Mała
próbka (za https://archiwum.men.gov.pl/wp-content/uploads/2011/02/5c.pdf):
Uczeń:
- wyróżnia
podstawowe grupy związków chemicznych występujących w żywych organizmach
(węglowodany, białka, tłuszcze, kwasy nukleinowe, witaminy, sole mineralne)
oraz przedstawia ich funkcje;
- wymienia cechy
umożliwiające zaklasyfikowanie organizmu do parzydełkowców, płazińców, nicieni,
pierścienic, stawonogów (skorupiaków, owadów i pajęczaków), mięczaków, ryb,
płazów, gadów, ptaków, ssaków oraz identyfikuje nieznany organizm jako
przedstawiciela jednej z wymienionych grup na podstawie obecności tych cech;
- przedstawia, na
przykładzie poznanych wcześniej roślinożernych ssaków, adaptacje zwierząt do
odżywiania się pokarmem roślinnym; podaje przykłady przystosowań roślin służących
obronie przed zgryzaniem;
- identyfikuje (np.
na schemacie, fotografii, rysunku lub na podstawie opisu) i opisuje organy
rośliny okrytonasiennej (korzeń, pęd, łodyga, liść, kwiat, owoc) oraz
przedstawia ich funkcje;
-podaje funkcje
tkanki nabłonkowej, mięśniowej, nerwowej, krwi, tłuszczowej, chrzęstnej i
kostnej oraz przedstawia podstawowe cechy budowy warunkujące pełnienie tych
funkcji…
… i tak przez 6 (!)
stron. A to tylko podstawa programowa do gimnazjum z biologii. Strach zaglądać
do pozostałych.
I teraz nie wiem,
czy 1) twórcy podręczników są głupi, więc trzeba im wypisać, co zawrzeć w
którym rozdziale, jaki ma być poziom szczegółowości danych informacji, jak
zaprojektować zeszyt ćwiczeń, na co zwrócić szczególną uwagę (jakby się dało
przy takiej ilości detali!), jak podzielić materiał; czy 2) nauczyciele są
głupi, więc trzeba im wypisać, co mają egzekwować od ucznia, jak przygotowywać
pytania na sprawdzian, jakich definicji kazać się nauczyć; czy 3) czy w Polsce
nie ma powszechnego dostępu do Internetu, żeby sprawdzić tak palące kwestie,
jak to, jakie są elementy kwiatu i do czego służy każdy z nich, więc trzeba to
wykuć i zapamiętać na całe życie; czy 4) uczeń ma głowę pełną miejsca na te
wszystkie niezmiernie ważne informacje i mnóstwo wolnego czasu na ich wyuczenie
się; czy 5) Ministerstwo Edukacji nie ma pojęcia, co tak naprawdę jest ważne w
życiu, więc wrzuciło do podstawy programowej wszystko, co tylko przyszło mu do
głowy, bo przecież nie zaszkodzi wiedzieć więcej; czy 6) Polska koniecznie musi
przodować w rankingach przyswojenia wiedzy bezużytecznej.
Ten poziom
szczegółowości już nawet trudno jest porównać z encyklopedią, bo mało kto
trzyma takową w domu. Łatwiej jest sięgnąć do Internetu niż do kilkutomowej
książki pełnej definicji. Jeśli czymś się zaciekawimy, wystarczy przeczytać Wikipedię.
Albo wystarczy nam to, co w niej wyczytaliśmy, albo zainteresujemy się tematem
i poszukamy fachowej literatury. Szkoła by chciała, by uczeń interesował się
wszystkim, więc pomija etap Wikipedii.
Najśmieszniejsze
jest to, że już w samej podstawie programowej widać oderwanie od
rzeczywistości. Popatrzmy na punkt o kwiatkach, przedstawiony powyżej. Uczeń
rozpoznaje elementy kwiatka nie na łące czy podwórku przy szkole, a na ilustracji
w podręczniku. Ma to całkiem logiczne wytłumaczenie – przecież podstawa nie
została napisana po to, by w konkretnym momencie roku omawiać konkretne tematy.
Takie powiązanie nauki ze światem byłoby zbyt trudne dla jej twórców. Nie można
więc ryzykować, że omawianie budowy kwiatka przypadłoby akurat na styczeń,
gdzie kwiatków na dworze nie ma. Owszem, w klasie mogą być, ale po co snuć
jakieś dziwne teorie na temat obecności bądź nie kwiatków na szkolnych parapetach.
Lepiej z założenia ograniczyć się do schematów i fotografii. Będzie łatwiej.
No i dostaje ten
biedny uczeń podręcznik z miniaturowymi fotografiami (pamiętajmy, że polska
szkoła tkwi solidnie w XX wieku, tekst jest ważniejszy od obrazków; a że coś
tam ktoś kiedyś słyszał na temat wyższości rysunków nad literami, to jednak jakieś
ilustracje są, ale nie za wiele. Teoria uczenia się mózgu może się przecież
zmienić, a metody wypracowane sto lat temu są ponadczasowe i uniwersalne.),
zeszyt ćwiczeń z takimi samymi fotografiami, tylko że bez podpisów, przeprowadzony
monotonnym głosem wykład (żeby jeszcze to był wykład; u mnie w gimnazjum
nauczycielka biologii po prostu czytała na głos podręcznik), parę niewyraźnie
skreślonych słów na tablicy, przepisaną z podręcznika notatkę (tj. przepisane pogrubione
słowa i ich definicje, twórcy podręczników zadbali o to, by uczeń nie musiał
sam wyszukiwać informacji), skoliozy od noszenia tych wszystkich podręczników,
zeszytów ćwiczeń i zwykłych zeszytów przedmiotowych (lekcji dziennie mamy,
załóżmy, siedem, jest to zatem 3*7=21 książek. Ekstra.) i termin sprawdzianu.
Jeeej, nauka jest super!
No i umie ten uczeń
potem poopowiadać o tych kwiatkach, na rysunku podpisze ich części, pod spodem dopisze
funkcje każdej z nich, a jak pojedzie na wycieczkę, na piknik na łące, to nie
odróżni stokrotki od mlecza. Ale to przecież nieważne, najważniejsze jest to,
że dostał piątkę ze sprawdzianu i pani jest zadowolona.
I oczywiście, są
nauczyciele, którzy starają się przełamać tę beznadzieję. Tylko że jeśli taki
biolog zabiera uczniów na spacer i po drodze pokazuje, że ten kwiatek to to, a
tamten to tamto, że to jest część taka to a taka i pełni funkcję taką to a
taką, to nie zdąży przerobić podstawy programowej. A nawet jeśli zdąży, to
zdarzy się coś jeszcze gorszego. Da uczniom poczucie, że szkoła może być
lepsza. I pójdą potem ci ciekawi świata absolwenci gimnazjum do liceum. I się
okaże, że ciekawość nie jest nikomu do szczęścia potrzebna, bo nauczycielce nie
chce się czegoś, co akurat zainteresowało ucznia, wytłumaczyć, bo to „będzie na
kursie rozszerzonym”. To, że uczeń wybrał rozszerzenie z polskiego i historii,
a nie biologii, nikogo nie interesuje. Zawsze można przecież zmienić klasę.
Wniosek jest
smutny. Wniosek jest taki, że szkoła to mafia, złożona z Ministerstwa Edukacji,
twórców podręczników, nauczycieli i, tak, tak, rodziców (w końcu każdy chce,
żeby jego dziecko było najlepsze, nieważne, w czym). Ta mafia zawodowo zajmuje
się mieleniem uczniów, indywidualnych jednostek z ich wadami i zaletami,
mocnymi i słabymi stronami, zainteresowaniami i marzeniami, na szarą paćkę, z
której łatwo można ukształtować podatnego na wpływy obywatela. Bo kto się tępo
uczył wszystkich tych definicji, ten tępo spełni każde polecenie przełożonego.
W NASTĘPNYM WPISIE: Testomania, czyli tobie piątka, tobie pała




