poniedziałek, 21 stycznia 2019

WPIS#29: KOBIETA TO GORSZA WERSJA MĘŻCZYZNY, WIĘC PO CO ZAPRZĄTAĆ SOBIE GŁOWĘ JEJ TWÓRCZOŚCIĄ CZY ODKRYCIAMI

            Ostatnio liczyłam, że w całej podstawie programowej z języka polskiego dla liceum jest 7 (słownie: siedem) nazwisk kobiet. Tylko siedem kobiet napisało coś na tyle dobrego, by kazać uczniom to czytać.
            Ależ nie, nie, nie kazać. Żadne z tych nazwisk nie jest opatrzone gwiazdką, czyli żadna książka napisana przez kobietę nie jest lekturą obowiązkową. Część z nich można przeczytać „przy okazji” (jak na przykład wiersze Szymborskiej przy omawianiu współczesnych porządnych, męskich twórców), część można wybrać spośród kilku innych porządnych, męskich pozycji (jak książkę nagrodzonej w zeszłym roku nagrodą Bookera Tokarczuk. Żeby nie było – w szkole nikt na temat tej nagrody słowem nie pisnął, jakby Tokarczuk nie była Polką i nie było z czego być dumnym), część można w ogóle pominąć. Kończy się tak, że czytamy słabiutko napisaną „Granicę” Nałkowskiej (taka tradycja czy jak? Nie dało się tego przeczytać, ominęłam sto stron i nic nie straciłam…), świetnie grającą na emocjach, ale nic nie wnoszącą do życia „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall, jakieś wiersze Safony (wiadomo, coś z antyku musi być…), kilka wyjątkowo nieudanych przykładów poezji Iłłakowiczówny i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i, tuż przed maturą, trochę Szymborskiej, tak dla zachowania pozorów.
            Dla porównania: twórczość Wielkiego Wieszcza Mickiewicza wałkujemy przez co najmniej dwa miesiące. Wspaniały Prozator Który Wcale Nie Zmyślał Historii Sienkiewicz pojawia się i w gimnazjum, i w liceum – za każdym razem z gwiazdką. Cierpiący Po Śmierci Córki Kochanowski tak samo. Dzięki tym panom, a także i wielu innym, w głowie ucznia kreśli się obraz kobiety jako niewinnej, zagubionej w świecie duszyczki, najlepiej dziewicy, która wyczekuje na swojego księcia z bajki, albo też, o zgrozo, odsyła go z kwitkiem, przez co ten niszczy wszystko, co osiągnął (Wokulski…). Nie powinno więc zatem dziwić, że chłopcy w liceum śmieją się z feministek, nazywają je wariatkami, idiotkami, czarownicami, nie szanują swoich koleżanek z klasy, a jedyne, na co są w stanie się zdobyć, to przepuszczenie dziewczyny w drzwiach… No świetnie, utrwalajmy dalej te schematy spychające kobiety na gorszą pozycję. Dla ogólnej wiadomości: potrafię sama sobie otworzyć drzwi i nie rozumiem, dlaczego nie mogę czasem przepuścić w nich mężczyzny.
            Nawet był kiedyś taki temat na maturze: „Kobieta – anioł czy źródło cierpień?”. Na podstawie „Dziadów” części IV, oczywiście. Cóż… ja bym chciała być po prostu człowiekiem. Gorzej, że wśród szkolnych lektur nie znajdę przykładu na poparcie swojej tezy. A jak powszechnie wiadomo, argument bez przykładu nie istnieje. Trzeba więc pisać o tym aniele. Albo może o źródle cierpień. O tym drugim świadczą przecież problemy takich znamienitości, jak Gustaw, Werter czy Wokulski.
            Okej. Czyli polski uczeń kończy szkołę ze świadomością, że kobieta to źródło cierpień. Ale nie tylko. Ponieważ jednak coś tych biednych kobiet musi przeczytać, to utwierdza się w przekonaniu, że kobiety nie potrafią pisać. Albo i szerzej – w ogóle nic nie potrafią zrobić. Jedyna kobieta-naukowiec, o której mówi się w szkole, to Maria Skłodowska-Curie, którą zabił pierwiastek przez nią samą odkryty. A to gapa.
            Wracając do tematu: książki kobiet są zazwyczaj naiwne, nieciekawe, naciągane, powielają schematy ustanowione przez mężczyzn, grają na emocjach, prawią o wszystkim i o niczym, walczą na siłę. Kto chce się kłócić, niech najpierw przeczyta wspomniany wcześniej koszmar, „Granicę”. Ja wiem, po iluś tam latach pamięta się, że czegoś tam uczyło, o jakichś wartościach mówiło – ale to dlatego, że polonistka znalazła w tym bełkocie treść. Proszę przeczytać jeszcze raz, na świeżo. Albo chociaż spróbować.
            Ja sama dałam się na to nabrać i długo powtarzałam, że z własnej woli nigdy nie przeczytam żadnej książki napisanej przez kobietę. (Przynajmniej tej z wyższej półki, jakieś fantasy czy inne science fiction czytałam). Aż nagle trafiłam na Natalkę Śniadanko. I się okazało, że można.
            Problem słabych książek to nie jest wina kobiet, raczej tego, że przez stulecia nie mogły w ogóle tworzyć. Przez to pięknie nam się wykształciła twórczość męska, ale kobieca już nie bardzo. I, jako pisarka, trzeba się naprawdę starać, by nie wpadać w męski styl pisania – bo to będzie naciągane, nieprawdziwe, niezdatne do czytania. Trzeba szukać czegoś swojego – zupełnie od postaw, tak jak to robili mężczyźni wieki temu. Ciekawy przyczynek do dyskusji, nieprawdaż? Cóż, w szkole takiej nie uświadczymy – przynajmniej dopóki nie zaczniemy dostrzegać tej drugiej połowy ludzkości. A szkoda, bo wiele skarbów, takich jak Natalka Śniadanko, pozostaje nieodkrytych.
            I jeszcze jedno. Niedawno pisałam o Biblii. Że omawiamy, czytamy, zachwycamy się Bożą sprawiedliwością, uczymy się na pamięć przypowieści, bla, bla, bla. W Biblii są trzy księgi poświęcone kobietom – Księga Rut, Księga Estery, Księga Judyty. Jak dla mnie – najciekawsze w całym Piśmie Świętym. Ale polski uczeń o nich nie usłyszy, bo nie pokazują wielkości Boga, a wielkość człowieka. I to jakiego człowieka – kobiety!!!


W NASTĘPNYM WPISIE: Bądźmy chodzącą encyklopedią!

1 komentarz: