Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powtórka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powtórka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 marca 2019

WPIS#35: DLACZEGO BEZ PODRĘCZNIKA SIĘ NIE DA, CZYLI NOWOCZESNA NAUKA W POLSKIEJ SZKOLE

           Mamy XXI wiek, więc w klasach obowiązkowo musi być komputer i rzutnik. W końcu do dzisiejszej młodzieży bardziej trafiają kolorowe obrazki niż suchy tekst w podręczniku, nieprawdaż? Poza tym, to zawsze jakieś uzupełnienie lekcji, nie trzeba wszystkiego pisać na tablicy, można po prostu wyświetlić. I uczniom się podoba, rzeczywiście, łatwiej jest notować, gdy treści są przekazywane ustnie, ale i napisane. I na zdjęciach do szkolnej kroniki dobrze wygląda, można zaprzeczyć twierdzeniu, jakoby polska szkoła tkwiła w średniowieczu.
            Problemów jest kilka, zacznijmy więc od samego początku. Komputer i rzutnik – mamy. Konieczny jest też ekran do tego rzutnika. Zazwyczaj umieszczony nad tablicą, tak, że rozwijając go, zasłaniamy w najlepszym wypadku połowę tablicy. Albo albo. Nie można jednocześnie pisać i wyświetlać. Z drugiej strony, takie rozwiązanie przydaje się na matematyce – u mnie w liceum, gdy zajmowaliśmy się funkcjami, nauczycielka wyświetlała wprost na tablicy układy współrzędnych, do których trzeba było tylko dorysować wykresy. Przydatne. Zwłaszcza, że projektanci sal rzadko kiedy myślą o tym, że na matematyce przydałaby się tablica w kratkę. Standardem są białe, czyste, więc takie będą we wszystkich klasach – to pewnie jeszcze pozostałość po tradycyjnych tablicach. Chociaż i wśród tych na kredę były i takie z kratkami…
            Sprawa druga – kolorowe obrazki. Niestety, ponieważ nauczyciele nie mają zazwyczaj przygotowania psychologicznego i pedagogicznego, nie wiedzą, że w istocie, kolorowe obrazki łatwiej trafiają do mózgu – nie tylko nastoletniego, ale w ogóle ludzkiego. Do szkół idą absolwenci najróżniejszych kierunków, w których programach nie przewidziano uczenia o tym, jak… uczyć. Tego dowiadują się bodaj tylko studenci pedagogiki. A jakże łatwiej jest przekazywać wiedzę, gdy wie się, jak to robić, gdy zna się sprawdzone sposoby, gdy rozumie się pracę ludzkiego umysłu. Psychologia pracuje nad tym od dawna, a żeby znaleźć cokolwiek, coś na start przed rozpoczęciem kursu, wystarczy poszukać w Internecie.
            Trzecia sprawa: przecież te nudne, zapisane gęsto podręczniki, od których nauczyciele uciekają, zaprzęgając do pracy rzutnik, już nie istnieją! Zastąpiły je przyjazne dla oka książki z fotografiami, kolorowymi schematami, wytłuszczeniami, podkreśleniami, kursywami,  mapami myśli, podsumowaniami na koniec rozdziału, przykładami rozwiązań zadań… Zdarzają się nawet ciekawe grafiki. Praca z takim podręcznikiem to, wydawałoby się, sama przyjemność.
            Może i tak – w czasie nudnej lekcji przeglądanie ich to często jedyny ratunek dla ucznia. Jednak ogrom informacji zmieszczonych na jednej stronie jest, przy bliższym zapoznaniu się z tematem, przytłaczający. Tu tekst, tu definicja w ramce, tu podpis do obrazka, tu mapa myśli, tu pytanie, tu odpowiedź… co za dużo, to niezdrowo. Uczeń ma wszystko podane na tacy – mówią nauczyciele. Wyszczególnione najważniejsze informacje, potem jeszcze powtórzone w podsumowaniu i zadaniach sprawdzających – marzenie. Ale czy aby na pewno?
            Właśnie nie. Takie podręczniki nijak nie stymulują do samodzielnego poszukiwania informacji. Nie, zamieszczenie na końcu książek rozwijających dany temat czy postawienie nieoczywistych pytań w zadaniach nie wystarczy. Uczeń i tak tych książek nie przeczyta, a odpowiedzi na pytania znajdzie w Internecie. Nie nauczy się za to czytać ze zrozumieniem i notować. Jeśli wszystkie ważne kwestie ma podane na tacy, to po co rozumieć cały tekst? Jeśli w podręczniku są takie ładne grafiki, to po co samemu robić notatki? Przeczyta kilka razy przed sprawdzianem i wystarczy. A że sprawdzian to często gotowiec, to i pytania będą się odnosiły wprost do treści z podręcznika. Nie ma po co samemu pracować. Stara zasada Zakuj – Zdaj – Zapomnij jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            Niestety, żeby wyjść ze szkoły z jakąś wiedzą, żeby potem wykorzystać zdobyte informacje na studiach, trzeba się zaangażować. Trzeba zapamiętać na dłużej. Mnemotechniki istnieją od dawna – tylko nie w szkole. Uczeń w klasie nie usłyszy ani słowa na temat tego, jak właściwie nauczyć się do sprawdzianu – co najwyżej tego, by przeczytać podręcznik. Tyle to wiedział sam.
            Problem czwarty: kiedy nauczyciel wyświetla coś na rzutniku, to zazwyczaj siedzi przy biurku, za komputerem. Nie widzi klasy zza monitora. Nie nawiązuje z uczniami relacji. Nie staje się dla nich autorytetem. Nie widzi, czy rozumieją, o czym mówi. Nie stymuluje do zadawania pytań. Nie kontroluje, czy uczniowie notują. Czy przynajmniej słuchają. Lekcja prowadzona w ten sposób nic nie daje. Nie mówiąc już o tym, że sprzęt jest zawodny. Nieraz zdarzało się, że pół zajęć traciłam, bo komputer się nie chciał włączyć, potem nie działał rzutnik, a nauczyciel koniecznie musiał coś wyświetlić. Technika jest fajna, nie przeczę. Ale może lepiej pozostać przy nauczaniu tradycyjnym, a za to czegokolwiek uczniów nauczyć? Zwłaszcza, że nauka mówi jasno: samo oglądanie i słuchanie nic nie da. Trzeba jeszcze notować. Wyświetlanie kolorowych obrazków nie jest więc tak skuteczne, jak by tego chcieli nauczyciele. To uczniowie powinni je rysować – jako uzupełnienie swoich notatek.
            Po piąte: zadowolenie uczniów. Cóż… to raczej kontrowersyjna sprawa. Nauczycielowi może się wydawać, że uczniowie są zainteresowani tematem. Tylko że potem przyjdzie sprawdzian i okaże się, że połowa go nie zaliczyła. Bo żeby dotrzeć do młodego umysłu, trzeba go jakoś zaangażować. Chociażby zadać pytanie. Albo pokazać śmieszny filmik, który zacznie im się kojarzyć z danym zagadnieniem. Albo kazać narysować na tablicy mapę myśli dla powtórzenia materiału. Sposobów jest wiele. Nauczyciele wolą wyświetlać prezentacje w Power Poincie. Albo, znacznie częściej… elektroniczną wersję podręcznika. Jakby uczniowie nie mieli książek przed nosem, na ławce.
            Sprawa ostatnia, kronika szkoły. Chodziłam do podstawówki, gimnazjum i liceum, wszystkie szkoły skończyłam ze świetnymi wynikami. Jakkolwiek związana czuję się tylko w liceum. Dlaczego? Popatrzmy na problem chronologicznie.
            Podstawówka. Nauczyciele wszystkich przedmiotów ciągali mnie i kilku innych uczniów na wszystkie możliwe konkursy, bo przecież „skoro jest dobra z matematyki, to będzie też dobra z przyrody i polskiego”. Coś tam rzeczywiście wygrałam, przez jakiś czas moje zdjęcie wisiało nawet w jakiejś gablocie zasłużonych, czy coś takiego. Wygrywałam konkursy z polskiego i przyrody, jednak wszyscy ciągle twierdzili, że przoduję w matematyce. Podstawówkę wspominam więc jako pasmo konkursów matematycznych, na których większości zadań nie potrafiłam rozwiązać. Pamiętam też jeszcze jedno: rysowanie liści na przyrodzie. Oczywiście nie wyszliśmy w tym celu na dwór, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda, ale za to rysowaliśmy. A nie mówiłam, że rysowanie jest ważne?
            Gimnazjum. Byłam w klasie matematyczno-informatycznej, do której trafiło sporo osób z regionu, poziom był raczej słaby. Na matematyce rozwiązywałam zadania szybciej niż inni, bo były proste. Wniosek? Jesteś dobra z matematyki – idź na konkurs. I znowu to samo, niechodzenie na lekcje, żeby siedzieć na konkursie i patrzeć na zadania, których i tak nie umiem rozwiązać. Pamiętam też, że na biologii nauczycielka stawała na środku z podręcznikiem w ręku i czytała zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, a my mieliśmy zapisywać każde jej słowo. Gdy teraz czytam podstawę programową z biologii, żeby napisać tutaj post, nie kojarzę absolutnie nic. Za to z etyki pamiętam więcej. Do zeszytu przy każdym temacie wklejałam pasującą do poruszanych kwestii piosenkę – i teraz, gdy ich słucham, przypominam sobie, o czym rozmawialiśmy na lekcjach.
            Liceum. Klasa matematyczno-fizyczna, poziom lepszy, niż w gimnazjum, bo nie ma rejonizacji. Byłam raczej średnia i miałam już wyrobione własne zdanie na temat tego, co chcę, a czego nie chcę robić. Nawet, jeśli nauczyciele usilnie przekonywali mnie do udziału w konkursie, nie zapisywałam się. Za to pilnie notowałam na lekcjach, powoli odkrywałam, jak powinny wyglądać dobre notatki, uczyłam się z nich, rozwiązywałam zadania, stawiałam pytania, szukałam na nie odpowiedzi – w książkach, nie w Internecie. To raz. A dwa – kadra szkoły podchodziła do ucznia jak do człowieka. Nie chcesz brać udziału w konkursie – nie bierz. Na korytarzach stoją kanapy i fotele, by można było odpocząć w czasie przerw, w takich „kącikach” są półki z książkami, stoliki do nauki i kontakty, żeby podładować telefon. W jednym „kąciku” jest nawet dywan i kwiaty! Kiedy trzeba było pomalować szkołę, uczniowie zostali zaproszeni do pomocy – przyjdziesz malować w czasie ferii, dostaniesz piątkę z wuefu. Potem każdy chwalił się, który kawałek ściany własnoręcznie pomalował.
            Z tych trzech szkół kronika tylko jednej jest prawdziwa. Tylko jedna kronika pokazuje, że uczniowie czują się dobrze w szkole, że są traktowani jak ludzie, że mogą mieć własne zdanie, że mogą decydować o sobie i o swoim najbliższym otoczeniu, że mają prawa. I nie ma znaczenia, jak wyglądają zdjęcia w tej kronice – liczy się to, że pokazują prawdę.



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak łatwo jest przylepić łatkę, czyli o ocenianiu w polskiej szkole

poniedziałek, 11 lutego 2019

WPIS#32: BUW DLA SÓW, CZYLI O TYM, JAK POLSKA EDUKACJA SAMA ZAPĘDZIŁA SIĘ W ŚLEPY ZAUŁEK

Co pół roku z okazji sesji Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego, w skrócie BUW, otwarta jest niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę (z godzinną przerwą między 5. a 6. rano). Chodzi o to, żeby studenci mogli na spokojnie zarywać noce, ucząc się do egzaminów.
            To jest granda. Zamiast uczyć młodych ludzi systematycznej nauki, wspiera się ich w nieefektywnym, szkodliwym dla zdrowia podejściu „zarwę noc, jakoś zdam”. Nie dziwne, że poziom absolwentów uniwersytetów jest niski. Jeśli większość podchodzi do studiów właśnie w ten sposób, to… strach się bać.
            Przerażające jest to, że to w szkole powinni nas uczyć systematyczności, odpowiedzialności, planowania swojego czasu, pilnowania równowagi między pracą a odpoczynkiem, szanowania terminów. Jeśli nauczyciel zapowiedział egzamin na za dwa miesiące, to znaczy, że ten czas jest potrzebny do opanowania materiału, a nie, że należy zacząć się uczyć dzień przed.
            W szkole to jest jeszcze bardziej widoczne, bo są nie tylko sprawdziany. Dobrze pamiętam, jak w klasie maturalnej (!) nauczycielka przez trzy tygodnie nie mogła się doprosić zadania domowego od osiemnastoletnich (!) uczniów. I to nie był jednorazowy przypadek. Tak się działo zawsze, gdy ktoś zadał coś do domu. ZAWSZE. Pełnoletni ludzie nie byli w stanie poświęcić pięciu minut swojego cennego czasu (bo takiego kalibru były to zadania). Również na wszelkie kwitki, typu deklaracji maturalnych, wychowawca musiał czekać długie tygodnie. Bo Kowalski zapomniał, a Nowak gdzieś zgubił. Lektur w liceum już właściwie nikt nie czytał, przecież wystarczy film obejrzeć. I potem polonistka rozmawiała z pięcioma osobami, które raczyły chociaż przejrzeć książkę.
            Tutaj systematyczność była nagradzana. Nie raz dostałam piątkę, bo zrobiłam zadanie domowe, a reszta klasy nie. Problem polegał na tym, że nauczyciele nie stosowali żadnych kar. Owszem, trudno jest wstawić jedynki trzydziestu osobom. Ale na następny raz przynajmniej część z tych trzydziestu osób rozwiązałaby to zadanie. Kolejnym razem jeszcze więcej – i tak doszlibyśmy powoli do skuteczności.
            Ministerstwo Edukacji świetnie sobie poradziło ze stworzeniem podstawy programowej. Jest tak szczegółowa, że właściwie można by się z niej przygotowywać do sprawdzianów. Niestety, nikt nie zadbał o to, by te założenia realizować. Niczego się nie egzekwuje; uczeń ma tylko zaliczyć wszystkie testy. Nieważne, czy umie, czy nie, czy ściągał, czy pisał samodzielnie, czy rozumie dane zagadnienie, czy nie. Najważniejsze jest to, że zdobył wystarczającą liczbę punktów. Nawet, jeśli dostał tylko dwóję.
            A z drugiej strony, bardzo dobrze, że nikt o to nie zadbał. Przy obecnej ilości materiału do opanowania musiałabym mieć osobną głowę na każdy przedmiot, żeby to wszystko ogarnąć. Ludzki mózg nie jest robotem, nie zapamięta tylu niepotrzebnych w życiu informacji, zwłaszcza, że są one podane w wyjątkowo nudny sposób. A w szkole w dodatku mowa o mózgu młodym, który, poza nauką, potrzebuje również świeżego powietrza, sportu, zbilansowanej diety i odpowiedniej ilości snu. Nauczyciele o tym wszystkim wiedzą, dlatego nie męczą specjalnie uczniów egzekwowaniem encyklopedycznej wiedzy. A to nie zrobią sprawdzianu, bo w sumie wystarczy sprawdzić zeszyt ćwiczeń, a to sprawdzian zrobią, ale taki wzięty prosto z Internetu, a to zrobią sami, ale z zadaniami zamkniętymi, a to zrobią z zadaniami otwartymi, ale będzie można pracować w grupach… Nauczyciele też muszą się wykazywać, też muszą mieć dobre wyniki (cokolwiek to oznacza). Lepiej jest powiedzieć, że materiał przerobiony, wszyscy zdali do następnej klasy, niż że przerobili tylko połowę, bo uczniowie czegoś nie zrozumieli, trzeba było lepiej wytłumaczyć. Albo że przerobili wszystko, ale oceny są mierne, bo materiał podawany był za szybko.
            Uczniowie doskonale widzą tę niekonsekwencję. Dzielą się między sobą uwagami: ten nauczyciel jest w porządku, pozwala ściągać, ten robi proste sprawdziany, ten bierze zadania z Internetu. A że wszyscy naokoło powtarzają, że nauczyciel to autorytet, to uczniowie idą w ślad tego autorytetu: też zaczynają oszukiwać, nie starają się, idą na łatwiznę. Dostają się na studia, zaliczają kolejne semestry, bo… ten wykładowca pozwala ściągać, ten robi proste sprawdziany, ten bierze zadania z Internetu. Sami zostają nauczycielami i dobrze pamiętają, jak to było siedzieć w szkolnej ławce. Pamiętają, jak stresujące były trudne sprawdziany, więc… idą uczniom na rękę, nie przeprowadzają sprawdzianów w ogóle, albo pozwalają rozwiązywać zadania w grupach.
            Nie mówię tu o tym, że sprawdziany są w edukacji konieczne. Co to, to nie. Problem polega na tym, że z ciągłego testowania nic w polskiej szkole nie wynika. Bo to, że Kowalski umie rozwiązać zadania w dniu egzaminu, ponieważ w nocy przed nie spał, tylko się uczył, nie znaczy wcale, że wiedza pozostanie w jego głowie na długo. Wyparuje najpóźniej przy kolejnym zarywaniu nocy, przy nerwowej nauce do kolejnego sprawdzianu.
            W szkole przeszkodzi to w końcu w zaliczeniu któregoś z rzędu testu. Bo informacje z różnych działów wiążą się ze sobą i bez znajomości wszystkich poprzednich tematów trudno jest się nauczyć kolejnego. Świetnie to widać na przykład na matematyce. Przez całą drugą klasę liceum, bez względu na profil, mamy funkcje. Najpierw liniową, potem kwadratową, potem bardziej skomplikowane. Jeśli ktoś z pierwszego sprawdzianu dostał dwóję i się cieszy, bo zaliczył, ale nie weźmie się za siebie, nie douczy się tego, czego nie umiał, to następnego już nie zaliczy, nie mówiąc już o kolejnym.
            Ślepą uliczką jest też zrzucanie wszystkiego na ucznia. Są nauczyciele, którzy zdają sobie sprawę z tego, że bodaj najważniejszym elementem nauki jest… powtarzanie. Więc mówią: napisaliście sprawdzian, zdaliście, gratuluję, ale powtórzcie coś sobie od czasu do czasu, przypomnijcie, o czym była mowa kilka tygodni temu…

            To nie zadziała. W szkole ucznia traktuje się zadaniowo: przepisz tę definicję, naucz się jej, napisz na sprawdzianie. Dopóki nie wprowadzi się zadania następnego, powtórz to, czego się nauczyłeś, efektów nie będzie. A żeby to zadanie wprowadzić, trzeba najpierw poświęcić trochę lekcji na wdrożenie nawyku powtarzania. Tak, jak się je poświęciło do nauczenia uczniów korzystania z podręczników, rozwiązywania zadań… O ile się w ogóle poświęciło.


W NASTĘPNYM WPISIE: Na przyszły tydzień nauczcie się wiersza, czyli rola nauczyciela w zapamiętywaniu