Wszyscy,
poza uczniami. W poprzednim wpisie pisałam, jak wygląda podstawa programowa z
biologii i lekcje na tej podstawie oparte. Jeśli doliczyć do tego język polski,
język angielski, drugi język obcy, matematykę, fizykę, chemię, geografię,
wiedzę o społeczeństwie, historię, podstawy przedsiębiorczości, edukację o
bezpieczeństwie, informatykę i wychowanie fizyczne (tak, z tego też są
sprawdziany), a takie przedmioty realizuje się w pierwszej liceum, to robi się
naprawdę ciekawie.
Z
punktu widzenia nauczycieli też nie jest ciekawie. Zostańmy przy tym liceum.
Załóżmy, że jeden nauczyciel ma w każdym roczniku jedną klasę z rozszerzeniem.
Rozszerzenia zazwyczaj zaczynają się w drugiej klasie i pędzi się wtedy tak z
materiałem, że sprawdziany są co trzy tygodnie. Do tego kilka klas pierwszych,
nierozszerzających danego przedmiotu. Czyli takich, które trzeba tylko
przepchnąć, wystawić pozytywną ocenę na koniec roku i pożegnać się na zawsze.
Tutaj sprawdziany są rzadsze, bo lekcja jest tylko raz w tygodniu; niech
będzie, że przerobienie materiału zajmuje sześć tygodni. Wszyscy startują w tym
samym momencie, więc mniej więcej co sześć tygodni przeciętny nauczyciel MUSI
przygotować zadania dostosowane do poziomu realizowanego przez poszczególne
klasy, MUSI je sprawdzić w ciągu statutowych dwóch czy trzech tygodni, MUSI
przewidzieć czas na poprawę, MUSI przygotować zadania na poprawę, MUSI
sprawdzić poprawę. Na koniec okazuje się, że już trzeba szykować następne
testy. A poza tym, to przecież za pół roku będzie matura, przydałoby się jakiś
próbny egzamin przeprowadzić. Dobrze, że ułożeniem zadań zajmują się
wydawnictwa, jeden punkt z listy do odhaczenia mniej. Ale nikt za nauczyciela
tych próbnych matur nie sprawdzi. Znowu robota. Co więcej, trzeba jeszcze
wesprzeć tych najbardziej uzdolnionych, przygotować ich do konkursów, zaproponować
zajęcia dodatkowe. A dla tych słabszych? Jakieś konsultacje do wytłumaczenia
bieżących zagadnień też by się przydały. Kiedyś trzeba też przygotować się do
lekcji…
Już
chyba nie dziwi, dlaczego zajęcia w polskiej szkole wyglądają, jak wyglądają.
Nauczyciel ZAWSZE ma kupkę sprawdzianów do sprawdzenia, na horyzoncie matury,
jeszcze więcej sprawdzania… a tutaj siedzi klasa pierwsza, zupełnie danym
przedmiotem niezainteresowana. No to przeczytajcie sobie podręcznik, zróbcie
ćwiczenia, ja je potem sprawdzę (!) i wystawię oceny za pracę na lekcji. Dobrze,
że w wersji dla nauczyciela w zeszytach ćwiczeń są odpowiedzi, wystarczy tylko
porównać, zaznaczyć błędy, podliczyć punkty… O, to może by tak skorzystać i z
gotowych sprawdzianów? W końcu wydawnictwo jest sprawdzone, zadania robią
ciekawe, a i uczniowie będą zadowoleni, bo to test ABCD, można strzelać. Lepiej
przecież się zająć rozszerzeniami, niż marnować czas na pierwsze klasy, prawda?
Potem
się okazuje, że te testy zamknięte przyjemnie się sprawdza, szybko, nie trzeba
się zastanawiać, czy można uznać taką odpowiedź, czy jednak za bardzo odbiega
od klucza… I nauczyciel zaczyna dawać gotowce i rozszerzeniom. Tu co prawda
zdarzają się jakieś zadania otwarte, wzięte prosto z matur z poprzednich lat,
bo przecież „i tak żaden uczeń ich nie przegląda”.
Jest
więc więcej czasu na szykowanie się do lekcji. Ale po co marnować energię na
pierwsze klasy, skoro one i tak chcą tylko zaliczyć przedmiot i mieć z głowy?
