Trzecia
klasa liceum. Do matury pozostało jakieś pół roku. Na godzinie wychowawczej nauczyciel
pyta:
-
Kogo nie będzie na wigilii klasowej?
W
sali panuje rozgardiasz, jak to zwykle na wychowawczej, w końcu jest to godzina
raczej dla nauczyciela niż dla uczniów, uczniowie w tym czasie rozmawiają,
grają w karty, słuchają muzyki, oglądają filmy, czytają książki, a wychowawca
rozlicza się z co poniektórymi z frekwencji i zagrożeń. Wśród tego harmidru samorząd
klasowy rozdziela obowiązki związane z organizacją klasowej wigilii, a
nauczyciel próbuje doliczyć się, kogo na pewno nie będzie. W końcu udaje mu się
przekrzyczeć wrzawę, jego pytanie dociera do wszystkich, w tym i do mnie. Zgłaszam
się.
-
A dlaczego cię nie będzie?
-
Bo klasowa wigilia kłóci się z moimi przekonaniami religijnymi.
-
Ale my tam będziemy tylko siedzieć i jeść, przemyśl to jeszcze. Będzie miło –
próbuje przekonać nauczyciel.
Tak
było mniej więcej co roku. Osoby, które z różnych powodów nie chciały
uczestniczyć we wspólnym świętowaniu, musiały przed całą klasą się do tego
przyznać i jeszcze wytłumaczyć, dlaczego. Nie wystarczyło to, że na początku
roku rodzice podpisywali oświadczenie, że dziecko na religię chodzić nie
będzie. Trzeba było jeszcze na ostatnią wychowawczą przed przerwą świąteczną
pisać fałszywe usprawiedliwienie. Bo przecież nikt by tych „przekonań
religijnych” nie przyjął. Wszak to tylko niewinne spotkanie przy stole.
No
właśnie nie. Bo zawsze musi być opłatek, zawsze muszą być kolędy, zawsze muszą
być tradycyjne świąteczne potrawy, nawet jeśli miałby to być tylko barszcz
czerwony z proszku. Jako ateistka nie chcę mieć z tym nic wspólnego i nie
obchodzi mnie to, że większość w klasie (przynajmniej w podstawówce i gimnazjum)
na religię chodziła. Demokracja do rządy większości z poszanowaniem praw
mniejszości. Mam prawo do świeckiej szkoły.
No
właśnie, a historia z początku wpisu zdarzyła się w liceum. Kiedy to na religię
chodziło 10 osób z 30-osobowej klasy. Czyli jedna z podstawowych zasad
demokracji w szkole działa, o ile chodzi o ochronę praw katolików. No pięknie.
Już nie wspomnę o tych krzyżach, które wiszą w wielu (na szczęście nie we
wszystkich) klasach. Swoją drogą, to naprawdę przyjemne, tak siedzieć na
lekcji, słuchać nauczyciela i patrzeć na cierpiącego gościa przybitego do
krzyża. Bardzo motywujące.
A
żeby było ciekawiej, to religia wciska się jeszcze na rozpoczęcia i zakończenia
roku. Trzeba poprosić Boga o dobry rok, a potem podziękować, że się zdało (czy
sama już nie wiem, za co, bo rok w polskiej szkole raczej z reguły nie jest
dobry). A ateiści muszą znowu przynosić fałszywe usprawiedliwienia za
nieobecność, bo nikogo nie obchodzi, że ktoś może być niewierzący.
Potem
jest jeszcze czas przedegzaminacyjny. I pielgrzymki, modlitwy na długich
przerwach, msze, byle tylko zdać tę maturę i dostać się na studia. Bo w XXI
wieku polski uczeń potrzebuje wstawiennictwa sił wyższych, by dobrze napisać
egzamin. W sumie, to przy obecnym stanie podstawy programowej wcale się temu
nie dziwię…
Na
polskim oczywiście czyta się fragmenty Biblii, bo jest to „książka, na której
opiera się cała europejska cywilizacja”. Super. Tylko że czytamy akurat te
części, gdzie Bóg pokazuje, jaki to on jest wspaniały, dobry i sprawiedliwy (a
przynajmniej taki był wniosek polonistki po przeanalizowaniu historii Hioba)
albo daje dobre rady (przypowieści). Nie ma kawałków, w których Bóg ciska w
ludzi piorunami, bo go zdenerwowali, albo poucza, jak należy zbudować świątynię
(a o tym jest mowa w Piśmie Świętym co najmniej trzy razy, żeby czytelnik na
pewno zapamiętał). Nie ma też słowa o jedynych trzech księgach nazwanych
imionami kobiet. Po co czytać o kobietach, lepiej jest wychwalać mądrość
mężczyzn i utrwalać się w przekonaniu, że miejsce kobiety jest w kuchni. Że to
kobieta jest źródłem wszystkich grzechów, bo historię Adama i Ewy też się omawia.
To całe analizowanie nie bardzo wygląda na zapoznanie uczniów z książką, która
dała podwaliny światu, jaki znamy dziś (z czym trudno się nie zgodzić). To
przypomina raczej niedzielną mszę w kościele czy lekcję religii w szkole. Nie
omawia się niczego, o czym nie wspominałby ksiądz na spotkaniu z wiernymi.
Nie wolno też
powiedzieć, że to nie było fair wobec Hioba, że Bóg bawił się jego życiem tylko
po to, by wygrać zakład z Szatanem. Przecież starotestamentowy Bóg jest groźny,
owszem, ale też sprawiedliwy i litościwy. Tak całkiem oskarżać go nie można, w
końcu zwrócił Hiobowi całe bogactwo. A że dzieci się nie da zwrócić, że nowa
żona będzie inna niż poprzednia? Kogo to obchodzi.
Na historii też.
Dzieje Kościoła katolickiego omawia się bardzo dokładnie, pojawia się on przy
wszystkich epokach. A inne religie? O judaizmie wspomina się przy starożytności,
potem coś może jest w czasach nowożytnych, coś tam o Holokauście i w sumie tyle.
Marzec’68 polskiemu uczniowi kojarzy się z buntem przeciwko zabronieniu
wystawiania „Dziadów” niż z wygnaniem Żydów z kraju. Z islamem podobnie: akapit
czy dwa przy starożytności i potem już tylko o tym, jak to na nas, prawdziwych
chrześcijan, napadali, jak to my ich pokonaliśmy i wypędziliśmy z Europy,
jakimi to my jesteśmy bohaterami.
Może więc pora
skończyć z tą hipokryzją i nazwać rzeczy po imieniu. Szkoła w Polsce nie jest
świecka, tylko katolicka. Po korytarzach przechadzają się księża, którzy bezkarnie
mogą zaczepić każdego ucznia, wierzącego czy nie, wypytywać o życie, sytuację
rodzinną, cokolwiek akurat zachce im się wiedzieć. W klasach wiszą krzyże. Na
lekcjach omawia się Biblię i faworyzuje chrześcijaństwo, o innych religiach
ledwo wspominając i nijak nie zwalczając dyskryminacji na tle religijnym. A gdy
przychodzą święta, organizuje się wigilię, która z Bogiem nie ma nic wspólnego,
co to, to nie. Tylko dzielimy się opłatkiem z wizerunkiem Maryi czy Jezusa,
śpiewamy kolędy i wspominamy, jak to 2000 lat temu narodził się zbawca.
W NASTĘPNYM WPISIE: Niespodzianka :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz