Ale
czy aby na pewno?
Nie
do końca. W moim liceum można było nie ćwiczyć dowolną ilość razy, przy czym do
tych „braków stroju” wliczały się również wszystkie nieobecności.
Usprawiedliwione czy nie, na wuefie uczeń nie ćwiczył. W zależności od liczby nieprzećwiczonych
godzin nauczyciel wystawiał ocenę; jeśli było ich dużo, ocena była niższa,
jeśli mało – wyższa. Logiczne.
Dzięki
temu zabiegowi można było przeznaczyć wuef na naukę do sprawdzianu, jeśli ten
miał się odbyć na którejś z następnych lekcji. Korzystało z tego wielu uczniów,
więc, rzeczywiście, liczba osób ćwiczących była mniejsza, niż gdyby ograniczono
nieprzygotowania. Niestety, nikt nie
kontrolował, co robią uczniowie siedzący na ławkach. Gdyby zadać im jakieś
zadania, kazać robić jakieś plakaty, czyścić sprzęt, cokolwiek, sprawa byłaby
czysta, rozwiązanie z wieloma „brakami stroju” do wykorzystania byłoby idealne.
Bo
mniej więcej połowę populacji uczniów stanowią dziewczyny, z których wiele raz
w miesiącu po prostu nie może ćwiczyć. Ból związany z okresem jest zbyt silny –
nie mówiąc już o kwestii higieny. Jeśli lekcje wychowania fizycznego odbywają
się, powiedzmy, co drugi dzień, problemu raczej nie ma. Jeśli jednak wuef jest
się w dwa dni pod rząd, trudno oczekiwać, że następnego dnia uczennica będzie
już czuła się świetnie. W jednym tygodniu traci dwa nieprzygotowania – w większości
szkół nie będzie miała ich już więcej do wykorzystania.
Chyba,
że nauczyciel zrozumie jej sytuację i pozwoli przesiedzieć zajęcia bez
konsekwencji. Z tym jednak nic nie wiadomo, trzeba dobrze trafić.
Niby
mówi się: Masz okres – zgłoś to nauczycielowi, da ci prostsze ćwiczenia. W
praktyce to tak nie wygląda. Na sali często jest trzydzieści osób, nauczyciel
nie może skupić się na jednej z nich. Założę się, że nawet nie ma przygotowanego
zestawu ćwiczeń dla dziewczyn z okresem.
Co
gorsza, nauczyciele są różni. Czasem kobiety, czasem mężczyźni. Do kobiety
łatwiej jest podejść, na ucho powiedzieć, że ma się okres. Z mojego doświadczenia
wynika jednak, że wuefistki rzadziej są skłonne odpuścić uczennicom. Częściej
robią to mężczyźni – ale z nimi rozmawiać o kobiecych sprawach to często wstyd.
Lepiej przemilczeć, przemęczyć się, a po czterdziestu pięciu minutach uciec z
sali do toalety.
Pryszniców
oczywiście nie ma, przynajmniej nie w każdej szkole. A nawet jak są, to albo
przez cały rok zamknięte, albo tak zaniedbane, że strach tam wchodzić. No i
koleżanki by się dziwnie patrzyły, że co to, ona prysznic bierze? W szkole?!
Niby
były kiedyś tam zajęcia o higienie w czasie okresu, ale przecież nikt nie
bierze tego na serio, nikt dziewczyn nie zachęca, by o siebie dbały. O
comiesięcznym miesiączkowaniu mówi się, jakby to była najstraszniejsza rzecz
pod słońcem, jak o temacie tabu. Przypomnę, że mamy XXI wiek…
Więc
z pryszniców się nie korzysta. Jeśli wuef był ostatnim przedmiotem na planie,
to nie ma większego problemu, wróci się do domu i tam weźmie się prysznic. Gorzej,
jeśli wychowanie fizyczne jest gdzieś na początku lekcji, a po nim jeszcze
długie godziny trzeba wytrzymać w szkole. Spoconą, krwawiącą i z bolącym
brzuchem.
Może
się i tak zdarzyć, że uczennica zapomni podpasek, a koleżanki też akurat nie
mają. W większości szkół w statucie stoi, że nie wolno opuszczać budynku, nawet
po to, by skoczyć do sklepu. A że w szkolnych toaletach rzadko kiedy można
uświadczyć papieru toaletowego i mydła, to trudno oczekiwać, że będą w nich i
automaty z podpaskami. Trzeba się przemęczyć do końca lekcji.
Są
jeszcze chłopcy. Im starsi, tym bardziej świadomi tego, że koleżanki mają
gorsze dni. Bynajmniej nie dowiadują się tego od nauczycieli – raczej po prostu
zaczynają mieć dziewczyny, te z nimi o takich sprawach rozmawiają. Póki to
jednak nie nastąpi, dziewczyny muszą wysłuchiwać śmiechów i docinków, że
ofermy, nie potrafią nawet piłki rzucić, że użalają się nad sobą, że już
wiadomo, czemu słabsza płeć. Nauczyciele oczywiście nie reagują.
Niby
jest przedmiot „wychowanie do życia w rodzinie”. Niby mamy się tam uczyć i o
seksualności człowieka. Ale… im dalej w las, tym mniej uczniów uczestniczy w
tych lekcjach (są nieobowiązkowe). A co do edukacji seksualnej – jedyne, co
pamiętam, to że w podstawówce miałam podpisać elementy żeńskich i męskich narzędzi
rozrodczych. Temat bardziej na biologię, na dział o rozmnażaniu… A nie,
przepraszam, tego działu właściwie nie przerobiliśmy, nie starczyło czasu czy
coś takiego.
Polscy
uczniowie idą w świat zupełnie nieprzygotowani do czegokolwiek. Nie mają
wpojonych dobrych nawyków. Nie wiedzą, że jak ma się okres, to lepiej zwolnić,
nie przemęczać się. Nie mają szacunku do samych siebie. Nie rozumieją, że
należy uszanować gorsze samopoczucie innych. Nie potrafią rozmawiać o sprawach
intymnych. Potrafią za to rozpoznać macicę na obrazku. To im się przyda, w
końcu autorzy podręczników utrzymują, że aborcja jest zła, a kobiety zostały
stworzone po to, by rodzić dzieci. Gdyby były w ciąży, to by ich okres nie
bolał, prawda?
W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego bez podręcznika się nie da, czyli nowoczesna nauka w polskiej szkole

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz