sobota, 13 października 2018

WPIS#16: O EDUKACJI NAUCZYCIELI, CZYLI CO TAK NAPRAWDĘ KULEJE W SZKOLE

            Wielu jest nauczycieli z rozległą wiedzą ze swojego przedmiotu. Przecież wszyscy skończyli studia. Problemy są dwa: (1) nie zawsze potrafią tę wiedzę przekazać i (2) nauczycielami zostają najsłabsi z rocznika. Jeśli można, to szuka się pracy wszędzie, tylko nie w szkole. To dość logiczne: zarobki nie zachęcają do pracowania często znacznie więcej niż osiem godzin dziennie, również w weekendy. W końcu kiedyś trzeba przygotować materiał na lekcje, sprawdzić sprawdziany i kartkówki… Na samorozwój czy odpoczynek pozostaje niewiele czasu. Trzeba być naprawdę zainteresowanym szerzeniem wiedzy, żeby czemuś takiemu podołać. Ale… no właśnie. Osoby zainteresowane szerzeniem wiedzy raczej nie zatrudniają się w szkołach, tylko zostają na uniwersytecie.
            W klasach I-III w podstawówce jest jeszcze dobrze. Uczą tam absolwenci pedagogiki, wiedzą, jak zająć dziecko, jak uczyć w ogóle. Lubią dzieci, potrafią znaleźć do każdego indywidualne podejście. Traktują uczniów jak jednostki, nie jak numery w dzienniku. Naprawdę znają swoich wychowanków, wszak na koniec roku muszą wystawić ocenę opisową.
            Dalej jest już gorzej. Nie dość, że przedmiotów robi się coraz więcej, podstawa programowa do każdego z nich jest przeładowana, lekcje trwają dłużej, a zadań domowych tyle, że często nie starcza na wszystkie czasu, wreszcie, sprawdziany pojawiają się wszystkie na raz, w ciągu dwóch tygodni trzeba napisać testy ze wszystkich przedmiotów, to jeszcze nauczyciele się zmieniają. Już nie zawsze potrafią przekazać informację w zrozumiały sposób. Częściej opierają się na podręcznikach, mówią: Przeczytajcie ten i ten temat na następną lekcję, zróbcie do niego zadania. Odpowiedzialność za naukę spada na uczniów. Niby to dobrze: to przecież uczniowie, nie nauczyciele, mają się nauczyć.
            Tylko że potem przychodzi czas piętnastu przedmiotów w planie zajęć. Wiele z nich odbywa się więcej niż raz w tygodniu. Nie sposób nauczyć się samemu, tylko z pomocą podręczników, matematyki, polskiego, historii, geografii, biologii, chemii i czego tam jeszcze, o językach obcych już nie wspominając. Nie sposób też zdążyć z systematyczną nauką i odrabianiem wszystkich zadań domowych. Trzeba się uczyć na ostatnią chwilę, zdać, zapomnieć, a zadania spisywać od innych przed lekcją albo robić byle jak. W ten sposób szkoła uczy tylko i wyłącznie kombinowania.
            A jakże inaczej byłoby, gdyby tak odchudzić podstawę programową, ograniczyć się do naprawdę istotnych kwestii (takich jak rozpoznawanie podstawowych drzew i ptaków z naszego otoczenia – ale nie przez oglądanie obrazków w podręczniku i przerysowywanie ich do zeszytu, jak to miało miejsce w mojej podstawówce, tylko przez wycieczkę do parku czy lasu i uczenie się w praktyce), i nauczyć nauczycieli, żeby właśnie na ten dwór wychodzić. Żeby nie siedzieć zawsze w klasie. Bo i zagadnień z fizyki, tematów z kinematyki można nauczyć się na boisku – mierząc czas potrzebny na przebiegnięcie stu metrów przez różnych uczniów, na przykład, i potem licząc prędkość każdego z nich. Prace na plastykę też mogą powstawać na świeżym powietrzu. Byłaby to nie tylko przyjemna odmiana, ale i pożytek dla zdrowia. W polskiej szkole przez osiem lekcji siedzi się w ławce, a potem, przy odrabianiu zadań domowych - przy biurku. Na przerwach też nie wychodzi się na dwór, a już na pewno nie zimą, więc dzieci nie są zahartowane, marzną przy byle wietrzyku…
            Ale nie to jest tematem dzisiejszego wpisu. Dzisiaj problem leży w tym, że naprawdę genialnych nauczycieli spotyka się dopiero na uczelni. Dopiero na studiach chce się chodzić na zajęcia, dopiero wtedy uczy się naprawdę ciekawych rzeczy od naprawdę zafascynowanych swoim przedmiotem ludzi. W szkole nauczyciele są sfrustrowani, bo płaca mała, bo czasu mało, bo materiału za dużo, bo uczniowie niegrzeczni, bo nie chcą się uczyć… A w liceum straszy widmo matury, jeśli źle pójdzie, to zaniżą się statystyki nauczyciela. Trzeba więc jak najszybciej wszystko przerobić, tu na szczęście czasu starcza, lekcji z przedmiotów rozszerzanych jest w tygodniu nawet dziesięć, a potem powtarzać. Tylko że jeśli materiał przemyślany na dwa lata przerobi się w rok, to nie ma czego powtarzać. Uczniowie nie zdążyli przyswoić sobie większości informacji, bo nauczyciel pędził, skupiali się tylko na zaliczeniu roku, o maturze jeszcze nie myśleli… A potem statystyki wyglądają tak, że maturę z fizyki czy chemii pisze się średnio na 30%. To śmiesznie mało. Na studiach nie wystarczy. Ponieważ studenci nie znają podstawowych pojęć, to trzeba je na nowo wprowadzać, wykładowcy tracą czas na tłumaczenie, zamiast wprowadzać nowe tematy… Najsłabsi studenci nie mają co liczyć na karierę naukową, więc idą do szkół. I tak problem edukacji zatacza koło.




W NASTĘPNYM WPISIE: Potwór-matura, czyli jak skutecznie zastraszyć uczniów?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz