sobota, 20 października 2018

WPIS#17B: O MATURZE CIĄG DALSZY, CZYLI JAK WYGLĄDA ŻYCIE LICEALISTY


            W starym systemie (gimnazja i trzyletnie licea) wyglądało to tak:
            Pierwsza klasa: ciąg dalszy gimnazjum, czyli znowu piętnaście przedmiotów i kończenie tego, co, według Ministerstwa Edukacji, powinien wiedzieć młody człowiek. Ciekawostką jest to, że nikt nie sprawdził, czy podstawy programowe różnych przedmiotów nie nachodzą się na siebie. Kończy się tak, że i na biologii, i na geografii trzeba się uczyć o ochronie środowiska. Dokładnie tego samego. Z dokładnie tego samego trzeba napisać sprawdzian. I dostać dwie oceny za dokładnie tę samą wiedzę.
            Druga klasa: rozszerzenia. Każdy uczeń wybiera, co chce zdawać na maturze na poziomie rozszerzonym, i tych przedmiotów (zazwyczaj dwóch czy trzech) ma w planie od czterech do dziesięciu godzin. Wydaje się: ekstra, kocham historię, to będę się uczyć głównie historii, wolę fizykę, będę mieć fizykę. Nic z tych rzeczy. Owszem, odpada większość przedmiotów, ostatecznie zostaje się z siedmioma czy ośmioma (przykładowo: w klasie humanistycznej mamy polski, historię, matematykę, angielski, drugi język obcy, wuef, przyrodę, ewentualnie wiedzę o społeczeństwie, religię/etykę, w klasie matematyczno-fizycznej polski, matematykę, fizykę, angielski, drugi język obcy, wuef, historię i społeczeństwo, ewentualnie informatykę, religię/etykę i tak dalej), ale zazwyczaj licea oferują tylko konkretne klasy: humanistyczna, matematyczno-fizyczna, biologiczno-chemiczna… W niewielu przedmiotach osoba lubiąca matematykę i historię czy polski i biologię znajdzie klasę dla siebie. Do tych szkół, w których samemu dobiera się rozszerzenia jest zazwyczaj najwyższy próg… Trzeba więc uczyć się tego, co się ma, czy się to lubi bardzo, czy trochę mniej.
            Ciekawym tworem jest historia i społeczeństwo (HiS) oraz przyroda. To cztery godziny tygodniowo, które można zrealizować w całości w drugiej klasie lub część zostawić na klasę trzecią. O przyrodzie niewiele jestem w stanie powiedzieć, bo pojawia się tylko w klasach o profilach humanistycznych. Ja chodziłam do matematyczno-fizycznych, więc miałam HiS. Teoretycznie są do tego cztery podręczniki, każdy nauczyciel sam wybiera, na czym chce się skupić. Jest na przykład wojna i wojskowość, rewolucje, dyplomacja na przestrzeni wieków. Niby fajnie. Ale. To wiąże się z tym, że w ciągu roku czy dwóch cztery razy zaczyna się od antyku. Antyk jest ulubioną epoką Ministerstwa Edukacji. Pojawia się łącznie 10 (słownie: dziesięć) razy w ciągu całej edukacji, równolegle na polskim i historii. Na HiSie ma się już tego antyku serdecznie dość. Nie dziwne więc, że w czasie lekcji ogląda się filmy/gra się w karty/rozmawia z kolegami, a na sprawdzianach ściąga. Wszystko po to, by nie zaprzątać umysłu kolejnymi datami i postaciami, które nigdy więcej się w życiu nie przydadzą.
            No właśnie. To jest w liceum problem: brak egzaminu ze wszystkich przedmiotów. W pierwszej klasie olewa się te przedmioty, których nie będzie się miało w następnej, w drugiej HiS. Wystarczy je zaliczyć i ma się spokój do końca życia, więc po co się uczyć? Nauczyciele wiedzą, że uczniowie są zainteresowani zupełnie innymi dziedzinami nauki, więc i oni nie przykładają się do prowadzania lekcji, na sprawdzianach pozwalają ściągać. I oni wolą się skupić na klasach, w których rozszerza się ich przedmiot. Już w pierwszej klasie mogą tam sygnalizować, że w danym temacie chodzi o coś więcej, podawać dodatkowe wzory, zadawać trudniejsze zadania. A w klasie drugiej przerobić CAŁY materiał potrzebny do matury. Dlaczego?
            Żeby w trzeciej móc powtarzać do matury, ot co.
            Jak już pisałam, uczyłam się w klasie matematyczno-fizycznej. Mało kto opanował w drugiej klasie cały materiał. Większość ledwie zaliczała sprawdziany, bo nie wiedziała, że trzeba się uczyć. Nauczyciele się tym nie przejmowali, w końcu musieli iść dalej, żeby ze wszystkim skończyć. I wyszło na to, że w klasie trzeciej zamiast powtarzać lepiej byłoby przerobić wszystko od początku, wolniej. Ale na to nie ma czasu. Więc uparcie powtarzaliśmy to, czego nie umieliśmy.
            (Na fizyce. Z matematyką szliśmy normalnie, po Bożemu, z materiałem rozłożonym na dwa lata.)
            Kiedy się nie wie, co napisać, matura naprawdę jest straszna. Jakieś niezrozumiałe polecenia, dziwne wzory, dawno zapomniane pojęcia… Ja miałam o tyle łatwo, że fizyki przykładnie się uczyłam, przynajmniej ogarniałam, o co chodziło w zadaniu. Z matematyką gorzej, ale to nie był problem, bo na studia ostatecznie poszłam lingwistyczne. W przeciwieństwie do mojej klasy, która w przeważającej większości wybrała politechnikę, i która w połowie klasy maturalnej w 1/3 była zagrożona z fizyki, a w 1/2 z matematyki (nie przesadzam!).
            A poza maturą z przedmiotów rozszerzanych jest jeszcze podstawowy polski, ustny i pisemny, największa zmora nie-humanistów. Ale o tym następnym razem.


W NASTĘPNYM WPISIE: O najważniejszej na świecie maturze ustnej z polskiego

WPIS#17A: POTWÓR-MATURA, CZYLI JAK SKUTECZNIE ZASTRASZYĆ UCZNIÓW


            O maturze słyszy się już w podstawówce. „Jak przyjdzie klasa maturalna, to dopiero zobaczysz, co to nauka”. „Przy maturze wszelkie sprawdziany to pikuś”. Wtedy matura jawi się jako odległy, niezbyt dobrze jeszcze pojęty cień. Nie wiadomo, co to tak naprawdę jest. Przy egzaminie na koniec podstawówki zapala się pierwsza czerwona lampka. Aha. To to tak będzie. Rok stresu, nerwowego zakuwania, powtarzania, cyrk przy losowaniu miejsc do siedzenia, galowy strój, komisja egzaminacyjna, zaczernianie kratek przy wybranej odpowiedzi, wpisywanie PESELu po milion razy, naklejanie naklejek, zachowywanie wszelkich procedur bezpieczeństwa…
            W gimnazjum matura była już wyraźniejsza, zwłaszcza, gdy doszło do egzaminów. Najpierw ten przedmiot, potem inny, dwa w ciągu dnia, i tak przez trzy dni. Trzy dni, sześć testów z zupełnie odległych dziedzin. Tu polski, tam historia, tu geografia, chemia, fizyka i biologia (w jednym!), tu matematyka, tu języki obce na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Nie dość, że trzeba mieć w małym paluszku definicje ze wszystkich przedmiotów, wszystkich tematów, w końcu nie wiadomo, co się pojawi, to jeszcze umieć sprawnie myśleć, bo przecież wypracowanie samo się nie napisze, zadania z matematyki same się nie rozwiążą.
            Najciekawszy był egzamin z przedmiotów przyrodniczych. Każdy z nich jest bardzo szeroki, do każdego z nich, wiadomo, podstawa programowa jest przeładowana, każdy z nich został skondensowany do siedmiu zadań. Siedem zadań z trzech lat nauki. Zamkniętych. Rosyjska ruletka, nie wiadomo, czego się uczyć, co jest ważne, co nie. Przypomnijmy, że w planie lekcji ma się piętnaście przedmiotów. Na każdy z nich trzeba odrabiać zadania domowe i uczyć się systematycznie. Z każdego z nich są sprawdziany i kartkówki. Większość z nich trzeba opanować w błyskawicznym tempie, bo materiał omawia się szybko, żeby na wszystko starczyło czasu i można było jeszcze wszystko powtórzyć w trzeciej klasie. W praktyce wygląda to mniej więcej tak: miesiąc omawiamy jeden dział, potem jest sprawdzian. Miesiąc na kolejny dział, kolejny sprawdzian. I tak z każdego przedmiotu. Łatwo zauważyć, że mniej więcej co miesiąc trzeba napisać sprawdziany z polskiego, matematyki, angielskiego, biologii, chemii, fizyki, geografii, historii, wiedzy o społeczeństwie… I przedmiotów, których na egzaminie nie ma, takich jak plastyka, muzyka, technika (tak, tak, z tego też są sprawdziany), edukacja dla bezpieczeństwa, drugi język obcy. I mieć jeszcze siłę, żeby ćwiczyć na wuefie i zaliczać na nim skoki przez kozła czy inne biegi na 100 metrów.
            Teraz, kiedy zlikwidowano gimnazja, jest pewnie jeszcze ciekawiej. Trzy lata w rok, jeszcze więcej lektur, jeszcze trudniejszy egzamin… Nie dziwne, że coraz więcej uczniów cierpi na depresję, nie wytrzymuje psychicznie i fizycznie.
            A potem przychodzi potwór. Kolos. Matura.


