poniedziałek, 17 grudnia 2018

WPIS#24: POLITYKA W SZKOLE, CZYLI POPULIZM ZACZYNA SIĘ W KLASIE

Zawsze uważałam, że samorząd uczniowski jest bez sensu. Bo co niby mogą zrobić uczniowie? Co mogą zmienić? No nic, bo ostatecznie to dyrektor ma zdanie. Jedyne co, to członkowie tego samorządu muszą co jakiś czas latać na jakieś spotkania na długiej przerwie. W podstawówce to był tylko i wyłącznie powód do dumy, trochę wywyższania się, bo patrzcie, mnie wybrali, a was nie. Realnych działań to tam nie było.
Zmiana przyszła w gimnazjum, a konkretniej – w trzeciej klasie. Przewodniczącym został kolega, który od samego początku mówił, że wywalczy ławeczki na korytarzu, żeby było gdzie usiąść na przerwie. Jak powiedział, tak robił, tu rzeczywiście widać było prawdziwą moc sprawczą samorządu.
A potem przyszło liceum. I w liceum chłopak zaproponował projekt 5+. Wiadomo, na czym się wzorował.
Polegało to na tym, że na koniec każdego semestru, z każdego przedmiotu za 100% frekwencję i/lub brak zgłoszonych nieprzygotowań każdy uczeń miał dostawać ocenę cząstkową 5. Chłopak oczywiście wygrał. I pomysł, za zgodą dyrektorki, wprowadził w życie.
Nie powiem, żeby ta dodatkowa 5 czy dwie szczególnie komukolwiek pomogła. Szkodzić też nie szkodziła. Ale wiadomo, jak ktoś ma dwóje i tróje, to miło jest dostać czasem piątkę, nawet, jeśli ona nic nie znaczy (bo często nawet średniej nie zmieniała). Zastanawiające jest jedno. Dlaczego nauczyciel WOS-u nie przyjrzał się bliżej temu projektowi? Dlaczego nie przeprowadził w klasie dyskusji na temat populizmu? Dlaczego nie zauważył, że uczniowie głosowali tylko dlatego, że chcieli dostawać te piątki? I to wcale nie jest tak, że nie miał na to czasu. Historia miała miejsce w pierwszej liceum (logiczne, później już nie miałam WOS-u). Zdaje się, że już pisałam, jak wygląda pierwsza liceum. Ani uczniowie, ani nauczyciele nie wiedzą, co tak naprawdę robią i dlaczego. Dziesięć przedmiotów jest w średniej szkole tylko przez ten pierwszy rok, wystarczy je zaliczyć, bo średnia ocen do niczego nie jest potrzebna. Na WOS-ie zazwyczaj uczyłam się słówek, część klasy grała w karty, parę osób oglądało filmy na telefonach. Czyż nie lepiej byłoby olać program, którego i tak nie przerobiliśmy do końca, bo godzina w tygodniu to trochę za mało na omówienie, czym się zajmuje Rada Europy, jakie są prawa i obowiązki ucznia (jakbyśmy po dziesięciu latach nauki w szkole tego nie wiedzieli) i kiedy i dlaczego powstało więzienie w Guantanamo? Czyż nie lepiej byłoby poświęcić ten czas na przyjrzenie się z bliska programom wyborczym kandydatów na przewodniczących samorządu szkolnego?
To przecież nasze pierwsze głosowanie w życiu – właśnie do samorządu szkolnego. Wydawałoby się, że to idealna okazja do pokazania uczniom tego, co wypisane między wierszami obietnic wyborczych, do porównania strategii kandydatów, do obserwowania, co dzieje się w polityce pozaszkolnej, do zaszczepienia demokratycznych wartości.
Nie. Lepiej jest iść do przodu z teoretycznym, oderwanym od rzeczywistości materiałem (nie wiemy, czym, poza spotkaniami na długich przerwach i składaniem obietnic, zajmuje się samorząd szkolny, ale musimy wiedzieć, co się dzieje w strukturach Unii Europejskiej. To też jest ważne, oczywiście, ale może zacznijmy od własnego podwórka, od tego, co jest bliskie uczniom.). Lepiej jest monotonnym głosem przekazywać słowo w słowo to, co napisano w podręczniku, łudząc się, że chociaż parę osób słucha, a potem zrobić z tego sprawdzian, na którym wszyscy ściągają. Lepiej jest udawać, że szkoła i codzienność nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Kończy się tak, że zawiły świat polityki trzeba zgłębiać samemu. I potem się okazuje, że wielu nastolatków jest zafascynowanych Korwinem-Mikke, ślepo wierzy, że obietnice wyborcze zostaną spełnione, nieważne, jak, a frekwencja na wyborach wynosi 50%.
Człowiek niewykształcony łatwo popada w skrajności, staje się radykałem po jednej czy po drugiej stronie barykady. Jeśli w szkole nie nauczył się, jak powinna funkcjonować demokracja, nie przeczytał Konstytucji, nie oceniał, wspólnie z nauczycielem, wypowiedzi polityków w mediach, nie zastanawiał się, czemu ten twierdzi to, a tamten co innego, to musi albo samemu to wszystko nadrobić, albo głosować na tego, kto krzyczy najgłośniej, albo nie głosować w ogóle.


W NASTĘPNYM WPISIE: Wigilia w szkole, czyli módl się, ateisto!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz