Jakoś
tak się złożyło, że każdy rok w podstawówce nauki angielskiego należy rozpocząć
od rozdziału „Hello”, a w nim: Present Simple, Present Continuous i słownictwo
z przedszkola, jakieś kolory, zwierzątka, członkowie rodziny. Potem jest trochę
lepiej, idzie się liniowo bez zwracania uwagi na przechodzenie z klasy do
klasy. Jak się poprzednią skończyło na tym, to następną zaczyna się czymś kolejnym,
a nie wraca do początku. Tylko w klasie ostatniej jest repetytorium, same
powtórki, żeby egzaminy dobrze poszły. Może i takie powtarzanie ma sens? W
końcu wszystko się lepiej utrwala…
I
wychodzi na to, że po dwunastu latach nauki maturzyści ciągle mają problemy z
wysławianiem się, egzamin na poziomie rozszerzonym to porażka (a poziom ledwo B2,
w porywach), o ustnym lepiej nie wspominać. Zapomina się podstawowych słów,
akcent ma się typowo polski, a i kalki z polskiego są na porządku dziennym. Co
gorsza, nie tylko angielskiego trzeba się uczyć, bo w połowie edukacji dochodzi
drugi język i daj Bóg, żeby to był rosyjski, przynajmniej podobny do polskiego,
można udawać, że coś się po rosyjsku mówi. I zrozumieć łatwo nauczyciela. Ale
niemiecki? Francuski? Hiszpański? To już zupełnie inna para kaloszy.
A
tu dwudziesty pierwszy wiek się kłania. Badania nad mózgiem, psychologia nauki,
jacyś naukowcy nawet zawodowo zajmują się problemem uczenia się języków obcych.
I jeśli skorzystać z ich pracy, efekty są naprawdę piorunujące. Już nie trzeba
wkuwać listy słów typu poddasze czy śledziona z podręcznika, słuchać
trzeszczącej płyty i czytać sobie po cichu, żeby innym nie przeszkadzać. Można
uczyć się słówek naturalnie, jak dzieci, szybko i skutecznie, można odpalić YouTube’a
i posłuchać native speakerów, można w zaciszu własnego pokoju czytać na głos czytanki.
Trzeba tylko chcieć. A z tym, niestety, u młodzieży krucho.
Nauczyciele
zaś, zamiast zadać rozwijające zadanie domowe i potem sprawdzić, czy zostało
rzetelnie, samodzielnie wykonane (chociażby pięciominutową kartkówką, których w
polskiej szkole jest stanowczo za mało), wolą polecić uczniom narysowanie
plakatu na konkurs z idiomem angielskim, spisanie z angielskiej Wikipedii opisu
ulubionego filmu, przygotowanie prezentacji o atrakcjach turystycznych w kraju,
w którym nigdy się nie było. Bo tak łatwiej, a i miło popatrzeć na pracę artystyczną
uczniów.
Rzadko
kiedy zdarzają się też wymiany, niekoniecznie od razu do Stanów czy nawet
Wielkiej Brytanii. Po angielsku można przecież porozmawiać również z Niemcem
czy Francuzem. Na pewno dałoby to lepsze efekty, niż konwersacje przeprowadzane
w klasie, kiedy to, gdy nauczyciel nie słyszy, przechodzi się na polski.
W NASTĘPNYM WPISIE: Wymiany, czyli czy to zawsze musi być niewypał?