W NASTĘPNYM WPISIE: O maturze ciąg dalszy, czyli jak wygląda życie licealisty

sobota, 13 października 2018

WPIS#16: O EDUKACJI NAUCZYCIELI, CZYLI CO TAK NAPRAWDĘ KULEJE W SZKOLE

            Wielu jest nauczycieli z rozległą wiedzą ze swojego przedmiotu. Przecież wszyscy skończyli studia. Problemy są dwa: (1) nie zawsze potrafią tę wiedzę przekazać i (2) nauczycielami zostają najsłabsi z rocznika. Jeśli można, to szuka się pracy wszędzie, tylko nie w szkole. To dość logiczne: zarobki nie zachęcają do pracowania często znacznie więcej niż osiem godzin dziennie, również w weekendy. W końcu kiedyś trzeba przygotować materiał na lekcje, sprawdzić sprawdziany i kartkówki… Na samorozwój czy odpoczynek pozostaje niewiele czasu. Trzeba być naprawdę zainteresowanym szerzeniem wiedzy, żeby czemuś takiemu podołać. Ale… no właśnie. Osoby zainteresowane szerzeniem wiedzy raczej nie zatrudniają się w szkołach, tylko zostają na uniwersytecie.
            W klasach I-III w podstawówce jest jeszcze dobrze. Uczą tam absolwenci pedagogiki, wiedzą, jak zająć dziecko, jak uczyć w ogóle. Lubią dzieci, potrafią znaleźć do każdego indywidualne podejście. Traktują uczniów jak jednostki, nie jak numery w dzienniku. Naprawdę znają swoich wychowanków, wszak na koniec roku muszą wystawić ocenę opisową.
            Dalej jest już gorzej. Nie dość, że przedmiotów robi się coraz więcej, podstawa programowa do każdego z nich jest przeładowana, lekcje trwają dłużej, a zadań domowych tyle, że często nie starcza na wszystkie czasu, wreszcie, sprawdziany pojawiają się wszystkie na raz, w ciągu dwóch tygodni trzeba napisać testy ze wszystkich przedmiotów, to jeszcze nauczyciele się zmieniają. Już nie zawsze potrafią przekazać informację w zrozumiały sposób. Częściej opierają się na podręcznikach, mówią: Przeczytajcie ten i ten temat na następną lekcję, zróbcie do niego zadania. Odpowiedzialność za naukę spada na uczniów. Niby to dobrze: to przecież uczniowie, nie nauczyciele, mają się nauczyć.
            Tylko że potem przychodzi czas piętnastu przedmiotów w planie zajęć. Wiele z nich odbywa się więcej niż raz w tygodniu. Nie sposób nauczyć się samemu, tylko z pomocą podręczników, matematyki, polskiego, historii, geografii, biologii, chemii i czego tam jeszcze, o językach obcych już nie wspominając. Nie sposób też zdążyć z systematyczną nauką i odrabianiem wszystkich zadań domowych. Trzeba się uczyć na ostatnią chwilę, zdać, zapomnieć, a zadania spisywać od innych przed lekcją albo robić byle jak. W ten sposób szkoła uczy tylko i wyłącznie kombinowania.
            A jakże inaczej byłoby, gdyby tak odchudzić podstawę programową, ograniczyć się do naprawdę istotnych kwestii (takich jak rozpoznawanie podstawowych drzew i ptaków z naszego otoczenia – ale nie przez oglądanie obrazków w podręczniku i przerysowywanie ich do zeszytu, jak to miało miejsce w mojej podstawówce, tylko przez wycieczkę do parku czy lasu i uczenie się w praktyce), i nauczyć nauczycieli, żeby właśnie na ten dwór wychodzić. Żeby nie siedzieć zawsze w klasie. Bo i zagadnień z fizyki, tematów z kinematyki można nauczyć się na boisku – mierząc czas potrzebny na przebiegnięcie stu metrów przez różnych uczniów, na przykład, i potem licząc prędkość każdego z nich. Prace na plastykę też mogą powstawać na świeżym powietrzu. Byłaby to nie tylko przyjemna odmiana, ale i pożytek dla zdrowia. W polskiej szkole przez osiem lekcji siedzi się w ławce, a potem, przy odrabianiu zadań domowych - przy biurku. Na przerwach też nie wychodzi się na dwór, a już na pewno nie zimą, więc dzieci nie są zahartowane, marzną przy byle wietrzyku…
            Ale nie to jest tematem dzisiejszego wpisu. Dzisiaj problem leży w tym, że naprawdę genialnych nauczycieli spotyka się dopiero na uczelni. Dopiero na studiach chce się chodzić na zajęcia, dopiero wtedy uczy się naprawdę ciekawych rzeczy od naprawdę zafascynowanych swoim przedmiotem ludzi. W szkole nauczyciele są sfrustrowani, bo płaca mała, bo czasu mało, bo materiału za dużo, bo uczniowie niegrzeczni, bo nie chcą się uczyć… A w liceum straszy widmo matury, jeśli źle pójdzie, to zaniżą się statystyki nauczyciela. Trzeba więc jak najszybciej wszystko przerobić, tu na szczęście czasu starcza, lekcji z przedmiotów rozszerzanych jest w tygodniu nawet dziesięć, a potem powtarzać. Tylko że jeśli materiał przemyślany na dwa lata przerobi się w rok, to nie ma czego powtarzać. Uczniowie nie zdążyli przyswoić sobie większości informacji, bo nauczyciel pędził, skupiali się tylko na zaliczeniu roku, o maturze jeszcze nie myśleli… A potem statystyki wyglądają tak, że maturę z fizyki czy chemii pisze się średnio na 30%. To śmiesznie mało. Na studiach nie wystarczy. Ponieważ studenci nie znają podstawowych pojęć, to trzeba je na nowo wprowadzać, wykładowcy tracą czas na tłumaczenie, zamiast wprowadzać nowe tematy… Najsłabsi studenci nie mają co liczyć na karierę naukową, więc idą do szkół. I tak problem edukacji zatacza koło.




W NASTĘPNYM WPISIE: Potwór-matura, czyli jak skutecznie zastraszyć uczniów?

poniedziałek, 8 października 2018

WPIS#15: JAK POLSKA SZKOŁA TRAKTUJE OFIARY OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH, CZYLI CO NIECO O ANTYBOHATERZE

            Antybohater po raz pierwszy i jedyny pojawił się w trzeciej klasie liceum przy okazji omawiania opowiadań Tadeusza Borowskiego. Są to tak zwane opowiadania obozowe, pokazują, jak wyglądało życie codzienne w czasie okupacji Warszawy i życie więźnia obozu koncentracyjnego. Tak jak omawianie tego pierwszego aspektu przebiegało mniej więcej bez zastrzeżeń, tak to, co stało się później, woła o pomstę do nieba.
            Zanim przejdę do sedna, warto zaznaczyć, że Tadeusz Borowski żył w czasie II wojny światowej, najpierw do obozu trafiła jego żona, Maria, niedługo później również on sam. Wojnę przeżył, po jej zakończeniu dołączył do komunistów, urodziła mu się córka. W 1951 roku popełnił samobójstwo.
            Kiedy czytałam jego opowiadania, wydawało mi się, że opisuje własne przeżycia, że to taki jakby pamiętnik, tylko upubliczniony. Ale nie. Już na pierwszej lekcji omawiania lektury dowiedziałam się, że narrator jest wykreowany, że to figura artystyczna, która nosi autobiograficzne znamiona autora. Jakie? Chociażby imię: Tadeusz. I wiele innych: ukochana Maria, praca w firmie budowlanej, tworzenie poezji, aresztowanie w czasie łapanki i wywiezienie do obozu, w obozie bycie pomocnikiem kapo. Żeby przeżyć, wszedł w hierarchię obozową. Miał zero współczucia, bezinteresowności w stosunku do innych więźniów, był obojętny, cyniczny. Odebrał ludziom z Oświęcimia heroizm. Ostatnie trzy zdania są wprost przepisane z mojego zeszytu, dokładnie tak powiedziała polonistka przy opisywaniu bohatera – i zarazem narratora - opowiadań obozowych.
            Dalej było już tylko gorzej. Mieliśmy porównać jedno z opowiadań z „Kamieniami na szaniec”. I wyszło na to, że tak jak w powieści Kamińskiego wszystkim wydarzeniom towarzyszył patos i patriotyzm, tak u Borowskiego unikano ryzyka, dominowała chęć przeżycia. To pierwsze jest w porządku, pasuje do naszej historii, naszego, jako Polaków, heroizmu, pasuje do powstania warszawskiego. To drugie jest godne potępienia, zwłaszcza że, jak zaznaczono wcześniej, bohater opowiadań nie pomagał innym więźniom obozu, był obojętny na ich los.
            Ale i to jeszcze nic. Bo skoro Tadeusz z opowiadań zachowywał się nie jak człowieka przystało, to można go bezkarnie oceniać. I powiedzieć, że skoro pracował przy wyładunku Żydów z transportu, a potem ładował ich na ciężarówki do gazu, to powinien był im współczuć. A on? On jest niezadowolony, bo utrudniają mu pracę! Jest więc odporny na zło, beznamiętny, nie ma empatii…
Zdania takie jak: „Człowiek zdegradowany do kondycji zwierzęcia, martwej natury”, „Człowiek staje się towarem, można go sprzedać, przerobić na mydło, zjeść”, wymienia się w klasie bez żadnych uczuć, jakby rzecz dotyczyła fikcyjnej postaci. Jakby II wojna nigdy się nie wydarzyła. Jakby w obozach nigdy nie było żadnych więźniów, jakby nikt nigdy tam nie ginął.
Tadeusz z opowiadań też przecież nie jest prawdziwym człowiekiem. To tylko wykreowany narrator, który „opisuje obóz od wewnątrz, bo sam jest więźniem, podczas gdy innych więźniów opisuje od zewnątrz, ponieważ nie zdradza ich myśli, jedynie ich obserwuje, ich miny, gesty. Stosuje więc antypsychologizm i metodę behawioralną”. A poza tym jest antybohaterem, ponieważ posiada same negatywne cechy.
Łatwiej jest wepchnąć te historie w proste schematy, nazwać wszystkie chwyty zastosowane przez autora, uznać, że to nie on jest głównym bohaterem, stwierdzić, że wszystko to wykreował i osadził w konkretnym czasie i miejscu – jak pisarze science fiction. I, co najważniejsze, można wtedy, po dokładnym omówieniu każdego aspektu przedstawionego w lekturze (kalejdoskop scen, człowiek zdeterminowany przez historię, narracja i narrator, bohater opowiadań na tle tradycji literackiej, problematyka moralna – jakby to była najzwyklejsza w świecie książka), odwołać się do „Dziadów”. Bo przecież Borowski wzywa do upomnienia się o te masy, co zginęły w obozach. Jak to określiła polonistka: mówi, żeby „pamiętać nie tylko o wybitnych jednostkach. Wielkie pomniki kultury (piramidy, pałace miasta) upamiętniają władców, ale pomijają niewolniczy trud milionów istnień ludzkich. Życie budowniczych piramid nie różni się od życia więźniów w obozie koncentracyjnym.”
Tworzenie pustych frazesów przychodzi nauczycielom bez większych problemów. Ważne, by odhaczyć punkt w podstawie programowej i nie poruszyć naprawdę ważnych wątków. A tych, w dobie neofaszyzmu, jest naprawdę sporo. Tylko że rozmawianie na ich temat wymaga wrażliwości i pewnego obycia, wyczucia przy omawianiu kwestii trudnych.
Ale na to w szkole nie ma czasu. Najważniejsza jest matura i szukanie podobieństw między różnymi utworami. A że Mickiewicz w „Ustępie” wspomniał coś o chłopach, którzy utonęli w wodach Newy, to można ładnie powiązać te dwie lektury i zamknąć temat II wojny światowej.



W NASTĘPNYM WPISIE: O edukacji nauczycieli, czyli co tak naprawdę kuleje w szkole?

poniedziałek, 1 października 2018

WPIS#14: CZYM ZAWINIŁ NIEŚMIERTELNY BOHATER ROMANTYCZNY


…że się go tak magluje? Młody, indywidualista, poeta, wieszcz, egoista, egocentryk, buntownik, pielgrzym, emigrant, wędrowiec, nieszczęśliwie zakochany, mesjasz, zbawca, postać tragiczna – te słowa pojawiają się najczęściej przy omawianiu romantyzmu. Epoki, która trwała raptem czterdzieści lat, i która, zdawałoby się, w polskiej szkole jest najważniejsza. No tak, wszak wtedy tworzyli Mickiewicz i Słowacki, najwięksi geniusze.
Skoro romantyzm jest najistotniejszy, to i bohater romantyczny jest najlepszym możliwym typem bohatera. Tak, tak, w szkole bohaterów się kategoryzuje, pisarz nie może mieć własnego pomysłu, własnej intencji – musi wpisywać się w schemat, musi obdarzyć swojego bohatera konkretnymi cechami. Może dlatego nie omawia się współczesnej literatury – bo nie została jeszcze odpowiednio sklasyfikowana, bo nie wymyślono nazw bohaterom, nie określono żadnej konwencji twórczej…
Zawsze myślałam, że tak, jak kształt dzieła zależy od artysty, tak interpretacja tego dzieła - od odbiorcy. Że każdy może mieć inną wizję. Ale wypracowanie, w którym uczeń napisałby, że Konrad jest pysznym dupkiem, który uważa się za nie wiadomo kogo, bo zgrabnie rymuje, trudno byłoby ocenić, nie pasowałoby do klucza. Więc? Więc 0 punktów na maturze i do widzenia. Sama miałam podobną sytuację. Napisałam, że Konrad ma pomysł na zmienienie świata. W końcu jest jego Wielka Improwizacja, jest kłótnia z Bogiem, Konrad jakieś tam swoje idee wykłada. Ale nie. Okazało się, że takie stwierdzenie to błąd rzeczowy dyskwalifikujący pracę. Pod pracą znalazłam komentarz polonistki: „„Dziady” to DRAMAT NARODOWY, już przeanalizowany, omówiony. Nie możemy sobie pozwolić na swobodną interpretację”.
Aha. Czyli są książki, których się nie interpretuje, bo ktoś już to zrobił. To po co je omawiać? Lekcje języka polskiego powinny chyba rozwijać twórcze myślenie, uczyć wyciągania wnioski – ale to już zostało zrobione, pozostaje więc tylko zapisać w zeszycie, co na temat konwencji romantycznej dyktuje polonistka, i nie dyskutować. Śledzić, jak nauczycielka analizuje dramat wers po wersie – bo tak się to robi w przypadku wielkich dzieł - grzecznie wykuć wszystko na pamięć, napisać na kartkówce, potem na sprawdzianie, potem na maturze, a w ogóle, to zapamiętać do końca życia, bo przecież inteligentny człowiek zna „Dziady” na wyrywki. Przecież w inteligenckich rozmowach rzuca się cytatami typu „Nazywam się Milijon, bo z miliony kocham i cierpię katusze”, „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?”, „Czym jest me czucie? Ach, iskrą tylko! Czym jest me życie? Ach, jedną chwilką!”, „Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie; Rządzić jak Ty wszystkim zawsze i tajemnie”, „Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi”, „Ja i ojczyzna to jedno”, więc należy i ich się wyuczyć.
Jeśli zaś „Dziady” są dramatem narodowym (a „Pan Tadeusz”, nawiasem mówiąc, epopeją narodową), to Mickiewicz musi być wieszczem narodowym. Musiał napisać coś uniwersalnego, wielkiego, wspaniałego, coś, co chciałoby się czytać, czytać, czytać, i co jeszcze można przedstawić w szerszej perspektywie. Ponieważ stworzył ikonę polskiego romantyzmu, Konrada, to ciągle we wszystkim szuka się odzwierciedlenia tego biednego bohatera. „Nie-boska komedia” – hrabia Henryk, „Kordian” – Kordian, „Balladyna” – Balladyna, „Pan Tadeusz” – Hrabia, ksiądz Robak, „Lalka” – Rzecki, „Ludzie bezdomni” – Judym, „Przedwiośnie” – Cezary Baryka… można wymieniać i wymieniać. Nie ma znaczenia, kiedy powstało dzieło – wszędzie można znaleźć wielkiego indywidualistę, poetę, wędrowca, a więc i bohatera romantycznego. Mówi się, że jest postacią uniwersalną – ale, ale. To zależy od epoki historycznej, od wizji polonistki. Autentyk z lekcji języka polskiego:
Omawiamy opowiadania obozowe Tadeusza Borowskiego. W którymś momencie nauczycielka pyta o przykład bohatera romantycznego. Ktoś odpowiada: Werter. Polonistka na to: Jak to Werter?! Przecież rozmawiamy o obozach koncentracyjnych, w tym kontekście Niemiec jest wrogiem!
Czyli Werter ogólnie jest dobrym bohaterem, pierwszym romantycznym, na nim opiera się analiza wszystkich kolejnych. Ale w latach 1939-1945 jest zły, bo jest… Niemcem. Wszyscy Niemcy w czasie wojny byli źli? Ze słów nauczycielki wynika, że tak. A ona jest w klasie autorytetem, słucha jej trzydziestu młodych ludzi, z jeszcze niewyrobionymi poglądami. Takie kategoryzowanie to prosta droga do ksenofobii – ale polonistka za to nie odpowie, bo i jak ktokolwiek mógłby jej udowodnić, że zaszczepia faszystowskie myśli?



W NASTĘPNYM WPISIE: Jak polska szkoła traktuje ofiary obozów koncentracyjnych, czyli co nieco o antybohaterze