Ależ
nie, nie, nie kazać. Żadne z tych nazwisk nie jest opatrzone gwiazdką, czyli
żadna książka napisana przez kobietę nie jest lekturą obowiązkową. Część z nich
można przeczytać „przy okazji” (jak na przykład wiersze Szymborskiej przy omawianiu
współczesnych porządnych, męskich twórców), część można wybrać spośród kilku
innych porządnych, męskich pozycji (jak książkę nagrodzonej w zeszłym roku nagrodą
Bookera Tokarczuk. Żeby nie było – w szkole nikt na temat tej nagrody słowem
nie pisnął, jakby Tokarczuk nie była Polką i nie było z czego być dumnym),
część można w ogóle pominąć. Kończy się tak, że czytamy słabiutko napisaną „Granicę”
Nałkowskiej (taka tradycja czy jak? Nie dało się tego przeczytać, ominęłam sto
stron i nic nie straciłam…), świetnie grającą na emocjach, ale nic nie wnoszącą
do życia „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall, jakieś wiersze Safony (wiadomo, coś
z antyku musi być…), kilka wyjątkowo nieudanych przykładów poezji Iłłakowiczówny
i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i, tuż przed maturą, trochę Szymborskiej, tak
dla zachowania pozorów.
Dla
porównania: twórczość Wielkiego Wieszcza Mickiewicza wałkujemy przez co
najmniej dwa miesiące. Wspaniały Prozator Który Wcale Nie Zmyślał Historii
Sienkiewicz pojawia się i w gimnazjum, i w liceum – za każdym razem z gwiazdką.
Cierpiący Po Śmierci Córki Kochanowski tak samo. Dzięki tym panom, a także i
wielu innym, w głowie ucznia kreśli się obraz kobiety jako niewinnej,
zagubionej w świecie duszyczki, najlepiej dziewicy, która wyczekuje na swojego
księcia z bajki, albo też, o zgrozo, odsyła go z kwitkiem, przez co ten niszczy
wszystko, co osiągnął (Wokulski…). Nie powinno więc zatem dziwić, że chłopcy w
liceum śmieją się z feministek, nazywają je wariatkami, idiotkami,
czarownicami, nie szanują swoich koleżanek z klasy, a jedyne, na co są w stanie
się zdobyć, to przepuszczenie dziewczyny w drzwiach… No świetnie, utrwalajmy
dalej te schematy spychające kobiety na gorszą pozycję. Dla ogólnej wiadomości:
potrafię sama sobie otworzyć drzwi i nie rozumiem, dlaczego nie mogę czasem
przepuścić w nich mężczyzny.
Nawet
był kiedyś taki temat na maturze: „Kobieta – anioł czy źródło cierpień?”. Na
podstawie „Dziadów” części IV, oczywiście. Cóż… ja bym chciała być po prostu
człowiekiem. Gorzej, że wśród szkolnych lektur nie znajdę przykładu na poparcie
swojej tezy. A jak powszechnie wiadomo, argument bez przykładu nie istnieje.
Trzeba więc pisać o tym aniele. Albo może o źródle cierpień. O tym drugim świadczą
przecież problemy takich znamienitości, jak Gustaw, Werter czy Wokulski.
Okej.
Czyli polski uczeń kończy szkołę ze świadomością, że kobieta to źródło
cierpień. Ale nie tylko. Ponieważ jednak coś tych biednych kobiet musi
przeczytać, to utwierdza się w przekonaniu, że kobiety nie potrafią pisać. Albo
i szerzej – w ogóle nic nie potrafią zrobić. Jedyna kobieta-naukowiec, o której
mówi się w szkole, to Maria Skłodowska-Curie, którą zabił pierwiastek przez nią
samą odkryty. A to gapa.
Wracając
do tematu: książki kobiet są zazwyczaj naiwne, nieciekawe, naciągane, powielają
schematy ustanowione przez mężczyzn, grają na emocjach, prawią o wszystkim i o
niczym, walczą na siłę. Kto chce się kłócić, niech najpierw przeczyta
wspomniany wcześniej koszmar, „Granicę”. Ja wiem, po iluś tam latach pamięta
się, że czegoś tam uczyło, o jakichś wartościach mówiło – ale to dlatego, że
polonistka znalazła w tym bełkocie treść. Proszę przeczytać jeszcze raz, na
świeżo. Albo chociaż spróbować.
Ja
sama dałam się na to nabrać i długo powtarzałam, że z własnej woli nigdy nie
przeczytam żadnej książki napisanej przez kobietę. (Przynajmniej tej z wyższej półki,
jakieś fantasy czy inne science fiction czytałam). Aż nagle trafiłam na Natalkę
Śniadanko. I się okazało, że można.
Problem
słabych książek to nie jest wina kobiet, raczej tego, że przez stulecia nie
mogły w ogóle tworzyć. Przez to pięknie nam się wykształciła twórczość męska,
ale kobieca już nie bardzo. I, jako pisarka, trzeba się naprawdę starać, by nie
wpadać w męski styl pisania – bo to będzie naciągane, nieprawdziwe, niezdatne
do czytania. Trzeba szukać czegoś swojego – zupełnie od postaw, tak jak to
robili mężczyźni wieki temu. Ciekawy przyczynek do dyskusji, nieprawdaż? Cóż, w
szkole takiej nie uświadczymy – przynajmniej dopóki nie zaczniemy dostrzegać
tej drugiej połowy ludzkości. A szkoda, bo wiele skarbów, takich jak Natalka Śniadanko,
pozostaje nieodkrytych.
I
jeszcze jedno. Niedawno pisałam o Biblii. Że omawiamy, czytamy, zachwycamy się
Bożą sprawiedliwością, uczymy się na pamięć przypowieści, bla, bla, bla. W
Biblii są trzy księgi poświęcone kobietom – Księga Rut, Księga Estery, Księga
Judyty. Jak dla mnie – najciekawsze w całym Piśmie Świętym. Ale polski uczeń o
nich nie usłyszy, bo nie pokazują wielkości Boga, a wielkość człowieka. I to
jakiego człowieka – kobiety!!!
W NASTĘPNYM WPISIE: Bądźmy chodzącą encyklopedią!

Inspirujące, dziękuję!
OdpowiedzUsuń