niedziela, 25 listopada 2018

WPIS#BONUS: TEMAT JAK Z HORRORU - PROTEST NAUCZYCIELI UDERZA W UCZNIÓW


            Temat z ostatniej chwili, czyli protesty nauczycieli w sprawie podwyżek. Wygląda to tak, jakby zobaczyli oni, że patrzcie, można, policjantom się udało, więc i nauczycielom zachciało się strajkować. Na razie trwają przygotowania, obmyślanie strategii. Szczególnie jedna z nich warta jest przyjrzenia się z bliska.
            Jest to mianowicie odmówienie sprawdzania egzaminów (próbnych lub tych prawdziwych) albo niestawienie się do pilnowania uczniów w czasie pisania tychże. Niezależnie od tego, która z opcji zostałaby przeprowadzona, najbardziej ucierpią uczniowie. Dlaczego?
1)    odmówienie sprawdzania próbnych egzaminów
To jest czas dla uczniów, żeby sprawdzili się, czego jeszcze nie potrafią, nad czym jeszcze powinni popracować, co jest ich mocną stroną, co słabszą, jakie mniej więcej wyniki osiągają. Teoretycznie nie powinno się za to stawiać stopni, więc jest to test bez żadnych konsekwencji. Po prostu: oglądamy, jak wygląda egzamin, uczymy się planować swój czas i rozwiązywać typowe zadania egzaminacyjne, oswajamy się ze stresem i wszelkimi procedurami. Mamy jeszcze mnóstwo czasu, żeby popracować nad błędami, powtórzyć to, czego nie pamiętamy, douczyć się. Jeśli nauczyciele będą zwlekać ze sprawdzaniem tych testów, czas się skurczy. Jak dobrze wiemy z przypadku protestu rodziców osób z niepełnosprawnościami, na reakcję rządu można czekać tygodniami. Ósmoklasiści, gimnazjaliści i maturzyści tych tygodni nie mają.
W tym roku problem jest jeszcze poważniejszy. Absolwenci ósmej klasy podstawówki i trzeciej klasy gimnazjum spotkają się w liceum. Szczególnie istotne jest więc dobre przygotowanie się do egzaminów. Jeśli nauczyciele nie współpracują, jest to niemal niemożliwe. Biorąc pod uwagę fakt, że pracownicy szkół nie palili się zbytnio do protestowania, gdy projekt likwidacji gimnazjów był tylko projektem (otrzymałam informację, że w Warszawie strajkowało 20 tys. nauczycieli. W mieście liczącym prawie dwa miliony mieszkańców jest to rzeczywiście oszałamiająca i zdolna cokolwiek osiągnąć liczba), teraz powinni wziąć odpowiedzialność za wcześniejszą opieszałość i starać się jak tylko można pomóc pokrzywdzonym rocznikom. Walka o własne zarobki w tę pomoc się nie wlicza.
2)    odmówienie sprawdzania prawdziwych egzaminów
Wydawałoby się, że tutaj sprawa jest oczywista. Każdy podchodzący do egzaminu uczeń pisze ze świadomością, kiedy otrzyma wyniki. Ponieważ decydują one o tym, do jakiej szkoły się dostanie, chciałby je poznać jak najszybciej. Już zwyczajowy termin wyników woła o pomstę do nieba – trzeba czekać średnio dwa miesiące. Jeśli nauczyciele postanowiliby strajkować w ten sposób, jeszcze by sprawę opóźnili.
Doskonale pamiętam, co to znaczy czekać na wyniki matur. Przeżywałam to ledwo kilka miesięcy temu. W skrócie wyglądało to tak: wrzesień 2017-marzec 2018: stres, bo w tym roku matura; marzec 2018-kwiecień 2018: stres, bo nie zdałam ostatniej próbnej matury z polskiego; majówka 2018: stres, bo za kilka dni matura; maj 2018: stres, bo matura; czerwiec 2018: stres, bo czekam na wyniki; lipiec 2018: stres, bo czekam na wyniki rekrutacji. Gdyby się okazało, że akurat w tym czasie nauczycielom przypomniało się, że zarabiają stanowczo za mało, jak na złożoność wykonywanej pracy (co oczywiście jest prawdą), stresu byłoby jeszcze więcej. A ten, jak wiadomo, nie wpływa najlepiej na ogólny stan zdrowia…
W tym roku będzie jeszcze gorzej, bo, znowu, mamy podwójny rocznik kandydatów do liceów. Z jakiego powodu ci uczniowie mają jeszcze bardziej cierpieć? Nie wystarczy, że mają znacznie więcej nauki, niż chociażby ja, ledwo cztery czy pięć lat starsza od nich? Nie wystarczy, że, pomimo dobrych czy nawet najlepszych stopni, nie mają gwarancji na dostanie się do wymarzonej szkoły? Nie wystarczy, że są przemęczeni, przygnieceni ilością materiału do opanowania w niemożliwie krótkim czasie i traktowani jak gorszy sort przez rządzących (ciągle przecież twierdzących, że przepełnienia w szkołach nie będzie)? Naprawdę trzeba im jeszcze dokładać zmartwień? Ja rozumiem, że rząd może nie widzieć problemu, w końcu nie mają styczności na co dzień ani z rocznikiem 2003, ani z rocznikiem 2004, ani z rocznikiem 2005 (co z oczu, to z serca…), ale jako nauczycielka wstydziłabym się tym uczniom spojrzeć w oczy. Bo jeśli nic nie zrobiłam dwa lata temu, by uchronić ich przed tym koszmarem, to teraz nie mam prawa zostawiać ich w kluczowym momencie. Nie mam prawa odwracać się od nich plecami, udawać, że problemu nie ma, że ten rok jest taki, jak każdy inny.
3)    niestawienie się do pilnowania uczniów w czasie pisania egzaminów
Nie ma nauczycieli pilnujących=nie ma egzaminów. Z tego, co napisałam wyżej, chyba jasno wynika, dlaczego pomysł jest nie do przyjęcia.
4)    parę słów na koniec
Protestować można było dwa lata temu. Wtedy i miejsce na podwyżkę zarobków by się znalazło. Ale teraz? Tylko dlatego, że policjantom się udało? Śmierdzi to gówniarzerią i ślepym naśladowaniem innych. Rozumiem problem nauczycieli, sama chcę zostać nauczycielką i chciałabym za moją ciężką pracę dostawać uczciwy zarobek. Z jakiegoś powodu sytuacja pedagogów zmieniła się drastycznie w ciągu ostatnich stu lat od bycia poważanym na rynku pracy do bycia wyśmiewanym i traktowanym po macoszemu. Z jakiegoś powodu tak, jak sto lat temu nauczycielami zostawali najlepsi, tak teraz zostają najgorsi (przepraszam za duże uproszczenie). Z jakiegoś powodu edukowanie narodu powierzono osobom do tego niewykwalifikowanym, nie marzącym o niesieniu kaganka oświaty, a w dodatku sfrustrowanym z powodu niskich zarobków. Powód ten jest dla mnie niepojęty i zdaję sobie sprawę z tego, że należy wrócić do sytuacji sprzed stu lat (tylko w zakresie traktowania nauczycieli, oczywiście!), ale, jeśli już chcemy coś zmieniać, walczyć o swoje, to musimy mieć też wyczucie czasu i miejsca. Teraz czasu na strajkowanie nie ma.



WPIS#21: MAŁY SKOK W PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI NA STUDIACH

           Zanim będziemy skakać, przyjrzyjmy się jeszcze uczniowi polskiej szkoły. Otóż wraca on biedny, zmęczony, po siedmiu czy ośmiu lekcjach do domu. Ma, powiedzmy, piętnaście lat. Wydawałoby się, że powinien biegać po boisku/grać na komputerze/spotykać się ze znajomymi/uprawiać inny sport/rozwijać pasje/czytać/odpoczywać/inne. Co robi? Odrabia zadania domowe.
            Największym grzechem polskiej szkoły, jeśli chodzi o wyposażenie młodego człowieka w umiejętności, a nie wiedzę, jest to, że go nie wyposaża w żadne umiejętności. Tylko w wiedzę. A umiejętność współpracy by się na przykład przy zadaniach domowych przydała.
            Nie chodzi mi oczywiście o ściąganie. Co to, to nie, umówiliśmy się przecież, że zadania domowe są ważne. Chodzi o burzę mózgów, wspólne dochodzenie do wniosków i odpowiedzi na pytania, dyskusji.
            Przykład z życia wzięty. Chodziłam w liceum do klasy matematyczno-fizycznej, ale dość szybko okazało się, że z matematyką jest mi nie po drodze. To znaczy, umiem rozwiązać zadanie, jeśli rozwiązywałam wcześniej podobne, ale popełniam po drodze mnóstwo błędów rachunkowych. Kiedy widziałam, że moja odpowiedź absolutnie nie zgadza się z tym, co napisano w kluczu odpowiedzi, pisałam do mojej koleżanki. Ona sprawdzała mi moje bazgroły i znajdowała wszystkie błędy. Podobnie było, gdy za nic nie wiedziałam, jak ruszyć jakieś zadanie – razem analizowałyśmy jego treść, zastanawiałyśmy się, co by tu zrobić, i wreszcie dochodziłyśmy do rozwiązania. Czasem dołączały się do nas i inne koleżanki, wtedy wszystko szło znacznie szybciej. A ja w zamian tłumaczyłam im fizykę, sprawdzałam wypracowania na polski, tłumaczyłam słówka na angielski – w skrócie, pomagałam im, jak mogłam. W końcu chyba od tego jest Internet, Messenger i inne komunikatory, żeby się ze sobą porozumiewać, prawda? W razie potrzeby można błyskawicznie stworzyć konferencję na kilka osób i wspólnymi siłami rozwiązać problem.
            Tylko że taka wzajemna pomoc zaczęła się dopiero w liceum i to tylko dlatego, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Współpraca właściwie nie wychodziła poza naszą hermetyczną grupkę. A szkoda, bo w klasie były i inne osoby, które na pewno z chęcią pomogły by nam i otrzymały od nas pomoc. Właśnie dlatego potrzebny jest nauczyciel. Żeby powiedział: słuchajcie, pomagajcie sobie nawzajem. Pokazał, jak prowadzić kogoś do rozwiązania, nie rozwiązując zadania za niego. Zaproponował, jak wykorzystać nowoczesne technologie do wspólnej nauki. Nauczył nas dyskutować, rozmawiać, dochodzić do porozumienia.
            Żaden tego nie zrobił. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu, własnymi siłami – albo skończyć z miernymi ocenami i takąż wiedzą.
            A potem poszłam na studia. I nagle się okazało, że można pracować wspólnie.
            Ale zacznijmy od początku. Jako że jestem na studiach językowych, dużo czasu poświęca się praktycznej nauce języka. I nie, nie jest to tylko wkuwanie list słówek i rozwiązywanie zadań z gramatyki.
            Zadania rozwiązujemy, a i owszem, w domu. Potem idziemy na zajęcia, w sali mamy krzesełka z pulpitami, żeby łatwiej było nimi operować, siadamy w grupach i analizujemy. Szukamy przykładów, z którymi więcej osób miała problem, zgłaszamy się z nimi do prowadzącego. Jeśli tylko jedna osoba czegoś nie rozumie – staramy się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafimy. To ma dwa plusy. Raz – ta druga osoba już wie, w czym rzecz, następnym razem poradzi sobie z podobnym zadaniem. Dwa – sami jesteśmy dumni, że potrafimy w obcym języku wyjaśnić złożoności, dajmy na to, gramatyki angielskiej. Bawimy się w nauczycielami, którymi w przyszłości możemy zostać. Uczymy się polegać na innych. Uczymy się zadawać pytania, jakkolwiek głupie by nie były. W końcu łatwiej jest spytać rówieśnika niż prowadzącego.
            Tłumaczymy sobie nawzajem, a więc i mówimy, mamy ciągle kontakt z językiem. Przy okazji poznajemy się, bo, wiadomo, najlepiej rozmawia się w czasie zajęć, a prowadzącego interesuje raczej, w jakim języku mówimy, niż o czym.
            Mamy też dyskusje. Siadamy w kręgu, tak, że każdy widzi każdego, i rozmawiamy. Tydzień wcześniej dostajemy temat, więc można sobie przygotować listę argumentów, trudniejsze słówka, można z tego korzystać już na zajęciach. A jeśli używamy słówek, to je zapamiętujemy, więc poszerzamy słownictwo bez żadnych kartkówek i sprawdzania postępów.
            Mamy wreszcie fonetykę. Przez całe zajęcia siedzimy ze słuchawkami na uszach, słuchamy słów, zdań, całych tekstów wypowiadanych przez native speakerów, i powtarzamy, powtarzamy, powtarzamy. Jeśli zaś mamy do przerobienia jakiś dialog, to prowadząca łączy nas w pary, żebyśmy i między sobą mogli poćwiczyć. Z takim podejściem to w dwanaście szkolnych lat angielskiego można by się trzy razy nauczyć. Albo angielskiego i dwóch innych języków – niemalże do perfekcji.


W NASTĘPNYM WPISIE: Dlaczego szkoła uczy nie tego, co powinna, czyli jak polski uczeń ma się odnaleźć w świecie XXI wieku?

poniedziałek, 19 listopada 2018

WPIS#20: POLSKI UCZEŃ-SAMOTNIK

            Polski uczeń dostaje całą litanię zadań domowych. To jest oczywiste. Wystarczy spojrzeć na plan i podstawę programową. Kiedy przedmiotów w tygodniu jest piętnaście, każdy oczywiście, z punktu widzenia nauczyciela go prowadzącego, równie ważny, a podstawa programowa pęka w szwach, nie sposób zdążyć ze wszystkim w szkole. Uczeń musi pracować w domu. I bardzo dobrze, zadania domowe są ważne, z tym trudno się nie zgodzić. Uczą samodzielnej pracy, szukania w źródłach, motywują do systematycznej nauki, bezboleśnie utrwalają materiał poznany na lekcji – ale gdy są mądrze zadane. Bo najczęściej to wygląda tak, że trzeba zrobić kilka stron w zeszycie ćwiczeń, kilka zadań z matematyki, przeczytać coś na angielski, napisać coś na polski. Na razie to jeszcze wygląda w porządku, prawda?
            Ale to, co jest w zeszytach ćwiczeń, często nijak się ma do treści zamieszczonych w podręcznikach. Bez szerszej wiedzy, pomocy mamy, taty, babci, dziadka, wujka, sąsiadki czy innego eksperta nie sposób odpowiedzieć na wszystkie zadania. A gdy ta solidna grupa wsparcia nie pomoże, sięga się po Internet. Wszyscy mają problem z tymi samymi pytaniami, więc bez problemu na ściąga.pl czy bryku znajdzie się odpowiedź. Nieważne, czy prawidłowa, ważne, że w ogóle jest, bo nauczyciel pracy domowej i tak nie sprawdzi. Tak, tak. Zadaje się dużo, przechodzi po klasie, żeby sprawdzić mniej więcej, kto zrobił, a kto nie, i przechodzi się do tematu lekcji, bo inaczej nie zdąży się z materiałem. Czyli, o zgrozo, nauczyciel na lekcji nie zdąża wszystkiego przerobić z powodu podstawy programowej, więc zadaje nadwyżkę do domu, uczniowie odrabiają zadania na odwal się, bo i tak nie zostaną sprawdzone z powodu podstawy programowej. No pięknie.
            Jeszcze ciekawiej robi się przy matematyce. Tak jak klasy matematyczne mają mnóstwo czasu na przerobienie wszystkich zadań, tych łatwych i tych trudnych, tak w klasach humanistycznych czy przyrodniczych czasu nie ma. Trzy czy cztery godziny matematyki w tygodniu to norma – w liceum, przed maturą! A że godzina lekcyjna ma tylko czterdzieści pięć minut, to nauczyciel zwykle daje radę tylko wprowadzić nowe wzory, pokazać, jak rozwiązuje się przykładowe zadania, i dzwoni dzwonek. Nawet jeśli uczniowie samodzielnie coś policzą, to są to najprostsze ćwiczenia. Trudniejsze zadaje się do domu, najtrudniejsze zostają zupełnie nie ruszone. Nie dziwne więc, że u uczniów szybko pojawia się frustracja, w końcu co z tego, że są w stanie rozwiązać podstawowe zadania, skoro na sprawdzianie będą te ze średniej półki, a na maturze – z najwyższej?
            Jeśli zaś chodzi o angielski, to przede wszystkim należy wypełnić rubryczki odpowiednimi słowami czy pozaznaczać odpowiedzi w zadaniach testowych. Nawet nie trzeba czytać tekstu, bo kluczowe fragmenty często są wytłuszczone, wystarczy przebiec wzrokiem i wyłapać słowa-klucze. Nie uczy to właściwie niczego, zwłaszcza, że mało który uczeń przy okazji zapoznaje się z trudnymi słówkami. Bo poszerzanie słownictwa w przypadku nauki języków obcych nie jest istotne, najważniejsze jest zaliczenie kartkówki ze słówek, a to nie to samo. Na kartkówce ze słówek dostaje się listę słów do przetłumaczenia, bez żadnego kontekstu, a poszerzanie słownictwa opiera się na nauce wykorzystania nowej leksyki w praktyce. Na to w szkole nie ma miejsca, na maturze przecież będą głównie zadania zamknięte, grunt to rozumieć mniej więcej, o co chodzi, i na to 30% się zda. To, że potem z cudzoziemcem się nie dogadamy, to już inna sprawa, zresztą, nie tylko maturzyści mają z mówieniem po angielsku problem. A skoro nie tylko oni, to znaczy, że tak po prostu jest, i nic się nie da z tym zrobić. Trzeba zdać maturę i zapomnieć o angielskim, na co komu angielski w pięknej Polsce… Tylko tych dwunastu lat nauki trochę szkoda, no ale przecież traci się je nie tylko na ten angielski.
            Traci się też na polski. Bo co z tego, że zadanie domowe jest: Odpowiedz pisemnie na pytania/Napisz streszczenie tekstu/Scharakteryzuj głównego bohatera powieści, skoro a) pisać składnie, poprawnie gramatycznie i ortograficznie i tak Polacy nie umieją i b) te zadania nie uczą wyrażania własnej opinii na dany temat? Nie lepiej byłoby skutecznie zachęcić młodych do czytania, bo nie dość, że poszerzą własne horyzonty, to jeszcze przy okazji nauczą się ortografii i interpunkcji? Nie, lepiej czytać wciąż te same lektury i wciąż odpowiadać na pytanie „Co autor miał na myśli?”, przy czym odpowiedź ta musi oczywiście pasować do klucza. Lepiej jest rysować jakieś wykresy zdania i inne drzewka decyzyjne, wypisywać cechy takiego to a takiego bohatera, zachwycać się, jak to pięknie Sienkiewicz opisywał przyrodę i pisać „z tąd” albo i „z tam tąd” na Twitterze.




W NASTĘPNYM WPISIE: Mały skok w przyszłość, czyli jak to się robi na studiach?

poniedziałek, 12 listopada 2018

WPIS#19: O OCENIANIU NA WUEFIE, CZYLI DLACZEGO POLSKIE DZIECI NIE LUBIĄ ĆWICZYĆ?

            Między lekcją matematyki i języka polskiego, na dusznej, ze szczelnie zamkniętymi oknami sali gimnastycznej czterdziestoletni wuefista ocenia nastolatki. Czy dobrze odbija piłkę, jak szybko przebiegnie sto metrów, ile wykona skoków na skakance w minutę, jak bardzo się podlizuje, jak wiele ciała pokazuje. W podstawówce jeszcze jest powiedziane: koszulka ma być biała, spodenki czarne i zakrywające więcej niż tylko pośladki. W liceum nikogo już nie obchodzi, kto jak się ubierze, ważne jest, że uczniowie w ogóle ćwiczą. Bo ilość testów sprawnościowych, zaliczeń rzutów do kosza, dwutaktu, brzuszków, biegów i czego tam jeszcze skutecznie odstrasza, zniechęca do sportu.
            W moim liceum było fajnie. Nieprzygotowań miało się nieograniczoną ilość, tyle tylko, że im więcej się ich zużyło, tym niższą miało się ocenę na koniec roku. Dzięki temu dziewczyna zwijająca się z bólu z powodu okresu nie musiała się tłumaczyć, dlaczego nie ćwiczy przez kilka dni w miesiącu – a wiadomo, że w trakcie miesiączki ze sportem należy uważać, trzeba się oszczędzać. Oczywiście, idealnie byłoby, gdyby wuefista na ten czas miał przygotowany zestaw łatwiejszych ćwiczeń. Ale cóż, dwadzieścia osób na sali, wszyscy chcą grać, piłki latają w tę i we w tę, spokojnie rozciągać się gdzieś na boku właściwie się nie da, nie ma gdzie. Dobrze już, niech dziewczyna nie ćwiczy w ogóle, zawsze to jakieś wyjście. Przynajmniej w następnym tygodniu przyjdzie i z uśmiechem na twarzy będzie ćwiczyć, bo nikt jej nie zmuszał, by ćwiczyła, gdy brzuch boli.
            Takie podejście nie zdarza się często. Zazwyczaj, jak i na innych przedmiotach, ma się zaledwie dwa nieprzygotowania do wykorzystania (na średnio trzy wuefy w tygodniu) i coś takiego jak niedyspozycja nie istnieje. Dopiero, gdy dziewczyna ze łzami w oczach wyduka, że dzisiaj nie da rady, wuefista może łaskawie pozwoli jej posiedzieć na ławce. Wszystko zależy od nauczyciela, od jego wyrozumiałości. I, co ciekawe, to mężczyźni częściej godzą się, by uczennice nie ćwiczyły niż kobiety. A wydawałoby się, że powinno działać coś takiego, jak kobieca solidarność…
            W moim liceum było fajnie – do czasu. Bo jednak „z czegoś ocenę końcową trzeba wystawić”. I nie wystarczy to, że oceniało się nas za systematyczność i zaangażowanie na zajęciach. Co to, to nie, trzeba było przeprowadzić sprawdzian. Niezależnie od tego, z czego był, sprawa zawsze przedstawiała się tak: dzisiaj ćwiczymy, na następnych zajęciach zaliczenie. Nikogo nie interesowało, czy ktoś ma kondycję, żeby przebiec te kilkaset metrów i zasłużyć na przyzwoitą oceną, czy nie. Ci, którzy coś trenowali, biegali dla własnej przyjemności, uzyskiwali najlepsze wyniki, pozostali ledwo łapali się w wyśrubowanej normie. Bo to nie jest tak, że nauczyciel ocenia na tle klasy; on ma wydrukowane tabelki, przygotowane przez nie wiadomo kogo, gdzie jest powiedziane, że na dwóję tyle, na tróję tyle, i tak dalej, i tego się kurczowo trzyma. Bo osoba w twoim wieku powinna co najmniej sto razy skoczyć na skakance w ciągu minuty, a ty przeskoczyłaś ledwie 80, więc zapraszam na poprawę na konsultacje. I nie ma, że boli, trzeba poświęcić swój prywatny czas w domu (którego i tak jest mało ze względu na zadania domowe z innych przedmiotów i naukę do sprawdzianów), wykosztować się na kupno sprzętu i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Ponieważ w szkole jest czas tylko na ocenienie postępów.
            Przy tym co roku są organizowane kampanie w stylu „Sport to zdrowie”, jakieś dni sportu, konkursy (znowu konkursy! w szkole wszystko opiera się na konkursach!). A ja głupia myślałam, że w sporcie chodzi o dobrą zabawę, o zadbanie o siebie, o rozwijanie umiejętności społecznych – bo przecież w grach zespołowych to współpraca, a nie rywalizacja, jest najważniejsza. Ale nad współpracą się nie pracuje, bo polski uczeń z założenia ma sam harować na swój sukces, ma sam wydzierać, kawałek po kawałku, wiedzę i, broń Boże, z nikim się nią nie dzielić. A po ostatecznym zwycięstwie ma sam świętować, bo na dyplomie łatwiej wpisać jedno nazwisko niż dwadzieścia…




W NASTĘPNYM WPISIE: Polski uczeń-samotnik.

poniedziałek, 5 listopada 2018

WPIS#18: O NAJWAŻNIEJSZEJ NA ŚWIECIE MATURZE USTNEJ Z POLSKIEGO

            Matura ustna z polskiego straszy co najmniej od pierwszej klasy liceum, zwłaszcza w klasach niehumanistycznych. Bo egzamin ustny jest jeden dla wszystkich, nie można wybrać poziomu, więc wiadomo, że ci, co rozszerzają język polski, będą mieli łatwiej. Ale czy aby na pewno?
            Poloniści mówią, że tak, oczywiście, bo uczniowie-humaniści mają więcej lektur to przeczytania, a więc i więcej przykładów to poparcia swoich tez. Bo na egzaminach w Polsce rzadko kiedy można wykorzystać sytuacje z życia wzięte, przecież egzystencję znacznie lepiej opisali XIX-wieczni pisarze, Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Prus… I ci z początku, ale TYLKO z początku XX wieku, jak Wyspiański czy Gombrowicz. Po II wojnie światowej nastąpiła czarna dziura i nikt już nic mądrego nie napisał, co najwyżej jakiś wiersz do przeczytania przy okazji. Stachura nigdy nie istniał, o Lemie nikt nie słyszał, Tokarczuk nie dostała Bookera… Szymborska dostała Nobla, więc poświęci się jej lekcję czy dwie, więcej nie potrzeba. Miłosza kilka wierszy też się przeczyta, ale raczej jako uzupełnienie, pokazanie dialogu między twórcami.
            Tak to wygląda w klasach niehumanistycznych, których, statystycznie rzecz biorąc, od klas humanistycznych jest co najmniej dwa razy więcej. Zatem co najmniej dwie trzecie maturzystów wychodzi ze szkoły, nie znając twórczości ostatniego półwiecza.
            Ale nie o tym była mowa. Mowa była o potworze-maturze. Ten ustny polski jest tak straszny, że trzeba się do niego przygotowywać całe trzy lata. I bardzo dobrze, w końcu umiejętność tworzenia ustnej wypowiedzi jest dość istotna, nieprawdaż? Gorzej, że kosztem tego właściwie nie ćwiczy się pisania. I to już nie tylko wypracowań, ale nawet najprostszego zdania licealiści nie potrafią stworzyć. A potem idą sobie w świat… Czasem, czytając komentarze w Internecie, zastanawiam się, czy ktokolwiek rozumie, co autor miał na myśli. Podobnie muszą się czuć egzaminatorzy w czasie czytania matur.
            I żeby nie było, tego mówienia też się w szkole nauczyć nie sposób, przynajmniej nie po polsku. Na angielskim jest fajnie – nie dość, że grupa zazwyczaj mniejsza niż cała klasa, to jeszcze równolegle rozwija się wszystkie umiejętności językowe, więc i słów nie brakuje, i pisać się umie, wie się, jak powinna wyglądać spójna, logiczna wypowiedź. A jak już trzeba ją ustnie zaprezentować nauczycielowi, to robi się to w cztery oczy, po cichu, w czasie, gdy reszta grupy pracuje nad innymi zadaniami. Jeden stres, że wszyscy naokoło słuchają, mniej.
            A na polskim? Na polskim trzeba wypowiedzieć się przed całą, nierzadko trzydziestoosobową klasą. Oczywiście, ważna jest umiejętność występowania przed publicznością, ale tutaj żadnego zaplecza, żadnego przygotowania do tego nie ma. Bo w liceum nie pisze się wypracowań, a rozprawka licealna to zupełnie coś innego, niż gimnazjalna czy podstawówkowa, więc nawet się nie wie, jak ta wypowiedź powinna wyglądać.
            Więc na polskim nie wiadomo, jak dokładnie stworzyć swoją wypowiedź (i to nie tylko ustną, pisemną też), wiadomo za to, jaki będzie temat. O, tak, tak. To wcale nie jest tak, że się losuje i nie wiadomo, na co padnie, że to rosyjska ruletka. Co to, to nie. Wiadomo, że temat będzie taki, żeby abiturient odniósł się do „Dziadów”, „Wesela” albo „Lalki”. Wszystko sprowadza się do tych trzech lektur. W końcu podstawa programowa została napisana w oparciu o te trzy książki. Jakby innych na świecie nie było…
            Całe trzy lata to jeden wielki stres, bo będzie matura ustna z polskiego, nie będzie można lać wody, jak na części pisemnej, trzeba będzie wszystko bardzo dokładnie uzasadnić, podać konkretne przykłady, potem jeszcze odpowiedzieć na pytania komisji… No i w ogóle to przed wystąpieniem napisać konspekt wypowiedzi w piętnaście minut, nie można stracić głowy, trzeba napisać tak, żeby przez dziesięć minut móc mówić bez zastanawiania się, a temat wylosowało się dopiero co… No nie zdam, nie ma szans.
            A szanse są właściwie stuprocentowe, bo, tak jak wszystko inne w polskiej edukacji, tak i matura ustna z polskiego kuleje. Wystarczy pamiętać, że „Dziady” to mesjanizm i prometeizm, „Wesele” to zderzenie dwóch warstw społecznych, a „Lalka” wcale nie opowiada o miłości. Do tego wykuć na blachę jakiś cytat i będzie dobrze.
            Dobrze? No nie dobrze. Bo mimo, że maturę ustną się zdało, to wcale nie znaczy, że cokolwiek wie się o świecie, że cokolwiek potrafi się zgrabnie powiedzieć. Zna się tylko fabułę i problematykę trzech książek. Trochę mało w świecie XXI wieku…



W NASTĘPNYM WPISIE: O ocenianiu na wuefie, czyli dlaczego polskie dzieci nie lubią ćwiczyć?