poniedziałek, 25 marca 2019

WPIS#38: GDZIE TEN AUTORYTET, CZYLI O POZYCJI NAUCZYCIELA W SPOŁECZEŃSTWIE

           Polski uczeń ma około trzydziestu godzin tygodniowo lekcji, na których musi być, bo jeśli nie, to obniży mu się ocenę z zachowania. To od sześciu do ośmiu godzin dziennie. Nieraz od ósmej do piętnastej, z najdłuższą przerwą dwadzieścia minut, zazwyczaj bez możliwości porządnego odpoczynku między lekcjami i ze śmieciowym jedzeniem kupionym w sklepiku. Bez możliwości wyjścia na przerwie na dwór, przewietrzenia się, wybiegania. Za bieganie po korytarzach grozi uwaga. Po powrocie do domu obiadu zwykle nie ma, bo rodzice pracują. Jest za to góra zadań domowych i zapowiedziane – z tygodniowym wyprzedzeniem, zgodnie ze statutem szkoły – trzy sprawdziany, do których trzeba się nauczyć, do tego jeszcze nauczyciel matematyki coś wspominał o niezapowiedzianej kartkówce, aha, jeszcze praca na plastykę, nauczyć się piosenki na muzykę, wypełnić ćwiczenia z pisma technicznego na technikę, zrobić kartki Wielkanocne na zajęcia artystyczne, oj, jeszcze ćwiczenia z biologii i chemii, szlag, kartkówka z geografii będzie, trzeba wykuć mapę świata na pamięć, najdłuższe rzeki, najgłębsze jeziora, najwyższe szczyty, co gdzie leży i jak się nazywa, jutro będzie pytanie ze słówek z angielskiego, na następnej lekcji polskiego piszemy wypracowanie, przydałoby się przypomnieć sobie lekturę, na historię trzeba było przeczytać temat z podręcznika, już jedna jedynka za to wpadła, dobrze by było nadrobić. Poza tym znajomi narzekają, że dawno się nie widzieliśmy, chcą się spotkać w weekend… Ale nie, może lepiej zająć się nauką. Już szesnasta, ale do północy jeszcze dużo czasu, jeszcze wiele można zrobić.
            To nie jest wcale wytwór mojej bujnej wyobraźni. Tak wygląda rzeczywistość ucznia polskiej szkoły, 7/8 klasa, gimnazjum, pierwsza liceum – kilka lat z życia, bo Ministerstwu zachciało się 15 różnych przedmiotów. Nauczyciele ze wszystkich tych przedmiotów mają swoje wymagania, każdy przedmiot jest najważniejszy, do każdego trzeba się przygotowywać, na każdy sprawdzian trzeba się uczyć, każdą jedynkę poprawić, do tego mieć bardzo dobre lub wzorowe zachowanie – wszystko po to, by na świadectwie wydrukowali ci czerwony pasek, a w rekrutacji do następnej szkoły policzyli więcej punktów.
            Jednak to nauczyciele, a nie uczniowie, strajkują. Bo dość mają, że wmawia im się 18-godzinny tydzień pracy, wolne ferie i dwa miesiące wakacji. Bo dość mają, że za grosze wychowują rozwydrzone dzieciaki wiecznie niezadowolonych rodziców. Bo dość mają ciągłego szykowania sprawdzianów, przeprowadzania ich i sprawdzania. Bo wreszcie chcieliby odzyskać zatracone gdzieś w szkolnych korytarzach poczucie godności.
            Bardzo dobrze, że strajkują. W szkołach już mamy taki chaos, że każda kolejna akcja przybliży nas do prawdziwej reformy. Jednak taka forma strajku nie przywróci nauczycielom bycia autorytetem. Dlaczego? Cóż:
1)    nie wsparli rodziców przy strajku przeciw likwidacji gimnazjów;
2)    strajkują tylko w sprawie podwyżek, słowem nie wspominając o wrześniowej kumulacji roczników;
3)    ciągle są niedouczeni w zakresie psychologii, pedagogiki i wychowania;
4)    uczniowie dla nich są tylko numerami w dzienniku;
5)    ani myślą zmieniać starych, dobrych metod nauczania.
To tylko kilka z powodów. Póki to się nie zmieni, nie ma co liczyć na dobrą szkołę, czy nauczyciele dostaną podwyżki, czy nie. Uczniowie wciąż będą chodzić przygnieceni plecakami wypchanymi podręcznikami, zapchanym do granic możliwości terminarzem i bezsennymi, poświęconymi na naukę nocami. Nauczyciele wciąż będą jeszcze się na nich wyżywać, obrażać, wyzywać od idiotów i nieuków. Wciąż wszyscy będą walczyć, by zrealizować nierealizowalną podstawę programową, by sprostać wymaganiom Ministerstwa. Wciąż będą się nawzajem straszyć maturą i marzyć, że na studiach będzie lepiej. Nie będzie, bo i szkolnictwo wyższe wymaga reformy.
Polska szkoła to potwór, który mieli wszystko, nie patrząc, czy to uczeń, czy nauczyciel, czy rodzic, czy babcia – wszyscy cierpią, w ten czy inny sposób, starając się jakoś przez to bagno przebrnąć i zachować jeszcze sił na dalsze życie. Wydostałam się z tego w zeszłym roku, mniej więcej w tym czasie zaczynało do mnie docierać, że już zaraz matura, że już zaraz koniec. Martwiłam się tylko o jedno – o podstawowy polski, zmorę wszystkich, humanistów i ścisłowców, o którym nieraz pisałam. Zdałam lepiej niż podejrzewałam, dostałam się na wymarzone studia. Zerwałam ze szkołą tylko po to, by zaraz do niej wrócić – we wpisach na tym blogu. Nie tylko ja tak mam – o tym koszmarze nie da się zapomnieć. Chociaż matura dawno za nami, w rozmowach ze znajomymi ciągle wraca temat motywów w „Lalce” czy „Panu Tadeuszu”. Ciągle słyszę, że „Dziady” to wybitny dramat, a Sienkiewicz wielkim pisarzem był. Gdy słyszę nacjonalistów krzyczących „Precz z Żydami/Ukraińcami/uchodźcami/gejami/lewakami (i tak dalej)”, widzę polonistkę, wygadującą bzdury o antybohaterze. Gdy muszę się nauczyć czegoś na pamięć, myślę o gimnazjalnym podręczniku z biologii, pełnym niezwykle istotnych notek encyklopedycznych do wyuczenia.
Mam tego dość. Narzekaniem nic nie zmienię. Nawet jeśli poruszyłam na tym blogu ważne tematy, to i tak nie ma znaczenia, bo do wymiany jest absolutnie cały system. Nie ma nic, co mogłoby się ostać, nie ma więc sensu pisać o plusach i minusach polskiej edukacji – lepiej pomyśleć, co można zrobić, by już teraz było łatwiej.
Dlatego podjęłam decyzję o zamknięciu bloga, jednak całkiem nie zniknę – znajdziecie mnie na Instagramie pod nazwą @styropianowy_kucyk. Będę tam udostępniać sprawdzone sposoby na naukę, ale nie tylko, znajdzie się też trochę rozrywki. Mam nadzieję, że to chociaż trochę pomoże przetrwać szkolne lata – a może i ułatwi studenckie czy dorosłe życie.  


poniedziałek, 18 marca 2019

WPIS#37: DLACZEGO POLSKI NAUCZYCIEL JEST NIESKUTECZNY

Kiedy próbuje się narzekać na nauczycieli, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „Przecież to jednostkowy przypadek”, „Wiadomo, że nie każdy nauczyciel jest świetny w swoim zawodzie”, „Są nauczyciele genialni i nauczyciele słabi”, „Nie można mieć wszystkiego”. Wszystko to prawda – spotkałam na swej drodze i wspaniałych pedagogów, i takich, którzy w ogóle nie powinni uczyć. Martwią mnie jednak liczby – bo tych świetnych nauczycieli naliczyłam się na mojej drodze pięciu. Pozostałych jest około dziewięć razy więcej. Jak to możliwe?
Oczywiście, nie można narzekać na samych nauczycieli – rozumiem, jak trudną, wymagającą i niedocenianą pracę wykonują. W końcu i ci słabi nauczyciele czegoś mnie nauczyli – tego, co przewiduje podstawa programowa, chociażby. Wiem już też, jak wykorzystywać czas na nudnych lekcjach (uczyć się do czegoś innego), umiem szybko notować (dzięki nauczycielom czytającym na głos podręcznik i każącym uczniom wszystko, co przeczytają, zapisywać), wreszcie, zrobiłam sobie ranking metod nauczania – już wiem, co robić, a czego nie, gdy sama będę nauczycielką. Po przeanalizowaniu tego rankingu można wysunąć jeden wniosek: większość nauczycieli prowadzi lekcję w dokładnie ten sam sposób. Kreatywności brak. I, co ważniejsze, wolnej ręki.
Bo tak naprawdę winni są nie nauczyciele – winny jest sam system edukacji. System, który narzuca przerobienie szczegółowej podstawy programowej w zaledwie 12 lat. Jakbym chciała się wszystkiego tego nauczyć, zrozumieć to i zapamiętać na całe życie, musiałabym poświęcić co najmniej dwa razy więcej czasu!
Ale zacznijmy od początku. Na studia idą absolwenci polskiej szkoły – nauczeni odtwórczej pracy, bezmyślnego słuchania nauczycieli, wykonywania zleconych zadań i niezadawania niewygodnych pytań, oraz, o zgrozo, wyłączania myślenia w kluczowych momentach (na przykład na egzaminach, gdzie ważniejsze jest trafienie w klucz niż wykazanie się kreatywnym i logicznym rozumowaniem). Przez kilka lat uczą się w podobnych jak w szkole warunkach – słuchają wykładowców, czasem coś zanotują, tuż przed sesją zakują, zdadzą, potem zapomną, jako tako napiszą pracę dyplomową i zaczną rozglądać się za pracą. Tak się akurat zdarzy, że nigdzie nie będzie wolnych wakatów, akurat nikt po tym konkretnym kierunku nie będzie potrzebny. Cóż, nie ma co załamywać rąk, zawsze można zrobić kurs, zostać nauczycielem. Kurs jest krótki, ale intensywny, szybko można się zatrudnić. W szkole na początek nauczyciele dostają do przeczytania podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej tę podstawę realizujący i – idą uczyć.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. To był przykład selekcji negatywnej do zawodu nauczyciela. Ale przecież już wiemy, że mamy również nauczycieli z powołania. Ci uczą się pilnie, interesują się różnymi aspektami poznawanego materiału, szukają sposobów na jego efektywne opanowanie. Po ukończeniu studiów idą do szkoły, bo zawsze o tym marzyli – wlewać wiedzę do głów uczniów, patrzeć, jak się rozwijają, rozbudzać ich ciekawość… Na wstępie dostają podstawę programową, wybierają podręcznik najlepiej ją realizujący, tworzą własne materiały dla uczniów i – idą uczyć.
Jedni i drudzy spotykają się z rozczarowaniem. Pierwsi – bo co z tego, że mają wiedzę i pomoce naukowe, skoro nikt nie nauczył ich, jak pracować z człowiekiem? Drudzy – bo co z tego, że mają wiedzę i potrafią ją przekazać, skoro ich ruchy ogranicza podstawa programowa?
Podstawa programowa to coś, na co wszyscy się żalą – uczniowie, nauczyciele, rodzice. Od kilku lat mówi się, że jest przeładowana. Ministerstwo, w odpowiedzi na te głosy, jeszcze ją rozszerzyło i jednocześnie skondensowało trzy lata w dwóch. To, co już w gimnazjum było trudne do przerobienia na czas, teraz jest praktycznie niemożliwe. Co zresztą widać po wynikach ósmoklasistów w próbnych testach.
Poza autorytarnym ustalaniem, czego uczyć, a czego nie, podstawa programowa robi coś jeszcze gorszego: zmienia nauczycieli w roboty. Naprawdę nie trzeba myśleć, by przeprowadzić lekcję. Wystarczy punkt po punkcie przerobić temat opisany w podstawie.
A jak zachęcić uczniów, by się tej podstawy nauczyli? Tego przeciętny nauczyciel nie wie, straszy więc kartkówkami, sprawdzianami, egzaminami, wyższym etapem edukacyjnym („teraz to jest zabawa, w liceum/na studiach – to dopiero będzie nauka!”). Nie działa? Musi zadziałać – bo innej broni przeciwko bandzie rozwydrzonych dzieciaków nie ma.
Gadają na lekcji, bawią się telefonami, pyskują, nie wykonują poleceń – to wszystko wina rodziców! Nie uczą się, przynoszą słabe stopnie, pyskują, nie słuchają się – to wszystko wina nauczycieli! Tak właśnie od lat trwa wojna między nauczycielami a rodzicami. Jedni narzekają na drugich, szukają winnych w niewłaściwym zachowaniu uczniów, a uczniowie miotają się między nimi, starając się jakoś wszystkich zadowolić. Jednocześnie uczą się, kim naprawdę są, co chcą robić w życiu, nawiązują przyjaźnie, tworzą pierwsze związki. Do tego dojrzewają, hormony w nich buzują, sami nie wiedzą, co się z nimi dzieje – bo nikt im tego nie powiedział, nikt z nimi nie rozmawia inaczej niż przez wydawanie poleceń. Nie dziwne, że rozrabiają, gdy tylko poczują, że mogą sobie na to pozwolić.
Szkoła to taka miniatura Polski – wszyscy kłócą się ze sobą, ale tak naprawdę nie wiedzą, o co, wykorzystując jako argumenty najsłabszych. Panuje w niej chaos i biurokracja jednocześnie, liczą się tylko cyfry, wykresy, procenty, wyniki, sam człowiek jako jednostka jest zaś nieistotny.
To widać już na pierwszy rzut oka. Kto jest dzisiaj dyżurnym? Numer jedenasty. Nie: Kowalski. W szkole uczniowie to numery. Numery przypisywane do klas, za każdą klasę odpowiada jeden, najwyżej dwóch nauczycieli, którzy z kolei podlegają dyrektorowi, dyrektor odpowiada przed kuratorium, kuratorium przed Ministerstwem. System doskonały, zdawałoby się: każdy ma swoje miejsce, każdy ma swojego przełożonego. Wystarczy jednak przeczytać jedną z lektur przez ten system proponowanych, „Rok 1984” Orwella, by przekonać się, że takie systemy się walą.
Bo człowiek jest istotą myślącą. Czuje. Ma swoją godność. Odarty z niej, zaczyna się buntować. Jeśli źle się czuje, zaczyna się buntować. Jeśli nie może swobodnie myśleć, zaczyna się buntować.
Nauczyciel jest zewsząd atakowany, wytyka mu się „18-godzinny tydzień pracy, ferie i dwumiesięczne wakacje” – to utrata godności. Jest oceniany za osiągnięcia, na które sam nie pracuje (bo liczą się wyniki egzaminów jego uczniów, a nie jego samego) – to znowu godność. Uczniowie na przerwach (a czasem i na przerwach) mieszają go z błotem, podobnie rodzice na zebraniach podważają jego kompetencje – przez to czuje się źle. Podstawa programowa narzuca mu właściwie sposób prowadzenia lekcji, nie pozwala na kreatywność i samodzielny wybór tematów – to ograniczenie myślenia.
Nauczyciel ma więc powody do buntu. I buntuje się – a że przez to ciągłe mieszanie z błotem, wytykanie, ocenianie, itd. ma niskie poczucie własnej wartości i zwyczajnie się boi, to buntuje się w sposób co najmniej dziwny. (Kiedy pisałam ten post: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/11/wpisbonus-temat-jak-z-horroru-protest.html byłam przekonana, że strajk tuż-tuż. Okazało się, że trzeba na niego poczekać, aż nauczyciele się upewnią, że społeczeństwo ich popiera, i że sami tego strajku chcą. Stąd ciągłe straszenie buntem, jakieś referenda, jakieś artykuły – tylko po to, by się… no właśnie nie wiem. Usprawiedliwić? Przekonać, że warto? Już nawet uczniowie działają szybciej, w jednym tygodniu zapowiedzieli, w drugim przeprowadzili manifestację w sprawie klimatu…)
Nawet nie chcę analizować, jakie powody do buntu ma uczeń. Wiem jednak jedno: ma poważną broń w zasięgu ręki. I jeśli zechce, może wywrócić system do góry nogami. Co śmieszniejsze, tę broń włożył mu do ręki sam system. Dość pomyśleć, co by się stało, gdyby nagle tysiące uczniów nie zdało do następnej klasy…
Jedno jest pewne: ten system runie, bo musi runąć. I to już niedługo.


W NASTĘPNYM WPISIE: Gdzie ten autorytet, czyli o pozycji nauczyciela w społeczeństwie

poniedziałek, 11 marca 2019

WPIS#36: JAK ŁATWO JEST PRZYLEPIĆ ŁATKĘ, CZYLI O OCENIANIU W POLSKIEJ SZKOLE

          W poprzednim wpisie pisałam o tym, że od podstawówki do liceum nauczyciele uważali, że jestem dobra z matematyki. Zaczęło się niepozornie: po prostu siedziałam w ławce z dziewczyną, która błyskawicznie rozwiązywała zadania. Jej aura jakby przenikła na wszystkich naokoło. Trzeba też przyznać, że te ćwiczenia były proste. Tylko że w polskiej szkole nikt nie wpadł na to, by dzielić uczniów na klasy pod względem umiejętności. Zawsze musi być przekrój: od najsłabszych i najlepszych. Żeby jeszcze wykorzystać tę polaryzację, kazać uzdolnionym uczyć tych z trudnościami, pomagać im. Nie. W szkole od uczenia jest nauczyciel. Koniec, kropka.
          Zadania były proste, siedzenie z szybką koleżanką też zaczęło robić swoje. Wkrótce zaczęłam się zgłaszać z pytaniem: Co dalej. Dla mnie był to sposób na zabicie nudy, w końcu nauczycielka natychmiast podawała jeszcze z pięć zadań do zrobienia. Dla pozostałej części klasy to musiało być stresujące: ona już skończyła, a ja nawet za tym, co się dzieje na tablicy nie nadążam…
          Skoro szybko rozwiązywałam zadania, to powinnam chodzić na konkursy, nieprawdaż? To w końcu jest sens życia polskiej szkoły: wysyłanie uczniów na konkursy, rywalizacja, nagrody, artykuły w szkolnych gazetkach, zdjęcia w gablotach „zasłużonych”. No dobra, dziecko w podstawówce nauczycielom nie odmawia, chodziłam na te konkursy.
Nigdy nic nie wygrałam. Dlaczego?
Dlatego, że jakoś nikt nie wpadł na to, by sprawdzić, czy rozwiązywałam zadania na lekcji POPRAWNIE. A że zawsze na końcu podręcznika jest klucz odpowiedzi, to sprawdzałam sobie, poprawiałam błędy i mimo wszystko byłam do przodu. Tylko że na konkursach nie ma klucza odpowiedzi. Nie ma jak poprawić błędów, jeśli się ich samodzielnie nie znajdzie. Mnie nikt nie nauczył uważności, sama aż do liceum nie uważałam, by był to poważny problem, i tak się za mną te błędy ciągnęły. Na sprawdzianach i egzaminach sobie radziłam, bo od tego zależało to, czy zdam do następnej klasy czy szkoły, ale konkurs…? Tam jedyną motywacją była nagroda, często zupełnie niepasująca do moich gustów. Nie ma po co się starać.
W gimnazjum też miałam łatkę „zdolnej matematyczki”. Tym razem również dlatego, że chodziłam do klasy matematyczno-informatycznej. Profil robi swoje. A że było w niej sporo osób z rejonu, to znowu polaryzacja była dużo, łatwo było pędzić z zadaniami. I popełniać głupie błędy.
Nauczycielka oczywiście wysyłała mnie na konkursy, a ja na nie chodziłam, bo to lepsze, niż siedzenie na jakiejś biologii czy innym polskim. Nigdy nie zajęłam liczącego się miejsca.
W liceum, w klasie matematyczno-fizycznej – powtórka z rozrywki. Tu sprawa miała się inaczej – uczyłam się pilnie fizyki, a skoro umie fizykę, to matematykę na pewno też. Cóż… nie bardzo. Robiłam coraz więcej głupich błędów i coraz rzadziej byłam w stanie samodzielnie rozwiązać zadanie. Z pomocą przychodziły mi koleżanki, nauczycielka pewnie nawet nie wiedziała o tej pomocy. Nie miała więc oporów, by namawiać mnie do udziału w konkursach. Poszłam na jeden, okazało się, że wciąż nie potrafię rozwiązać większości zadań, dałam więc sobie spokój. Lepiej chodzić na lekcje i szykować się do matury niż do jakichś konkursów.
Nikt jakoś na całej mojej edukacyjnej drodze nie zauważył, że tak naprawdę najlepiej radziłam sobie z przedmiotami humanistycznymi. Co z tego, że wygrywałam jakieś tam konkursy literackie – matematyka jest najważniejsza. Do samej matury miałam więc bardzo wygodną sytuację: jako tako radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi, do humanistycznych właściwie nie musiałam się uczyć. A przyrodnicze? Cóż, tu wystarczy połączyć matematyczne logiczne myślenie i humanistyczne kreatywne pisanie. Wystarczyło na świadectwa z paskiem.
To jest jeden sposób na dobre oceny – wyrobienie sobie opinii. Bo oprócz tego, że robiłam zadania i chodziłam na konkursy, to jeszcze nie przeszkadzałam na lekcji, spełniałam polecenia nauczycieli, generalnie byłam grzeczną dziewczynką.
Drugi sposób jest znacznie prostszy. Grunt to urodzić się jako drugie, a jeszcze lepiej trzecie dziecko, i chodzić do tych samych szkół, co rodzeństwo. Bracia i siostry pilnie się uczą, zbierają na swoją opinię, sprawiają, że nauczyciele zaczynają ich lubić i, co ważniejsze, pamiętać. A potem przychodzimy my, podobna buzia, to samo nazwisko, i dobre oceny mamy właściwie w kieszeni.
Trzecia metoda to już w ogóle bułka z masłem. Trzeba chodzić na wszystkie możliwe konkursy ze wszystkich możliwych przedmiotów. Z jednej strony opuszczamy nudne lekcje, z drugiej pracujemy na opinię nauczycieli. Nieważne, czy się wygrywa, czy nie – wystarczy czasem przechodzić z etapu na etap. Nauczyciele są zadowoleni, bo mają ambitnego ucznia, a uczeń… może do nich chodzić w okresie wystawiania ocen i ze zbolałą miną opowiadać, że w tym roku się nie udało, to fakt, ale w następnym roku będzie lepiej. Teraz się chodziło na konkursy, trzeba się było do nich przygotowywać, wie pan, etap ogólnopolski to nie przelewki. Nauczyciel pokiwa głową ze zrozumieniem. A uczeń ciągnie dalej: bo z innych przedmiotów to ma już same szóstki, za to chodzenie na konkursy właśnie, i inni nauczyciele to nie patrzą zbytnio na oceny, bo te, wiadomo, są różne, najważniejsze jest reprezentowanie szkoły w konkursach. Nauczyciel pokiwa głową i zapyta: a średnia jaka? Na co uczeń, już właściwie pewny swego, odpowiada, że właśnie tej jednej jedynej szóstki brakuje do paska czy – w bardziej ekstremalnej sytuacji – do średniej 6.0, mógłby się pan zlitować i w drodze wyjątku wstawić… Nauczyciel nie może odmówić, przecież każdy by zaraz wiedział, że to z jego powodu uczeń X nie ma ładnej średniej. Trzeba szóstkę postawić.
Tak właśnie wygląda rywalizacja w szkołach. Podobno „zdrowa”, tym przynajmniej dyrektorzy i nauczyciele usprawiedliwiają kolejną ligę klas – że trzeba czasem porywalizować. To, że walka opiera się na oszustwie, a uczniowie zamiast na nauce, skupiają się na konkursach, nikogo nie obchodzi. Najważniejsza jest opinia szkoły, a ta buduje się właśnie na wynikach w konkursach.




W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego polski nauczyciel jest nieskuteczny?

poniedziałek, 4 marca 2019

WPIS#35: DLACZEGO BEZ PODRĘCZNIKA SIĘ NIE DA, CZYLI NOWOCZESNA NAUKA W POLSKIEJ SZKOLE

           Mamy XXI wiek, więc w klasach obowiązkowo musi być komputer i rzutnik. W końcu do dzisiejszej młodzieży bardziej trafiają kolorowe obrazki niż suchy tekst w podręczniku, nieprawdaż? Poza tym, to zawsze jakieś uzupełnienie lekcji, nie trzeba wszystkiego pisać na tablicy, można po prostu wyświetlić. I uczniom się podoba, rzeczywiście, łatwiej jest notować, gdy treści są przekazywane ustnie, ale i napisane. I na zdjęciach do szkolnej kroniki dobrze wygląda, można zaprzeczyć twierdzeniu, jakoby polska szkoła tkwiła w średniowieczu.
            Problemów jest kilka, zacznijmy więc od samego początku. Komputer i rzutnik – mamy. Konieczny jest też ekran do tego rzutnika. Zazwyczaj umieszczony nad tablicą, tak, że rozwijając go, zasłaniamy w najlepszym wypadku połowę tablicy. Albo albo. Nie można jednocześnie pisać i wyświetlać. Z drugiej strony, takie rozwiązanie przydaje się na matematyce – u mnie w liceum, gdy zajmowaliśmy się funkcjami, nauczycielka wyświetlała wprost na tablicy układy współrzędnych, do których trzeba było tylko dorysować wykresy. Przydatne. Zwłaszcza, że projektanci sal rzadko kiedy myślą o tym, że na matematyce przydałaby się tablica w kratkę. Standardem są białe, czyste, więc takie będą we wszystkich klasach – to pewnie jeszcze pozostałość po tradycyjnych tablicach. Chociaż i wśród tych na kredę były i takie z kratkami…
            Sprawa druga – kolorowe obrazki. Niestety, ponieważ nauczyciele nie mają zazwyczaj przygotowania psychologicznego i pedagogicznego, nie wiedzą, że w istocie, kolorowe obrazki łatwiej trafiają do mózgu – nie tylko nastoletniego, ale w ogóle ludzkiego. Do szkół idą absolwenci najróżniejszych kierunków, w których programach nie przewidziano uczenia o tym, jak… uczyć. Tego dowiadują się bodaj tylko studenci pedagogiki. A jakże łatwiej jest przekazywać wiedzę, gdy wie się, jak to robić, gdy zna się sprawdzone sposoby, gdy rozumie się pracę ludzkiego umysłu. Psychologia pracuje nad tym od dawna, a żeby znaleźć cokolwiek, coś na start przed rozpoczęciem kursu, wystarczy poszukać w Internecie.
            Trzecia sprawa: przecież te nudne, zapisane gęsto podręczniki, od których nauczyciele uciekają, zaprzęgając do pracy rzutnik, już nie istnieją! Zastąpiły je przyjazne dla oka książki z fotografiami, kolorowymi schematami, wytłuszczeniami, podkreśleniami, kursywami,  mapami myśli, podsumowaniami na koniec rozdziału, przykładami rozwiązań zadań… Zdarzają się nawet ciekawe grafiki. Praca z takim podręcznikiem to, wydawałoby się, sama przyjemność.
            Może i tak – w czasie nudnej lekcji przeglądanie ich to często jedyny ratunek dla ucznia. Jednak ogrom informacji zmieszczonych na jednej stronie jest, przy bliższym zapoznaniu się z tematem, przytłaczający. Tu tekst, tu definicja w ramce, tu podpis do obrazka, tu mapa myśli, tu pytanie, tu odpowiedź… co za dużo, to niezdrowo. Uczeń ma wszystko podane na tacy – mówią nauczyciele. Wyszczególnione najważniejsze informacje, potem jeszcze powtórzone w podsumowaniu i zadaniach sprawdzających – marzenie. Ale czy aby na pewno?
            Właśnie nie. Takie podręczniki nijak nie stymulują do samodzielnego poszukiwania informacji. Nie, zamieszczenie na końcu książek rozwijających dany temat czy postawienie nieoczywistych pytań w zadaniach nie wystarczy. Uczeń i tak tych książek nie przeczyta, a odpowiedzi na pytania znajdzie w Internecie. Nie nauczy się za to czytać ze zrozumieniem i notować. Jeśli wszystkie ważne kwestie ma podane na tacy, to po co rozumieć cały tekst? Jeśli w podręczniku są takie ładne grafiki, to po co samemu robić notatki? Przeczyta kilka razy przed sprawdzianem i wystarczy. A że sprawdzian to często gotowiec, to i pytania będą się odnosiły wprost do treści z podręcznika. Nie ma po co samemu pracować. Stara zasada Zakuj – Zdaj – Zapomnij jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
            Niestety, żeby wyjść ze szkoły z jakąś wiedzą, żeby potem wykorzystać zdobyte informacje na studiach, trzeba się zaangażować. Trzeba zapamiętać na dłużej. Mnemotechniki istnieją od dawna – tylko nie w szkole. Uczeń w klasie nie usłyszy ani słowa na temat tego, jak właściwie nauczyć się do sprawdzianu – co najwyżej tego, by przeczytać podręcznik. Tyle to wiedział sam.
            Problem czwarty: kiedy nauczyciel wyświetla coś na rzutniku, to zazwyczaj siedzi przy biurku, za komputerem. Nie widzi klasy zza monitora. Nie nawiązuje z uczniami relacji. Nie staje się dla nich autorytetem. Nie widzi, czy rozumieją, o czym mówi. Nie stymuluje do zadawania pytań. Nie kontroluje, czy uczniowie notują. Czy przynajmniej słuchają. Lekcja prowadzona w ten sposób nic nie daje. Nie mówiąc już o tym, że sprzęt jest zawodny. Nieraz zdarzało się, że pół zajęć traciłam, bo komputer się nie chciał włączyć, potem nie działał rzutnik, a nauczyciel koniecznie musiał coś wyświetlić. Technika jest fajna, nie przeczę. Ale może lepiej pozostać przy nauczaniu tradycyjnym, a za to czegokolwiek uczniów nauczyć? Zwłaszcza, że nauka mówi jasno: samo oglądanie i słuchanie nic nie da. Trzeba jeszcze notować. Wyświetlanie kolorowych obrazków nie jest więc tak skuteczne, jak by tego chcieli nauczyciele. To uczniowie powinni je rysować – jako uzupełnienie swoich notatek.
            Po piąte: zadowolenie uczniów. Cóż… to raczej kontrowersyjna sprawa. Nauczycielowi może się wydawać, że uczniowie są zainteresowani tematem. Tylko że potem przyjdzie sprawdzian i okaże się, że połowa go nie zaliczyła. Bo żeby dotrzeć do młodego umysłu, trzeba go jakoś zaangażować. Chociażby zadać pytanie. Albo pokazać śmieszny filmik, który zacznie im się kojarzyć z danym zagadnieniem. Albo kazać narysować na tablicy mapę myśli dla powtórzenia materiału. Sposobów jest wiele. Nauczyciele wolą wyświetlać prezentacje w Power Poincie. Albo, znacznie częściej… elektroniczną wersję podręcznika. Jakby uczniowie nie mieli książek przed nosem, na ławce.
            Sprawa ostatnia, kronika szkoły. Chodziłam do podstawówki, gimnazjum i liceum, wszystkie szkoły skończyłam ze świetnymi wynikami. Jakkolwiek związana czuję się tylko w liceum. Dlaczego? Popatrzmy na problem chronologicznie.
            Podstawówka. Nauczyciele wszystkich przedmiotów ciągali mnie i kilku innych uczniów na wszystkie możliwe konkursy, bo przecież „skoro jest dobra z matematyki, to będzie też dobra z przyrody i polskiego”. Coś tam rzeczywiście wygrałam, przez jakiś czas moje zdjęcie wisiało nawet w jakiejś gablocie zasłużonych, czy coś takiego. Wygrywałam konkursy z polskiego i przyrody, jednak wszyscy ciągle twierdzili, że przoduję w matematyce. Podstawówkę wspominam więc jako pasmo konkursów matematycznych, na których większości zadań nie potrafiłam rozwiązać. Pamiętam też jeszcze jedno: rysowanie liści na przyrodzie. Oczywiście nie wyszliśmy w tym celu na dwór, żeby zobaczyć, jak to rzeczywiście wygląda, ale za to rysowaliśmy. A nie mówiłam, że rysowanie jest ważne?
            Gimnazjum. Byłam w klasie matematyczno-informatycznej, do której trafiło sporo osób z regionu, poziom był raczej słaby. Na matematyce rozwiązywałam zadania szybciej niż inni, bo były proste. Wniosek? Jesteś dobra z matematyki – idź na konkurs. I znowu to samo, niechodzenie na lekcje, żeby siedzieć na konkursie i patrzeć na zadania, których i tak nie umiem rozwiązać. Pamiętam też, że na biologii nauczycielka stawała na środku z podręcznikiem w ręku i czytała zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, a my mieliśmy zapisywać każde jej słowo. Gdy teraz czytam podstawę programową z biologii, żeby napisać tutaj post, nie kojarzę absolutnie nic. Za to z etyki pamiętam więcej. Do zeszytu przy każdym temacie wklejałam pasującą do poruszanych kwestii piosenkę – i teraz, gdy ich słucham, przypominam sobie, o czym rozmawialiśmy na lekcjach.
            Liceum. Klasa matematyczno-fizyczna, poziom lepszy, niż w gimnazjum, bo nie ma rejonizacji. Byłam raczej średnia i miałam już wyrobione własne zdanie na temat tego, co chcę, a czego nie chcę robić. Nawet, jeśli nauczyciele usilnie przekonywali mnie do udziału w konkursie, nie zapisywałam się. Za to pilnie notowałam na lekcjach, powoli odkrywałam, jak powinny wyglądać dobre notatki, uczyłam się z nich, rozwiązywałam zadania, stawiałam pytania, szukałam na nie odpowiedzi – w książkach, nie w Internecie. To raz. A dwa – kadra szkoły podchodziła do ucznia jak do człowieka. Nie chcesz brać udziału w konkursie – nie bierz. Na korytarzach stoją kanapy i fotele, by można było odpocząć w czasie przerw, w takich „kącikach” są półki z książkami, stoliki do nauki i kontakty, żeby podładować telefon. W jednym „kąciku” jest nawet dywan i kwiaty! Kiedy trzeba było pomalować szkołę, uczniowie zostali zaproszeni do pomocy – przyjdziesz malować w czasie ferii, dostaniesz piątkę z wuefu. Potem każdy chwalił się, który kawałek ściany własnoręcznie pomalował.
            Z tych trzech szkół kronika tylko jednej jest prawdziwa. Tylko jedna kronika pokazuje, że uczniowie czują się dobrze w szkole, że są traktowani jak ludzie, że mogą mieć własne zdanie, że mogą decydować o sobie i o swoim najbliższym otoczeniu, że mają prawa. I nie ma znaczenia, jak wyglądają zdjęcia w tej kronice – liczy się to, że pokazują prawdę.



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak łatwo jest przylepić łatkę, czyli o ocenianiu w polskiej szkole

poniedziałek, 25 lutego 2019

WPIS#34: OKRES W SZKOLE

            Wuef w szkole odbywa się zazwyczaj trzy razy w tygodniu. Nieprzygotowań jest tyle, ile zapisano w statucie, dajmy na to, dwa. Tyle, co i na innych przedmiotach. Logiczne. Gdyby było ich więcej, uczniowie by nie ćwiczyli.
            Ale czy aby na pewno?
            Nie do końca. W moim liceum można było nie ćwiczyć dowolną ilość razy, przy czym do tych „braków stroju” wliczały się również wszystkie nieobecności. Usprawiedliwione czy nie, na wuefie uczeń nie ćwiczył. W zależności od liczby nieprzećwiczonych godzin nauczyciel wystawiał ocenę; jeśli było ich dużo, ocena była niższa, jeśli mało – wyższa. Logiczne.
            Dzięki temu zabiegowi można było przeznaczyć wuef na naukę do sprawdzianu, jeśli ten miał się odbyć na którejś z następnych lekcji. Korzystało z tego wielu uczniów, więc, rzeczywiście, liczba osób ćwiczących była mniejsza, niż gdyby ograniczono nieprzygotowania.  Niestety, nikt nie kontrolował, co robią uczniowie siedzący na ławkach. Gdyby zadać im jakieś zadania, kazać robić jakieś plakaty, czyścić sprzęt, cokolwiek, sprawa byłaby czysta, rozwiązanie z wieloma „brakami stroju” do wykorzystania byłoby idealne.
            Bo mniej więcej połowę populacji uczniów stanowią dziewczyny, z których wiele raz w miesiącu po prostu nie może ćwiczyć. Ból związany z okresem jest zbyt silny – nie mówiąc już o kwestii higieny. Jeśli lekcje wychowania fizycznego odbywają się, powiedzmy, co drugi dzień, problemu raczej nie ma. Jeśli jednak wuef jest się w dwa dni pod rząd, trudno oczekiwać, że następnego dnia uczennica będzie już czuła się świetnie. W jednym tygodniu traci dwa nieprzygotowania – w większości szkół nie będzie miała ich już więcej do wykorzystania.
            Chyba, że nauczyciel zrozumie jej sytuację i pozwoli przesiedzieć zajęcia bez konsekwencji. Z tym jednak nic nie wiadomo, trzeba dobrze trafić.
            Niby mówi się: Masz okres – zgłoś to nauczycielowi, da ci prostsze ćwiczenia. W praktyce to tak nie wygląda. Na sali często jest trzydzieści osób, nauczyciel nie może skupić się na jednej z nich. Założę się, że nawet nie ma przygotowanego zestawu ćwiczeń dla dziewczyn z okresem.
            Co gorsza, nauczyciele są różni. Czasem kobiety, czasem mężczyźni. Do kobiety łatwiej jest podejść, na ucho powiedzieć, że ma się okres. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że wuefistki rzadziej są skłonne odpuścić uczennicom. Częściej robią to mężczyźni – ale z nimi rozmawiać o kobiecych sprawach to często wstyd. Lepiej przemilczeć, przemęczyć się, a po czterdziestu pięciu minutach uciec z sali do toalety.
            Pryszniców oczywiście nie ma, przynajmniej nie w każdej szkole. A nawet jak są, to albo przez cały rok zamknięte, albo tak zaniedbane, że strach tam wchodzić. No i koleżanki by się dziwnie patrzyły, że co to, ona prysznic bierze? W szkole?!
            Niby były kiedyś tam zajęcia o higienie w czasie okresu, ale przecież nikt nie bierze tego na serio, nikt dziewczyn nie zachęca, by o siebie dbały. O comiesięcznym miesiączkowaniu mówi się, jakby to była najstraszniejsza rzecz pod słońcem, jak o temacie tabu. Przypomnę, że mamy XXI wiek…
            Więc z pryszniców się nie korzysta. Jeśli wuef był ostatnim przedmiotem na planie, to nie ma większego problemu, wróci się do domu i tam weźmie się prysznic. Gorzej, jeśli wychowanie fizyczne jest gdzieś na początku lekcji, a po nim jeszcze długie godziny trzeba wytrzymać w szkole. Spoconą, krwawiącą i z bolącym brzuchem.
            Może się i tak zdarzyć, że uczennica zapomni podpasek, a koleżanki też akurat nie mają. W większości szkół w statucie stoi, że nie wolno opuszczać budynku, nawet po to, by skoczyć do sklepu. A że w szkolnych toaletach rzadko kiedy można uświadczyć papieru toaletowego i mydła, to trudno oczekiwać, że będą w nich i automaty z podpaskami. Trzeba się przemęczyć do końca lekcji.
            Są jeszcze chłopcy. Im starsi, tym bardziej świadomi tego, że koleżanki mają gorsze dni. Bynajmniej nie dowiadują się tego od nauczycieli – raczej po prostu zaczynają mieć dziewczyny, te z nimi o takich sprawach rozmawiają. Póki to jednak nie nastąpi, dziewczyny muszą wysłuchiwać śmiechów i docinków, że ofermy, nie potrafią nawet piłki rzucić, że użalają się nad sobą, że już wiadomo, czemu słabsza płeć. Nauczyciele oczywiście nie reagują.
            Niby jest przedmiot „wychowanie do życia w rodzinie”. Niby mamy się tam uczyć i o seksualności człowieka. Ale… im dalej w las, tym mniej uczniów uczestniczy w tych lekcjach (są nieobowiązkowe). A co do edukacji seksualnej – jedyne, co pamiętam, to że w podstawówce miałam podpisać elementy żeńskich i męskich narzędzi rozrodczych. Temat bardziej na biologię, na dział o rozmnażaniu… A nie, przepraszam, tego działu właściwie nie przerobiliśmy, nie starczyło czasu czy coś takiego.
            Polscy uczniowie idą w świat zupełnie nieprzygotowani do czegokolwiek. Nie mają wpojonych dobrych nawyków. Nie wiedzą, że jak ma się okres, to lepiej zwolnić, nie przemęczać się. Nie mają szacunku do samych siebie. Nie rozumieją, że należy uszanować gorsze samopoczucie innych. Nie potrafią rozmawiać o sprawach intymnych. Potrafią za to rozpoznać macicę na obrazku. To im się przyda, w końcu autorzy podręczników utrzymują, że aborcja jest zła, a kobiety zostały stworzone po to, by rodzić dzieci. Gdyby były w ciąży, to by ich okres nie bolał, prawda?




W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego bez podręcznika się nie da, czyli nowoczesna nauka w polskiej szkole

poniedziałek, 18 lutego 2019

WPIS#33: NA PRZYSZŁY TYDZIEŃ NAUCZCIE SIĘ WIERSZA, CZYLI ROLA NAUCZYCIELA W ZAPAMIĘTYWANIU


            Nauczycielom bardzo łatwo jest powiedzieć: Naucz się tego i tego. Już od pierwszych klas podstawówki zarzucają ucznia informacjami do wykucia na pamięć. A to wierszyk, a to piosenka, a to definicja, a to tabliczka mnożenia. Z tym ostatnim jeszcze nie jest najgorzej, trochę się w klasie, przy rozwiązywaniu zadań, nauczyć można. Ale pozostałe? Przecież tego trzeba się nauczyć samodzielnie, w domu przeczytać kilka razy i będzie. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak trudno jest coś wykuć, nie znając żadnych skutecznych metod pamięciowych.
            Nie, czytanie nie jest skuteczne, zwłaszcza do nauki słowo w słowo. Nijak nie zmusza do analizowania czytanego tekstu, nie wymaga rozumienia tego, co się czyta, nie daje nawet gwarancji, że treść rzeczywiście trafia do mózgu, a nie że jest to tylko bezmyślne wodzenie wzrokiem po literach.
            Psychologia dała ludzkości wiele metod na efektywną i szybką naukę, jednak polska szkoła omija je szerokim łukiem. Dlaczego?
            Sama korzystam ze sposobów do pracy z dziećmi z dysleksją czy autyzmem, inspirując się przepastną skarbnicą wiedzy, jaką jest… tak, tak, Internet. Nie trzeba wcale czytać stosu nudnych książek, żeby dowiedzieć się, jak dotrzeć do mózgu.
            Metody do pracy z dziećmi z jakimikolwiek zaburzeniami opierają się na jednym: są angażujące. Oczy, uszy, usta, ręce, nogi, nieraz również nos i język. To może być dziwne, że, jako studentka, przy nauce układam puzzle, tworzę zdania z rozsypanek słownych, słowa z powycinanych liter, rysuję, koloruję, bawię się kolorami, dużo mówię na głos, nucę, układam melodię do słów definicji, wymyślam skróty do zapamiętania całych zdań w konkretnej kolejności, wycinam, przyklejam, lepię z plasteliny, przekładam kartki z jednego pudełka do drugiego, chodzę, skaczę, spaceruję, patrzę z góry, z dołu, na wprost, oglądam filmy, czytam książki. A jednak, z takim podejściem zaliczyłam pierwszy semestr z samymi piątkami i, co ważniejsze, z wiedzą w głowie. Nie, nie wyparowała zaraz po egzaminie.
            To wszystko z powodzeniem można robić w klasie. Co za problem przy nauce alfabetu dać dzieciom plastelinę, niech lepią literki, zamiast marnować papier, przepisując w nieskończoność Aa, Aa, Aa, Aa… Zwariować można od tych A. Co za problem przy nauce wiersza pociąć go tak, by na każdym kawałku papieru był jeden wers, i kazać dzieciom układać te kawałki w odpowiedniej kolejności. Co za problem przy nauce czasowników nieregularnych na angielski stworzyć z uczniami kategorie – te czasowniki we wszystkich formach wyglądają tak samo, te są takie same tylko czasami, w tych „d” wymienia się na „t”… Co za problem pociąć tabliczkę mnożenia i kazać dzieciom ją prawidłowo ułożyć. Co za problem odgrywać scenki na podstawie lektur i w ten sposób poznawać ich bohaterów.
            Żaden problem. Świadczą o tym chociażby nauczyciele, którzy rzeczywiście tak robią – nie tylko w czasie lekcji z uczniami z zaburzeniami. Nie dość, że uczniowie świetnie się bawią, dużo zapamiętują, lubią przychodzić na zajęcia, interesuje je, co wydarzy się na następnej lekcji, to jeszcze nauczyciel ma frajdę i sam może się czegoś nauczyć – wystarczy, że otworzy uszy na głos swoich uczniów.
            Pytanie, dlaczego wszystkie lekcje nie wyglądają w ten sposób. Polski system szkolnictwa charakteryzuje się tym, że dokładnie sprecyzowana jest tylko podstawa programowa – cała reszta zależy od inwencji twórczej nauczycieli i dyrektorów.
            Nie, problemem nie jest brak czasu. Jeśli nauczyciele współpracują między sobą i z dyrekcją, wszystko da się załatwić. W końcu, jak już dobrze wiemy, wiele treści pojawia się na różnych przedmiotach. Ot, słynny antyk – omawiany równolegle na historii, polskim, często również na muzyce, plastyce, wiedzy o kulturze, wiedzy o społeczeństwie… Albo ochrona środowiska – pojawia się na biologii i geografii w gimnazjum i w liceum. Naprawdę nie ma potrzeby omawiać tego dwa razy, bo pojawiają się absurdalne sytuacje typu: teraz mam biologię, rozmawiamy o ochronie środowiska. Na następnej lekcji będzie geografia i będziemy rozmawiać o ochronie środowiska. Jednocześnie oddychając trującym powietrzem. Brzmi świetnie.
            Problemem jest edukacja nauczycieli. Czy też jej brak.
            W polskim systemie nie ma żadnego problemu, żeby skończyć studia z, powiedzmy, matematyki, potem zrobić podyplomówki z fizyki i chemii i wszystkiego tego uczyć w szkole. Wszechstronny nauczyciel, interesuje się światem, zachwala dyrektor, cieszą się rodzice. W praktyce to wygląda tak, że nauczyciel, owszem, umie liczyć, ale niczego dobrze nie wytłumaczy, bo tego go na studiach nie uczyli. Potrafi na lekcji przeczytać na głos podręcznik z fizyki i podyktować notatkę. Chemię zawsze lubił, więc nawet zapisze na tablicy reakcję chemiczną. Tyle przecież wystarczy; każdy uczeń i tak musi mieć podręcznik, każdy ma też dostęp do Internetu, sprawdzi sobie najwyżej.
            Nie, nie sprawdzi. Skoro nauczyciel na lekcji prowadzi wykład, to znaczy, że poda wszelkie potrzebne informacje, a jeśli czegoś nie rozumiem, to znaczy, że muszę się wczytać w notatki, albo jestem po prostu za głupia, by dany temat pojąć.
            Wykład może być fascynujący, nie przeczę. Nie rozwiązuje on jednak podstawowego problemu: jak się tego wszystkiego nauczyć? Polski uczeń spędza przeciętnie siedem godzin w szkole. Potem ma zajęcia dodatkowe, korepetycje, szkołę muzyczną, lekcję w szkole języków obcych, trening… Rodzice dzieci nie oszczędzają, mają być wszechstronne, zdolne, zapracowane. Może więc chociaż szkoła je oszczędzi i zajmie się tym, do czego została stworzona, czyli nauczaniem. A nie tylko wskazywaniem, czego należy się nauczyć.



W NASTĘPNYM WPISIE: Okres w szkole

poniedziałek, 11 lutego 2019

WPIS#32: BUW DLA SÓW, CZYLI O TYM, JAK POLSKA EDUKACJA SAMA ZAPĘDZIŁA SIĘ W ŚLEPY ZAUŁEK

Co pół roku z okazji sesji Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego, w skrócie BUW, otwarta jest niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę (z godzinną przerwą między 5. a 6. rano). Chodzi o to, żeby studenci mogli na spokojnie zarywać noce, ucząc się do egzaminów.
            To jest granda. Zamiast uczyć młodych ludzi systematycznej nauki, wspiera się ich w nieefektywnym, szkodliwym dla zdrowia podejściu „zarwę noc, jakoś zdam”. Nie dziwne, że poziom absolwentów uniwersytetów jest niski. Jeśli większość podchodzi do studiów właśnie w ten sposób, to… strach się bać.
            Przerażające jest to, że to w szkole powinni nas uczyć systematyczności, odpowiedzialności, planowania swojego czasu, pilnowania równowagi między pracą a odpoczynkiem, szanowania terminów. Jeśli nauczyciel zapowiedział egzamin na za dwa miesiące, to znaczy, że ten czas jest potrzebny do opanowania materiału, a nie, że należy zacząć się uczyć dzień przed.
            W szkole to jest jeszcze bardziej widoczne, bo są nie tylko sprawdziany. Dobrze pamiętam, jak w klasie maturalnej (!) nauczycielka przez trzy tygodnie nie mogła się doprosić zadania domowego od osiemnastoletnich (!) uczniów. I to nie był jednorazowy przypadek. Tak się działo zawsze, gdy ktoś zadał coś do domu. ZAWSZE. Pełnoletni ludzie nie byli w stanie poświęcić pięciu minut swojego cennego czasu (bo takiego kalibru były to zadania). Również na wszelkie kwitki, typu deklaracji maturalnych, wychowawca musiał czekać długie tygodnie. Bo Kowalski zapomniał, a Nowak gdzieś zgubił. Lektur w liceum już właściwie nikt nie czytał, przecież wystarczy film obejrzeć. I potem polonistka rozmawiała z pięcioma osobami, które raczyły chociaż przejrzeć książkę.
            Tutaj systematyczność była nagradzana. Nie raz dostałam piątkę, bo zrobiłam zadanie domowe, a reszta klasy nie. Problem polegał na tym, że nauczyciele nie stosowali żadnych kar. Owszem, trudno jest wstawić jedynki trzydziestu osobom. Ale na następny raz przynajmniej część z tych trzydziestu osób rozwiązałaby to zadanie. Kolejnym razem jeszcze więcej – i tak doszlibyśmy powoli do skuteczności.
            Ministerstwo Edukacji świetnie sobie poradziło ze stworzeniem podstawy programowej. Jest tak szczegółowa, że właściwie można by się z niej przygotowywać do sprawdzianów. Niestety, nikt nie zadbał o to, by te założenia realizować. Niczego się nie egzekwuje; uczeń ma tylko zaliczyć wszystkie testy. Nieważne, czy umie, czy nie, czy ściągał, czy pisał samodzielnie, czy rozumie dane zagadnienie, czy nie. Najważniejsze jest to, że zdobył wystarczającą liczbę punktów. Nawet, jeśli dostał tylko dwóję.
            A z drugiej strony, bardzo dobrze, że nikt o to nie zadbał. Przy obecnej ilości materiału do opanowania musiałabym mieć osobną głowę na każdy przedmiot, żeby to wszystko ogarnąć. Ludzki mózg nie jest robotem, nie zapamięta tylu niepotrzebnych w życiu informacji, zwłaszcza, że są one podane w wyjątkowo nudny sposób. A w szkole w dodatku mowa o mózgu młodym, który, poza nauką, potrzebuje również świeżego powietrza, sportu, zbilansowanej diety i odpowiedniej ilości snu. Nauczyciele o tym wszystkim wiedzą, dlatego nie męczą specjalnie uczniów egzekwowaniem encyklopedycznej wiedzy. A to nie zrobią sprawdzianu, bo w sumie wystarczy sprawdzić zeszyt ćwiczeń, a to sprawdzian zrobią, ale taki wzięty prosto z Internetu, a to zrobią sami, ale z zadaniami zamkniętymi, a to zrobią z zadaniami otwartymi, ale będzie można pracować w grupach… Nauczyciele też muszą się wykazywać, też muszą mieć dobre wyniki (cokolwiek to oznacza). Lepiej jest powiedzieć, że materiał przerobiony, wszyscy zdali do następnej klasy, niż że przerobili tylko połowę, bo uczniowie czegoś nie zrozumieli, trzeba było lepiej wytłumaczyć. Albo że przerobili wszystko, ale oceny są mierne, bo materiał podawany był za szybko.
            Uczniowie doskonale widzą tę niekonsekwencję. Dzielą się między sobą uwagami: ten nauczyciel jest w porządku, pozwala ściągać, ten robi proste sprawdziany, ten bierze zadania z Internetu. A że wszyscy naokoło powtarzają, że nauczyciel to autorytet, to uczniowie idą w ślad tego autorytetu: też zaczynają oszukiwać, nie starają się, idą na łatwiznę. Dostają się na studia, zaliczają kolejne semestry, bo… ten wykładowca pozwala ściągać, ten robi proste sprawdziany, ten bierze zadania z Internetu. Sami zostają nauczycielami i dobrze pamiętają, jak to było siedzieć w szkolnej ławce. Pamiętają, jak stresujące były trudne sprawdziany, więc… idą uczniom na rękę, nie przeprowadzają sprawdzianów w ogóle, albo pozwalają rozwiązywać zadania w grupach.
            Nie mówię tu o tym, że sprawdziany są w edukacji konieczne. Co to, to nie. Problem polega na tym, że z ciągłego testowania nic w polskiej szkole nie wynika. Bo to, że Kowalski umie rozwiązać zadania w dniu egzaminu, ponieważ w nocy przed nie spał, tylko się uczył, nie znaczy wcale, że wiedza pozostanie w jego głowie na długo. Wyparuje najpóźniej przy kolejnym zarywaniu nocy, przy nerwowej nauce do kolejnego sprawdzianu.
            W szkole przeszkodzi to w końcu w zaliczeniu któregoś z rzędu testu. Bo informacje z różnych działów wiążą się ze sobą i bez znajomości wszystkich poprzednich tematów trudno jest się nauczyć kolejnego. Świetnie to widać na przykład na matematyce. Przez całą drugą klasę liceum, bez względu na profil, mamy funkcje. Najpierw liniową, potem kwadratową, potem bardziej skomplikowane. Jeśli ktoś z pierwszego sprawdzianu dostał dwóję i się cieszy, bo zaliczył, ale nie weźmie się za siebie, nie douczy się tego, czego nie umiał, to następnego już nie zaliczy, nie mówiąc już o kolejnym.
            Ślepą uliczką jest też zrzucanie wszystkiego na ucznia. Są nauczyciele, którzy zdają sobie sprawę z tego, że bodaj najważniejszym elementem nauki jest… powtarzanie. Więc mówią: napisaliście sprawdzian, zdaliście, gratuluję, ale powtórzcie coś sobie od czasu do czasu, przypomnijcie, o czym była mowa kilka tygodni temu…

            To nie zadziała. W szkole ucznia traktuje się zadaniowo: przepisz tę definicję, naucz się jej, napisz na sprawdzianie. Dopóki nie wprowadzi się zadania następnego, powtórz to, czego się nauczyłeś, efektów nie będzie. A żeby to zadanie wprowadzić, trzeba najpierw poświęcić trochę lekcji na wdrożenie nawyku powtarzania. Tak, jak się je poświęciło do nauczenia uczniów korzystania z podręczników, rozwiązywania zadań… O ile się w ogóle poświęciło.


W NASTĘPNYM WPISIE: Na przyszły tydzień nauczcie się wiersza, czyli rola nauczyciela w zapamiętywaniu

poniedziałek, 4 lutego 2019

WPIS#31: TESTOMANIA, CZYLI TOBIE PIĄTKA, TOBIE PAŁA

            Chyba w każdej szkole jest zapis, że sprawdzianów nie może być więcej, niż trzy w tygodniu. Ale wiadomo, Polak potrafi kombinować. Dlatego ta reguła nie obejmuje sprawdzianów z języków obcych (bo przecież tam w jednej grupie są osoby z różnych klas, NIEMOŻLIWOŚCIĄ byłoby tak ustalić termin, żeby wszystkim pasowało) i kartkówek. Kończy się tak, że w praktyce polski uczeń w jednym tygodniu ma trzy dozwolone statutem sprawdziany, test z angielskiego i jedną „dużą kartkówkę”, wyglądającą niemalże jak sprawdzian. Bo nauczyciel nie zdążył się wpisać do terminarza, ale w sumie materiału nie jest tak dużo, powiedzmy, że dacie radę napisać w pół godziny, oceny wpiszę jako kartkówki i wszyscy będą zadowoleni.
            Wszyscy, poza uczniami. W poprzednim wpisie pisałam, jak wygląda podstawa programowa z biologii i lekcje na tej podstawie oparte. Jeśli doliczyć do tego język polski, język angielski, drugi język obcy, matematykę, fizykę, chemię, geografię, wiedzę o społeczeństwie, historię, podstawy przedsiębiorczości, edukację o bezpieczeństwie, informatykę i wychowanie fizyczne (tak, z tego też są sprawdziany), a takie przedmioty realizuje się w pierwszej liceum, to robi się naprawdę ciekawie.
            Z punktu widzenia nauczycieli też nie jest ciekawie. Zostańmy przy tym liceum. Załóżmy, że jeden nauczyciel ma w każdym roczniku jedną klasę z rozszerzeniem. Rozszerzenia zazwyczaj zaczynają się w drugiej klasie i pędzi się wtedy tak z materiałem, że sprawdziany są co trzy tygodnie. Do tego kilka klas pierwszych, nierozszerzających danego przedmiotu. Czyli takich, które trzeba tylko przepchnąć, wystawić pozytywną ocenę na koniec roku i pożegnać się na zawsze. Tutaj sprawdziany są rzadsze, bo lekcja jest tylko raz w tygodniu; niech będzie, że przerobienie materiału zajmuje sześć tygodni. Wszyscy startują w tym samym momencie, więc mniej więcej co sześć tygodni przeciętny nauczyciel MUSI przygotować zadania dostosowane do poziomu realizowanego przez poszczególne klasy, MUSI je sprawdzić w ciągu statutowych dwóch czy trzech tygodni, MUSI przewidzieć czas na poprawę, MUSI przygotować zadania na poprawę, MUSI sprawdzić poprawę. Na koniec okazuje się, że już trzeba szykować następne testy. A poza tym, to przecież za pół roku będzie matura, przydałoby się jakiś próbny egzamin przeprowadzić. Dobrze, że ułożeniem zadań zajmują się wydawnictwa, jeden punkt z listy do odhaczenia mniej. Ale nikt za nauczyciela tych próbnych matur nie sprawdzi. Znowu robota. Co więcej, trzeba jeszcze wesprzeć tych najbardziej uzdolnionych, przygotować ich do konkursów, zaproponować zajęcia dodatkowe. A dla tych słabszych? Jakieś konsultacje do wytłumaczenia bieżących zagadnień też by się przydały. Kiedyś trzeba też przygotować się do lekcji…
            Już chyba nie dziwi, dlaczego zajęcia w polskiej szkole wyglądają, jak wyglądają. Nauczyciel ZAWSZE ma kupkę sprawdzianów do sprawdzenia, na horyzoncie matury, jeszcze więcej sprawdzania… a tutaj siedzi klasa pierwsza, zupełnie danym przedmiotem niezainteresowana. No to przeczytajcie sobie podręcznik, zróbcie ćwiczenia, ja je potem sprawdzę (!) i wystawię oceny za pracę na lekcji. Dobrze, że w wersji dla nauczyciela w zeszytach ćwiczeń są odpowiedzi, wystarczy tylko porównać, zaznaczyć błędy, podliczyć punkty… O, to może by tak skorzystać i z gotowych sprawdzianów? W końcu wydawnictwo jest sprawdzone, zadania robią ciekawe, a i uczniowie będą zadowoleni, bo to test ABCD, można strzelać. Lepiej przecież się zająć rozszerzeniami, niż marnować czas na pierwsze klasy, prawda?
            Potem się okazuje, że te testy zamknięte przyjemnie się sprawdza, szybko, nie trzeba się zastanawiać, czy można uznać taką odpowiedź, czy jednak za bardzo odbiega od klucza… I nauczyciel zaczyna dawać gotowce i rozszerzeniom. Tu co prawda zdarzają się jakieś zadania otwarte, wzięte prosto z matur z poprzednich lat, bo przecież „i tak żaden uczeń ich nie przegląda”.
            Jest więc więcej czasu na szykowanie się do lekcji. Ale po co marnować energię na pierwsze klasy, skoro one i tak chcą tylko zaliczyć przedmiot i mieć z głowy? Lepiej zająć się rozszerzeniem. Ferie idą, dobrze byłoby zrobić im jakąś listę zadań, żeby się nie nudzili, głupot nie robili…
            W moim liceum byli nauczyciele, którzy sami robili sprawdziany, przygotowywali się do lekcji, organizowali zajęcia dodatkowe i… ledwo trzymali się na nogach, bo spali po kilka godzin, żeby z tym wszystkim zdążyć. A skoro oni mogą spać po kilka godzin, to i uczniowie też, przecież są młodzi i pełni energii. Nikt nie patrzył na to, że akurat w okresie dojrzewania sen jest niezwykle potrzebny. A już na pewno nikt nie pomyślał o tym, że właśnie we śnie mózg analizuje wszystko to, czego się nauczył (polecam spróbować powtórzyć sobie to, czego się nauczyliśmy w ciągu dnia, tuż przed snem. Rano się obudzicie i wszystko będziecie pamiętać!).
            Tylko kogo ten biedny uczeń obchodzi, skoro to jest tylko numerek w dzienniku, rocznik ten i ten, klasa taka i taka. Przyszedł i zaraz pójdzie, jak miliony przed nim i za nim. Po co przejmować się jednostką, skoro przerób idzie w setki tysięcy? Co roku setki tysięcy kończą szkołę – co wśród nich znaczy jeden Kowalski?
            Jeden Kowalski ma chodzić na lekcje, siedzieć cicho, gdy pani mówi, nauczyć się na sprawdzian i najlepiej zdać go w pierwszym terminie, żeby nie robić pani problemów. A pasje niech rozwija, jak już będzie dorosły, o ile będzie miał na to czas. Bo porządny Polak musi być zapracowany, czy ma trzynaście, czy trzydzieści lat. I niezadowolony, żeby było na co narzekać.
            Najlepsze jest to, że na uczciwej edukacji skorzystaliby wszyscy. Wyobraźmy sobie piętnastoosobowe klasy, gdzie wszyscy siedzą przy jednym stole, nauczyciel razem z uczniami, i rozmawiają, powiedzmy, o globalnym ociepleniu. Jednocześnie uczą się co nieco biologii (wpływ ocieplenia na człowieka), geografii (wpływ ocieplenia na klimat), chemii i fizyki (co tworzy dziurę ozonową i jak temu zapobiec), wiedzy o społeczeństwie (bo można analizować, co w tej kwestii proponują politycy różnych partii). I może języka polskiego, bo mamy dyskusję, naukę tworzenia argumentów popartych przykładami. I języki obce mogą być, bo ekologia to przecież nie jest tylko polski problem, można czytać artykuły z gazet z różnych krajów. I podstaw przedsiębiorczości z matematyką, bo ktoś przecież musi policzyć, ile by kosztowały te wszystkie nowoczesne rozwiązania (i kto ma za to zapłacić). I edukacji dla bezpieczeństwa, to jest co robić, by nie truć smogiem. I informatyki, bo można zrobić chociażby prezentację na szkolny apel dotyczący ekologii (albo popatrzeć, jak działają ekologiczne organizacje). I historii, bo można porównać sytuację w Londynie w latach 50. XX wieku z sytuacją dzisiaj. I wuefu, bo można promować chodzenie piechotę czy jeżdżenie na rowerze zamiast samochodem.
            Mamy więc zaangażowanie WSZYSTKICH nauczycieli. Co więcej, uczniów też, bo znacznie ciekawsze jest rozwiązywanie bieżących problemów niż słuchanie wykładu o kompostownikach. To już nie jest tylko nauka. To jest fabryka pomysłów. Gdyby połączyć siły wszystkich klas w danej szkole, wszystkich szkół w danym mieście, wszystkich miast w województwie, wszystkich województw w kraju… Polska edukacja uwielbia konkursy, więc można by było zrobić konkurs na najlepszy projekt, nagrodzona szkoła miałaby stworzyć wieloletni plan naprawy problemu, dostałaby do współpracy ekspertów…
            To jest możliwe. Wystarczyłoby tylko odejść od testowania i otworzyć się na głos pojedynczego Kowalskiego. Bo to, że nauczyciel skończył studia, nie znaczy, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. A tak – porozmawiałby z młodymi ludźmi, poznałby ich, zintegrowałby się z nimi i z całym gronem pedagogicznym. Aż żal byłoby opuszczać taką szkołę.


W NASTĘPNYM WPISIE: BUW dla Sów, czyli o tym, jak polska edukacja sama zapędziła się w ślepy zaułek

poniedziałek, 28 stycznia 2019

WPIS #30: BĄDŹMY CHODZĄCĄ ENCYKLOPEDIĄ

            Perełki z podstawy programowej zawsze na topie. Tym razem nie mogłam się zdecydować, co wybrać. Wszystko jest takie… zupełnie nie przydatne.
            Mała próbka (za https://archiwum.men.gov.pl/wp-content/uploads/2011/02/5c.pdf):
Uczeń:
- wyróżnia podstawowe grupy związków chemicznych występujących w żywych organizmach (węglowodany, białka, tłuszcze, kwasy nukleinowe, witaminy, sole mineralne) oraz przedstawia ich funkcje;
- wymienia cechy umożliwiające zaklasyfikowanie organizmu do parzydełkowców, płazińców, nicieni, pierścienic, stawonogów (skorupiaków, owadów i pajęczaków), mięczaków, ryb, płazów, gadów, ptaków, ssaków oraz identyfikuje nieznany organizm jako przedstawiciela jednej z wymienionych grup na podstawie obecności tych cech;
- przedstawia, na przykładzie poznanych wcześniej roślinożernych ssaków, adaptacje zwierząt do odżywiania się pokarmem roślinnym; podaje przykłady przystosowań roślin służących obronie przed zgryzaniem;
- identyfikuje (np. na schemacie, fotografii, rysunku lub na podstawie opisu) i opisuje organy rośliny okrytonasiennej (korzeń, pęd, łodyga, liść, kwiat, owoc) oraz przedstawia ich funkcje;
-podaje funkcje tkanki nabłonkowej, mięśniowej, nerwowej, krwi, tłuszczowej, chrzęstnej i kostnej oraz przedstawia podstawowe cechy budowy warunkujące pełnienie tych funkcji…
… i tak przez 6 (!) stron. A to tylko podstawa programowa do gimnazjum z biologii. Strach zaglądać do pozostałych.
I teraz nie wiem, czy 1) twórcy podręczników są głupi, więc trzeba im wypisać, co zawrzeć w którym rozdziale, jaki ma być poziom szczegółowości danych informacji, jak zaprojektować zeszyt ćwiczeń, na co zwrócić szczególną uwagę (jakby się dało przy takiej ilości detali!), jak podzielić materiał; czy 2) nauczyciele są głupi, więc trzeba im wypisać, co mają egzekwować od ucznia, jak przygotowywać pytania na sprawdzian, jakich definicji kazać się nauczyć; czy 3) czy w Polsce nie ma powszechnego dostępu do Internetu, żeby sprawdzić tak palące kwestie, jak to, jakie są elementy kwiatu i do czego służy każdy z nich, więc trzeba to wykuć i zapamiętać na całe życie; czy 4) uczeń ma głowę pełną miejsca na te wszystkie niezmiernie ważne informacje i mnóstwo wolnego czasu na ich wyuczenie się; czy 5) Ministerstwo Edukacji nie ma pojęcia, co tak naprawdę jest ważne w życiu, więc wrzuciło do podstawy programowej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy, bo przecież nie zaszkodzi wiedzieć więcej; czy 6) Polska koniecznie musi przodować w rankingach przyswojenia wiedzy bezużytecznej.
Ten poziom szczegółowości już nawet trudno jest porównać z encyklopedią, bo mało kto trzyma takową w domu. Łatwiej jest sięgnąć do Internetu niż do kilkutomowej książki pełnej definicji. Jeśli czymś się zaciekawimy, wystarczy przeczytać Wikipedię. Albo wystarczy nam to, co w niej wyczytaliśmy, albo zainteresujemy się tematem i poszukamy fachowej literatury. Szkoła by chciała, by uczeń interesował się wszystkim, więc pomija etap Wikipedii.
Najśmieszniejsze jest to, że już w samej podstawie programowej widać oderwanie od rzeczywistości. Popatrzmy na punkt o kwiatkach, przedstawiony powyżej. Uczeń rozpoznaje elementy kwiatka nie na łące czy podwórku przy szkole, a na ilustracji w podręczniku. Ma to całkiem logiczne wytłumaczenie – przecież podstawa nie została napisana po to, by w konkretnym momencie roku omawiać konkretne tematy. Takie powiązanie nauki ze światem byłoby zbyt trudne dla jej twórców. Nie można więc ryzykować, że omawianie budowy kwiatka przypadłoby akurat na styczeń, gdzie kwiatków na dworze nie ma. Owszem, w klasie mogą być, ale po co snuć jakieś dziwne teorie na temat obecności bądź nie kwiatków na szkolnych parapetach. Lepiej z założenia ograniczyć się do schematów i fotografii. Będzie łatwiej.
No i dostaje ten biedny uczeń podręcznik z miniaturowymi fotografiami (pamiętajmy, że polska szkoła tkwi solidnie w XX wieku, tekst jest ważniejszy od obrazków; a że coś tam ktoś kiedyś słyszał na temat wyższości rysunków nad literami, to jednak jakieś ilustracje są, ale nie za wiele. Teoria uczenia się mózgu może się przecież zmienić, a metody wypracowane sto lat temu są ponadczasowe i uniwersalne.), zeszyt ćwiczeń z takimi samymi fotografiami, tylko że bez podpisów, przeprowadzony monotonnym głosem wykład (żeby jeszcze to był wykład; u mnie w gimnazjum nauczycielka biologii po prostu czytała na głos podręcznik), parę niewyraźnie skreślonych słów na tablicy, przepisaną z podręcznika notatkę (tj. przepisane pogrubione słowa i ich definicje, twórcy podręczników zadbali o to, by uczeń nie musiał sam wyszukiwać informacji), skoliozy od noszenia tych wszystkich podręczników, zeszytów ćwiczeń i zwykłych zeszytów przedmiotowych (lekcji dziennie mamy, załóżmy, siedem, jest to zatem 3*7=21 książek. Ekstra.) i termin sprawdzianu. Jeeej, nauka jest super!
No i umie ten uczeń potem poopowiadać o tych kwiatkach, na rysunku podpisze ich części, pod spodem dopisze funkcje każdej z nich, a jak pojedzie na wycieczkę, na piknik na łące, to nie odróżni stokrotki od mlecza. Ale to przecież nieważne, najważniejsze jest to, że dostał piątkę ze sprawdzianu i pani jest zadowolona.
I oczywiście, są nauczyciele, którzy starają się przełamać tę beznadzieję. Tylko że jeśli taki biolog zabiera uczniów na spacer i po drodze pokazuje, że ten kwiatek to to, a tamten to tamto, że to jest część taka to a taka i pełni funkcję taką to a taką, to nie zdąży przerobić podstawy programowej. A nawet jeśli zdąży, to zdarzy się coś jeszcze gorszego. Da uczniom poczucie, że szkoła może być lepsza. I pójdą potem ci ciekawi świata absolwenci gimnazjum do liceum. I się okaże, że ciekawość nie jest nikomu do szczęścia potrzebna, bo nauczycielce nie chce się czegoś, co akurat zainteresowało ucznia, wytłumaczyć, bo to „będzie na kursie rozszerzonym”. To, że uczeń wybrał rozszerzenie z polskiego i historii, a nie biologii, nikogo nie interesuje. Zawsze można przecież zmienić klasę.
Wniosek jest smutny. Wniosek jest taki, że szkoła to mafia, złożona z Ministerstwa Edukacji, twórców podręczników, nauczycieli i, tak, tak, rodziców (w końcu każdy chce, żeby jego dziecko było najlepsze, nieważne, w czym). Ta mafia zawodowo zajmuje się mieleniem uczniów, indywidualnych jednostek z ich wadami i zaletami, mocnymi i słabymi stronami, zainteresowaniami i marzeniami, na szarą paćkę, z której łatwo można ukształtować podatnego na wpływy obywatela. Bo kto się tępo uczył wszystkich tych definicji, ten tępo spełni każde polecenie przełożonego.  



W NASTĘPNYM WPISIE: Testomania, czyli tobie piątka, tobie pała

poniedziałek, 21 stycznia 2019

WPIS#29: KOBIETA TO GORSZA WERSJA MĘŻCZYZNY, WIĘC PO CO ZAPRZĄTAĆ SOBIE GŁOWĘ JEJ TWÓRCZOŚCIĄ CZY ODKRYCIAMI

            Ostatnio liczyłam, że w całej podstawie programowej z języka polskiego dla liceum jest 7 (słownie: siedem) nazwisk kobiet. Tylko siedem kobiet napisało coś na tyle dobrego, by kazać uczniom to czytać.
            Ależ nie, nie, nie kazać. Żadne z tych nazwisk nie jest opatrzone gwiazdką, czyli żadna książka napisana przez kobietę nie jest lekturą obowiązkową. Część z nich można przeczytać „przy okazji” (jak na przykład wiersze Szymborskiej przy omawianiu współczesnych porządnych, męskich twórców), część można wybrać spośród kilku innych porządnych, męskich pozycji (jak książkę nagrodzonej w zeszłym roku nagrodą Bookera Tokarczuk. Żeby nie było – w szkole nikt na temat tej nagrody słowem nie pisnął, jakby Tokarczuk nie była Polką i nie było z czego być dumnym), część można w ogóle pominąć. Kończy się tak, że czytamy słabiutko napisaną „Granicę” Nałkowskiej (taka tradycja czy jak? Nie dało się tego przeczytać, ominęłam sto stron i nic nie straciłam…), świetnie grającą na emocjach, ale nic nie wnoszącą do życia „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall, jakieś wiersze Safony (wiadomo, coś z antyku musi być…), kilka wyjątkowo nieudanych przykładów poezji Iłłakowiczówny i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i, tuż przed maturą, trochę Szymborskiej, tak dla zachowania pozorów.
            Dla porównania: twórczość Wielkiego Wieszcza Mickiewicza wałkujemy przez co najmniej dwa miesiące. Wspaniały Prozator Który Wcale Nie Zmyślał Historii Sienkiewicz pojawia się i w gimnazjum, i w liceum – za każdym razem z gwiazdką. Cierpiący Po Śmierci Córki Kochanowski tak samo. Dzięki tym panom, a także i wielu innym, w głowie ucznia kreśli się obraz kobiety jako niewinnej, zagubionej w świecie duszyczki, najlepiej dziewicy, która wyczekuje na swojego księcia z bajki, albo też, o zgrozo, odsyła go z kwitkiem, przez co ten niszczy wszystko, co osiągnął (Wokulski…). Nie powinno więc zatem dziwić, że chłopcy w liceum śmieją się z feministek, nazywają je wariatkami, idiotkami, czarownicami, nie szanują swoich koleżanek z klasy, a jedyne, na co są w stanie się zdobyć, to przepuszczenie dziewczyny w drzwiach… No świetnie, utrwalajmy dalej te schematy spychające kobiety na gorszą pozycję. Dla ogólnej wiadomości: potrafię sama sobie otworzyć drzwi i nie rozumiem, dlaczego nie mogę czasem przepuścić w nich mężczyzny.
            Nawet był kiedyś taki temat na maturze: „Kobieta – anioł czy źródło cierpień?”. Na podstawie „Dziadów” części IV, oczywiście. Cóż… ja bym chciała być po prostu człowiekiem. Gorzej, że wśród szkolnych lektur nie znajdę przykładu na poparcie swojej tezy. A jak powszechnie wiadomo, argument bez przykładu nie istnieje. Trzeba więc pisać o tym aniele. Albo może o źródle cierpień. O tym drugim świadczą przecież problemy takich znamienitości, jak Gustaw, Werter czy Wokulski.
            Okej. Czyli polski uczeń kończy szkołę ze świadomością, że kobieta to źródło cierpień. Ale nie tylko. Ponieważ jednak coś tych biednych kobiet musi przeczytać, to utwierdza się w przekonaniu, że kobiety nie potrafią pisać. Albo i szerzej – w ogóle nic nie potrafią zrobić. Jedyna kobieta-naukowiec, o której mówi się w szkole, to Maria Skłodowska-Curie, którą zabił pierwiastek przez nią samą odkryty. A to gapa.
            Wracając do tematu: książki kobiet są zazwyczaj naiwne, nieciekawe, naciągane, powielają schematy ustanowione przez mężczyzn, grają na emocjach, prawią o wszystkim i o niczym, walczą na siłę. Kto chce się kłócić, niech najpierw przeczyta wspomniany wcześniej koszmar, „Granicę”. Ja wiem, po iluś tam latach pamięta się, że czegoś tam uczyło, o jakichś wartościach mówiło – ale to dlatego, że polonistka znalazła w tym bełkocie treść. Proszę przeczytać jeszcze raz, na świeżo. Albo chociaż spróbować.
            Ja sama dałam się na to nabrać i długo powtarzałam, że z własnej woli nigdy nie przeczytam żadnej książki napisanej przez kobietę. (Przynajmniej tej z wyższej półki, jakieś fantasy czy inne science fiction czytałam). Aż nagle trafiłam na Natalkę Śniadanko. I się okazało, że można.
            Problem słabych książek to nie jest wina kobiet, raczej tego, że przez stulecia nie mogły w ogóle tworzyć. Przez to pięknie nam się wykształciła twórczość męska, ale kobieca już nie bardzo. I, jako pisarka, trzeba się naprawdę starać, by nie wpadać w męski styl pisania – bo to będzie naciągane, nieprawdziwe, niezdatne do czytania. Trzeba szukać czegoś swojego – zupełnie od postaw, tak jak to robili mężczyźni wieki temu. Ciekawy przyczynek do dyskusji, nieprawdaż? Cóż, w szkole takiej nie uświadczymy – przynajmniej dopóki nie zaczniemy dostrzegać tej drugiej połowy ludzkości. A szkoda, bo wiele skarbów, takich jak Natalka Śniadanko, pozostaje nieodkrytych.
            I jeszcze jedno. Niedawno pisałam o Biblii. Że omawiamy, czytamy, zachwycamy się Bożą sprawiedliwością, uczymy się na pamięć przypowieści, bla, bla, bla. W Biblii są trzy księgi poświęcone kobietom – Księga Rut, Księga Estery, Księga Judyty. Jak dla mnie – najciekawsze w całym Piśmie Świętym. Ale polski uczeń o nich nie usłyszy, bo nie pokazują wielkości Boga, a wielkość człowieka. I to jakiego człowieka – kobiety!!!


W NASTĘPNYM WPISIE: Bądźmy chodzącą encyklopedią!

sobota, 19 stycznia 2019

WPIS#BONUS: W SPRAWIE ADAMOWICZA

            Rok temu o tej porze na lekcjach języka polskiego omawiałam opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego. Na początku cała klasa siedziała przygnębiona lekturą, niektórzy mieli łzy w oczach, trudno sobie było poradzić z ogromem zła i cierpienia tam opisanym. Z każdymi kolejnymi zajęciami emocje opadały. Bynajmniej nie dlatego, że rozmawialiśmy. Raczej to nauczycielka skutecznie zrobiła z nas zimnych, obojętnych na krzywdę ludzką wypełniaczy zadań. Dyktowała nam długie notatki, prawiące o tym, że narrator był subiektywny przy opisywaniu obozu i jednocześnie obiektywny przy przedstawianiu bohaterów, że wydarzenia przedstawiono w sposób kalejdoskopowy, że główny bohater był zniszczonym do cna antybohaterem – więcej na ten temat tutaj: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/10/wpis15-jak-polska-szkoa-traktuje-ofiary.html.
            W czasie omawiania tych opowiadań obejrzeliśmy też dwa filmy – „Cyngę” Jerzego Drewnowskiego i „Kornblumenblau” Leszka Wosiewicza. Na ekranie skrajnie wychudzeni więźniowie w pasiakach, krew, choroby, śmierć, druty kolczaste, bezwzględni strażnicy, beznadzieja Sybiru, strach, poniżenie, walka o przetrwanie, a po czterdziestu pięciu minutach dzwonek, idziemy na następną lekcję. W stanie wycieńczenia psychicznego, smutku, współczucia, bezsilnej złości przez następne godziny (a polski był pierwszy, więc tych godzin sporo się nazbierało) tworzyć dialogi po angielsku, rozwiązywać zadania z fizyki, uczyć się nowych praw na matematyce. I jeszcze nauczyciele mieli pretensje, że jesteśmy „jacyś nie w sosie”.
            Po wszystkich seansach i po przedyktowaniu niezmiernie koniecznych do życia we współczesnym świecie notatek nauczycielka zrobiła kartkówkę. „Co to jest kanada?”, „Kim był kapo?”, „Co się stało z Marią?”. Już nikogo nie dziwiła odpowiedź na to ostatnie pytanie. Słowa „została przerobiona na mydło” brzmiały zupełnie zwyczajnie. Żeby przetrwać przez następne lekcje musieliśmy się uodpornić. W końcu zaraz matura, trzeba się uczyć, nie można pójść do domu i spokojnie porozmyślać, nie można siąść wspólnie przy stole i porozmawiać, zrzucić z siebie te wszystkie okropne uczucia, nie można pójść do kogoś zaufanego i poprosić o wsparcie.
            Z kartkówki dostałam jedynkę, tak jak i wiele osób z mojej klasy. Nie wiem, czy pozostali po prostu nie przeczytali, czy też mieli dość szacunku do ofiar drugiej wojny światowej, by nie odpowiadać na pytania. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co się stało.
            To oswojenie zła zapamiętam na całe życie. Do końca życia zapamiętam tę frustrację, że chciałoby się spakować, wyjść i trzasnąć drzwiami. Tylko że to ja miałabym z tego powodu problemy, bo przecież nauczycielka tylko realizowała podstawę programową.
            Ten przydługi, niezwykle szczegółowy dokument, który wiąże nauczycielom ręce. Który mówi: teraz, ośle, powiedz uczniom to, a teraz, idioto, podyktuj to. Jakby ani nauczyciele, ani uczniowie nie mieli własnych umysłów. To też jest sposób na to, by w szkołach nie omawiano wydarzeń z życia codziennego – w końcu nie zapisano ich w podstawie programowej. Jedyna nadzieja w nauczycielach, że jednak coś wspomną, do czegoś nawiążą, czegoś uczniów nauczą.
            Ale im bliżej matury, tym mniej szans na mądrego nauczyciela. To przecież najważniejszy egzamin, przepustka na studia, nie ma czasu na głupoty, trzeba się spieszyć, nie można zmarnować żadnej lekcji. Dlatego też, kiedy zmarł Wajda, polonistka tylko wplotła jego nazwisko wraz z frazą „świętej pamięci” gdzieś między bohatera romantycznego a tematy maturalne. Dla porównania: gdy byłam w podstawówce, zmarła wielka poetka, noblistka, Polka – Wisława Szymborska. Polonistka poświęciła całą lekcję jej twórczości, każdy musiał się nauczyć jednego wiersza na pamięć, szkoła została obwieszona plakatami z jej podobizną i najważniejszymi utworami. W gimnazjum zaś zmarł Tadeusz Różewicz. Wydawałoby się, że dostanie co najmniej tyle, co Szymborska – a może nawet więcej, przecież uczyłam się we Wrocławiu, a on właśnie w tym mieście mieszkał. Ale nie. Tylko połowę lekcji polskiego nauczycielka przeznaczyła na zapoznanie się z jego twórczością.
            14 stycznia 2019 szkoła wreszcie otworzyła oczy. Zaczęto przeprowadzać lekcje 0 mowie nienawiści, w Internecie pojawiły się darmowe pomoce do nauczycieli i poradniki, jak w ogóle zabrać się do tematu. To jest przerażające, że dopiero taka tragedia, jak zabójstwo Pawła Adamowicza, przekonała szkołę, że czasem warto rozejrzeć się, co się dzieje w realnym świecie.
            Przykra jest jeszcze jedna rzecz. W jednym z liceów we Wrocławiu owszem, rozwieszono plakaty na temat mowy nienawiści. Tylko że nie powiedziano uczniom, z jakiego powodu. Bo szkoła, mimo że nie uczy zainteresowania rzeczywistością, nie pokazuje, jak korzystać z mediów, nie zachęca do śledzenia najnowszych wydarzeń, oczekuje, że uczniowie będą wiedzieć, co się dzieje. I jeszcze skojarzą morderstwo z mową nienawiści.