poniedziałek, 18 lutego 2019

WPIS#33: NA PRZYSZŁY TYDZIEŃ NAUCZCIE SIĘ WIERSZA, CZYLI ROLA NAUCZYCIELA W ZAPAMIĘTYWANIU


            Nauczycielom bardzo łatwo jest powiedzieć: Naucz się tego i tego. Już od pierwszych klas podstawówki zarzucają ucznia informacjami do wykucia na pamięć. A to wierszyk, a to piosenka, a to definicja, a to tabliczka mnożenia. Z tym ostatnim jeszcze nie jest najgorzej, trochę się w klasie, przy rozwiązywaniu zadań, nauczyć można. Ale pozostałe? Przecież tego trzeba się nauczyć samodzielnie, w domu przeczytać kilka razy i będzie. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak trudno jest coś wykuć, nie znając żadnych skutecznych metod pamięciowych.
            Nie, czytanie nie jest skuteczne, zwłaszcza do nauki słowo w słowo. Nijak nie zmusza do analizowania czytanego tekstu, nie wymaga rozumienia tego, co się czyta, nie daje nawet gwarancji, że treść rzeczywiście trafia do mózgu, a nie że jest to tylko bezmyślne wodzenie wzrokiem po literach.
            Psychologia dała ludzkości wiele metod na efektywną i szybką naukę, jednak polska szkoła omija je szerokim łukiem. Dlaczego?
            Sama korzystam ze sposobów do pracy z dziećmi z dysleksją czy autyzmem, inspirując się przepastną skarbnicą wiedzy, jaką jest… tak, tak, Internet. Nie trzeba wcale czytać stosu nudnych książek, żeby dowiedzieć się, jak dotrzeć do mózgu.
            Metody do pracy z dziećmi z jakimikolwiek zaburzeniami opierają się na jednym: są angażujące. Oczy, uszy, usta, ręce, nogi, nieraz również nos i język. To może być dziwne, że, jako studentka, przy nauce układam puzzle, tworzę zdania z rozsypanek słownych, słowa z powycinanych liter, rysuję, koloruję, bawię się kolorami, dużo mówię na głos, nucę, układam melodię do słów definicji, wymyślam skróty do zapamiętania całych zdań w konkretnej kolejności, wycinam, przyklejam, lepię z plasteliny, przekładam kartki z jednego pudełka do drugiego, chodzę, skaczę, spaceruję, patrzę z góry, z dołu, na wprost, oglądam filmy, czytam książki. A jednak, z takim podejściem zaliczyłam pierwszy semestr z samymi piątkami i, co ważniejsze, z wiedzą w głowie. Nie, nie wyparowała zaraz po egzaminie.
            To wszystko z powodzeniem można robić w klasie. Co za problem przy nauce alfabetu dać dzieciom plastelinę, niech lepią literki, zamiast marnować papier, przepisując w nieskończoność Aa, Aa, Aa, Aa… Zwariować można od tych A. Co za problem przy nauce wiersza pociąć go tak, by na każdym kawałku papieru był jeden wers, i kazać dzieciom układać te kawałki w odpowiedniej kolejności. Co za problem przy nauce czasowników nieregularnych na angielski stworzyć z uczniami kategorie – te czasowniki we wszystkich formach wyglądają tak samo, te są takie same tylko czasami, w tych „d” wymienia się na „t”… Co za problem pociąć tabliczkę mnożenia i kazać dzieciom ją prawidłowo ułożyć. Co za problem odgrywać scenki na podstawie lektur i w ten sposób poznawać ich bohaterów.
            Żaden problem. Świadczą o tym chociażby nauczyciele, którzy rzeczywiście tak robią – nie tylko w czasie lekcji z uczniami z zaburzeniami. Nie dość, że uczniowie świetnie się bawią, dużo zapamiętują, lubią przychodzić na zajęcia, interesuje je, co wydarzy się na następnej lekcji, to jeszcze nauczyciel ma frajdę i sam może się czegoś nauczyć – wystarczy, że otworzy uszy na głos swoich uczniów.
            Pytanie, dlaczego wszystkie lekcje nie wyglądają w ten sposób. Polski system szkolnictwa charakteryzuje się tym, że dokładnie sprecyzowana jest tylko podstawa programowa – cała reszta zależy od inwencji twórczej nauczycieli i dyrektorów.
            Nie, problemem nie jest brak czasu. Jeśli nauczyciele współpracują między sobą i z dyrekcją, wszystko da się załatwić. W końcu, jak już dobrze wiemy, wiele treści pojawia się na różnych przedmiotach. Ot, słynny antyk – omawiany równolegle na historii, polskim, często również na muzyce, plastyce, wiedzy o kulturze, wiedzy o społeczeństwie… Albo ochrona środowiska – pojawia się na biologii i geografii w gimnazjum i w liceum. Naprawdę nie ma potrzeby omawiać tego dwa razy, bo pojawiają się absurdalne sytuacje typu: teraz mam biologię, rozmawiamy o ochronie środowiska. Na następnej lekcji będzie geografia i będziemy rozmawiać o ochronie środowiska. Jednocześnie oddychając trującym powietrzem. Brzmi świetnie.
            Problemem jest edukacja nauczycieli. Czy też jej brak.
            W polskim systemie nie ma żadnego problemu, żeby skończyć studia z, powiedzmy, matematyki, potem zrobić podyplomówki z fizyki i chemii i wszystkiego tego uczyć w szkole. Wszechstronny nauczyciel, interesuje się światem, zachwala dyrektor, cieszą się rodzice. W praktyce to wygląda tak, że nauczyciel, owszem, umie liczyć, ale niczego dobrze nie wytłumaczy, bo tego go na studiach nie uczyli. Potrafi na lekcji przeczytać na głos podręcznik z fizyki i podyktować notatkę. Chemię zawsze lubił, więc nawet zapisze na tablicy reakcję chemiczną. Tyle przecież wystarczy; każdy uczeń i tak musi mieć podręcznik, każdy ma też dostęp do Internetu, sprawdzi sobie najwyżej.
            Nie, nie sprawdzi. Skoro nauczyciel na lekcji prowadzi wykład, to znaczy, że poda wszelkie potrzebne informacje, a jeśli czegoś nie rozumiem, to znaczy, że muszę się wczytać w notatki, albo jestem po prostu za głupia, by dany temat pojąć.
            Wykład może być fascynujący, nie przeczę. Nie rozwiązuje on jednak podstawowego problemu: jak się tego wszystkiego nauczyć? Polski uczeń spędza przeciętnie siedem godzin w szkole. Potem ma zajęcia dodatkowe, korepetycje, szkołę muzyczną, lekcję w szkole języków obcych, trening… Rodzice dzieci nie oszczędzają, mają być wszechstronne, zdolne, zapracowane. Może więc chociaż szkoła je oszczędzi i zajmie się tym, do czego została stworzona, czyli nauczaniem. A nie tylko wskazywaniem, czego należy się nauczyć.



W NASTĘPNYM WPISIE: Okres w szkole

1 komentarz:

  1. I w taki smutny sposób marnuje się 12 lat na obowiązkową edukację która niczego nie uczy. Przykre I frustrujace.

    OdpowiedzUsuń