O maturze słyszy się już w
podstawówce. „Jak przyjdzie klasa maturalna, to dopiero zobaczysz, co to
nauka”. „Przy maturze wszelkie sprawdziany to pikuś”. Wtedy matura jawi się
jako odległy, niezbyt dobrze jeszcze pojęty cień. Nie wiadomo, co to tak
naprawdę jest. Przy egzaminie na koniec podstawówki zapala się pierwsza
czerwona lampka. Aha. To to tak będzie. Rok stresu, nerwowego zakuwania,
powtarzania, cyrk przy losowaniu miejsc do siedzenia, galowy strój, komisja
egzaminacyjna, zaczernianie kratek przy wybranej odpowiedzi, wpisywanie PESELu
po milion razy, naklejanie naklejek, zachowywanie wszelkich procedur
bezpieczeństwa…
W
gimnazjum matura była już wyraźniejsza, zwłaszcza, gdy doszło do egzaminów.
Najpierw ten przedmiot, potem inny, dwa w ciągu dnia, i tak przez trzy dni.
Trzy dni, sześć testów z zupełnie odległych dziedzin. Tu polski, tam historia,
tu geografia, chemia, fizyka i biologia (w jednym!), tu matematyka, tu języki
obce na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Nie dość, że trzeba mieć w małym
paluszku definicje ze wszystkich przedmiotów, wszystkich tematów, w końcu nie
wiadomo, co się pojawi, to jeszcze umieć sprawnie myśleć, bo przecież wypracowanie
samo się nie napisze, zadania z matematyki same się nie rozwiążą.
Najciekawszy
był egzamin z przedmiotów przyrodniczych. Każdy z nich jest bardzo szeroki, do
każdego z nich, wiadomo, podstawa programowa jest przeładowana, każdy z nich
został skondensowany do siedmiu zadań. Siedem zadań z trzech lat nauki.
Zamkniętych. Rosyjska ruletka, nie wiadomo, czego się uczyć, co jest ważne, co
nie. Przypomnijmy, że w planie lekcji ma się piętnaście przedmiotów. Na każdy z
nich trzeba odrabiać zadania domowe i uczyć się systematycznie. Z każdego z
nich są sprawdziany i kartkówki. Większość z nich trzeba opanować w
błyskawicznym tempie, bo materiał omawia się szybko, żeby na wszystko starczyło
czasu i można było jeszcze wszystko powtórzyć w trzeciej klasie. W praktyce
wygląda to mniej więcej tak: miesiąc omawiamy jeden dział, potem jest
sprawdzian. Miesiąc na kolejny dział, kolejny sprawdzian. I tak z każdego
przedmiotu. Łatwo zauważyć, że mniej więcej co miesiąc trzeba napisać
sprawdziany z polskiego, matematyki, angielskiego, biologii, chemii, fizyki,
geografii, historii, wiedzy o społeczeństwie… I przedmiotów, których na
egzaminie nie ma, takich jak plastyka, muzyka, technika (tak, tak, z tego też
są sprawdziany), edukacja dla bezpieczeństwa, drugi język obcy. I mieć jeszcze
siłę, żeby ćwiczyć na wuefie i zaliczać na nim skoki przez kozła czy inne biegi
na 100 metrów.
Teraz,
kiedy zlikwidowano gimnazja, jest pewnie jeszcze ciekawiej. Trzy lata w rok,
jeszcze więcej lektur, jeszcze trudniejszy egzamin… Nie dziwne, że coraz więcej
uczniów cierpi na depresję, nie wytrzymuje psychicznie i fizycznie.
A
potem przychodzi potwór. Kolos. Matura.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz