykłady przystosowań roślin służących obronie przed zgryzaniem;
- identyfikuje (np. na schemacie, fotografii, rysunku lub na podstawie opisu) i opisuje organy rośliny okrytonasiennej (korzeń, pęd, łodyga, liść, kwiat, owoc) oraz przedstawia ich funkcje;
-podaje funkcje tkanki nabłonkowej, mięśniowej, nerwowej, krwi, tłuszczowej, chrzęstnej i kostnej oraz przedstawia podstawowe cechy budowy warunkujące pełnienie tych funkcji…
… i tak przez 6 (!) stron. A to tylko podstawa programowa do gimnazjum z biologii. Strach zaglądać do pozostałych.
I teraz nie wiem, czy 1) twórcy podręczników są głupi, więc trzeba im wypisać, co zawrzeć w którym rozdziale, jaki ma być poziom szczegółowości danych informacji, jak zaprojektować zeszyt ćwiczeń, na co zwrócić szczególną uwagę (jakby się dało przy takiej ilości detali!), jak podzielić materiał; czy 2) nauczyciele są głupi, więc trzeba im wypisać, co mają egzekwować od ucznia, jak przygotowywać pytania na sprawdzian, jakich definicji kazać się nauczyć; czy 3) czy w Polsce nie ma powszechnego dostępu do Internetu, żeby sprawdzić tak palące kwestie, jak to, jakie są elementy kwiatu i do czego służy każdy z nich, więc trzeba to wykuć i zapamiętać na całe życie; czy 4) uczeń ma głowę pełną miejsca na te wszystkie niezmiernie ważne informacje i mnóstwo wolnego czasu na ich wyuczenie się; czy 5) Ministerstwo Edukacji nie ma pojęcia, co tak naprawdę jest ważne w życiu, więc wrzuciło do podstawy programowej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy, bo przecież nie zaszkodzi wiedzieć więcej; czy 6) Polska koniecznie musi przodować w rankingach przyswojenia wiedzy bezużytecznej.
Ten poziom szczegółowości już nawet trudno jest porównać z encyklopedią, bo mało kto trzyma takową w domu. Łatwiej jest sięgnąć do Internetu niż do kilkutomowej książki pełnej definicji. Jeśli czymś się zaciekawimy, wystarczy przeczytać Wikipedię. Albo wystarczy nam to, co w niej wyczytaliśmy, albo zainteresujemy się tematem i poszukamy fachowej literatury. Szkoła by chciała, by uczeń interesował się wszystkim, więc pomija etap Wikipedii.
Najśmieszniejsze jest to, że już w samej podstawie programowej widać oderwanie od rzeczywistości. Popatrzmy na punkt o kwiatkach, przedstawiony powyżej. Uczeń rozpoznaje elementy kwiatka nie na łące czy podwórku przy szkole, a na ilustracji w podręczniku. Ma to całkiem logiczne wytłumaczenie – przecież podstawa nie została napisana po to, by w konkretnym momencie roku omawiać konkretne tematy. Takie powiązanie nauki ze światem byłoby zbyt trudne dla jej twórców. Nie można więc ryzykować, że omawianie budowy kwiatka przypadłoby akurat na styczeń, gdzie kwiatków na dworze nie ma. Owszem, w klasie mogą być, ale po co snuć jakieś dziwne teorie na temat obecności bądź nie kwiatków na szkolnych parapetach. Lepiej z założenia ograniczyć się do schematów i fotografii. Będzie łatwiej.
No i dostaje ten biedny uczeń podręcznik z miniaturowymi fotografiami (pamiętajmy, że polska szkoła tkwi solidnie w XX wieku, tekst jest ważniejszy od obrazków; a że coś tam ktoś kiedyś słyszał na temat wyższości rysunków nad literami, to jednak jakieś ilustracje są, ale nie za wiele. Teoria uczenia się mózgu może się przecież zmienić, a metody wypracowane sto lat temu są ponadczasowe i uniwersalne.), zeszyt ćwiczeń z takimi samymi fotografiami, tylko że bez podpisów, przeprowadzony monotonnym głosem wykład (żeby jeszcze to był wykład; u mnie w gimnazjum nauczycielka biologii po prostu czytała na głos podręcznik), parę niewyraźnie skreślonych słów na tablicy, przepisaną z podręcznika notatkę (tj. przepisane pogrubione słowa i ich definicje, twórcy podręczników zadbali o to, by uczeń nie musiał sam wyszukiwać informacji), skoliozy od noszenia tych wszystkich podręczników, zeszytów ćwiczeń i zwykłych zeszytów przedmiotowych (lekcji dziennie mamy, załóżmy, siedem, jest to zatem 3*7=21 książek. Ekstra.) i termin sprawdzianu. Jeeej, nauka jest super!
No i umie ten uczeń potem poopowiadać o tych kwiatkach, na rysunku podpisze ich części, pod spodem dopisze funkcje każdej z nich, a jak pojedzie na wycieczkę, na piknik na łące, to nie odróżni stokrotki od mlecza. Ale to przecież nieważne, najważniejsze jest to, że dostał piątkę ze sprawdzianu i pani jest zadowolona.
I oczywiście, są nauczyciele, którzy starają się przełamać tę beznadzieję. Tylko że jeśli taki biolog zabiera uczniów na spacer i po drodze pokazuje, że ten kwiatek to to, a tamten to tamto, że to jest część taka to a taka i pełni funkcję taką to a taką, to nie zdąży przerobić podstawy programowej. A nawet jeśli zdąży, to zdarzy się coś jeszcze gorszego. Da uczniom poczucie, że szkoła może być lepsza. I pójdą potem ci ciekawi świata absolwenci gimnazjum do liceum. I się okaże, że ciekawość nie jest nikomu do szczęścia potrzebna, bo nauczycielce nie chce się czegoś, co akurat zainteresowało ucznia, wytłumaczyć, bo to „będzie na kursie rozszerzonym”. To, że uczeń wybrał rozszerzenie z polskiego i historii, a nie biologii, nikogo nie interesuje. Zawsze można przecież zmienić klasę.
Wniosek jest smutny. Wniosek jest taki, że szkoła to mafia, złożona z Ministerstwa Edukacji, twórców podręczników, nauczycieli i, tak, tak, rodziców (w końcu każdy chce, żeby jego dziecko było najlepsze, nieważne, w czym). Ta mafia zawodowo zajmuje się mieleniem uczniów, indywidualnych jednostek z ich wadami i zaletami, mocnymi i słabymi stronami, zainteresowaniami i marzeniami, na szarą paćkę, z której łatwo można ukształtować podatnego na wpływy obywatela. Bo kto się tępo uczył wszystkich tych definicji, ten tępo spełni każde polecenie przełożonego.  



W NASTĘPNYM WPISIE: Testomania, czyli tobie piątka, tobie pała

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz