Wielu
jest nauczycieli z rozległą wiedzą ze swojego przedmiotu. Przecież wszyscy
skończyli studia. Problemy są dwa: (1) nie zawsze potrafią tę wiedzę przekazać
i (2) nauczycielami zostają najsłabsi z rocznika. Jeśli można, to szuka się
pracy wszędzie, tylko nie w szkole. To dość logiczne: zarobki nie zachęcają do
pracowania często znacznie więcej niż osiem godzin dziennie, również w
weekendy. W końcu kiedyś trzeba przygotować materiał na lekcje, sprawdzić
sprawdziany i kartkówki… Na samorozwój czy odpoczynek pozostaje niewiele czasu.
Trzeba być naprawdę zainteresowanym szerzeniem wiedzy, żeby czemuś takiemu
podołać. Ale… no właśnie. Osoby zainteresowane szerzeniem wiedzy raczej nie
zatrudniają się w szkołach, tylko zostają na uniwersytecie.
W
klasach I-III w podstawówce jest jeszcze dobrze. Uczą tam absolwenci pedagogiki,
wiedzą, jak zająć dziecko, jak uczyć w ogóle. Lubią dzieci, potrafią znaleźć do
każdego indywidualne podejście. Traktują uczniów jak jednostki, nie jak numery
w dzienniku. Naprawdę znają swoich wychowanków, wszak na koniec roku muszą
wystawić ocenę opisową.
Dalej
jest już gorzej. Nie dość, że przedmiotów robi się coraz więcej, podstawa
programowa do każdego z nich jest przeładowana, lekcje trwają dłużej, a zadań
domowych tyle, że często nie starcza na wszystkie czasu, wreszcie, sprawdziany
pojawiają się wszystkie na raz, w ciągu dwóch tygodni trzeba napisać testy ze
wszystkich przedmiotów, to jeszcze nauczyciele się zmieniają. Już nie zawsze
potrafią przekazać informację w zrozumiały sposób. Częściej opierają się na
podręcznikach, mówią: Przeczytajcie ten i ten temat na następną lekcję, zróbcie
do niego zadania. Odpowiedzialność za naukę spada na uczniów. Niby to dobrze:
to przecież uczniowie, nie nauczyciele, mają się nauczyć.
Tylko
że potem przychodzi czas piętnastu przedmiotów w planie zajęć. Wiele z nich odbywa
się więcej niż raz w tygodniu. Nie sposób nauczyć się samemu, tylko z pomocą
podręczników, matematyki, polskiego, historii, geografii, biologii, chemii i
czego tam jeszcze, o językach obcych już nie wspominając. Nie sposób też zdążyć
z systematyczną nauką i odrabianiem wszystkich zadań domowych. Trzeba się uczyć
na ostatnią chwilę, zdać, zapomnieć, a zadania spisywać od innych przed lekcją
albo robić byle jak. W ten sposób szkoła uczy tylko i wyłącznie kombinowania.
A
jakże inaczej byłoby, gdyby tak odchudzić podstawę programową, ograniczyć się
do naprawdę istotnych kwestii (takich jak rozpoznawanie podstawowych drzew i ptaków
z naszego otoczenia – ale nie przez oglądanie obrazków w podręczniku i
przerysowywanie ich do zeszytu, jak to miało miejsce w mojej podstawówce, tylko
przez wycieczkę do parku czy lasu i uczenie się w praktyce), i nauczyć nauczycieli,
żeby właśnie na ten dwór wychodzić. Żeby nie siedzieć zawsze w klasie. Bo i
zagadnień z fizyki, tematów z kinematyki można nauczyć się na boisku – mierząc czas
potrzebny na przebiegnięcie stu metrów przez różnych uczniów, na przykład, i
potem licząc prędkość każdego z nich. Prace na plastykę też mogą powstawać na
świeżym powietrzu. Byłaby to nie tylko przyjemna odmiana, ale i pożytek dla zdrowia.
W polskiej szkole przez osiem lekcji siedzi się w ławce, a potem, przy
odrabianiu zadań domowych - przy biurku. Na przerwach też nie wychodzi się na
dwór, a już na pewno nie zimą, więc dzieci nie są zahartowane, marzną przy byle
wietrzyku…
Ale
nie to jest tematem dzisiejszego wpisu. Dzisiaj problem leży w tym, że naprawdę
genialnych nauczycieli spotyka się dopiero na uczelni. Dopiero na studiach chce
się chodzić na zajęcia, dopiero wtedy uczy się naprawdę ciekawych rzeczy od
naprawdę zafascynowanych swoim przedmiotem ludzi. W szkole nauczyciele są
sfrustrowani, bo płaca mała, bo czasu mało, bo materiału za dużo, bo uczniowie
niegrzeczni, bo nie chcą się uczyć… A w liceum straszy widmo matury, jeśli źle
pójdzie, to zaniżą się statystyki nauczyciela. Trzeba więc jak najszybciej
wszystko przerobić, tu na szczęście czasu starcza, lekcji z przedmiotów
rozszerzanych jest w tygodniu nawet dziesięć, a potem powtarzać. Tylko
że jeśli materiał przemyślany na dwa lata przerobi się w rok, to nie ma czego
powtarzać. Uczniowie nie zdążyli przyswoić sobie większości informacji, bo
nauczyciel pędził, skupiali się tylko na zaliczeniu roku, o maturze jeszcze nie
myśleli… A potem statystyki wyglądają tak, że maturę z fizyki czy chemii pisze
się średnio na 30%. To śmiesznie mało. Na studiach nie wystarczy. Ponieważ
studenci nie znają podstawowych pojęć, to trzeba je na nowo wprowadzać,
wykładowcy tracą czas na tłumaczenie, zamiast wprowadzać nowe tematy… Najsłabsi
studenci nie mają co liczyć na karierę naukową, więc idą do szkół. I tak
problem edukacji zatacza koło.
W NASTĘPNYM WPISIE: Potwór-matura, czyli jak skutecznie zastraszyć uczniów?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz