Wyobraźmy sobie, że
przerwa świąteczna to nie jest pierwsze dłuższe wolne od września. Że polscy
uczniowie nie muszą dzień w dzień chodzić do szkoły przez niemal cztery
miesiące (z krótką przerwą na Wszystkich Świętych i Dzień Niepodległości). Że,
podobnie jak za granicą, mogą odpoczywać średnio co sześć tygodni, dzięki czemu
nie chodzą przemęczeni i znudzeni ciągłym rytmem szkoła – dom – zadania domowe.
Wyobraźmy sobie, że
jak już to wolne przychodzi, to nauczyciele nie przygniatają uczniów toną zadań
domowych, przez co pojawia się marzenie, by ferii w ogóle nie było. Że rok
szkolny jest tak rozplanowany, by ze wszystkim zdążyć w klasie, a do domu zadać
co najwyżej zadania utrwalające przyswojoną na zajęciach wiedzę.
Wyobraźmy sobie, że
trzeba się uczyć tylko tego, co jest naprawdę potrzebne, czy to na studiach,
czy już w dorosłym życiu. Że pamięć uczniowie ćwiczą przez uczenie się wierszy,
piosenek, nowych słów – i to nie tylko w obcych językach, ale i poszerzają
swoje polskie słownictwo. Że nie trzeba przepisywać podręcznika i potem uczyć
się słowo w słowo definicji, których się nie rozumie, bo nauczyciel nie miał
czasu na dokładne wszystkiego wytłumaczenie.
Wyobraźmy sobie, że
wiersze się rzeczywiście interpretuje, a nie analizuje, co autor miał na myśli.
Że nauczyciel nie podaje uczniom na tacy jedynej słusznej interpretacji, tylko
pozwala na myślenie, na szukanie swoich pomysłów, hipotez, skojarzeń. Że nie ma
prawd niepodważalnych, że można powiedzieć: Mickiewicz wcale taki wspaniały nie
był. Że można się kłócić o sens omawiania tego czy innego dramatu. Że nie ma
czegoś takiego, jak kanon lektur, że nauczyciel, wspólnie z uczniami, sam może
wybrać, co będzie analizowane na lekcjach.
Wyobraźmy sobie, że
uczniowie potrafią ze zrozumieniem przeczytać artykuł w gazecie i nie dać się
złapać na manipulację czy inną propagandę. Że samodzielnie dokonują wyborów i pokornie
ponoszą ich konsekwencje, bez wytykania winnych. Że są w stanie ocenić, co im
się podoba, a co nie, bez pomocy nauczyciela.
Wyobraźmy sobie, że
w szkole uczą nie tylko logicznie myśleć, ale i przelewać te myśli na papier
lub ubierać w zdania w czasie publicznego wystąpienia. Że absolwenci potrafią
napisać komentarz na portalu społecznościowym bez błędów, a przemówienia są
zgrabne i interesujące nie tylko dla publiki, ale i dla samego mówcy.
Wyobraźmy sobie, że
nie ma podziału na „humanów” i „ścisłowców”, że każdy maturzysta potrafi dodać
dwa do dwóch i coś napisać. Że zarówno matematyka, jak i język polski są we
wszystkich klasach, o każdym profilu, wykładane na takim samym poziomie. Że,
niezależnie, kto siedzi w ławkach, nauczyciel zawsze jest kompetentny i potrafi
w prosty sposób przekazać proste informacje.
Wyobraźmy sobie, że
nauczanie języków obcych to nie wkuwanie list słówek, tylko nauka poprawnej
wymowy i prawidłowego użycia słów w kontekście. Że po dwunastu latach nauki
angielskiego nie trzeba zaczynać wszystkiego od początku, nie trzeba płacić za
kursy, nie trzeba chodzić na lektoraty z angielskiego, że można za to uczyć się
nowego języka.
Wyobraźmy sobie, ze
w szkole uczą współpracy, kulturalnej dyskusji, grzecznego wyrażania swojego
zdania, zbudowanego na solidnej podstawie faktów, popartego argumentami i przykładami,
a potem omówienia go, bez przekrzykiwania się, na forum.
Wyobraźmy sobie, że
uczniowie chodzą do szkoły uśmiechnięci, poznają tam ciekawych ludzi, i to nie
tylko wśród rówieśników, ale i wśród nauczycieli. Że nie ma czegoś takiego jak
oceny, sprawdziany, kartkówki, odpowiedź ustna. Że nie ma czegoś takiego jak nieprzygotowanie
z powodu zadania, którego nie potrafiło się zrobić.
Wyobraźmy sobie, że
w szkole dowiadujemy się, jak walczyć ze stresem, a nie doświadczamy go tak
bardzo, że już po zakończeniu edukacji długie lata leczymy się na nerwicę. Że w
każdej szkole jest psycholog, do którego można przyjść i po prostu porozmawiać.
Że nauczyciele są przychylnie nastawieni do uczniów.
Wyobraźmy sobie, że
zawód nauczyciela jest prestiżowy, że kandydatów jest tak wielu, że dyrektorzy
muszą wybierać. Że selekcja jest pozytywna, a nie negatywna. Że nauczyciele
dostają godziwą zapłatę za swoją pracę, a w domu nie wyrabiają nadgodzin,
przygotowując i sprawdzając testy.
Wyobraźmy sobie, że
podstawę programową tworzą wspólnie nauczyciele, uczniowie, wykładowcy i pracodawcy,
tak, by przekazywana wiedza miała swoje zastosowanie w praktyce, a nie składała
się z wyrwanych z kontekstu notek encyklopedycznych, jak to ma miejsce, gdy
program nauczania powstaje w gabinecie Minister Edukacji.
Wyobraźmy sobie, że
nikt nie rozwala systemu edukacji dla prywatnych celów. Że nauczyciele są z
uczniami i dla uczniów. Że rodzice pomagają im w procesie wychowawczym zamiast
odrabiania za dzieci zadań domowych. Że wszyscy po trochu składają się na jak
najlepsze wyedukowanie młodego pokolenia.
Wyobraźmy sobie, że
gdy przychodzi ktoś i zaczyna niszczyć system, to nauczyciele, rodzice i
uczniowie stają ramię w ramię i walczą. Że nie ma samowolki, myślenia tylko o
swoich zyskach i krótkowzroczności. Że nikt nie jest ewentualnymi zmianami skrzywdzony.
Teraz pomyślmy, że
wszystkie te wyobrażenia są rzeczywistością. Tego życzę polskiej szkole w nadchodzącym,
2019 roku. Bo zmiana jest możliwa, trzeba w nią tylko uwierzyć.
W NASTĘPNYM WPISIE: Poszatkowana historia Polski, czyli co zostaje w głowach absolwentów?




