Co pół roku z
okazji sesji Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego, w skrócie BUW, otwarta jest
niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę (z godzinną przerwą między 5. a 6.
rano). Chodzi o to, żeby studenci mogli na spokojnie zarywać noce, ucząc się do
egzaminów.
To
jest granda. Zamiast uczyć młodych ludzi systematycznej nauki, wspiera się ich
w nieefektywnym, szkodliwym dla zdrowia podejściu „zarwę noc, jakoś zdam”. Nie
dziwne, że poziom absolwentów uniwersytetów jest niski. Jeśli większość
podchodzi do studiów właśnie w ten sposób, to… strach się bać.
Przerażające
jest to, że to w szkole powinni nas uczyć systematyczności, odpowiedzialności,
planowania swojego czasu, pilnowania równowagi między pracą a odpoczynkiem,
szanowania terminów. Jeśli nauczyciel zapowiedział egzamin na za dwa miesiące,
to znaczy, że ten czas jest potrzebny do opanowania materiału, a nie, że należy
zacząć się uczyć dzień przed.
W
szkole to jest jeszcze bardziej widoczne, bo są nie tylko sprawdziany. Dobrze
pamiętam, jak w klasie maturalnej (!) nauczycielka przez trzy tygodnie nie
mogła się doprosić zadania domowego od osiemnastoletnich (!) uczniów. I to nie
był jednorazowy przypadek. Tak się działo zawsze, gdy ktoś zadał coś do domu. ZAWSZE.
Pełnoletni ludzie nie byli w stanie poświęcić pięciu minut swojego cennego
czasu (bo takiego kalibru były to zadania). Również na wszelkie kwitki, typu
deklaracji maturalnych, wychowawca musiał czekać długie tygodnie. Bo Kowalski
zapomniał, a Nowak gdzieś zgubił. Lektur w liceum już właściwie nikt nie
czytał, przecież wystarczy film obejrzeć. I potem polonistka rozmawiała z
pięcioma osobami, które raczyły chociaż przejrzeć książkę.
Tutaj
systematyczność była nagradzana. Nie raz dostałam piątkę, bo zrobiłam zadanie
domowe, a reszta klasy nie. Problem polegał na tym, że nauczyciele nie
stosowali żadnych kar. Owszem, trudno jest wstawić jedynki trzydziestu osobom.
Ale na następny raz przynajmniej część z tych trzydziestu osób rozwiązałaby to
zadanie. Kolejnym razem jeszcze więcej – i tak doszlibyśmy powoli do
skuteczności.
Ministerstwo
Edukacji świetnie sobie poradziło ze stworzeniem podstawy programowej. Jest tak
szczegółowa, że właściwie można by się z niej przygotowywać do sprawdzianów.
Niestety, nikt nie zadbał o to, by te założenia realizować. Niczego się nie
egzekwuje; uczeń ma tylko zaliczyć wszystkie testy. Nieważne, czy umie, czy
nie, czy ściągał, czy pisał samodzielnie, czy rozumie dane zagadnienie, czy
nie. Najważniejsze jest to, że zdobył wystarczającą liczbę punktów. Nawet,
jeśli dostał tylko dwóję.
A
z drugiej strony, bardzo dobrze, że nikt o to nie zadbał. Przy obecnej ilości
materiału do opanowania musiałabym mieć osobną głowę na każdy przedmiot, żeby
to wszystko ogarnąć. Ludzki mózg nie jest robotem, nie zapamięta tylu
niepotrzebnych w życiu informacji, zwłaszcza, że są one podane w wyjątkowo
nudny sposób. A w szkole w dodatku mowa o mózgu młodym, który, poza nauką,
potrzebuje również świeżego powietrza, sportu, zbilansowanej diety i
odpowiedniej ilości snu. Nauczyciele o tym wszystkim wiedzą, dlatego nie męczą
specjalnie uczniów egzekwowaniem encyklopedycznej wiedzy. A to nie zrobią
sprawdzianu, bo w sumie wystarczy sprawdzić zeszyt ćwiczeń, a to sprawdzian
zrobią, ale taki wzięty prosto z Internetu, a to zrobią sami, ale z zadaniami
zamkniętymi, a to zrobią z zadaniami otwartymi, ale będzie można pracować w
grupach… Nauczyciele też muszą się wykazywać, też muszą mieć dobre wyniki
(cokolwiek to oznacza). Lepiej jest powiedzieć, że materiał przerobiony,
wszyscy zdali do następnej klasy, niż że przerobili tylko połowę, bo uczniowie czegoś
nie zrozumieli, trzeba było lepiej wytłumaczyć. Albo że przerobili wszystko,
ale oceny są mierne, bo materiał podawany był za szybko.
Uczniowie
doskonale widzą tę niekonsekwencję. Dzielą się między sobą uwagami: ten
nauczyciel jest w porządku, pozwala ściągać, ten robi proste sprawdziany, ten
bierze zadania z Internetu. A że wszyscy naokoło powtarzają, że nauczyciel to
autorytet, to uczniowie idą w ślad tego autorytetu: też zaczynają oszukiwać,
nie starają się, idą na łatwiznę. Dostają się na studia, zaliczają kolejne
semestry, bo… ten wykładowca pozwala ściągać, ten robi proste sprawdziany, ten
bierze zadania z Internetu. Sami zostają nauczycielami i dobrze pamiętają, jak
to było siedzieć w szkolnej ławce. Pamiętają, jak stresujące były trudne
sprawdziany, więc… idą uczniom na rękę, nie przeprowadzają sprawdzianów w
ogóle, albo pozwalają rozwiązywać zadania w grupach.
Nie
mówię tu o tym, że sprawdziany są w edukacji konieczne. Co to, to nie. Problem
polega na tym, że z ciągłego testowania nic w polskiej szkole nie wynika. Bo
to, że Kowalski umie rozwiązać zadania w dniu egzaminu, ponieważ w nocy przed
nie spał, tylko się uczył, nie znaczy wcale, że wiedza pozostanie w jego głowie
na długo. Wyparuje najpóźniej przy kolejnym zarywaniu nocy, przy nerwowej nauce
do kolejnego sprawdzianu.
W
szkole przeszkodzi to w końcu w zaliczeniu któregoś z rzędu testu. Bo
informacje z różnych działów wiążą się ze sobą i bez znajomości wszystkich
poprzednich tematów trudno jest się nauczyć kolejnego. Świetnie to widać na
przykład na matematyce. Przez całą drugą klasę liceum, bez względu na profil,
mamy funkcje. Najpierw liniową, potem kwadratową, potem bardziej skomplikowane.
Jeśli ktoś z pierwszego sprawdzianu dostał dwóję i się cieszy, bo zaliczył, ale
nie weźmie się za siebie, nie douczy się tego, czego nie umiał, to następnego
już nie zaliczy, nie mówiąc już o kolejnym.
Ślepą
uliczką jest też zrzucanie wszystkiego na ucznia. Są nauczyciele, którzy zdają
sobie sprawę z tego, że bodaj najważniejszym elementem nauki jest… powtarzanie.
Więc mówią: napisaliście sprawdzian, zdaliście, gratuluję, ale powtórzcie coś
sobie od czasu do czasu, przypomnijcie, o czym była mowa kilka tygodni temu…
To
nie zadziała. W szkole ucznia traktuje się zadaniowo: przepisz tę definicję,
naucz się jej, napisz na sprawdzianie. Dopóki nie wprowadzi się zadania następnego,
powtórz to, czego się nauczyłeś, efektów nie będzie. A żeby to zadanie
wprowadzić, trzeba najpierw poświęcić trochę lekcji na wdrożenie nawyku
powtarzania. Tak, jak się je poświęciło do nauczenia uczniów korzystania z
podręczników, rozwiązywania zadań… O ile się w ogóle poświęciło.
W NASTĘPNYM WPISIE: Na przyszły tydzień nauczcie się wiersza, czyli rola nauczyciela w zapamiętywaniu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz