Cięcie
kosztów. Łatwiej zatrudnić nauczyciela, by przychodził tylko na sześć godzin w
tygodniu, na dwie lekcje do każdego rocznika, niż zaoferować mu cały etat.
Skończyło się tak, że dyrektorka w jakiś, jej tylko znany sposób, co roku
wybierała trzy klasy, z tych klas ileś osób deklarowało się, że chce chodzić na
etykę. Zazwyczaj łącznie koło dwudziestu. A w następnym roku były wybierane
następne klasy, niekoniecznie różne od następnych. Ja na przykład miałam etykę
co roku, dwie inne klasy przez dwa lata, jedna przez rok, a pozostałe nigdy. Nie
wiadomo właściwie, dlaczego.
Oczywiście,
na religię mogli chodzić wszyscy, bez żadnego łączenia klas i innego
kombinowania. Księży zatrudnionych było trzech, nauczyciel od etyki był jeden.
Księża mieli etat, nauczyciel od etyki umowę-zlecenie. Na religii uczniowie się
modlili, zdawali różne święte formułki na ocenę, oglądali katolickie filmy i
raczej nie otworzyli samodzielnie Pisma Świętego, co najwyżej ksiądz im
przeczytał starannie wybrany fragment. Na etyce analizowaliśmy obejrzane na
poprzednich zajęciach filmy, poznawaliśmy chwyty erystyczne, uczyliśmy się
występować przed grupą, urządzaliśmy debaty na ważne dla społeczeństwa tematy.
Jednym z takich tematów był homoseksualizm.
To
była jedna jedyna lekcja w szkole w całości poświęcona mniejszościom
seksualnym. Jedna (!) jedyna (!) w XXI (!) wieku (!).
Na
tej jednej jedynej lekcji było raptem dwadzieścia osób z liczącego trzysta
uczniów rocznika.
I,
żeby nie było, nie rozmawialiśmy o małżeństwach jednopłciowych, adopcji dzieci
przez takie małżeństwa, o stereotypach, nie omawialiśmy żadnego eksperymentu społecznego,
nie zastanawialiśmy, skąd bierze się homofobia, nie dyskutowaliśmy, dlaczego
każda kolejna grupa społeczna musi walczyć o swoje prawa, dlaczego demokracja nie
broni mniejszości, dlaczego rząd nic nie robi, by ograniczyć odsetek samobójstw
wśród nastolatków dyskryminowanych tylko dlatego, że wyglądają na
homoseksualnych. Nie, my dumaliśmy, czy homoseksualizm jest dobry, czy zły (!!!).
W XXI wieku, kiedy już dawno został wypisany on z listy chorób, kiedy kolejne kraje
wprowadzają związki partnerskie, kiedy pojawia się coraz więcej książek i filmów
pokazujących, że homoseksualizm wcale nie jest taki straszny i że miłość osób
LGBT+ to najprawdziwsza w świecie miłość, w niczym nie gorsza od tej
heteroseksualnej.
Na
szczęście doszliśmy do takiego wniosku, do którego dochodziliśmy podczas każdej
takiej debaty (a były też m.in. na temat piercingu, operacji plastycznych,
eutanazji, aborcji): niech każdy robi to, co chce. Gorzej, że zaraz potem było
dodane: byle się z tym nie afiszował.
Mhm.
Rok później byłam już w liceum, gdzie wszystkie parapety, na każdej przerwie,
były oblegane przez całujące się, nieraz bardzo namiętnie, pary (oczywiście
heteroseksualne). I to jest normalne. A jak chłopak chce złapać drugiego
chłopaka za rękę, to to już jest afiszowanie się. No pięknie.
Teraz
jestem na studiach. W moim Instytucie wisi okładka „Repliki”. Homoseksualiści
otwarcie mówią, kim są, trzymają się za ręce, całują. Nigdy w ich stronę nie
padło żadne wyzwisko.
A
właśnie, wyzwiska. Cofnijmy się trochę w czasie. Mam dwanaście lat, uczę się w
podstawówce w dużym mieście, na przerwie po korytarzu biegają chłopcy z mojej
klasy i krzyczą: „Pedał!”, „Ciota!”. Mija ich nauczycielka. I nic.
Nie zatrzymała ich. Nie wezwała na rozmowę
wychowawczą. Nie zawiadomiła psychologa, pedagoga, dyrektorki i rodziców. Nie
wygłosiła pogadanki na temat tolerancji. Nie zrobiła absolutnie nic. A sytuacja
powtórzyła się dziesiątki, jeśli nie setki, razy.
Może
ci chłopcy trafili w gimnazjum na lekcję etyki. Może mądry nauczyciel
w liceum powiedział im, że Safona, Arthur Rimbaud, Oscar Wilde, Hans Christian
Andersen, Jarosław Iwaszkiewicz (1),
Leonardo da Vinci, Karol Szymanowski, Miron Białoszewski (2),
Jan Lechoń (3),
Maria Konopnicka (4)
byli homoseksualistami. Może ktoś nauczył ich, że inność zawsze istniała i
będzie istnieć i jedyne, co może zwykły, szary człowiek z tym zrobić, to to
zaakceptować.
Bo
to nie tylko sprawi, że świat będzie lepszy, że każdy będzie mógł czuć się w
nim bezpiecznie. To pozwoli też temu zwykłemu, szaremu człowieczkowi poszerzyć
horyzonty. Jak widać w spisie powyżej (obejmującym tylko te osoby, o których
mówi się, albo chociaż wspomina, w polskiej szkole), wielu pisarzy było
homoseksualistami. Na przykład taki Gombrowicz. Którego „Ferdydurke” jest w
spisie lektur (co zresztą jest dość dziwne, skoro krytykuje on w tej książce
system szkolnictwa, który niewiele różni się od współczesnego…). Którego za nic
nie potrafiłam zrozumieć. Bo język trudny, bo nie wiadomo, co autor miał na
myśli. Otóż wiadomo, i to bardzo dobrze. Wystarczy otworzyć głowę i dopuścić do
siebie myśl, że Wielki Pisarz Gombrowicz był gejem. Nagle wszystko staje się
jasne.
W NASTĘPNYM WPISIE: Polityka w szkole, czyli populizm zaczyna się w klasie
(1) za https://ksiazki.wp.pl/pisarze-homoseksualisci-6145574271895169g
(2) za http://mediumpubliczne.pl/2015/12/poczet-dziesieciu-najslynniejszych-pedalow/
(3) za https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1534245,2,homoseksualisci-ii-rp-w-kulturze.read
(4) za http://wyborcza.pl/1,75410,5247297,Homobiografie__Pisarki_i_pisarze_polscy_xix_i_xx_wieku_.html

Mądry wpis, porusza ważną, totalnie zaniedbaną kwestię. Jedną z wielu, niestety.
OdpowiedzUsuń