poniedziałek, 10 grudnia 2018

WPIS#23: TĘCZOWA SZKOŁA, CZYLI HOMOSEKSUALIZM NIE ISTNIEJE

            W moim gimnazjum w każdym roczniku było dziesięć klas. W każdej klasie trzydziestu uczniów. Na lekcje etyki chodziło dwadzieścia osób. Dlaczego?
            Cięcie kosztów. Łatwiej zatrudnić nauczyciela, by przychodził tylko na sześć godzin w tygodniu, na dwie lekcje do każdego rocznika, niż zaoferować mu cały etat. Skończyło się tak, że dyrektorka w jakiś, jej tylko znany sposób, co roku wybierała trzy klasy, z tych klas ileś osób deklarowało się, że chce chodzić na etykę. Zazwyczaj łącznie koło dwudziestu. A w następnym roku były wybierane następne klasy, niekoniecznie różne od następnych. Ja na przykład miałam etykę co roku, dwie inne klasy przez dwa lata, jedna przez rok, a pozostałe nigdy. Nie wiadomo właściwie, dlaczego.
            Oczywiście, na religię mogli chodzić wszyscy, bez żadnego łączenia klas i innego kombinowania. Księży zatrudnionych było trzech, nauczyciel od etyki był jeden. Księża mieli etat, nauczyciel od etyki umowę-zlecenie. Na religii uczniowie się modlili, zdawali różne święte formułki na ocenę, oglądali katolickie filmy i raczej nie otworzyli samodzielnie Pisma Świętego, co najwyżej ksiądz im przeczytał starannie wybrany fragment. Na etyce analizowaliśmy obejrzane na poprzednich zajęciach filmy, poznawaliśmy chwyty erystyczne, uczyliśmy się występować przed grupą, urządzaliśmy debaty na ważne dla społeczeństwa tematy. Jednym z takich tematów był homoseksualizm.
            To była jedna jedyna lekcja w szkole w całości poświęcona mniejszościom seksualnym. Jedna (!) jedyna (!) w XXI (!) wieku (!).
            Na tej jednej jedynej lekcji było raptem dwadzieścia osób z liczącego trzysta uczniów rocznika.
            I, żeby nie było, nie rozmawialiśmy o małżeństwach jednopłciowych, adopcji dzieci przez takie małżeństwa, o stereotypach, nie omawialiśmy żadnego eksperymentu społecznego, nie zastanawialiśmy, skąd bierze się homofobia, nie dyskutowaliśmy, dlaczego każda kolejna grupa społeczna musi walczyć o swoje prawa, dlaczego demokracja nie broni mniejszości, dlaczego rząd nic nie robi, by ograniczyć odsetek samobójstw wśród nastolatków dyskryminowanych tylko dlatego, że wyglądają na homoseksualnych. Nie, my dumaliśmy, czy homoseksualizm jest dobry, czy zły (!!!). W XXI wieku, kiedy już dawno został wypisany on z listy chorób, kiedy kolejne kraje wprowadzają związki partnerskie, kiedy pojawia się coraz więcej książek i filmów pokazujących, że homoseksualizm wcale nie jest taki straszny i że miłość osób LGBT+ to najprawdziwsza w świecie miłość, w niczym nie gorsza od tej heteroseksualnej.
            Na szczęście doszliśmy do takiego wniosku, do którego dochodziliśmy podczas każdej takiej debaty (a były też m.in. na temat piercingu, operacji plastycznych, eutanazji, aborcji): niech każdy robi to, co chce. Gorzej, że zaraz potem było dodane: byle się z tym nie afiszował.
            Mhm. Rok później byłam już w liceum, gdzie wszystkie parapety, na każdej przerwie, były oblegane przez całujące się, nieraz bardzo namiętnie, pary (oczywiście heteroseksualne). I to jest normalne. A jak chłopak chce złapać drugiego chłopaka za rękę, to to już jest afiszowanie się. No pięknie.
            Teraz jestem na studiach. W moim Instytucie wisi okładka „Repliki”. Homoseksualiści otwarcie mówią, kim są, trzymają się za ręce, całują. Nigdy w ich stronę nie padło żadne wyzwisko.
            A właśnie, wyzwiska. Cofnijmy się trochę w czasie. Mam dwanaście lat, uczę się w podstawówce w dużym mieście, na przerwie po korytarzu biegają chłopcy z mojej klasy i krzyczą: „Pedał!”, „Ciota!”. Mija ich nauczycielka. I nic.
             Nie zatrzymała ich. Nie wezwała na rozmowę wychowawczą. Nie zawiadomiła psychologa, pedagoga, dyrektorki i rodziców. Nie wygłosiła pogadanki na temat tolerancji. Nie zrobiła absolutnie nic. A sytuacja powtórzyła się dziesiątki, jeśli nie setki, razy.
            Może ci chłopcy trafili w gimnazjum na lekcję etyki. Może mądry nauczyciel w liceum powiedział im, że Safona, Arthur Rimbaud, Oscar Wilde, Hans Christian Andersen, Jarosław Iwaszkiewicz (1), Leonardo da Vinci, Karol Szymanowski, Miron Białoszewski (2), Jan Lechoń (3), Maria Konopnicka (4) byli homoseksualistami. Może ktoś nauczył ich, że inność zawsze istniała i będzie istnieć i jedyne, co może zwykły, szary człowiek z tym zrobić, to to zaakceptować.
            Bo to nie tylko sprawi, że świat będzie lepszy, że każdy będzie mógł czuć się w nim bezpiecznie. To pozwoli też temu zwykłemu, szaremu człowieczkowi poszerzyć horyzonty. Jak widać w spisie powyżej (obejmującym tylko te osoby, o których mówi się, albo chociaż wspomina, w polskiej szkole), wielu pisarzy było homoseksualistami. Na przykład taki Gombrowicz. Którego „Ferdydurke” jest w spisie lektur (co zresztą jest dość dziwne, skoro krytykuje on w tej książce system szkolnictwa, który niewiele różni się od współczesnego…). Którego za nic nie potrafiłam zrozumieć. Bo język trudny, bo nie wiadomo, co autor miał na myśli. Otóż wiadomo, i to bardzo dobrze. Wystarczy otworzyć głowę i dopuścić do siebie myśl, że Wielki Pisarz Gombrowicz był gejem. Nagle wszystko staje się jasne.



W NASTĘPNYM WPISIE: Polityka w szkole, czyli populizm zaczyna się w klasie

(1) za https://ksiazki.wp.pl/pisarze-homoseksualisci-6145574271895169g
(2) za http://mediumpubliczne.pl/2015/12/poczet-dziesieciu-najslynniejszych-pedalow/
(3) za https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1534245,2,homoseksualisci-ii-rp-w-kulturze.read
(4) za http://wyborcza.pl/1,75410,5247297,Homobiografie__Pisarki_i_pisarze_polscy_xix_i_xx_wieku_.html

1 komentarz:

  1. Mądry wpis, porusza ważną, totalnie zaniedbaną kwestię. Jedną z wielu, niestety.

    OdpowiedzUsuń