Lepiej zająć się rozszerzeniem. Ferie idą, dobrze byłoby zrobić im jakąś listę
zadań, żeby się nie nudzili, głupot nie robili…
W
moim liceum byli nauczyciele, którzy sami robili sprawdziany, przygotowywali
się do lekcji, organizowali zajęcia dodatkowe i… ledwo trzymali się na nogach,
bo spali po kilka godzin, żeby z tym wszystkim zdążyć. A skoro oni mogą spać po
kilka godzin, to i uczniowie też, przecież są młodzi i pełni energii. Nikt nie
patrzył na to, że akurat w okresie dojrzewania sen jest niezwykle potrzebny. A
już na pewno nikt nie pomyślał o tym, że właśnie we śnie mózg analizuje
wszystko to, czego się nauczył (polecam spróbować powtórzyć sobie to, czego się
nauczyliśmy w ciągu dnia, tuż przed snem. Rano się obudzicie i wszystko
będziecie pamiętać!).
Tylko
kogo ten biedny uczeń obchodzi, skoro to jest tylko numerek w dzienniku,
rocznik ten i ten, klasa taka i taka. Przyszedł i zaraz pójdzie, jak miliony
przed nim i za nim. Po co przejmować się jednostką, skoro przerób idzie w setki
tysięcy? Co roku setki tysięcy kończą szkołę – co wśród nich znaczy jeden
Kowalski?
Jeden
Kowalski ma chodzić na lekcje, siedzieć cicho, gdy pani mówi, nauczyć się na
sprawdzian i najlepiej zdać go w pierwszym terminie, żeby nie robić pani
problemów. A pasje niech rozwija, jak już będzie dorosły, o ile będzie miał na
to czas. Bo porządny Polak musi być zapracowany, czy ma trzynaście, czy
trzydzieści lat. I niezadowolony, żeby było na co narzekać.
Najlepsze
jest to, że na uczciwej edukacji skorzystaliby wszyscy. Wyobraźmy sobie
piętnastoosobowe klasy, gdzie wszyscy siedzą przy jednym stole, nauczyciel
razem z uczniami, i rozmawiają, powiedzmy, o globalnym ociepleniu. Jednocześnie
uczą się co nieco biologii (wpływ ocieplenia na człowieka), geografii (wpływ
ocieplenia na klimat), chemii i fizyki (co tworzy dziurę ozonową i jak temu
zapobiec), wiedzy o społeczeństwie (bo można analizować, co w tej kwestii proponują
politycy różnych partii). I może języka polskiego, bo mamy dyskusję, naukę
tworzenia argumentów popartych przykładami. I języki obce mogą być, bo ekologia
to przecież nie jest tylko polski problem, można czytać artykuły z gazet z
różnych krajów. I podstaw przedsiębiorczości z matematyką, bo ktoś przecież
musi policzyć, ile by kosztowały te wszystkie nowoczesne rozwiązania (i kto ma
za to zapłacić). I edukacji dla bezpieczeństwa, to jest co robić, by nie truć
smogiem. I informatyki, bo można zrobić chociażby prezentację na szkolny apel
dotyczący ekologii (albo popatrzeć, jak działają ekologiczne organizacje). I historii,
bo można porównać sytuację w Londynie w latach 50. XX wieku z sytuacją dzisiaj.
I wuefu, bo można promować chodzenie piechotę czy jeżdżenie na rowerze zamiast samochodem.
Mamy
więc zaangażowanie WSZYSTKICH nauczycieli. Co więcej, uczniów też, bo znacznie
ciekawsze jest rozwiązywanie bieżących problemów niż słuchanie wykładu o
kompostownikach. To już nie jest tylko nauka. To jest fabryka pomysłów. Gdyby
połączyć siły wszystkich klas w danej szkole, wszystkich szkół w danym mieście,
wszystkich miast w województwie, wszystkich województw w kraju… Polska edukacja
uwielbia konkursy, więc można by było zrobić konkurs na najlepszy projekt,
nagrodzona szkoła miałaby stworzyć wieloletni plan naprawy problemu, dostałaby
do współpracy ekspertów…
To
jest możliwe. Wystarczyłoby tylko odejść od testowania i otworzyć się na głos
pojedynczego Kowalskiego. Bo to, że nauczyciel skończył studia, nie znaczy, że
zna odpowiedzi na wszystkie pytania. A tak – porozmawiałby z młodymi ludźmi,
poznałby ich, zintegrowałby się z nimi i z całym gronem pedagogicznym. Aż żal
byłoby opuszczać taką szkołę.
W NASTĘPNYM WPISIE: BUW dla Sów, czyli o tym, jak polska edukacja sama zapędziła się w ślepy zaułek

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz