niedziela, 6 stycznia 2019

WPIS#27: POSZATKOWANA HISTORIA POLSKI, CZYLI CO ZOSTAJE W GŁOWACH ABSOLWENTÓW

            Przeglądałam ostatnio portale społecznościowe i chyba powinnam przestać, bo to, co tam zobaczyłam, zmroziło mnie. Już pominę wszechobecny hejt, kto, z kim, kiedy i dlaczego pojechał na wakacje. To jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy Polacy chcą się podzielić swoją wiedzą, by poprzeć swoje argumenty. Niby w porządku, w końcu tego nas uczą na polskim: do każdej tezy co najmniej trzy argumenty z przykładami. Na wypracowaniu zazwyczaj muszą to być przykłady z lektury i może lepiej byłoby przy nich pozostać i w realnym życiu.
            Ja wiem, że program jest przeładowany. Że lekcji jest mało. Że czasem jednak coś w tej głowie zostaje, i ta głowa chce się tym koniecznie pochwalić. Tylko że potem okazuje się, że obraz historii ojczyzny w głowie Polaka wygląda mniej więcej tak:
            966 – chrzest Polski – zatem jesteśmy krajem katolickim!
            1410 – bitwa pod Grunwaldem – nie pamiętam, o co poszło, ale wygraliśmy, i to się liczy. Nie zawsze przegrywamy!
            1944 – powstanie warszawskie – może i przegraliśmy, ale jacy mężni byli nasi chłopcy!
            To jeszcze wygląda niegroźnie. Ale jeśli głowa Polaka przypadkiem pamięta, że kiedyś zdarzyło się coś, co kryje się pod hasłem „Wołyń”, to nagle można krzyczeć, że Ukraińcy zaraz zrobią nam drugi Wołyń. Więc nie wolno ich zatrudniać, nie wolno im ułatwiać życia, nie wolno wprowadzać do biletomatów języka ukraińskiego. Podobnie jest i z innymi imigrantami – zaraz zrobią nam krzywdę, bo przecież w XVII wieku…
            To teraz nie ma większego znaczenia, co kto zrobił w którym wieku. Liczy się, co robimy my, dzisiaj, jutro, za miesiąc. Oczywiście, nie można się odciąć od historii. Ale tym bardziej nie można zamknąć oczu na przyszłość.
            W szkole uczą historii w dość zabawny sposób. Za moich czasów było tak:
Historia:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś przed pierwszą wojną światową. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś przed pierwszą wojną światową. Pierwsza liceum – zaczynamy od początku XX wieku i idziemy po kolei aż do końca tegoż wieku. Druga i/lub trzecia liceum – historia zmienia się w historię i społeczeństwo i zaczyna się prawdziwy kabaret. Musimy przerobić cztery podręczniki, z czego każdy zaczyna się w prehistorii lub starożytności, a kończy na czasach współczesnych.
Wnioski. Sześć razy przeszliśmy od prehistorii do XX wieku, raz bardzo dokładnie omówiliśmy cały XX wiek, w ostatnich dwóch latach nauki maksymalnie cztery razy do tego XX wieku wróciliśmy, przyjrzeliśmy się jeszcze bliżej wybranym zagadnieniom. Ale to jeszcze nie koniec.
Polski:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś po drugiej wojnie światowej. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej. Liceum - w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej.
Wnioski: trzy razy omawiamy dokładnie to samo, czasem pojawiają się wręcz te same lektury („Iliada”, „Odyseja”, Biblia, „Dziadów” cz. II, wiersze z dwudziestolecia międzywojennego i późniejsze). Tak, tak, dwa czy trzy razy analizujemy te same teksty. No i znowu, jak na historii, idziemy utartym szlakiem, od początków cywilizacji do dziś. Przy czym to „dziś” oznacza mniej więcej koniec lat 90. XX wieku. Od tego czasu minęło już 20 lat. Ale rozumiem, że nic się przez te dwie dekady nie wydarzyło i można spokojnie olać te wszystkie wiersze, książki, filmy na rzecz Mickiewicza, Przerwy-Tetmajera i Wajdy. Nie twierdzę, że oni nie byli wspaniałymi twórcami. Tylko że młody człowiek obraca się raczej w kręgu dzieł jemu współczesnych. I nie wie, jak je zinterpretować, bo w szkole uczą go o sonetach, trzynastozgłoskowcach i metaforach, a on ma przed oczami wiersz bardzo polityczny, nawiązujący do obecnej sytuacji w kraju. I co teraz?
Z pomocą przychodzi wiedza o społeczeństwie. Dwa lata w gimnazjum, rok w liceum. Z tego liceum to pamiętam tyle, że na sprawdzianach ściągałam, z gimnazjum jeszcze mniej. No ale spróbujmy.
Na pewno było coś o sądach i administracji, coś o pracy Unii Europejskiej, coś o prawach i obowiązkach obywatela, coś o władzy w Polsce od ’89 roku, w ogóle co nieco o 1989 było.
Okej, wystarczy. W całym cyklu edukacyjnym kilka razy powtarzamy, czasem przeczytamy coś jeszcze raz, czasem pouczymy się co nieco o współczesnym świecie.
To teraz pytanie. Jakim cudem Polacy dają się nabrać na 100-lecie odzyskania niepodległości? Przecież w szkole uczą się wszystkiego, co trzeba: że były zabory, że w 1918, trochę przypadkiem, ale jednak, odzyskaliśmy niepodległość, po to, by po drugiej wojnie światowej utracić ją na rzecz ZSRR i ostatecznie, w 1989, tym razem już własnymi siłami, odzyskać ją znowu. To co? Ta niepodległość z 1989 jest nieprawdziwa? Trwa już dłużej niż tamta z 1918. Ja wiem, 30-lecie brzmi mniej dumnie niż 100-lecie, ale tu chyba nie powinno chodzić o dumę, a o prawdę. Prawda jest taka, że nasz niepodległy kraj w czerwcu będzie obchodził 30 urodziny.
To brzmi strasznie skomplikowanie. W 1989 jako pierwsi oswobodziliśmy się spod władzy komunistów, to prawda, ale tak na serio to niepodległość odzyskaliśmy w 1918. Czyli czym były te lata 1945-1989? Przerwą w niepodległości? Bo wolnością na pewno nie.
Współczuję wszelkim cudzoziemcom, którzy chcieliby zgłębić historię Polski. Uczniom też, ale w ich przypadku sprawa jest prosta. Wystarczy pamiętać, że jako naród jesteśmy męczennikami, największy z twórców to Mickiewicz, po nim nikogo takiego już nie było, dlatego i nie ma sensu pochylać się nad historią najnowszą. Lepiej skupić się na zaborach i rozpamiętywaniu, jak to nam źle było. Za komuny też nie było kolorowo, ale o tym porozmawiajcie z babciami i dziadkami, może oni coś jeszcze pamiętają. Bo żaden Mickiewicz nic na ten temat nie napisał, a przynajmniej tak twierdzi podstawa programowa.



W NASTĘPNYM WPISIE: Dziury w podstawie programowej, czyli kto za to wszystko odpowiada?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz