poniedziałek, 25 lutego 2019

WPIS#34: OKRES W SZKOLE

            Wuef w szkole odbywa się zazwyczaj trzy razy w tygodniu. Nieprzygotowań jest tyle, ile zapisano w statucie, dajmy na to, dwa. Tyle, co i na innych przedmiotach. Logiczne. Gdyby było ich więcej, uczniowie by nie ćwiczyli.
            Ale czy aby na pewno?
            Nie do końca. W moim liceum można było nie ćwiczyć dowolną ilość razy, przy czym do tych „braków stroju” wliczały się również wszystkie nieobecności. Usprawiedliwione czy nie, na wuefie uczeń nie ćwiczył. W zależności od liczby nieprzećwiczonych godzin nauczyciel wystawiał ocenę; jeśli było ich dużo, ocena była niższa, jeśli mało – wyższa. Logiczne.
            Dzięki temu zabiegowi można było przeznaczyć wuef na naukę do sprawdzianu, jeśli ten miał się odbyć na którejś z następnych lekcji. Korzystało z tego wielu uczniów, więc, rzeczywiście, liczba osób ćwiczących była mniejsza, niż gdyby ograniczono nieprzygotowania.  Niestety, nikt nie kontrolował, co robią uczniowie siedzący na ławkach. Gdyby zadać im jakieś zadania, kazać robić jakieś plakaty, czyścić sprzęt, cokolwiek, sprawa byłaby czysta, rozwiązanie z wieloma „brakami stroju” do wykorzystania byłoby idealne.
            Bo mniej więcej połowę populacji uczniów stanowią dziewczyny, z których wiele raz w miesiącu po prostu nie może ćwiczyć. Ból związany z okresem jest zbyt silny – nie mówiąc już o kwestii higieny. Jeśli lekcje wychowania fizycznego odbywają się, powiedzmy, co drugi dzień, problemu raczej nie ma. Jeśli jednak wuef jest się w dwa dni pod rząd, trudno oczekiwać, że następnego dnia uczennica będzie już czuła się świetnie. W jednym tygodniu traci dwa nieprzygotowania – w większości szkół nie będzie miała ich już więcej do wykorzystania.
            Chyba, że nauczyciel zrozumie jej sytuację i pozwoli przesiedzieć zajęcia bez konsekwencji. Z tym jednak nic nie wiadomo, trzeba dobrze trafić.
            Niby mówi się: Masz okres – zgłoś to nauczycielowi, da ci prostsze ćwiczenia. W praktyce to tak nie wygląda. Na sali często jest trzydzieści osób, nauczyciel nie może skupić się na jednej z nich. Założę się, że nawet nie ma przygotowanego zestawu ćwiczeń dla dziewczyn z okresem.
            Co gorsza, nauczyciele są różni. Czasem kobiety, czasem mężczyźni. Do kobiety łatwiej jest podejść, na ucho powiedzieć, że ma się okres. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że wuefistki rzadziej są skłonne odpuścić uczennicom. Częściej robią to mężczyźni – ale z nimi rozmawiać o kobiecych sprawach to często wstyd. Lepiej przemilczeć, przemęczyć się, a po czterdziestu pięciu minutach uciec z sali do toalety.
            Pryszniców oczywiście nie ma, przynajmniej nie w każdej szkole. A nawet jak są, to albo przez cały rok zamknięte, albo tak zaniedbane, że strach tam wchodzić. No i koleżanki by się dziwnie patrzyły, że co to, ona prysznic bierze? W szkole?!
            Niby były kiedyś tam zajęcia o higienie w czasie okresu, ale przecież nikt nie bierze tego na serio, nikt dziewczyn nie zachęca, by o siebie dbały. O comiesięcznym miesiączkowaniu mówi się, jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem, jak o temacie tabu. Przypomnę, że mamy XXI wiek…
            Więc z pryszniców się nie korzysta. Jeśli wuef był ostatnim przedmiotem na planie, to nie ma większego problemu, wróci się do domu i tam weźmie się prysznic. Gorzej, jeśli wychowanie fizyczne jest gdzieś na początku lekcji, a po nim jeszcze długie godziny trzeba wytrzymać w szkole. Spoconą, krwawiącą i z bolącym brzuchem.
            Może się i tak zdarzyć, że uczennica zapomni podpasek, a koleżanki też akurat nie mają. W większości szkół w statucie stoi, że nie wolno opuszczać budynku, nawet po to, by skoczyć do sklepu. A że w szkolnych toaletach rzadko kiedy można uświadczyć papieru toaletowego i mydła, to trudno oczekiwać, że będą w nich i automaty z podpaskami. Trzeba się przemęczyć do końca lekcji.
            Są jeszcze chłopcy. Im starsi, tym bardziej świadomi tego, że koleżanki mają gorsze dni. Bynajmniej nie dowiadują się tego od nauczycieli – raczej po prostu zaczynają mieć dziewczyny, te z nimi o takich sprawach rozmawiają. Póki to jednak nie nastąpi, dziewczyny muszą wysłuchiwać śmiechów i docinków, że ofermy, nie potrafią nawet piłki rzucić, że użalają się nad sobą, że już wiadomo, czemu słabsza płeć. Nauczyciele oczywiście nie reagują.
            Niby jest przedmiot „wychowanie do życia w rodzinie”. Niby mamy się tam uczyć i o seksualności człowieka. Ale… im dalej w las, tym mniej uczniów uczestniczy w tych lekcjach (są nieobowiązkowe). A co do edukacji seksualnej – jedyne, co pamiętam, to że w podstawówce miałam podpisać elementy żeńskich i męskich narzędzi rozrodczych. Temat bardziej na biologię, na dział o rozmnażaniu… A nie, przepraszam, tego działu właściwie nie przerobiliśmy, nie starczyło czasu czy coś takiego.
            Polscy uczniowie idą w świat zupełnie nieprzygotowani do czegokolwiek. Nie mają wpojonych dobrych nawyków. Nie wiedzą, że jak ma się okres, to lepiej zwolnić, nie przemęczać się. Nie mają szacunku do samych siebie. Nie rozumieją, że należy uszanować gorsze samopoczucie innych. Nie potrafią rozmawiać o sprawach intymnych. Potrafią za to rozpoznać macicę na obrazku. To im się przyda, w końcu autorzy podręczników utrzymują, że aborcja jest zła, a kobiety zostały stworzone po to, by rodzić dzieci. Gdyby były w ciąży, to by ich okres nie bolał, prawda?




W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego bez podręcznika się nie da, czyli nowoczesna nauka w polskiej szkole

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz