niedziela, 13 stycznia 2019

WPIS#28: DZIURY W PODSTAWIE PROGRAMOWEJ, CZYLI KTO ZA TO WSZYSTKO ODPOWIADA

            Siódme i ósme klasy przerabiają obecnie tyle materiału, ile wcześniej uczniowie gimnazjów. Żeby zdążyć w dwa lata, potrzebne były cięcia. A wiadomo, że łatwiej jest wyciąć coś na oślep, niż poświęcić trochę czasu na dokładne przeanalizowanie podstawy programowej i wyrzucenie z niej tego, co rzeczywiście nie jest istotne. To, że uczniowie nie rozumieją, czego się uczą, bo w podręcznikach mają tylko urywki informacji, nikogo nie obchodzi. Nikogo, tj. nikogo w Ministerstwie Edukacji, bo podejrzewam, że nauczyciele robią wszystko, by jednak przekazać całą wiedzę potrzebną do zrozumienia zagadnienia. Gorzej, że mają na to bardzo mało czasu, więc… i oni tną.
            Tak było już wtedy, gdy ja chodziłam do szkoły. Konkretnie do liceum. Konkretnie do drugiej klasy na profilu matematyczno-fizycznym. Wydawałoby się, że na rozszerzeniu z fizyki wszystkiego nauczymy się, jak należy, w końcu mieliśmy na to mnóstwo czasu: pięć godzin w tygodniu.
            Nie.
            W drugiej klasie przerobiliśmy niemalże cały materiał. To znaczy, materiał z drugiej I trzeciej klasy (na trzecią klasę został nam tylko jeden czy dwa działy, uporaliśmy się z tym w trochę ponad miesiąc). Po co się tak spieszyliśmy? Żeby zdążyć wszystko powtórzyć przed maturą.
            Kinematyka, dynamika, hydrostatyka, ruch obrotowy bryły sztywnej, termodynamika, grawitacja, magnetyzm, elektrostatyka, prąd, drgania i fale, optyka – wszystko w… 10 miesięcy. I to nie całych, bo trzeba odjąć wszystkie święta, ferie… Jak można się spodziewać, w trzeciej klasie nie było czego powtarzać, bo prawie nikt nie zdążył się niczego nauczyć w roku poprzednim (za nauczycielem nadążało może z 5 osób). Średnia klasy z matury: 30%... Tyle zresztą, co średnia kraju. Ciekawe, że to nie daje nikomu do myślenia.
            Ale wracając do tematu. Gdzie ta dziura w podstawie? Bo jest, musi być, bez dziury podstawa programowa w polskiej szkole nie byłaby sobą. Otóż szukać jej należy w najtrudniejszym temacie z całego kursu fizyki: elektromagnetyzmie. Bez żadnego wprowadzania, zupełnie znikąd, w podręczniku pojawiły się układy RLC. Gdyby nie nauczyciel, który poświęcił kilka lekcji (w końcu mieliśmy duuużo czasu, materiał prawie przerobiony) na objaśnienie nam, skąd to wszystko się wzięło. Tylko że… polski uczeń przyzwyczajony jest, że wszystko ma w podręczniku. W związku z tym, nie potrafi notować, skupić się na tym, co mówi nauczyciel, podążać za jego tokiem rozumowania. A że fizyk prowadził zajęcia trochę tak, jakby to był wykład na studiach, to niewiele wynikło z tego, że uzupełnił programową dziurę.
            Ta była największa, z jaką się spotkałam (to jest, której istnienie nauczyciel potwierdził). To nie znaczy, że Ministerstwo nie powycinało i innych szczegółów przy okazji kolejnych reform.
            Takie na przykład bryły wpisane w kulę. W podstawie programowej z matematyki ich nie ma, jednak na maturze mogą się pojawić, bo można je „podciągnąć” pod inne zagadnienia.
            Albo historia. Czyż nie łatwiej byłoby się uczyć jej szczegółowo (czyli na takim poziomie, na którym mamy ją znać po zakończeniu edukacji) od samego początku, tj. od czwartej klasy podstawówki i powoli przechodzić przez wszystkie epoki niejako ponad zmianami szkół? Przecież to, że idziemy do gimnazjum czy do liceum, nie znaczy, że nie pamiętamy już, co się działo na poprzednim etapie edukacyjnym. Nie trzeba wszystkiego zaczynać od początku, można spokojnie kontynuować. Zmniejszyłaby się dzięki temu liczba godzin poświęcana na omawianie tego samego, tylko z podaniem większej ilości szczegółów. To przecież irytujące, kiedy w podręczniku do podstawówki czytam, że tego i tego dowiem się za trzy lata, bo teraz nie ma na to czasu ani miejsca.
            To zresztą jest świetny tekst. „Szczegóły poznasz na wyższym etapie edukacyjnym”. Szczególnie frustrujące było to w pierwszej liceum. Jeśli coś mnie zaciekawiło na przykład, na lekcji biologii, to żeby zgłębić swoją wiedzę w tym temacie, musiałabym zmienić profil i zacząć rozszerzać biologię. Podobnie jak osoby z klas biologicznych nie miały okazji dowiedzieć się czegoś więcej na temat fascynującej fizyki atomowej. To się nazywa piękne zabijanie ciekawości.
            Mamy więc dziury wynikające z ciągłych reform edukacji i cięcia w podstawie programowej, mamy też takie, które się uzupełni w następnej klasie czy szkole. Dziury te są w przeważającej części nieszkodliwe: zagadnienie z fizyki, o którym pisałam wyżej, nie pojawia się na maturze, ponieważ twórcy matur doskonale zdają sobie sprawę z tego, że uczniowie go nie rozumieją. Wszystkie dziury z historii ostatecznie się załata. A problem rozszerzeń… cóż, zawsze można zmienić klasę.
            Są jednak dziury niewybaczalne. Na przykład – fizyka atomowa i jądrowa. Łącznie to ledwie jakieś 10 tematów w całym cyklu edukacji. Co z tego, że na tym opiera się współczesna nauka. Dla uczniów to będzie za trudne. A JA WŁAŚNIE DLA FIZYKI ATOMOWEJ NIE ZMIENIŁAM PO PIERWSZEJ LICEUM PROFILU. I co? I nic więcej, niż to, o czym była mowa w klasie pierwszej, się nie dowiedziałam. Bo po co.
            Druga dziura niewybaczalna – praktycznie nieomawianie czasów współczesnych. Czy to na historii, czy to na polskim, czy to na, o zgrozo, wiedzy o społeczeństwie. To w sumie logiczne – ciężko jest napisać podręcznik, w którym znalazłyby się problemy z ostatniego tygodnia. A odejść od podręczników też nie można, bo wtedy nauczyciel nie musiałby podawać tylko suchych, sprawdzonych przez Ministerstwo informacji, tylko mógłby przypadkiem chcieć nauczyć uczniów myśleć.
            Trzecia dziura niewybaczalna zasługuje na osobny wpis.



W NASTĘPNYM WPISIE: Kobieta to gorsza wersja mężczyzny, więc po co zaprzątać sobie głowę jej twórczością czy odkryciami?

niedziela, 6 stycznia 2019

WPIS#27: POSZATKOWANA HISTORIA POLSKI, CZYLI CO ZOSTAJE W GŁOWACH ABSOLWENTÓW

            Przeglądałam ostatnio portale społecznościowe i chyba powinnam przestać, bo to, co tam zobaczyłam, zmroziło mnie. Już pominę wszechobecny hejt, kto, z kim, kiedy i dlaczego pojechał na wakacje. To jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy Polacy chcą się podzielić swoją wiedzą, by poprzeć swoje argumenty. Niby w porządku, w końcu tego nas uczą na polskim: do każdej tezy co najmniej trzy argumenty z przykładami. Na wypracowaniu zazwyczaj muszą to być przykłady z lektury i może lepiej byłoby przy nich pozostać i w realnym życiu.
            Ja wiem, że program jest przeładowany. Że lekcji jest mało. Że czasem jednak coś w tej głowie zostaje, i ta głowa chce się tym koniecznie pochwalić. Tylko że potem okazuje się, że obraz historii ojczyzny w głowie Polaka wygląda mniej więcej tak:
            966 – chrzest Polski – zatem jesteśmy krajem katolickim!
            1410 – bitwa pod Grunwaldem – nie pamiętam, o co poszło, ale wygraliśmy, i to się liczy. Nie zawsze przegrywamy!
            1944 – powstanie warszawskie – może i przegraliśmy, ale jacy mężni byli nasi chłopcy!
            To jeszcze wygląda niegroźnie. Ale jeśli głowa Polaka przypadkiem pamięta, że kiedyś zdarzyło się coś, co kryje się pod hasłem „Wołyń”, to nagle można krzyczeć, że Ukraińcy zaraz zrobią nam drugi Wołyń. Więc nie wolno ich zatrudniać, nie wolno im ułatwiać życia, nie wolno wprowadzać do biletomatów języka ukraińskiego. Podobnie jest i z innymi imigrantami – zaraz zrobią nam krzywdę, bo przecież w XVII wieku…
            To teraz nie ma większego znaczenia, co kto zrobił w którym wieku. Liczy się, co robimy my, dzisiaj, jutro, za miesiąc. Oczywiście, nie można się odciąć od historii. Ale tym bardziej nie można zamknąć oczu na przyszłość.
            W szkole uczą historii w dość zabawny sposób. Za moich czasów było tak:
Historia:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś przed pierwszą wojną światową. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś przed pierwszą wojną światową. Pierwsza liceum – zaczynamy od początku XX wieku i idziemy po kolei aż do końca tegoż wieku. Druga i/lub trzecia liceum – historia zmienia się w historię i społeczeństwo i zaczyna się prawdziwy kabaret. Musimy przerobić cztery podręczniki, z czego każdy zaczyna się w prehistorii lub starożytności, a kończy na czasach współczesnych.
Wnioski. Sześć razy przeszliśmy od prehistorii do XX wieku, raz bardzo dokładnie omówiliśmy cały XX wiek, w ostatnich dwóch latach nauki maksymalnie cztery razy do tego XX wieku wróciliśmy, przyjrzeliśmy się jeszcze bliżej wybranym zagadnieniom. Ale to jeszcze nie koniec.
Polski:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś po drugiej wojnie światowej. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej. Liceum - w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej.
Wnioski: trzy razy omawiamy dokładnie to samo, czasem pojawiają się wręcz te same lektury („Iliada”, „Odyseja”, Biblia, „Dziadów” cz. II, wiersze z dwudziestolecia międzywojennego i późniejsze). Tak, tak, dwa czy trzy razy analizujemy te same teksty. No i znowu, jak na historii, idziemy utartym szlakiem, od początków cywilizacji do dziś. Przy czym to „dziś” oznacza mniej więcej koniec lat 90. XX wieku. Od tego czasu minęło już 20 lat. Ale rozumiem, że nic się przez te dwie dekady nie wydarzyło i można spokojnie olać te wszystkie wiersze, książki, filmy na rzecz Mickiewicza, Przerwy-Tetmajera i Wajdy. Nie twierdzę, że oni nie byli wspaniałymi twórcami. Tylko że młody człowiek obraca się raczej w kręgu dzieł jemu współczesnych. I nie wie, jak je zinterpretować, bo w szkole uczą go o sonetach, trzynastozgłoskowcach i metaforach, a on ma przed oczami wiersz bardzo polityczny, nawiązujący do obecnej sytuacji w kraju. I co teraz?
Z pomocą przychodzi wiedza o społeczeństwie. Dwa lata w gimnazjum, rok w liceum. Z tego liceum to pamiętam tyle, że na sprawdzianach ściągałam, z gimnazjum jeszcze mniej. No ale spróbujmy.
Na pewno było coś o sądach i administracji, coś o pracy Unii Europejskiej, coś o prawach i obowiązkach obywatela, coś o władzy w Polsce od ’89 roku, w ogóle co nieco o 1989 było.
Okej, wystarczy. W całym cyklu edukacyjnym kilka razy powtarzamy, czasem przeczytamy coś jeszcze raz, czasem pouczymy się co nieco o współczesnym świecie.
To teraz pytanie. Jakim cudem Polacy dają się nabrać na 100-lecie odzyskania niepodległości? Przecież w szkole uczą się wszystkiego, co trzeba: że były zabory, że w 1918, trochę przypadkiem, ale jednak, odzyskaliśmy niepodległość, po to, by po drugiej wojnie światowej utracić ją na rzecz ZSRR i ostatecznie, w 1989, tym razem już własnymi siłami, odzyskać ją znowu. To co? Ta niepodległość z 1989 jest nieprawdziwa? Trwa już dłużej niż tamta z 1918. Ja wiem, 30-lecie brzmi mniej dumnie niż 100-lecie, ale tu chyba nie powinno chodzić o dumę, a o prawdę. Prawda jest taka, że nasz niepodległy kraj w czerwcu będzie obchodził 30 urodziny.
To brzmi strasznie skomplikowanie. W 1989 jako pierwsi oswobodziliśmy się spod władzy komunistów, to prawda, ale tak na serio to niepodległość odzyskaliśmy w 1918. Czyli czym były te lata 1945-1989? Przerwą w niepodległości? Bo wolnością na pewno nie.
Współczuję wszelkim cudzoziemcom, którzy chcieliby zgłębić historię Polski. Uczniom też, ale w ich przypadku sprawa jest prosta. Wystarczy pamiętać, że jako naród jesteśmy męczennikami, największy z twórców to Mickiewicz, po nim nikogo takiego już nie było, dlatego i nie ma sensu pochylać się nad historią najnowszą. Lepiej skupić się na zaborach i rozpamiętywaniu, jak to nam źle było. Za komuny też nie było kolorowo, ale o tym porozmawiajcie z babciami i dziadkami, może oni coś jeszcze pamiętają. Bo żaden Mickiewicz nic na ten temat nie napisał, a przynajmniej tak twierdzi podstawa programowa.



W NASTĘPNYM WPISIE: Dziury w podstawie programowej, czyli kto za to wszystko odpowiada?

poniedziałek, 31 grudnia 2018

WPIS#26: Z NOWYM ROKIEM

Wyobraźmy sobie, że przerwa świąteczna to nie jest pierwsze dłuższe wolne od września. Że polscy uczniowie nie muszą dzień w dzień chodzić do szkoły przez niemal cztery miesiące (z krótką przerwą na Wszystkich Świętych i Dzień Niepodległości). Że, podobnie jak za granicą, mogą odpoczywać średnio co sześć tygodni, dzięki czemu nie chodzą przemęczeni i znudzeni ciągłym rytmem szkoła – dom – zadania domowe.
Wyobraźmy sobie, że jak już to wolne przychodzi, to nauczyciele nie przygniatają uczniów toną zadań domowych, przez co pojawia się marzenie, by ferii w ogóle nie było. Że rok szkolny jest tak rozplanowany, by ze wszystkim zdążyć w klasie, a do domu zadać co najwyżej zadania utrwalające przyswojoną na zajęciach wiedzę.
Wyobraźmy sobie, że trzeba się uczyć tylko tego, co jest naprawdę potrzebne, czy to na studiach, czy już w dorosłym życiu. Że pamięć uczniowie ćwiczą przez uczenie się wierszy, piosenek, nowych słów – i to nie tylko w obcych językach, ale i poszerzają swoje polskie słownictwo. Że nie trzeba przepisywać podręcznika i potem uczyć się słowo w słowo definicji, których się nie rozumie, bo nauczyciel nie miał czasu na dokładne wszystkiego wytłumaczenie.
Wyobraźmy sobie, że wiersze się rzeczywiście interpretuje, a nie analizuje, co autor miał na myśli. Że nauczyciel nie podaje uczniom na tacy jedynej słusznej interpretacji, tylko pozwala na myślenie, na szukanie swoich pomysłów, hipotez, skojarzeń. Że nie ma prawd niepodważalnych, że można powiedzieć: Mickiewicz wcale taki wspaniały nie był. Że można się kłócić o sens omawiania tego czy innego dramatu. Że nie ma czegoś takiego, jak kanon lektur, że nauczyciel, wspólnie z uczniami, sam może wybrać, co będzie analizowane na lekcjach.
Wyobraźmy sobie, że uczniowie potrafią ze zrozumieniem przeczytać artykuł w gazecie i nie dać się złapać na manipulację czy inną propagandę. Że samodzielnie dokonują wyborów i pokornie ponoszą ich konsekwencje, bez wytykania winnych. Że są w stanie ocenić, co im się podoba, a co nie, bez pomocy nauczyciela.
Wyobraźmy sobie, że w szkole uczą nie tylko logicznie myśleć, ale i przelewać te myśli na papier lub ubierać w zdania w czasie publicznego wystąpienia. Że absolwenci potrafią napisać komentarz na portalu społecznościowym bez błędów, a przemówienia są zgrabne i interesujące nie tylko dla publiki, ale i dla samego mówcy.
Wyobraźmy sobie, że nie ma podziału na „humanów” i „ścisłowców”, że każdy maturzysta potrafi dodać dwa do dwóch i coś napisać. Że zarówno matematyka, jak i język polski są we wszystkich klasach, o każdym profilu, wykładane na takim samym poziomie. Że, niezależnie, kto siedzi w ławkach, nauczyciel zawsze jest kompetentny i potrafi w prosty sposób przekazać proste informacje.
Wyobraźmy sobie, że nauczanie języków obcych to nie wkuwanie list słówek, tylko nauka poprawnej wymowy i prawidłowego użycia słów w kontekście. Że po dwunastu latach nauki angielskiego nie trzeba zaczynać wszystkiego od początku, nie trzeba płacić za kursy, nie trzeba chodzić na lektoraty z angielskiego, że można za to uczyć się nowego języka.
Wyobraźmy sobie, ze w szkole uczą współpracy, kulturalnej dyskusji, grzecznego wyrażania swojego zdania, zbudowanego na solidnej podstawie faktów, popartego argumentami i przykładami, a potem omówienia go, bez przekrzykiwania się, na forum.
Wyobraźmy sobie, że uczniowie chodzą do szkoły uśmiechnięci, poznają tam ciekawych ludzi, i to nie tylko wśród rówieśników, ale i wśród nauczycieli. Że nie ma czegoś takiego jak oceny, sprawdziany, kartkówki, odpowiedź ustna. Że nie ma czegoś takiego jak nieprzygotowanie z powodu zadania, którego nie potrafiło się zrobić.
Wyobraźmy sobie, że w szkole dowiadujemy się, jak walczyć ze stresem, a nie doświadczamy go tak bardzo, że już po zakończeniu edukacji długie lata leczymy się na nerwicę. Że w każdej szkole jest psycholog, do którego można przyjść i po prostu porozmawiać. Że nauczyciele są przychylnie nastawieni do uczniów.
Wyobraźmy sobie, że zawód nauczyciela jest prestiżowy, że kandydatów jest tak wielu, że dyrektorzy muszą wybierać. Że selekcja jest pozytywna, a nie negatywna. Że nauczyciele dostają godziwą zapłatę za swoją pracę, a w domu nie wyrabiają nadgodzin, przygotowując i sprawdzając testy.
Wyobraźmy sobie, że podstawę programową tworzą wspólnie nauczyciele, uczniowie, wykładowcy i pracodawcy, tak, by przekazywana wiedza miała swoje zastosowanie w praktyce, a nie składała się z wyrwanych z kontekstu notek encyklopedycznych, jak to ma miejsce, gdy program nauczania powstaje w gabinecie Minister Edukacji.
Wyobraźmy sobie, że nikt nie rozwala systemu edukacji dla prywatnych celów. Że nauczyciele są z uczniami i dla uczniów. Że rodzice pomagają im w procesie wychowawczym zamiast odrabiania za dzieci zadań domowych. Że wszyscy po trochu składają się na jak najlepsze wyedukowanie młodego pokolenia.
Wyobraźmy sobie, że gdy przychodzi ktoś i zaczyna niszczyć system, to nauczyciele, rodzice i uczniowie stają ramię w ramię i walczą. Że nie ma samowolki, myślenia tylko o swoich zyskach i krótkowzroczności. Że nikt nie jest ewentualnymi zmianami skrzywdzony. 
Teraz pomyślmy, że wszystkie te wyobrażenia są rzeczywistością. Tego życzę polskiej szkole w nadchodzącym, 2019 roku. Bo zmiana jest możliwa, trzeba w nią tylko uwierzyć. 



W NASTĘPNYM WPISIE: Poszatkowana historia Polski, czyli co zostaje w głowach absolwentów?

poniedziałek, 24 grudnia 2018

WPIS#25: WIGILIA W SZKOLE, CZYLI MÓDL SIĘ, ATEISTO


            Trzecia klasa liceum. Do matury pozostało jakieś pół roku. Na godzinie wychowawczej nauczyciel pyta:
            - Kogo nie będzie na wigilii klasowej?
            W sali panuje rozgardiasz, jak to zwykle na wychowawczej, w końcu jest to godzina raczej dla nauczyciela niż dla uczniów, uczniowie w tym czasie rozmawiają, grają w karty, słuchają muzyki, oglądają filmy, czytają książki, a wychowawca rozlicza się z co poniektórymi z frekwencji i zagrożeń. Wśród tego harmidru samorząd klasowy rozdziela obowiązki związane z organizacją klasowej wigilii, a nauczyciel próbuje doliczyć się, kogo na pewno nie będzie. W końcu udaje mu się przekrzyczeć wrzawę, jego pytanie dociera do wszystkich, w tym i do mnie. Zgłaszam się.
            - A dlaczego cię nie będzie?
            - Bo klasowa wigilia kłóci się z moimi przekonaniami religijnymi.
            - Ale my tam będziemy tylko siedzieć i jeść, przemyśl to jeszcze. Będzie miło – próbuje przekonać nauczyciel.

            Tak było mniej więcej co roku. Osoby, które z różnych powodów nie chciały uczestniczyć we wspólnym świętowaniu, musiały przed całą klasą się do tego przyznać i jeszcze wytłumaczyć, dlaczego. Nie wystarczyło to, że na początku roku rodzice podpisywali oświadczenie, że dziecko na religię chodzić nie będzie. Trzeba było jeszcze na ostatnią wychowawczą przed przerwą świąteczną pisać fałszywe usprawiedliwienie. Bo przecież nikt by tych „przekonań religijnych” nie przyjął. Wszak to tylko niewinne spotkanie przy stole.
            No właśnie nie. Bo zawsze musi być opłatek, zawsze muszą być kolędy, zawsze muszą być tradycyjne świąteczne potrawy, nawet jeśli miałby to być tylko barszcz czerwony z proszku. Jako ateistka nie chcę mieć z tym nic wspólnego i nie obchodzi mnie to, że większość w klasie (przynajmniej w podstawówce i gimnazjum) na religię chodziła. Demokracja do rządy większości z poszanowaniem praw mniejszości. Mam prawo do świeckiej szkoły.
            No właśnie, a historia z początku wpisu zdarzyła się w liceum. Kiedy to na religię chodziło 10 osób z 30-osobowej klasy. Czyli jedna z podstawowych zasad demokracji w szkole działa, o ile chodzi o ochronę praw katolików. No pięknie. Już nie wspomnę o tych krzyżach, które wiszą w wielu (na szczęście nie we wszystkich) klasach. Swoją drogą, to naprawdę przyjemne, tak siedzieć na lekcji, słuchać nauczyciela i patrzeć na cierpiącego gościa przybitego do krzyża. Bardzo motywujące.
            A żeby było ciekawiej, to religia wciska się jeszcze na rozpoczęcia i zakończenia roku. Trzeba poprosić Boga o dobry rok, a potem podziękować, że się zdało (czy sama już nie wiem, za co, bo rok w polskiej szkole raczej z reguły nie jest dobry). A ateiści muszą znowu przynosić fałszywe usprawiedliwienia za nieobecność, bo nikogo nie obchodzi, że ktoś może być niewierzący.
            Potem jest jeszcze czas przedegzaminacyjny. I pielgrzymki, modlitwy na długich przerwach, msze, byle tylko zdać tę maturę i dostać się na studia. Bo w XXI wieku polski uczeń potrzebuje wstawiennictwa sił wyższych, by dobrze napisać egzamin. W sumie, to przy obecnym stanie podstawy programowej wcale się temu nie dziwię…
            Na polskim oczywiście czyta się fragmenty Biblii, bo jest to „książka, na której opiera się cała europejska cywilizacja”. Super. Tylko że czytamy akurat te części, gdzie Bóg pokazuje, jaki to on jest wspaniały, dobry i sprawiedliwy (a przynajmniej taki był wniosek polonistki po przeanalizowaniu historii Hioba) albo daje dobre rady (przypowieści). Nie ma kawałków, w których Bóg ciska w ludzi piorunami, bo go zdenerwowali, albo poucza, jak należy zbudować świątynię (a o tym jest mowa w Piśmie Świętym co najmniej trzy razy, żeby czytelnik na pewno zapamiętał). Nie ma też słowa o jedynych trzech księgach nazwanych imionami kobiet. Po co czytać o kobietach, lepiej jest wychwalać mądrość mężczyzn i utrwalać się w przekonaniu, że miejsce kobiety jest w kuchni. Że to kobieta jest źródłem wszystkich grzechów, bo historię Adama i Ewy też się omawia. To całe analizowanie nie bardzo wygląda na zapoznanie uczniów z książką, która dała podwaliny światu, jaki znamy dziś (z czym trudno się nie zgodzić). To przypomina raczej niedzielną mszę w kościele czy lekcję religii w szkole. Nie omawia się niczego, o czym nie wspominałby ksiądz na spotkaniu z wiernymi.
Nie wolno też powiedzieć, że to nie było fair wobec Hioba, że Bóg bawił się jego życiem tylko po to, by wygrać zakład z Szatanem. Przecież starotestamentowy Bóg jest groźny, owszem, ale też sprawiedliwy i litościwy. Tak całkiem oskarżać go nie można, w końcu zwrócił Hiobowi całe bogactwo. A że dzieci się nie da zwrócić, że nowa żona będzie inna niż poprzednia? Kogo to obchodzi.
Na historii też. Dzieje Kościoła katolickiego omawia się bardzo dokładnie, pojawia się on przy wszystkich epokach. A inne religie? O judaizmie wspomina się przy starożytności, potem coś może jest w czasach nowożytnych, coś tam o Holokauście i w sumie tyle. Marzec’68 polskiemu uczniowi kojarzy się z buntem przeciwko zabronieniu wystawiania „Dziadów” niż z wygnaniem Żydów z kraju. Z islamem podobnie: akapit czy dwa przy starożytności i potem już tylko o tym, jak to na nas, prawdziwych chrześcijan, napadali, jak to my ich pokonaliśmy i wypędziliśmy z Europy, jakimi to my jesteśmy bohaterami.
Może więc pora skończyć z tą hipokryzją i nazwać rzeczy po imieniu. Szkoła w Polsce nie jest świecka, tylko katolicka. Po korytarzach przechadzają się księża, którzy bezkarnie mogą zaczepić każdego ucznia, wierzącego czy nie, wypytywać o życie, sytuację rodzinną, cokolwiek akurat zachce im się wiedzieć. W klasach wiszą krzyże. Na lekcjach omawia się Biblię i faworyzuje chrześcijaństwo, o innych religiach ledwo wspominając i nijak nie zwalczając dyskryminacji na tle religijnym. A gdy przychodzą święta, organizuje się wigilię, która z Bogiem nie ma nic wspólnego, co to, to nie. Tylko dzielimy się opłatkiem z wizerunkiem Maryi czy Jezusa, śpiewamy kolędy i wspominamy, jak to 2000 lat temu narodził się zbawca.




W NASTĘPNYM WPISIE: Niespodzianka :)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

WPIS#24: POLITYKA W SZKOLE, CZYLI POPULIZM ZACZYNA SIĘ W KLASIE

Zawsze uważałam, że samorząd uczniowski jest bez sensu. Bo co niby mogą zrobić uczniowie? Co mogą zmienić? No nic, bo ostatecznie to dyrektor ma zdanie. Jedyne co, to członkowie tego samorządu muszą co jakiś czas latać na jakieś spotkania na długiej przerwie. W podstawówce to był tylko i wyłącznie powód do dumy, trochę wywyższania się, bo patrzcie, mnie wybrali, a was nie. Realnych działań to tam nie było.
Zmiana przyszła w gimnazjum, a konkretniej – w trzeciej klasie. Przewodniczącym został kolega, który od samego początku mówił, że wywalczy ławeczki na korytarzu, żeby było gdzie usiąść na przerwie. Jak powiedział, tak robił, tu rzeczywiście widać było prawdziwą moc sprawczą samorządu.
A potem przyszło liceum. I w liceum chłopak zaproponował projekt 5+. Wiadomo, na czym się wzorował.
Polegało to na tym, że na koniec każdego semestru, z każdego przedmiotu za 100% frekwencję i/lub brak zgłoszonych nieprzygotowań każdy uczeń miał dostawać ocenę cząstkową 5. Chłopak oczywiście wygrał. I pomysł, za zgodą dyrektorki, wprowadził w życie.
Nie powiem, żeby ta dodatkowa 5 czy dwie szczególnie komukolwiek pomogła. Szkodzić też nie szkodziła. Ale wiadomo, jak ktoś ma dwóje i tróje, to miło jest dostać czasem piątkę, nawet, jeśli ona nic nie znaczy (bo często nawet średniej nie zmieniała). Zastanawiające jest jedno. Dlaczego nauczyciel WOS-u nie przyjrzał się bliżej temu projektowi? Dlaczego nie przeprowadził w klasie dyskusji na temat populizmu? Dlaczego nie zauważył, że uczniowie głosowali tylko dlatego, że chcieli dostawać te piątki? I to wcale nie jest tak, że nie miał na to czasu. Historia miała miejsce w pierwszej liceum (logiczne, później już nie miałam WOS-u). Zdaje się, że już pisałam, jak wygląda pierwsza liceum. Ani uczniowie, ani nauczyciele nie wiedzą, co tak naprawdę robią i dlaczego. Dziesięć przedmiotów jest w średniej szkole tylko przez ten pierwszy rok, wystarczy je zaliczyć, bo średnia ocen do niczego nie jest potrzebna. Na WOS-ie zazwyczaj uczyłam się słówek, część klasy grała w karty, parę osób oglądało filmy na telefonach. Czyż nie lepiej byłoby olać program, którego i tak nie przerobiliśmy do końca, bo godzina w tygodniu to trochę za mało na omówienie, czym się zajmuje Rada Europy, jakie są prawa i obowiązki ucznia (jakbyśmy po dziesięciu latach nauki w szkole tego nie wiedzieli) i kiedy i dlaczego powstało więzienie w Guantanamo? Czyż nie lepiej byłoby poświęcić ten czas na przyjrzenie się z bliska programom wyborczym kandydatów na przewodniczących samorządu szkolnego?
To przecież nasze pierwsze głosowanie w życiu – właśnie do samorządu szkolnego. Wydawałoby się, że to idealna okazja do pokazania uczniom tego, co wypisane między wierszami obietnic wyborczych, do porównania strategii kandydatów, do obserwowania, co dzieje się w polityce pozaszkolnej, do zaszczepienia demokratycznych wartości.
Nie. Lepiej jest iść do przodu z teoretycznym, oderwanym od rzeczywistości materiałem (nie wiemy, czym, poza spotkaniami na długich przerwach i składaniem obietnic, zajmuje się samorząd szkolny, ale musimy wiedzieć, co się dzieje w strukturach Unii Europejskiej. To też jest ważne, oczywiście, ale może zacznijmy od własnego podwórka, od tego, co jest bliskie uczniom.). Lepiej jest monotonnym głosem przekazywać słowo w słowo to, co napisano w podręczniku, łudząc się, że chociaż parę osób słucha, a potem zrobić z tego sprawdzian, na którym wszyscy ściągają. Lepiej jest udawać, że szkoła i codzienność nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Kończy się tak, że zawiły świat polityki trzeba zgłębiać samemu. I potem się okazuje, że wielu nastolatków jest zafascynowanych Korwinem-Mikke, ślepo wierzy, że obietnice wyborcze zostaną spełnione, nieważne, jak, a frekwencja na wyborach wynosi 50%.
Człowiek niewykształcony łatwo popada w skrajności, staje się radykałem po jednej czy po drugiej stronie barykady. Jeśli w szkole nie nauczył się, jak powinna funkcjonować demokracja, nie przeczytał Konstytucji, nie oceniał, wspólnie z nauczycielem, wypowiedzi polityków w mediach, nie zastanawiał się, czemu ten twierdzi to, a tamten co innego, to musi albo samemu to wszystko nadrobić, albo głosować na tego, kto krzyczy najgłośniej, albo nie głosować w ogóle.


W NASTĘPNYM WPISIE: Wigilia w szkole, czyli módl się, ateisto!

poniedziałek, 10 grudnia 2018

WPIS#23: TĘCZOWA SZKOŁA, CZYLI HOMOSEKSUALIZM NIE ISTNIEJE

            W moim gimnazjum w każdym roczniku było dziesięć klas. W każdej klasie trzydziestu uczniów. Na lekcje etyki chodziło dwadzieścia osób. Dlaczego?
            Cięcie kosztów. Łatwiej zatrudnić nauczyciela, by przychodził tylko na sześć godzin w tygodniu, na dwie lekcje do każdego rocznika, niż zaoferować mu cały etat. Skończyło się tak, że dyrektorka w jakiś, jej tylko znany sposób, co roku wybierała trzy klasy, z tych klas ileś osób deklarowało się, że chce chodzić na etykę. Zazwyczaj łącznie koło dwudziestu. A w następnym roku były wybierane następne klasy, niekoniecznie różne od następnych. Ja na przykład miałam etykę co roku, dwie inne klasy przez dwa lata, jedna przez rok, a pozostałe nigdy. Nie wiadomo właściwie, dlaczego.
            Oczywiście, na religię mogli chodzić wszyscy, bez żadnego łączenia klas i innego kombinowania. Księży zatrudnionych było trzech, nauczyciel od etyki był jeden. Księża mieli etat, nauczyciel od etyki umowę-zlecenie. Na religii uczniowie się modlili, zdawali różne święte formułki na ocenę, oglądali katolickie filmy i raczej nie otworzyli samodzielnie Pisma Świętego, co najwyżej ksiądz im przeczytał starannie wybrany fragment. Na etyce analizowaliśmy obejrzane na poprzednich zajęciach filmy, poznawaliśmy chwyty erystyczne, uczyliśmy się występować przed grupą, urządzaliśmy debaty na ważne dla społeczeństwa tematy. Jednym z takich tematów był homoseksualizm.
            To była jedna jedyna lekcja w szkole w całości poświęcona mniejszościom seksualnym. Jedna (!) jedyna (!) w XXI (!) wieku (!).
            Na tej jednej jedynej lekcji było raptem dwadzieścia osób z liczącego trzysta uczniów rocznika.
            I, żeby nie było, nie rozmawialiśmy o małżeństwach jednopłciowych, adopcji dzieci przez takie małżeństwa, o stereotypach, nie omawialiśmy żadnego eksperymentu społecznego, nie zastanawialiśmy, skąd bierze się homofobia, nie dyskutowaliśmy, dlaczego każda kolejna grupa społeczna musi walczyć o swoje prawa, dlaczego demokracja nie broni mniejszości, dlaczego rząd nic nie robi, by ograniczyć odsetek samobójstw wśród nastolatków dyskryminowanych tylko dlatego, że wyglądają na homoseksualnych. Nie, my dumaliśmy, czy homoseksualizm jest dobry, czy zły (!!!). W XXI wieku, kiedy już dawno został wypisany on z listy chorób, kiedy kolejne kraje wprowadzają związki partnerskie, kiedy pojawia się coraz więcej książek i filmów pokazujących, że homoseksualizm wcale nie jest taki straszny i że miłość osób LGBT+ to najprawdziwsza w świecie miłość, w niczym nie gorsza od tej heteroseksualnej.
            Na szczęście doszliśmy do takiego wniosku, do którego dochodziliśmy podczas każdej takiej debaty (a były też m.in. na temat piercingu, operacji plastycznych, eutanazji, aborcji): niech każdy robi to, co chce. Gorzej, że zaraz potem było dodane: byle się z tym nie afiszował.
            Mhm. Rok później byłam już w liceum, gdzie wszystkie parapety, na każdej przerwie, były oblegane przez całujące się, nieraz bardzo namiętnie, pary (oczywiście heteroseksualne). I to jest normalne. A jak chłopak chce złapać drugiego chłopaka za rękę, to to już jest afiszowanie się. No pięknie.
            Teraz jestem na studiach. W moim Instytucie wisi okładka „Repliki”. Homoseksualiści otwarcie mówią, kim są, trzymają się za ręce, całują. Nigdy w ich stronę nie padło żadne wyzwisko.
            A właśnie, wyzwiska. Cofnijmy się trochę w czasie. Mam dwanaście lat, uczę się w podstawówce w dużym mieście, na przerwie po korytarzu biegają chłopcy z mojej klasy i krzyczą: „Pedał!”, „Ciota!”. Mija ich nauczycielka. I nic.
             Nie zatrzymała ich. Nie wezwała na rozmowę wychowawczą. Nie zawiadomiła psychologa, pedagoga, dyrektorki i rodziców. Nie wygłosiła pogadanki na temat tolerancji. Nie zrobiła absolutnie nic. A sytuacja powtórzyła się dziesiątki, jeśli nie setki, razy.
            Może ci chłopcy trafili w gimnazjum na lekcję etyki. Może mądry nauczyciel w liceum powiedział im, że Safona, Arthur Rimbaud, Oscar Wilde, Hans Christian Andersen, Jarosław Iwaszkiewicz (1), Leonardo da Vinci, Karol Szymanowski, Miron Białoszewski (2), Jan Lechoń (3), Maria Konopnicka (4) byli homoseksualistami. Może ktoś nauczył ich, że inność zawsze istniała i będzie istnieć i jedyne, co może zwykły, szary człowiek z tym zrobić, to to zaakceptować.
            Bo to nie tylko sprawi, że świat będzie lepszy, że każdy będzie mógł czuć się w nim bezpiecznie. To pozwoli też temu zwykłemu, szaremu człowieczkowi poszerzyć horyzonty. Jak widać w spisie powyżej (obejmującym tylko te osoby, o których mówi się, albo chociaż wspomina, w polskiej szkole), wielu pisarzy było homoseksualistami. Na przykład taki Gombrowicz. Którego „Ferdydurke” jest w spisie lektur (co zresztą jest dość dziwne, skoro krytykuje on w tej książce system szkolnictwa, który niewiele różni się od współczesnego…). Którego za nic nie potrafiłam zrozumieć. Bo język trudny, bo nie wiadomo, co autor miał na myśli. Otóż wiadomo, i to bardzo dobrze. Wystarczy otworzyć głowę i dopuścić do siebie myśl, że Wielki Pisarz Gombrowicz był gejem. Nagle wszystko staje się jasne.



W NASTĘPNYM WPISIE: Polityka w szkole, czyli populizm zaczyna się w klasie

(1) za https://ksiazki.wp.pl/pisarze-homoseksualisci-6145574271895169g
(2) za http://mediumpubliczne.pl/2015/12/poczet-dziesieciu-najslynniejszych-pedalow/
(3) za https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1534245,2,homoseksualisci-ii-rp-w-kulturze.read
(4) za http://wyborcza.pl/1,75410,5247297,Homobiografie__Pisarki_i_pisarze_polscy_xix_i_xx_wieku_.html

poniedziałek, 3 grudnia 2018

WPIS#22: DLACZEGO SZKOŁA UCZY NIE TEGO, CO POWINNA, CZYLI JAK POLSKI UCZEŃ MA SIĘ ODNALEŹĆ W ŚWIECIE XXI WIEKU

            Uczeń przedstawia, uczeń analizuje, uczeń znajduje, uczeń rozpoznaje, uczeń wskazuje, uczeń znajduje, uczeń uwzględnia, uczeń interpretuje, uczeń dostrzega, uczeń różnicuje, uczeń omawia, uczeń przestrzega, uczeń stosuje, uczeń wykorzystuje, uczeń czyta, uczeń porównuje, uczeń korzysta, uczeń sporządza, uczeń prezentuje, uczeń określa, uczeń konfrontuje, uczeń wygłasza, uczeń operuje – to z podstawy programowej z języka polskiego. Podobnie jest w podstawach i z innych przedmiotów. Mam dwa pytania: 1) czy uczeń jest robotem? i 2) czy nauczyciel jest idiotą?
            1) Uczeń robi to, robi tamto, wie to, zna śramto. Potrafi zaznaczyć odpowiednią literkę w zadaniach testowych, czasem coś policzy, może uda mu się napisać ze trzy zdania na taki czy inny temat. Ma głowę wypełnioną budowami pantofelków i ameb, funkcjami narządów wewnętrznych, chorobami tych narządów, metodami kompostowania i rodzajami fermentacji, najwyższymi szczytami i najgłębszymi jeziorami, rodzajami gleby, cechami klimatu podzwrotnikowego, wzorami kwasów karboksylowych, alkoholi, węglowodorów, schematami najważniejszych reakcji chemicznych i wnioskami z tychże, kolorami fenoloftaleiny i papierków wskaźnikowych, wzorami na prędkość, przyspieszenie grawitacyjne, indukcję elektromagnetyczną, liczbą elektronów w atomie, budową bomby jądrowej i elektrowni atomowej, datami, kto, kiedy, gdzie i z kim podpisywał pakt/wygrywał/przegrywał/zrywał pakt, nazwiskami i złotymi myślami, słówkami po angielsku/niemiecku/rosyjsku/francusku/hiszpańsku typu „naczynie żaroodporne”, „chlorek sodu”, „biały karzeł”, „bratek” (przy czym często nie wie, jak ten ostatni wygląda, bo widział tylko zdjęcie w podręczniku od biologii), wzorami na miejsce zerowe funkcji takiej czy takiej, graniastosłupami prostymi, konstrukcją kątów, wykresami zdania złożonego i prostego, prometeizmem, mesjanizmem, chłopomanią, martyrologią, filistrami, motywami miasta, miłości, śmierci, Mickiewiczami, Słowackimi i Wyspiańskimi. Ludzie. Żyjemy w XXI wieku. Większość tych informacji, jeśli nie wszystkie, można znaleźć w Internecie, a w szkole zająć się czymś poważnym. Tylko że
            2) Ministerstwo Edukacji Narodowej uważa, że nauczyciele są debilami i nie potrafią sami zaplanować pracy z uczniami. Stąd poziom szczegółowości podstawy programowej. Masz, durniu, przerobić to, to i to, zrobić sprawdzian, wystawić oceny i przepchnąć wszystkich do następnej klasy, bo już kolejny rocznik czeka. To jedna rzecz. A druga jest taka, że łatwiej jest manipulować ludźmi sfrustrowanymi, przepracowanymi, przeładowanymi materiałem. W szkole dotyczy to zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Bo uczeń musi się nauczyć, żeby dobrze zdać egzamin i dostać się do liceum/na studia, a nauczyciel musi mu wszystko wtłoczyć do głowy, żeby nikt się go nie czepiał, że zaniedbuje swoje obowiązki. Kończy się tak, że zadowolona jest tylko Minister Edukacji.
            A jest naprawdę mnóstwo ciekawszych tematów do poruszenia na lekcji. I nie tylko poruszenia. Bo na przykład w pierwszej klasie liceum równocześnie na biologii i geografii uczymy się o ochronie środowiska. W klasie. Przy szczelnie zamkniętych oknach z powodu smogu.
            Byłam w Rosji na wymianie, miałam okazję z bliska przyjrzeć się ich systemowi edukacji. I co oni robią, żeby nauczyć młodych ludzi dbać o środowisko? Sadzą drzewka i kwiaty dookoła szkoły, budują kompostownik, wspólnie troszczą się o swoje otoczenie. Polski uczeń wie, jak oczyszcza się ścieki, a równocześnie „rocznie zużywa średnio 400 reklamówek, 60 kg papieru i 50 puszek” (dane za http://gazetaolsztynska.pl/498356,Rocznie-zuzywamy-kilkaset-miliardow-plastikowych-butelek-a-ma-byc-jeszcze-gorzej-VIDEO.html), o plastiku nie wspominając.
            To było porównanie z Rosją. A co by się okazało, gdyby spojrzeć na Europę Zachodnią…? Nawet nie mamy co spoglądać w tamtą stronę – przynajmniej w kwestii obecnego poziomu edukacji. Bo świecić przykładem nam mogą. Gorzej, że na razie tylko świecą.



W NASTĘPNYM WPISIE: Tęczowa szkoła, czyli homoseksualizm nie istnieje?