sobota, 19 stycznia 2019

WPIS#BONUS: W SPRAWIE ADAMOWICZA

            Rok temu o tej porze na lekcjach języka polskiego omawiałam opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego. Na początku cała klasa siedziała przygnębiona lekturą, niektórzy mieli łzy w oczach, trudno sobie było poradzić z ogromem zła i cierpienia tam opisanym. Z każdymi kolejnymi zajęciami emocje opadały. Bynajmniej nie dlatego, że rozmawialiśmy. Raczej to nauczycielka skutecznie zrobiła z nas zimnych, obojętnych na krzywdę ludzką wypełniaczy zadań. Dyktowała nam długie notatki, prawiące o tym, że narrator był subiektywny przy opisywaniu obozu i jednocześnie obiektywny przy przedstawianiu bohaterów, że wydarzenia przedstawiono w sposób kalejdoskopowy, że główny bohater był zniszczonym do cna antybohaterem – więcej na ten temat tutaj: https://krytykauczniowska.blogspot.com/2018/10/wpis15-jak-polska-szkoa-traktuje-ofiary.html.
            W czasie omawiania tych opowiadań obejrzeliśmy też dwa filmy – „Cyngę” Jerzego Drewnowskiego i „Kornblumenblau” Leszka Wosiewicza. Na ekranie skrajnie wychudzeni więźniowie w pasiakach, krew, choroby, śmierć, druty kolczaste, bezwzględni strażnicy, beznadzieja Sybiru, strach, poniżenie, walka o przetrwanie, a po czterdziestu pięciu minutach dzwonek, idziemy na następną lekcję. W stanie wycieńczenia psychicznego, smutku, współczucia, bezsilnej złości przez następne godziny (a polski był pierwszy, więc tych godzin sporo się nazbierało) tworzyć dialogi po angielsku, rozwiązywać zadania z fizyki, uczyć się nowych praw na matematyce. I jeszcze nauczyciele mieli pretensje, że jesteśmy „jacyś nie w sosie”.
            Po wszystkich seansach i po przedyktowaniu niezmiernie koniecznych do życia we współczesnym świecie notatek nauczycielka zrobiła kartkówkę. „Co to jest kanada?”, „Kim był kapo?”, „Co się stało z Marią?”. Już nikogo nie dziwiła odpowiedź na to ostatnie pytanie. Słowa „została przerobiona na mydło” brzmiały zupełnie zwyczajnie. Żeby przetrwać przez następne lekcje musieliśmy się uodpornić. W końcu zaraz matura, trzeba się uczyć, nie można pójść do domu i spokojnie porozmyślać, nie można siąść wspólnie przy stole i porozmawiać, zrzucić z siebie te wszystkie okropne uczucia, nie można pójść do kogoś zaufanego i poprosić o wsparcie.
            Z kartkówki dostałam jedynkę, tak jak i wiele osób z mojej klasy. Nie wiem, czy pozostali po prostu nie przeczytali, czy też mieli dość szacunku do ofiar drugiej wojny światowej, by nie odpowiadać na pytania. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co się stało.
            To oswojenie zła zapamiętam na całe życie. Do końca życia zapamiętam tę frustrację, że chciałoby się spakować, wyjść i trzasnąć drzwiami. Tylko że to ja miałabym z tego powodu problemy, bo przecież nauczycielka tylko realizowała podstawę programową.
            Ten przydługi, niezwykle szczegółowy dokument, który wiąże nauczycielom ręce. Który mówi: teraz, ośle, powiedz uczniom to, a teraz, idioto, podyktuj to. Jakby ani nauczyciele, ani uczniowie nie mieli własnych umysłów. To też jest sposób na to, by w szkołach nie omawiano wydarzeń z życia codziennego – w końcu nie zapisano ich w podstawie programowej. Jedyna nadzieja w nauczycielach, że jednak coś wspomną, do czegoś nawiążą, czegoś uczniów nauczą.
            Ale im bliżej matury, tym mniej szans na mądrego nauczyciela. To przecież najważniejszy egzamin, przepustka na studia, nie ma czasu na głupoty, trzeba się spieszyć, nie można zmarnować żadnej lekcji. Dlatego też, kiedy zmarł Wajda, polonistka tylko wplotła jego nazwisko wraz z frazą „świętej pamięci” gdzieś między bohatera romantycznego a tematy maturalne. Dla porównania: gdy byłam w podstawówce, zmarła wielka poetka, noblistka, Polka – Wisława Szymborska. Polonistka poświęciła całą lekcję jej twórczości, każdy musiał się nauczyć jednego wiersza na pamięć, szkoła została obwieszona plakatami z jej podobizną i najważniejszymi utworami. W gimnazjum zaś zmarł Tadeusz Różewicz. Wydawałoby się, że dostanie co najmniej tyle, co Szymborska – a może nawet więcej, przecież uczyłam się we Wrocławiu, a on właśnie w tym mieście mieszkał. Ale nie. Tylko połowę lekcji polskiego nauczycielka przeznaczyła na zapoznanie się z jego twórczością.
            14 stycznia 2019 szkoła wreszcie otworzyła oczy. Zaczęto przeprowadzać lekcje 0 mowie nienawiści, w Internecie pojawiły się darmowe pomoce do nauczycieli i poradniki, jak w ogóle zabrać się do tematu. To jest przerażające, że dopiero taka tragedia, jak zabójstwo Pawła Adamowicza, przekonała szkołę, że czasem warto rozejrzeć się, co się dzieje w realnym świecie.
            Przykra jest jeszcze jedna rzecz. W jednym z liceów we Wrocławiu owszem, rozwieszono plakaty na temat mowy nienawiści. Tylko że nie powiedziano uczniom, z jakiego powodu. Bo szkoła, mimo że nie uczy zainteresowania rzeczywistością, nie pokazuje, jak korzystać z mediów, nie zachęca do śledzenia najnowszych wydarzeń, oczekuje, że uczniowie będą wiedzieć, co się dzieje. I jeszcze skojarzą morderstwo z mową nienawiści.

1 komentarz:

  1. Jeden z wielu problemów współczesnej szkoły - zachowuje się tak jakby świat poza nią nie istniał, nie był wart uwagi. Żałosne i bardzo krótkowzroczne.

    OdpowiedzUsuń