W starym systemie (gimnazja i
trzyletnie licea) wyglądało to tak:
Pierwsza
klasa: ciąg dalszy gimnazjum, czyli znowu piętnaście przedmiotów i kończenie
tego, co, według Ministerstwa Edukacji, powinien wiedzieć młody człowiek.
Ciekawostką jest to, że nikt nie sprawdził, czy podstawy programowe różnych
przedmiotów nie nachodzą się na siebie. Kończy się tak, że i na biologii, i na
geografii trzeba się uczyć o ochronie środowiska. Dokładnie tego samego. Z
dokładnie tego samego trzeba napisać sprawdzian. I dostać dwie oceny za
dokładnie tę samą wiedzę.
Druga
klasa: rozszerzenia. Każdy uczeń wybiera, co chce zdawać na maturze na poziomie
rozszerzonym, i tych przedmiotów (zazwyczaj dwóch czy trzech) ma w planie od
czterech do dziesięciu godzin. Wydaje się: ekstra, kocham historię, to będę się
uczyć głównie historii, wolę fizykę, będę mieć fizykę. Nic z tych rzeczy. Owszem,
odpada większość przedmiotów, ostatecznie zostaje się z siedmioma czy ośmioma
(przykładowo: w klasie humanistycznej mamy polski, historię, matematykę,
angielski, drugi język obcy, wuef, przyrodę, ewentualnie wiedzę o
społeczeństwie, religię/etykę, w klasie matematyczno-fizycznej polski,
matematykę, fizykę, angielski, drugi język obcy, wuef, historię i
społeczeństwo, ewentualnie informatykę, religię/etykę i tak dalej), ale
zazwyczaj licea oferują tylko konkretne klasy: humanistyczna,
matematyczno-fizyczna, biologiczno-chemiczna… W niewielu przedmiotach osoba
lubiąca matematykę i historię czy polski i biologię znajdzie klasę dla siebie.
Do tych szkół, w których samemu dobiera się rozszerzenia jest zazwyczaj
najwyższy próg… Trzeba więc uczyć się tego, co się ma, czy się to lubi bardzo,
czy trochę mniej.
Ciekawym
tworem jest historia i społeczeństwo (HiS) oraz przyroda. To cztery godziny
tygodniowo, które można zrealizować w całości w drugiej klasie lub część
zostawić na klasę trzecią. O przyrodzie niewiele jestem w stanie powiedzieć, bo
pojawia się tylko w klasach o profilach humanistycznych. Ja chodziłam do
matematyczno-fizycznych, więc miałam HiS. Teoretycznie są do tego cztery
podręczniki, każdy nauczyciel sam wybiera, na czym chce się skupić. Jest na
przykład wojna i wojskowość, rewolucje, dyplomacja na przestrzeni wieków. Niby
fajnie. Ale. To wiąże się z tym, że w ciągu roku czy dwóch cztery razy zaczyna
się od antyku. Antyk jest ulubioną epoką Ministerstwa Edukacji. Pojawia się łącznie
10 (słownie: dziesięć) razy w ciągu całej edukacji, równolegle na polskim i
historii. Na HiSie ma się już tego antyku serdecznie dość. Nie dziwne więc, że w
czasie lekcji ogląda się filmy/gra się w karty/rozmawia z kolegami, a na
sprawdzianach ściąga. Wszystko po to, by nie zaprzątać umysłu kolejnymi datami
i postaciami, które nigdy więcej się w życiu nie przydadzą.
No
właśnie. To jest w liceum problem: brak egzaminu ze wszystkich przedmiotów. W
pierwszej klasie olewa się te przedmioty, których nie będzie się miało w
następnej, w drugiej HiS. Wystarczy je zaliczyć i ma się spokój do końca życia,
więc po co się uczyć? Nauczyciele wiedzą, że uczniowie są zainteresowani
zupełnie innymi dziedzinami nauki, więc i oni nie przykładają się do
prowadzania lekcji, na sprawdzianach pozwalają ściągać. I oni wolą się skupić
na klasach, w których rozszerza się ich przedmiot. Już w pierwszej klasie mogą
tam sygnalizować, że w danym temacie chodzi o coś więcej, podawać dodatkowe
wzory, zadawać trudniejsze zadania. A w klasie drugiej przerobić CAŁY materiał
potrzebny do matury. Dlaczego?
Żeby
w trzeciej móc powtarzać do matury, ot co.
Jak
już pisałam, uczyłam się w klasie matematyczno-fizycznej. Mało kto opanował w
drugiej klasie cały materiał. Większość ledwie zaliczała sprawdziany, bo nie
wiedziała, że trzeba się uczyć. Nauczyciele się tym nie przejmowali, w końcu
musieli iść dalej, żeby ze wszystkim skończyć. I wyszło na to, że w klasie
trzeciej zamiast powtarzać lepiej byłoby przerobić wszystko od początku, wolniej.
Ale na to nie ma czasu. Więc uparcie powtarzaliśmy to, czego nie umieliśmy.
(Na
fizyce. Z matematyką szliśmy normalnie, po Bożemu, z materiałem rozłożonym na
dwa lata.)
Kiedy
się nie wie, co napisać, matura naprawdę jest straszna. Jakieś niezrozumiałe
polecenia, dziwne wzory, dawno zapomniane pojęcia… Ja miałam o tyle łatwo, że
fizyki przykładnie się uczyłam, przynajmniej ogarniałam, o co chodziło w
zadaniu. Z matematyką gorzej, ale to nie był problem, bo na studia ostatecznie
poszłam lingwistyczne. W przeciwieństwie do mojej klasy, która w przeważającej
większości wybrała politechnikę, i która w połowie klasy maturalnej w 1/3 była
zagrożona z fizyki, a w 1/2 z matematyki (nie przesadzam!).
A
poza maturą z przedmiotów rozszerzanych jest jeszcze podstawowy polski, ustny i
pisemny, największa zmora nie-humanistów. Ale o tym następnym razem.
W NASTĘPNYM WPISIE: O najważniejszej na świecie maturze ustnej z polskiego



