poniedziałek, 12 listopada 2018

WPIS#19: O OCENIANIU NA WUEFIE, CZYLI DLACZEGO POLSKIE DZIECI NIE LUBIĄ ĆWICZYĆ?

            Między lekcją matematyki i języka polskiego, na dusznej, ze szczelnie zamkniętymi oknami sali gimnastycznej czterdziestoletni wuefista ocenia nastolatki. Czy dobrze odbija piłkę, jak szybko przebiegnie sto metrów, ile wykona skoków na skakance w minutę, jak bardzo się podlizuje, jak wiele ciała pokazuje. W podstawówce jeszcze jest powiedziane: koszulka ma być biała, spodenki czarne i zakrywające więcej niż tylko pośladki. W liceum nikogo już nie obchodzi, kto jak się ubierze, ważne jest, że uczniowie w ogóle ćwiczą. Bo ilość testów sprawnościowych, zaliczeń rzutów do kosza, dwutaktu, brzuszków, biegów i czego tam jeszcze skutecznie odstrasza, zniechęca do sportu.
            W moim liceum było fajnie. Nieprzygotowań miało się nieograniczoną ilość, tyle tylko, że im więcej się ich zużyło, tym niższą miało się ocenę na koniec roku. Dzięki temu dziewczyna zwijająca się z bólu z powodu okresu nie musiała się tłumaczyć, dlaczego nie ćwiczy przez kilka dni w miesiącu – a wiadomo, że w trakcie miesiączki ze sportem należy uważać, trzeba się oszczędzać. Oczywiście, idealnie byłoby, gdyby wuefista na ten czas miał przygotowany zestaw łatwiejszych ćwiczeń. Ale cóż, dwadzieścia osób na sali, wszyscy chcą grać, piłki latają w tę i we w tę, spokojnie rozciągać się gdzieś na boku właściwie się nie da, nie ma gdzie. Dobrze już, niech dziewczyna nie ćwiczy w ogóle, zawsze to jakieś wyjście. Przynajmniej w następnym tygodniu przyjdzie i z uśmiechem na twarzy będzie ćwiczyć, bo nikt jej nie zmuszał, by ćwiczyła, gdy brzuch boli.
            Takie podejście nie zdarza się często. Zazwyczaj, jak i na innych przedmiotach, ma się zaledwie dwa nieprzygotowania do wykorzystania (na średnio trzy wuefy w tygodniu) i coś takiego jak niedyspozycja nie istnieje. Dopiero, gdy dziewczyna ze łzami w oczach wyduka, że dzisiaj nie da rady, wuefista może łaskawie pozwoli jej posiedzieć na ławce. Wszystko zależy od nauczyciela, od jego wyrozumiałości. I, co ciekawe, to mężczyźni częściej godzą się, by uczennice nie ćwiczyły niż kobiety. A wydawałoby się, że powinno działać coś takiego, jak kobieca solidarność…
            W moim liceum było fajnie – do czasu. Bo jednak „z czegoś ocenę końcową trzeba wystawić”. I nie wystarczy to, że oceniało się nas za systematyczność i zaangażowanie na zajęciach. Co to, to nie, trzeba było przeprowadzić sprawdzian. Niezależnie od tego, z czego był, sprawa zawsze przedstawiała się tak: dzisiaj ćwiczymy, na następnych zajęciach zaliczenie. Nikogo nie interesowało, czy ktoś ma kondycję, żeby przebiec te kilkaset metrów i zasłużyć na przyzwoitą oceną, czy nie. Ci, którzy coś trenowali, biegali dla własnej przyjemności, uzyskiwali najlepsze wyniki, pozostali ledwo łapali się w wyśrubowanej normie. Bo to nie jest tak, że nauczyciel ocenia na tle klasy; on ma wydrukowane tabelki, przygotowane przez nie wiadomo kogo, gdzie jest powiedziane, że na dwóję tyle, na tróję tyle, i tak dalej, i tego się kurczowo trzyma. Bo osoba w twoim wieku powinna co najmniej sto razy skoczyć na skakance w ciągu minuty, a ty przeskoczyłaś ledwie 80, więc zapraszam na poprawę na konsultacje. I nie ma, że boli, trzeba poświęcić swój prywatny czas w domu (którego i tak jest mało ze względu na zadania domowe z innych przedmiotów i naukę do sprawdzianów), wykosztować się na kupno sprzętu i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Ponieważ w szkole jest czas tylko na ocenienie postępów.
            Przy tym co roku są organizowane kampanie w stylu „Sport to zdrowie”, jakieś dni sportu, konkursy (znowu konkursy! w szkole wszystko opiera się na konkursach!). A ja głupia myślałam, że w sporcie chodzi o dobrą zabawę, o zadbanie o siebie, o rozwijanie umiejętności społecznych – bo przecież w grach zespołowych to współpraca, a nie rywalizacja, jest najważniejsza. Ale nad współpracą się nie pracuje, bo polski uczeń z założenia ma sam harować na swój sukces, ma sam wydzierać, kawałek po kawałku, wiedzę i, broń Boże, z nikim się nią nie dzielić. A po ostatecznym zwycięstwie ma sam świętować, bo na dyplomie łatwiej wpisać jedno nazwisko niż dwadzieścia…




W NASTĘPNYM WPISIE: Polski uczeń-samotnik.

2 komentarze:

  1. Witaj! Bardzo ciekawy i treściwy blog. Trafiłam na niego przypadkowo z serwisu Twitter i bardzo mi się spodobał!

    OdpowiedzUsuń