poniedziałek, 28 stycznia 2019

WPIS #30: BĄDŹMY CHODZĄCĄ ENCYKLOPEDIĄ

            Perełki z podstawy programowej zawsze na topie. Tym razem nie mogłam się zdecydować, co wybrać. Wszystko jest takie… zupełnie nie przydatne.
            Mała próbka (za https://archiwum.men.gov.pl/wp-content/uploads/2011/02/5c.pdf):
Uczeń:
- wyróżnia podstawowe grupy związków chemicznych występujących w żywych organizmach (węglowodany, białka, tłuszcze, kwasy nukleinowe, witaminy, sole mineralne) oraz przedstawia ich funkcje;
- wymienia cechy umożliwiające zaklasyfikowanie organizmu do parzydełkowców, płazińców, nicieni, pierścienic, stawonogów (skorupiaków, owadów i pajęczaków), mięczaków, ryb, płazów, gadów, ptaków, ssaków oraz identyfikuje nieznany organizm jako przedstawiciela jednej z wymienionych grup na podstawie obecności tych cech;
- przedstawia, na przykładzie poznanych wcześniej roślinożernych ssaków, adaptacje zwierząt do odżywiania się pokarmem roślinnym; podaje przykłady przystosowań roślin służących obronie przed zgryzaniem;
- identyfikuje (np. na schemacie, fotografii, rysunku lub na podstawie opisu) i opisuje organy rośliny okrytonasiennej (korzeń, pęd, łodyga, liść, kwiat, owoc) oraz przedstawia ich funkcje;
-podaje funkcje tkanki nabłonkowej, mięśniowej, nerwowej, krwi, tłuszczowej, chrzęstnej i kostnej oraz przedstawia podstawowe cechy budowy warunkujące pełnienie tych funkcji…
… i tak przez 6 (!) stron. A to tylko podstawa programowa do gimnazjum z biologii. Strach zaglądać do pozostałych.
I teraz nie wiem, czy 1) twórcy podręczników są głupi, więc trzeba im wypisać, co zawrzeć w którym rozdziale, jaki ma być poziom szczegółowości danych informacji, jak zaprojektować zeszyt ćwiczeń, na co zwrócić szczególną uwagę (jakby się dało przy takiej ilości detali!), jak podzielić materiał; czy 2) nauczyciele są głupi, więc trzeba im wypisać, co mają egzekwować od ucznia, jak przygotowywać pytania na sprawdzian, jakich definicji kazać się nauczyć; czy 3) czy w Polsce nie ma powszechnego dostępu do Internetu, żeby sprawdzić tak palące kwestie, jak to, jakie są elementy kwiatu i do czego służy każdy z nich, więc trzeba to wykuć i zapamiętać na całe życie; czy 4) uczeń ma głowę pełną miejsca na te wszystkie niezmiernie ważne informacje i mnóstwo wolnego czasu na ich wyuczenie się; czy 5) Ministerstwo Edukacji nie ma pojęcia, co tak naprawdę jest ważne w życiu, więc wrzuciło do podstawy programowej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy, bo przecież nie zaszkodzi wiedzieć więcej; czy 6) Polska koniecznie musi przodować w rankingach przyswojenia wiedzy bezużytecznej.
Ten poziom szczegółowości już nawet trudno jest porównać z encyklopedią, bo mało kto trzyma takową w domu. Łatwiej jest sięgnąć do Internetu niż do kilkutomowej książki pełnej definicji. Jeśli czymś się zaciekawimy, wystarczy przeczytać Wikipedię. Albo wystarczy nam to, co w niej wyczytaliśmy, albo zainteresujemy się tematem i poszukamy fachowej literatury. Szkoła by chciała, by uczeń interesował się wszystkim, więc pomija etap Wikipedii.
Najśmieszniejsze jest to, że już w samej podstawie programowej widać oderwanie od rzeczywistości. Popatrzmy na punkt o kwiatkach, przedstawiony powyżej. Uczeń rozpoznaje elementy kwiatka nie na łące czy podwórku przy szkole, a na ilustracji w podręczniku. Ma to całkiem logiczne wytłumaczenie – przecież podstawa nie została napisana po to, by w konkretnym momencie roku omawiać konkretne tematy. Takie powiązanie nauki ze światem byłoby zbyt trudne dla jej twórców. Nie można więc ryzykować, że omawianie budowy kwiatka przypadłoby akurat na styczeń, gdzie kwiatków na dworze nie ma. Owszem, w klasie mogą być, ale po co snuć jakieś dziwne teorie na temat obecności bądź nie kwiatków na szkolnych parapetach. Lepiej z założenia ograniczyć się do schematów i fotografii. Będzie łatwiej.
No i dostaje ten biedny uczeń podręcznik z miniaturowymi fotografiami (pamiętajmy, że polska szkoła tkwi solidnie w XX wieku, tekst jest ważniejszy od obrazków; a że coś tam ktoś kiedyś słyszał na temat wyższości rysunków nad literami, to jednak jakieś ilustracje są, ale nie za wiele. Teoria uczenia się mózgu może się przecież zmienić, a metody wypracowane sto lat temu są ponadczasowe i uniwersalne.), zeszyt ćwiczeń z takimi samymi fotografiami, tylko że bez podpisów, przeprowadzony monotonnym głosem wykład (żeby jeszcze to był wykład; u mnie w gimnazjum nauczycielka biologii po prostu czytała na głos podręcznik), parę niewyraźnie skreślonych słów na tablicy, przepisaną z podręcznika notatkę (tj. przepisane pogrubione słowa i ich definicje, twórcy podręczników zadbali o to, by uczeń nie musiał sam wyszukiwać informacji), skoliozy od noszenia tych wszystkich podręczników, zeszytów ćwiczeń i zwykłych zeszytów przedmiotowych (lekcji dziennie mamy, załóżmy, siedem, jest to zatem 3*7=21 książek. Ekstra.) i termin sprawdzianu. Jeeej, nauka jest super!
No i umie ten uczeń potem poopowiadać o tych kwiatkach, na rysunku podpisze ich części, pod spodem dopisze funkcje każdej z nich, a jak pojedzie na wycieczkę, na piknik na łące, to nie odróżni stokrotki od mlecza. Ale to przecież nieważne, najważniejsze jest to, że dostał piątkę ze sprawdzianu i pani jest zadowolona.
I oczywiście, są nauczyciele, którzy starają się przełamać tę beznadzieję. Tylko że jeśli taki biolog zabiera uczniów na spacer i po drodze pokazuje, że ten kwiatek to to, a tamten to tamto, że to jest część taka to a taka i pełni funkcję taką to a taką, to nie zdąży przerobić podstawy programowej. A nawet jeśli zdąży, to zdarzy się coś jeszcze gorszego. Da uczniom poczucie, że szkoła może być lepsza. I pójdą potem ci ciekawi świata absolwenci gimnazjum do liceum. I się okaże, że ciekawość nie jest nikomu do szczęścia potrzebna, bo nauczycielce nie chce się czegoś, co akurat zainteresowało ucznia, wytłumaczyć, bo to „będzie na kursie rozszerzonym”. To, że uczeń wybrał rozszerzenie z polskiego i historii, a nie biologii, nikogo nie interesuje. Zawsze można przecież zmienić klasę.
Wniosek jest smutny. Wniosek jest taki, że szkoła to mafia, złożona z Ministerstwa Edukacji, twórców podręczników, nauczycieli i, tak, tak, rodziców (w końcu każdy chce, żeby jego dziecko było najlepsze, nieważne, w czym). Ta mafia zawodowo zajmuje się mieleniem uczniów, indywidualnych jednostek z ich wadami i zaletami, mocnymi i słabymi stronami, zainteresowaniami i marzeniami, na szarą paćkę, z której łatwo można ukształtować podatnego na wpływy obywatela. Bo kto się tępo uczył wszystkich tych definicji, ten tępo spełni każde polecenie przełożonego.  



W NASTĘPNYM WPISIE: Testomania, czyli tobie piątka, tobie pała

poniedziałek, 21 stycznia 2019

WPIS#29: KOBIETA TO GORSZA WERSJA MĘŻCZYZNY, WIĘC PO CO ZAPRZĄTAĆ SOBIE GŁOWĘ JEJ TWÓRCZOŚCIĄ CZY ODKRYCIAMI

            Ostatnio liczyłam, że w całej podstawie programowej z języka polskiego dla liceum jest 7 (słownie: siedem) nazwisk kobiet. Tylko siedem kobiet napisało coś na tyle dobrego, by kazać uczniom to czytać.
            Ależ nie, nie, nie kazać. Żadne z tych nazwisk nie jest opatrzone gwiazdką, czyli żadna książka napisana przez kobietę nie jest lekturą obowiązkową. Część z nich można przeczytać „przy okazji” (jak na przykład wiersze Szymborskiej przy omawianiu współczesnych porządnych, męskich twórców), część można wybrać spośród kilku innych porządnych, męskich pozycji (jak książkę nagrodzonej w zeszłym roku nagrodą Bookera Tokarczuk. Żeby nie było – w szkole nikt na temat tej nagrody słowem nie pisnął, jakby Tokarczuk nie była Polką i nie było z czego być dumnym), część można w ogóle pominąć. Kończy się tak, że czytamy słabiutko napisaną „Granicę” Nałkowskiej (taka tradycja czy jak? Nie dało się tego przeczytać, ominęłam sto stron i nic nie straciłam…), świetnie grającą na emocjach, ale nic nie wnoszącą do życia „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall, jakieś wiersze Safony (wiadomo, coś z antyku musi być…), kilka wyjątkowo nieudanych przykładów poezji Iłłakowiczówny i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i, tuż przed maturą, trochę Szymborskiej, tak dla zachowania pozorów.
            Dla porównania: twórczość Wielkiego Wieszcza Mickiewicza wałkujemy przez co najmniej dwa miesiące. Wspaniały Prozator Który Wcale Nie Zmyślał Historii Sienkiewicz pojawia się i w gimnazjum, i w liceum – za każdym razem z gwiazdką. Cierpiący Po Śmierci Córki Kochanowski tak samo. Dzięki tym panom, a także i wielu innym, w głowie ucznia kreśli się obraz kobiety jako niewinnej, zagubionej w świecie duszyczki, najlepiej dziewicy, która wyczekuje na swojego księcia z bajki, albo też, o zgrozo, odsyła go z kwitkiem, przez co ten niszczy wszystko, co osiągnął (Wokulski…). Nie powinno więc zatem dziwić, że chłopcy w liceum śmieją się z feministek, nazywają je wariatkami, idiotkami, czarownicami, nie szanują swoich koleżanek z klasy, a jedyne, na co są w stanie się zdobyć, to przepuszczenie dziewczyny w drzwiach… No świetnie, utrwalajmy dalej te schematy spychające kobiety na gorszą pozycję. Dla ogólnej wiadomości: potrafię sama sobie otworzyć drzwi i nie rozumiem, dlaczego nie mogę czasem przepuścić w nich mężczyzny.
            Nawet był kiedyś taki temat na maturze: „Kobieta – anioł czy źródło cierpień?”. Na podstawie „Dziadów” części IV, oczywiście. Cóż… ja bym chciała być po prostu człowiekiem. Gorzej, że wśród szkolnych lektur nie znajdę przykładu na poparcie swojej tezy. A jak powszechnie wiadomo, argument bez przykładu nie istnieje. Trzeba więc pisać o tym aniele. Albo może o źródle cierpień. O tym drugim świadczą przecież problemy takich znamienitości, jak Gustaw, Werter czy Wokulski.
            Okej. Czyli polski uczeń kończy szkołę ze świadomością, że kobieta to źródło cierpień. Ale nie tylko. Ponieważ jednak coś tych biednych kobiet musi przeczytać, to utwierdza się w przekonaniu, że kobiety nie potrafią pisać. Albo i szerzej – w ogóle nic nie potrafią zrobić. Jedyna kobieta-naukowiec, o której mówi się w szkole, to Maria Skłodowska-Curie, którą zabił pierwiastek przez nią samą odkryty. A to gapa.
            Wracając do tematu: książki kobiet są zazwyczaj naiwne, nieciekawe, naciągane, powielają schematy ustanowione przez mężczyzn, grają na emocjach, prawią o wszystkim i o niczym, walczą na siłę. Kto chce się kłócić, niech najpierw przeczyta wspomniany wcześniej koszmar, „Granicę”. Ja wiem, po iluś tam latach pamięta się, że czegoś tam uczyło, o jakichś wartościach mówiło – ale to dlatego, że polonistka znalazła w tym bełkocie treść. Proszę przeczytać jeszcze raz, na świeżo. Albo chociaż spróbować.
            Ja sama dałam się na to nabrać i długo powtarzałam, że z własnej woli nigdy nie przeczytam żadnej książki napisanej przez kobietę. (Przynajmniej tej z wyższej półki, jakieś fantasy czy inne science fiction czytałam). Aż nagle trafiłam na Natalkę Śniadanko. I się okazało, że można.
            Problem słabych książek to nie jest wina kobiet, raczej tego, że przez stulecia nie mogły w ogóle tworzyć. Przez to pięknie nam się wykształciła twórczość męska, ale kobieca już nie bardzo. I, jako pisarka, trzeba się naprawdę starać, by nie wpadać w męski styl pisania – bo to będzie naciągane, nieprawdziwe, niezdatne do czytania. Trzeba szukać czegoś swojego – zupełnie od postaw, tak jak to robili mężczyźni wieki temu. Ciekawy przyczynek do dyskusji, nieprawdaż? Cóż, w szkole takiej nie uświadczymy – przynajmniej dopóki nie zaczniemy dostrzegać tej drugiej połowy ludzkości. A szkoda, bo wiele skarbów, takich jak Natalka Śniadanko, pozostaje nieodkrytych.
            I jeszcze jedno. Niedawno pisałam o Biblii. Że omawiamy, czytamy, zachwycamy się Bożą sprawiedliwością, uczymy się na pamięć przypowieści, bla, bla, bla. W Biblii są trzy księgi poświęcone kobietom – Księga Rut, Księga Estery, Księga Judyty. Jak dla mnie – najciekawsze w całym Piśmie Świętym. Ale polski uczeń o nich nie usłyszy, bo nie pokazują wielkości Boga, a wielkość człowieka. I to jakiego człowieka – kobiety!!!


W NASTĘPNYM WPISIE: Bądźmy chodzącą encyklopedią!

sobota, 19 stycznia 2019

WPIS#BONUS: W SPRAWIE ADAMOWICZA

            Rok temu o tej porze na lekcjach języka polskiego omawiałam opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego. Na początku cała klasa siedziała przygnębiona lekturą, niektórzy mieli łzy w oczach, trudno sobie było poradzić z ogromem zła i cierpienia tam opisanym. Z każdymi kolejnymi zajęciami emocje opadały. Bynajmniej nie dlatego, że rozmawialiśmy. Raczej to nauczycielka skutecznie zrobiła z nas zimnych, obojętnych na krzywdę ludzką wypełniaczy zadań. Dyktowała nam długie notatki, prawiące o tym, że narrator był subiektywny przy opisywaniu obozu i jednocześnie obiektywny przy przedstawianiu bohaterów, że wydarzenia przedstawiono w sposób kalejdoskopowy, że główny bohater był zniszczonym do cna antybohaterem – więcej na ten temat tutaj: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/10/wpis15-jak-polska-szkoa-traktuje-ofiary.html.
            W czasie omawiania tych opowiadań obejrzeliśmy też dwa filmy – „Cyngę” Jerzego Drewnowskiego i „Kornblumenblau” Leszka Wosiewicza. Na ekranie skrajnie wychudzeni więźniowie w pasiakach, krew, choroby, śmierć, druty kolczaste, bezwzględni strażnicy, beznadzieja Sybiru, strach, poniżenie, walka o przetrwanie, a po czterdziestu pięciu minutach dzwonek, idziemy na następną lekcję. W stanie wycieńczenia psychicznego, smutku, współczucia, bezsilnej złości przez następne godziny (a polski był pierwszy, więc tych godzin sporo się nazbierało) tworzyć dialogi po angielsku, rozwiązywać zadania z fizyki, uczyć się nowych praw na matematyce. I jeszcze nauczyciele mieli pretensje, że jesteśmy „jacyś nie w sosie”.
            Po wszystkich seansach i po przedyktowaniu niezmiernie koniecznych do życia we współczesnym świecie notatek nauczycielka zrobiła kartkówkę. „Co to jest kanada?”, „Kim był kapo?”, „Co się stało z Marią?”. Już nikogo nie dziwiła odpowiedź na to ostatnie pytanie. Słowa „została przerobiona na mydło” brzmiały zupełnie zwyczajnie. Żeby przetrwać przez następne lekcje musieliśmy się uodpornić. W końcu zaraz matura, trzeba się uczyć, nie można pójść do domu i spokojnie porozmyślać, nie można siąść wspólnie przy stole i porozmawiać, zrzucić z siebie te wszystkie okropne uczucia, nie można pójść do kogoś zaufanego i poprosić o wsparcie.
            Z kartkówki dostałam jedynkę, tak jak i wiele osób z mojej klasy. Nie wiem, czy pozostali po prostu nie przeczytali, czy też mieli dość szacunku do ofiar drugiej wojny światowej, by nie odpowiadać na pytania. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co się stało.
            To oswojenie zła zapamiętam na całe życie. Do końca życia zapamiętam tę frustrację, że chciałoby się spakować, wyjść i trzasnąć drzwiami. Tylko że to ja miałabym z tego powodu problemy, bo przecież nauczycielka tylko realizowała podstawę programową.
            Ten przydługi, niezwykle szczegółowy dokument, który wiąże nauczycielom ręce. Który mówi: teraz, ośle, powiedz uczniom to, a teraz, idioto, podyktuj to. Jakby ani nauczyciele, ani uczniowie nie mieli własnych umysłów. To też jest sposób na to, by w szkołach nie omawiano wydarzeń z życia codziennego – w końcu nie zapisano ich w podstawie programowej. Jedyna nadzieja w nauczycielach, że jednak coś wspomną, do czegoś nawiążą, czegoś uczniów nauczą.
            Ale im bliżej matury, tym mniej szans na mądrego nauczyciela. To przecież najważniejszy egzamin, przepustka na studia, nie ma czasu na głupoty, trzeba się spieszyć, nie można zmarnować żadnej lekcji. Dlatego też, kiedy zmarł Wajda, polonistka tylko wplotła jego nazwisko wraz z frazą „świętej pamięci” gdzieś między bohatera romantycznego a tematy maturalne. Dla porównania: gdy byłam w podstawówce, zmarła wielka poetka, noblistka, Polka – Wisława Szymborska. Polonistka poświęciła całą lekcję jej twórczości, każdy musiał się nauczyć jednego wiersza na pamięć, szkoła została obwieszona plakatami z jej podobizną i najważniejszymi utworami. W gimnazjum zaś zmarł Tadeusz Różewicz. Wydawałoby się, że dostanie co najmniej tyle, co Szymborska – a może nawet więcej, przecież uczyłam się we Wrocławiu, a on właśnie w tym mieście mieszkał. Ale nie. Tylko połowę lekcji polskiego nauczycielka przeznaczyła na zapoznanie się z jego twórczością.
            14 stycznia 2019 szkoła wreszcie otworzyła oczy. Zaczęto przeprowadzać lekcje 0 mowie nienawiści, w Internecie pojawiły się darmowe pomoce do nauczycieli i poradniki, jak w ogóle zabrać się do tematu. To jest przerażające, że dopiero taka tragedia, jak zabójstwo Pawła Adamowicza, przekonała szkołę, że czasem warto rozejrzeć się, co się dzieje w realnym świecie.
            Przykra jest jeszcze jedna rzecz. W jednym z liceów we Wrocławiu owszem, rozwieszono plakaty na temat mowy nienawiści. Tylko że nie powiedziano uczniom, z jakiego powodu. Bo szkoła, mimo że nie uczy zainteresowania rzeczywistością, nie pokazuje, jak korzystać z mediów, nie zachęca do śledzenia najnowszych wydarzeń, oczekuje, że uczniowie będą wiedzieć, co się dzieje. I jeszcze skojarzą morderstwo z mową nienawiści.

niedziela, 13 stycznia 2019

WPIS#28: DZIURY W PODSTAWIE PROGRAMOWEJ, CZYLI KTO ZA TO WSZYSTKO ODPOWIADA

            Siódme i ósme klasy przerabiają obecnie tyle materiału, ile wcześniej uczniowie gimnazjów. Żeby zdążyć w dwa lata, potrzebne były cięcia. A wiadomo, że łatwiej jest wyciąć coś na oślep, niż poświęcić trochę czasu na dokładne przeanalizowanie podstawy programowej i wyrzucenie z niej tego, co rzeczywiście nie jest istotne. To, że uczniowie nie rozumieją, czego się uczą, bo w podręcznikach mają tylko urywki informacji, nikogo nie obchodzi. Nikogo, tj. nikogo w Ministerstwie Edukacji, bo podejrzewam, że nauczyciele robią wszystko, by jednak przekazać całą wiedzę potrzebną do zrozumienia zagadnienia. Gorzej, że mają na to bardzo mało czasu, więc… i oni tną.
            Tak było już wtedy, gdy ja chodziłam do szkoły. Konkretnie do liceum. Konkretnie do drugiej klasy na profilu matematyczno-fizycznym. Wydawałoby się, że na rozszerzeniu z fizyki wszystkiego nauczymy się, jak należy, w końcu mieliśmy na to mnóstwo czasu: pięć godzin w tygodniu.
            Nie.
            W drugiej klasie przerobiliśmy niemalże cały materiał. To znaczy, materiał z drugiej I trzeciej klasy (na trzecią klasę został nam tylko jeden czy dwa działy, uporaliśmy się z tym w trochę ponad miesiąc). Po co się tak spieszyliśmy? Żeby zdążyć wszystko powtórzyć przed maturą.
            Kinematyka, dynamika, hydrostatyka, ruch obrotowy bryły sztywnej, termodynamika, grawitacja, magnetyzm, elektrostatyka, prąd, drgania i fale, optyka – wszystko w… 10 miesięcy. I to nie całych, bo trzeba odjąć wszystkie święta, ferie… Jak można się spodziewać, w trzeciej klasie nie było czego powtarzać, bo prawie nikt nie zdążył się niczego nauczyć w roku poprzednim (za nauczycielem nadążało może z 5 osób). Średnia klasy z matury: 30%... Tyle zresztą, co średnia kraju. Ciekawe, że to nie daje nikomu do myślenia.
            Ale wracając do tematu. Gdzie ta dziura w podstawie? Bo jest, musi być, bez dziury podstawa programowa w polskiej szkole nie byłaby sobą. Otóż szukać jej należy w najtrudniejszym temacie z całego kursu fizyki: elektromagnetyzmie. Bez żadnego wprowadzania, zupełnie znikąd, w podręczniku pojawiły się układy RLC. Gdyby nie nauczyciel, który poświęcił kilka lekcji (w końcu mieliśmy duuużo czasu, materiał prawie przerobiony) na objaśnienie nam, skąd to wszystko się wzięło. Tylko że… polski uczeń przyzwyczajony jest, że wszystko ma w podręczniku. W związku z tym, nie potrafi notować, skupić się na tym, co mówi nauczyciel, podążać za jego tokiem rozumowania. A że fizyk prowadził zajęcia trochę tak, jakby to był wykład na studiach, to niewiele wynikło z tego, że uzupełnił programową dziurę.
            Ta była największa, z jaką się spotkałam (to jest, której istnienie nauczyciel potwierdził). To nie znaczy, że Ministerstwo nie powycinało i innych szczegółów przy okazji kolejnych reform.
            Takie na przykład bryły wpisane w kulę. W podstawie programowej z matematyki ich nie ma, jednak na maturze mogą się pojawić, bo można je „podciągnąć” pod inne zagadnienia.
            Albo historia. Czyż nie łatwiej byłoby się uczyć jej szczegółowo (czyli na takim poziomie, na którym mamy ją znać po zakończeniu edukacji) od samego początku, tj. od czwartej klasy podstawówki i powoli przechodzić przez wszystkie epoki niejako ponad zmianami szkół? Przecież to, że idziemy do gimnazjum czy do liceum, nie znaczy, że nie pamiętamy już, co się działo na poprzednim etapie edukacyjnym. Nie trzeba wszystkiego zaczynać od początku, można spokojnie kontynuować. Zmniejszyłaby się dzięki temu liczba godzin poświęcana na omawianie tego samego, tylko z podaniem większej ilości szczegółów. To przecież irytujące, kiedy w podręczniku do podstawówki czytam, że tego i tego dowiem się za trzy lata, bo teraz nie ma na to czasu ani miejsca.
            To zresztą jest świetny tekst. „Szczegóły poznasz na wyższym etapie edukacyjnym”. Szczególnie frustrujące było to w pierwszej liceum. Jeśli coś mnie zaciekawiło na przykład, na lekcji biologii, to żeby zgłębić swoją wiedzę w tym temacie, musiałabym zmienić profil i zacząć rozszerzać biologię. Podobnie jak osoby z klas biologicznych nie miały okazji dowiedzieć się czegoś więcej na temat fascynującej fizyki atomowej. To się nazywa piękne zabijanie ciekawości.
            Mamy więc dziury wynikające z ciągłych reform edukacji i cięcia w podstawie programowej, mamy też takie, które się uzupełni w następnej klasie czy szkole. Dziury te są w przeważającej części nieszkodliwe: zagadnienie z fizyki, o którym pisałam wyżej, nie pojawia się na maturze, ponieważ twórcy matur doskonale zdają sobie sprawę z tego, że uczniowie go nie rozumieją. Wszystkie dziury z historii ostatecznie się załata. A problem rozszerzeń… cóż, zawsze można zmienić klasę.
            Są jednak dziury niewybaczalne. Na przykład – fizyka atomowa i jądrowa. Łącznie to ledwie jakieś 10 tematów w całym cyklu edukacji. Co z tego, że na tym opiera się współczesna nauka. Dla uczniów to będzie za trudne. A JA WŁAŚNIE DLA FIZYKI ATOMOWEJ NIE ZMIENIŁAM PO PIERWSZEJ LICEUM PROFILU. I co? I nic więcej, niż to, o czym była mowa w klasie pierwszej, się nie dowiedziałam. Bo po co.
            Druga dziura niewybaczalna – praktycznie nieomawianie czasów współczesnych. Czy to na historii, czy to na polskim, czy to na, o zgrozo, wiedzy o społeczeństwie. To w sumie logiczne – ciężko jest napisać podręcznik, w którym znalazłyby się problemy z ostatniego tygodnia. A odejść od podręczników też nie można, bo wtedy nauczyciel nie musiałby podawać tylko suchych, sprawdzonych przez Ministerstwo informacji, tylko mógłby przypadkiem chcieć nauczyć uczniów myśleć.
            Trzecia dziura niewybaczalna zasługuje na osobny wpis.



W NASTĘPNYM WPISIE: Kobieta to gorsza wersja mężczyzny, więc po co zaprzątać sobie głowę jej twórczością czy odkryciami?

niedziela, 6 stycznia 2019

WPIS#27: POSZATKOWANA HISTORIA POLSKI, CZYLI CO ZOSTAJE W GŁOWACH ABSOLWENTÓW

            Przeglądałam ostatnio portale społecznościowe i chyba powinnam przestać, bo to, co tam zobaczyłam, zmroziło mnie. Już pominę wszechobecny hejt, kto, z kim, kiedy i dlaczego pojechał na wakacje. To jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy Polacy chcą się podzielić swoją wiedzą, by poprzeć swoje argumenty. Niby w porządku, w końcu tego nas uczą na polskim: do każdej tezy co najmniej trzy argumenty z przykładami. Na wypracowaniu zazwyczaj muszą to być przykłady z lektury i może lepiej byłoby przy nich pozostać i w realnym życiu.
            Ja wiem, że program jest przeładowany. Że lekcji jest mało. Że czasem jednak coś w tej głowie zostaje, i ta głowa chce się tym koniecznie pochwalić. Tylko że potem okazuje się, że obraz historii ojczyzny w głowie Polaka wygląda mniej więcej tak:
            966 – chrzest Polski – zatem jesteśmy krajem katolickim!
            1410 – bitwa pod Grunwaldem – nie pamiętam, o co poszło, ale wygraliśmy, i to się liczy. Nie zawsze przegrywamy!
            1944 – powstanie warszawskie – może i przegraliśmy, ale jacy mężni byli nasi chłopcy!
            To jeszcze wygląda niegroźnie. Ale jeśli głowa Polaka przypadkiem pamięta, że kiedyś zdarzyło się coś, co kryje się pod hasłem „Wołyń”, to nagle można krzyczeć, że Ukraińcy zaraz zrobią nam drugi Wołyń. Więc nie wolno ich zatrudniać, nie wolno im ułatwiać życia, nie wolno wprowadzać do biletomatów języka ukraińskiego. Podobnie jest i z innymi imigrantami – zaraz zrobią nam krzywdę, bo przecież w XVII wieku…
            To teraz nie ma większego znaczenia, co kto zrobił w którym wieku. Liczy się, co robimy my, dzisiaj, jutro, za miesiąc. Oczywiście, nie można się odciąć od historii. Ale tym bardziej nie można zamknąć oczu na przyszłość.
            W szkole uczą historii w dość zabawny sposób. Za moich czasów było tak:
Historia:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś przed pierwszą wojną światową. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od prehistorii i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś przed pierwszą wojną światową. Pierwsza liceum – zaczynamy od początku XX wieku i idziemy po kolei aż do końca tegoż wieku. Druga i/lub trzecia liceum – historia zmienia się w historię i społeczeństwo i zaczyna się prawdziwy kabaret. Musimy przerobić cztery podręczniki, z czego każdy zaczyna się w prehistorii lub starożytności, a kończy na czasach współczesnych.
Wnioski. Sześć razy przeszliśmy od prehistorii do XX wieku, raz bardzo dokładnie omówiliśmy cały XX wiek, w ostatnich dwóch latach nauki maksymalnie cztery razy do tego XX wieku wróciliśmy, przyjrzeliśmy się jeszcze bliżej wybranym zagadnieniom. Ale to jeszcze nie koniec.
Polski:
Podstawówka – w czwartej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w szóstej jakoś po drugiej wojnie światowej. Gimnazjum – w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej. Liceum - w pierwszej klasie zaczynamy od starożytności i idziemy po kolei przez wszystkie epoki. Kończymy w trzeciej jakoś po drugiej wojnie światowej.
Wnioski: trzy razy omawiamy dokładnie to samo, czasem pojawiają się wręcz te same lektury („Iliada”, „Odyseja”, Biblia, „Dziadów” cz. II, wiersze z dwudziestolecia międzywojennego i późniejsze). Tak, tak, dwa czy trzy razy analizujemy te same teksty. No i znowu, jak na historii, idziemy utartym szlakiem, od początków cywilizacji do dziś. Przy czym to „dziś” oznacza mniej więcej koniec lat 90. XX wieku. Od tego czasu minęło już 20 lat. Ale rozumiem, że nic się przez te dwie dekady nie wydarzyło i można spokojnie olać te wszystkie wiersze, książki, filmy na rzecz Mickiewicza, Przerwy-Tetmajera i Wajdy. Nie twierdzę, że oni nie byli wspaniałymi twórcami. Tylko że młody człowiek obraca się raczej w kręgu dzieł jemu współczesnych. I nie wie, jak je zinterpretować, bo w szkole uczą go o sonetach, trzynastozgłoskowcach i metaforach, a on ma przed oczami wiersz bardzo polityczny, nawiązujący do obecnej sytuacji w kraju. I co teraz?
Z pomocą przychodzi wiedza o społeczeństwie. Dwa lata w gimnazjum, rok w liceum. Z tego liceum to pamiętam tyle, że na sprawdzianach ściągałam, z gimnazjum jeszcze mniej. No ale spróbujmy.
Na pewno było coś o sądach i administracji, coś o pracy Unii Europejskiej, coś o prawach i obowiązkach obywatela, coś o władzy w Polsce od ’89 roku, w ogóle co nieco o 1989 było.
Okej, wystarczy. W całym cyklu edukacyjnym kilka razy powtarzamy, czasem przeczytamy coś jeszcze raz, czasem pouczymy się co nieco o współczesnym świecie.
To teraz pytanie. Jakim cudem Polacy dają się nabrać na 100-lecie odzyskania niepodległości? Przecież w szkole uczą się wszystkiego, co trzeba: że były zabory, że w 1918, trochę przypadkiem, ale jednak, odzyskaliśmy niepodległość, po to, by po drugiej wojnie światowej utracić ją na rzecz ZSRR i ostatecznie, w 1989, tym razem już własnymi siłami, odzyskać ją znowu. To co? Ta niepodległość z 1989 jest nieprawdziwa? Trwa już dłużej niż tamta z 1918. Ja wiem, 30-lecie brzmi mniej dumnie niż 100-lecie, ale tu chyba nie powinno chodzić o dumę, a o prawdę. Prawda jest taka, że nasz niepodległy kraj w czerwcu będzie obchodził 30 urodziny.
To brzmi strasznie skomplikowanie. W 1989 jako pierwsi oswobodziliśmy się spod władzy komunistów, to prawda, ale tak na serio to niepodległość odzyskaliśmy w 1918. Czyli czym były te lata 1945-1989? Przerwą w niepodległości? Bo wolnością na pewno nie.
Współczuję wszelkim cudzoziemcom, którzy chcieliby zgłębić historię Polski. Uczniom też, ale w ich przypadku sprawa jest prosta. Wystarczy pamiętać, że jako naród jesteśmy męczennikami, największy z twórców to Mickiewicz, po nim nikogo takiego już nie było, dlatego i nie ma sensu pochylać się nad historią najnowszą. Lepiej skupić się na zaborach i rozpamiętywaniu, jak to nam źle było. Za komuny też nie było kolorowo, ale o tym porozmawiajcie z babciami i dziadkami, może oni coś jeszcze pamiętają. Bo żaden Mickiewicz nic na ten temat nie napisał, a przynajmniej tak twierdzi podstawa programowa.



W NASTĘPNYM WPISIE: Dziury w podstawie programowej, czyli kto za to wszystko odpowiada?