Nauczycielom
bardzo łatwo jest powiedzieć: Naucz się tego i tego. Już od pierwszych klas
podstawówki zarzucają ucznia informacjami do wykucia na pamięć. A to wierszyk,
a to piosenka, a to definicja, a to tabliczka mnożenia. Z tym ostatnim jeszcze
nie jest najgorzej, trochę się w klasie, przy rozwiązywaniu zadań, nauczyć
można. Ale pozostałe? Przecież tego trzeba się nauczyć samodzielnie, w domu
przeczytać kilka razy i będzie. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak
trudno jest coś wykuć, nie znając żadnych skutecznych metod pamięciowych.
Nie,
czytanie nie jest skuteczne, zwłaszcza do nauki słowo w słowo. Nijak nie zmusza
do analizowania czytanego tekstu, nie wymaga rozumienia tego, co się czyta, nie
daje nawet gwarancji, że treść rzeczywiście trafia do mózgu, a nie że jest to
tylko bezmyślne wodzenie wzrokiem po literach.
Psychologia
dała ludzkości wiele metod na efektywną i szybką naukę, jednak polska szkoła
omija je szerokim łukiem. Dlaczego?
Sama
korzystam ze sposobów do pracy z dziećmi z dysleksją czy autyzmem, inspirując
się przepastną skarbnicą wiedzy, jaką jest… tak, tak, Internet. Nie trzeba
wcale czytać stosu nudnych książek, żeby dowiedzieć się, jak dotrzeć do mózgu.
Metody
do pracy z dziećmi z jakimikolwiek zaburzeniami opierają się na jednym: są
angażujące. Oczy, uszy, usta, ręce, nogi, nieraz również nos i język. To może
być dziwne, że, jako studentka, przy nauce układam puzzle, tworzę zdania z rozsypanek
słownych, słowa z powycinanych liter, rysuję, koloruję, bawię się kolorami, dużo
mówię na głos, nucę, układam melodię do słów definicji, wymyślam skróty do
zapamiętania całych zdań w konkretnej kolejności, wycinam, przyklejam, lepię z
plasteliny, przekładam kartki z jednego pudełka do drugiego, chodzę, skaczę,
spaceruję, patrzę z góry, z dołu, na wprost, oglądam filmy, czytam książki. A
jednak, z takim podejściem zaliczyłam pierwszy semestr z samymi piątkami i, co
ważniejsze, z wiedzą w głowie. Nie, nie wyparowała zaraz po egzaminie.
To
wszystko z powodzeniem można robić w klasie. Co za problem przy nauce alfabetu
dać dzieciom plastelinę, niech lepią literki, zamiast marnować papier,
przepisując w nieskończoność Aa, Aa, Aa, Aa… Zwariować można od tych A. Co za
problem przy nauce wiersza pociąć go tak, by na każdym kawałku papieru był
jeden wers, i kazać dzieciom układać te kawałki w odpowiedniej kolejności. Co
za problem przy nauce czasowników nieregularnych na angielski stworzyć z
uczniami kategorie – te czasowniki we wszystkich formach wyglądają tak samo, te
są takie same tylko czasami, w tych „d” wymienia się na „t”… Co za problem
pociąć tabliczkę mnożenia i kazać dzieciom ją prawidłowo ułożyć. Co za problem
odgrywać scenki na podstawie lektur i w ten sposób poznawać ich bohaterów.
Żaden
problem. Świadczą o tym chociażby nauczyciele, którzy rzeczywiście tak robią –
nie tylko w czasie lekcji z uczniami z zaburzeniami. Nie dość, że uczniowie
świetnie się bawią, dużo zapamiętują, lubią przychodzić na zajęcia, interesuje
je, co wydarzy się na następnej lekcji, to jeszcze nauczyciel ma frajdę i sam
może się czegoś nauczyć – wystarczy, że otworzy uszy na głos swoich uczniów.
Pytanie,
dlaczego wszystkie lekcje nie wyglądają w ten sposób. Polski system szkolnictwa
charakteryzuje się tym, że dokładnie sprecyzowana jest tylko podstawa
programowa – cała reszta zależy od inwencji twórczej nauczycieli i dyrektorów.
Nie,
problemem nie jest brak czasu. Jeśli nauczyciele współpracują między sobą i z
dyrekcją, wszystko da się załatwić. W końcu, jak już dobrze wiemy, wiele treści
pojawia się na różnych przedmiotach. Ot, słynny antyk – omawiany równolegle na
historii, polskim, często również na muzyce, plastyce, wiedzy o kulturze, wiedzy
o społeczeństwie… Albo ochrona środowiska – pojawia się na biologii i geografii
w gimnazjum i w liceum. Naprawdę nie ma potrzeby omawiać tego dwa razy, bo
pojawiają się absurdalne sytuacje typu: teraz mam biologię, rozmawiamy o
ochronie środowiska. Na następnej lekcji będzie geografia i będziemy rozmawiać
o ochronie środowiska. Jednocześnie oddychając trującym powietrzem. Brzmi świetnie.
Problemem
jest edukacja nauczycieli. Czy też jej brak.
W
polskim systemie nie ma żadnego problemu, żeby skończyć studia z, powiedzmy,
matematyki, potem zrobić podyplomówki z fizyki i chemii i wszystkiego tego
uczyć w szkole. Wszechstronny nauczyciel, interesuje się światem, zachwala
dyrektor, cieszą się rodzice. W praktyce to wygląda tak, że nauczyciel, owszem,
umie liczyć, ale niczego dobrze nie wytłumaczy, bo tego go na studiach nie
uczyli. Potrafi na lekcji przeczytać na głos podręcznik z fizyki i podyktować
notatkę. Chemię zawsze lubił, więc nawet zapisze na tablicy reakcję chemiczną.
Tyle przecież wystarczy; każdy uczeń i tak musi mieć podręcznik, każdy ma też
dostęp do Internetu, sprawdzi sobie najwyżej.
Nie,
nie sprawdzi. Skoro nauczyciel na lekcji prowadzi wykład, to znaczy, że poda
wszelkie potrzebne informacje, a jeśli czegoś nie rozumiem, to znaczy, że muszę
się wczytać w notatki, albo jestem po prostu za głupia, by dany temat pojąć.
Wykład
może być fascynujący, nie przeczę. Nie rozwiązuje on jednak podstawowego
problemu: jak się tego wszystkiego nauczyć? Polski uczeń spędza przeciętnie
siedem godzin w szkole. Potem ma zajęcia dodatkowe, korepetycje, szkołę
muzyczną, lekcję w szkole języków obcych, trening… Rodzice dzieci nie oszczędzają,
mają być wszechstronne, zdolne, zapracowane. Może więc chociaż szkoła je
oszczędzi i zajmie się tym, do czego została stworzona, czyli nauczaniem. A nie
tylko wskazywaniem, czego należy się nauczyć.
W NASTĘPNYM WPISIE: Okres w szkole

I w taki smutny sposób marnuje się 12 lat na obowiązkową edukację która niczego nie uczy. Przykre I frustrujace.
OdpowiedzUsuń