W
moim liceum było fajnie. Nieprzygotowań miało się nieograniczoną ilość, tyle
tylko, że im więcej się ich zużyło, tym niższą miało się ocenę na koniec roku.
Dzięki temu dziewczyna zwijająca się z bólu z powodu okresu nie musiała się
tłumaczyć, dlaczego nie ćwiczy przez kilka dni w miesiącu – a wiadomo, że w
trakcie miesiączki ze sportem należy uważać, trzeba się oszczędzać. Oczywiście,
idealnie byłoby, gdyby wuefista na ten czas miał przygotowany zestaw
łatwiejszych ćwiczeń. Ale cóż, dwadzieścia osób na sali, wszyscy chcą grać,
piłki latają w tę i we w tę, spokojnie rozciągać się gdzieś na boku właściwie
się nie da, nie ma gdzie. Dobrze już, niech dziewczyna nie ćwiczy w ogóle,
zawsze to jakieś wyjście. Przynajmniej w następnym tygodniu przyjdzie i z
uśmiechem na twarzy będzie ćwiczyć, bo nikt jej nie zmuszał, by ćwiczyła, gdy
brzuch boli.
Takie
podejście nie zdarza się często. Zazwyczaj, jak i na innych przedmiotach, ma się
zaledwie dwa nieprzygotowania do wykorzystania (na średnio trzy wuefy w tygodniu)
i coś takiego jak niedyspozycja nie istnieje. Dopiero, gdy dziewczyna ze łzami
w oczach wyduka, że dzisiaj nie da rady, wuefista może łaskawie pozwoli jej
posiedzieć na ławce. Wszystko zależy od nauczyciela, od jego wyrozumiałości. I,
co ciekawe, to mężczyźni częściej godzą się, by uczennice nie ćwiczyły niż
kobiety. A wydawałoby się, że powinno działać coś takiego, jak kobieca
solidarność…
W
moim liceum było fajnie – do czasu. Bo jednak „z czegoś ocenę końcową trzeba
wystawić”. I nie wystarczy to, że oceniało się nas za systematyczność i
zaangażowanie na zajęciach. Co to, to nie, trzeba było przeprowadzić
sprawdzian. Niezależnie od tego, z czego był, sprawa zawsze przedstawiała się tak:
dzisiaj ćwiczymy, na następnych zajęciach zaliczenie. Nikogo nie interesowało,
czy ktoś ma kondycję, żeby przebiec te kilkaset metrów i zasłużyć na przyzwoitą
oceną, czy nie. Ci, którzy coś trenowali, biegali dla własnej przyjemności, uzyskiwali
najlepsze wyniki, pozostali ledwo łapali się w wyśrubowanej normie. Bo to nie
jest tak, że nauczyciel ocenia na tle klasy; on ma wydrukowane tabelki,
przygotowane przez nie wiadomo kogo, gdzie jest powiedziane, że na dwóję tyle,
na tróję tyle, i tak dalej, i tego się kurczowo trzyma. Bo osoba w twoim wieku
powinna co najmniej sto razy skoczyć na skakance w ciągu minuty, a ty przeskoczyłaś
ledwie 80, więc zapraszam na poprawę na konsultacje. I nie ma, że boli, trzeba
poświęcić swój prywatny czas w domu (którego i tak jest mało ze względu na
zadania domowe z innych przedmiotów i naukę do sprawdzianów), wykosztować się
na kupno sprzętu i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Ponieważ w szkole jest czas tylko
na ocenienie postępów.
Przy
tym co roku są organizowane kampanie w stylu „Sport to zdrowie”, jakieś dni
sportu, konkursy (znowu konkursy! w szkole wszystko opiera się na konkursach!).
A ja głupia myślałam, że w sporcie chodzi o dobrą zabawę, o zadbanie o siebie, o
rozwijanie umiejętności społecznych – bo przecież w grach zespołowych to
współpraca, a nie rywalizacja, jest najważniejsza. Ale nad współpracą się nie pracuje,
bo polski uczeń z założenia ma sam harować na swój sukces, ma sam wydzierać,
kawałek po kawałku, wiedzę i, broń Boże, z nikim się nią nie dzielić. A po
ostatecznym zwycięstwie ma sam świętować, bo na dyplomie łatwiej wpisać jedno
nazwisko niż dwadzieścia…
W NASTĘPNYM WPISIE: Polski uczeń-samotnik.

Witaj! Bardzo ciekawy i treściwy blog. Trafiłam na niego przypadkowo z serwisu Twitter i bardzo mi się spodobał!
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję! Cieszę się, że blog się podoba
Usuń