poniedziałek, 30 lipca 2018

WPIS#6: JĘZYKI OBCE, CZYLI DLACZEGO NAUKA ANGIELSKIEGO ZAJMUJE DWANAŚCIE (I WIĘCEJ) LAT


            Jakoś tak się złożyło, że każdy rok w podstawówce nauki angielskiego należy rozpocząć od rozdziału „Hello”, a w nim: Present Simple, Present Continuous i słownictwo z przedszkola, jakieś kolory, zwierzątka, członkowie rodziny. Potem jest trochę lepiej, idzie się liniowo bez zwracania uwagi na przechodzenie z klasy do klasy. Jak się poprzednią skończyło na tym, to następną zaczyna się czymś kolejnym, a nie wraca do początku. Tylko w klasie ostatniej jest repetytorium, same powtórki, żeby egzaminy dobrze poszły. Może i takie powtarzanie ma sens? W końcu wszystko się lepiej utrwala…
            I wychodzi na to, że po dwunastu latach nauki maturzyści ciągle mają problemy z wysławianiem się, egzamin na poziomie rozszerzonym to porażka (a poziom ledwo B2, w porywach), o ustnym lepiej nie wspominać. Zapomina się podstawowych słów, akcent ma się typowo polski, a i kalki z polskiego są na porządku dziennym. Co gorsza, nie tylko angielskiego trzeba się uczyć, bo w połowie edukacji dochodzi drugi język i daj Bóg, żeby to był rosyjski, przynajmniej podobny do polskiego, można udawać, że coś się po rosyjsku mówi. I zrozumieć łatwo nauczyciela. Ale niemiecki? Francuski? Hiszpański? To już zupełnie inna para kaloszy.
            A tu dwudziesty pierwszy wiek się kłania. Badania nad mózgiem, psychologia nauki, jacyś naukowcy nawet zawodowo zajmują się problemem uczenia się języków obcych. I jeśli skorzystać z ich pracy, efekty są naprawdę piorunujące. Już nie trzeba wkuwać listy słów typu poddasze czy śledziona z podręcznika, słuchać trzeszczącej płyty i czytać sobie po cichu, żeby innym nie przeszkadzać. Można uczyć się słówek naturalnie, jak dzieci, szybko i skutecznie, można odpalić YouTube’a i posłuchać native speakerów, można w zaciszu własnego pokoju czytać na głos czytanki. Trzeba tylko chcieć. A z tym, niestety, u młodzieży krucho.
            Nauczyciele zaś, zamiast zadać rozwijające zadanie domowe i potem sprawdzić, czy zostało rzetelnie, samodzielnie wykonane (chociażby pięciominutową kartkówką, których w polskiej szkole jest stanowczo za mało), wolą polecić uczniom narysowanie plakatu na konkurs z idiomem angielskim, spisanie z angielskiej Wikipedii opisu ulubionego filmu, przygotowanie prezentacji o atrakcjach turystycznych w kraju, w którym nigdy się nie było. Bo tak łatwiej, a i miło popatrzeć na pracę artystyczną uczniów.
            Rzadko kiedy zdarzają się też wymiany, niekoniecznie od razu do Stanów czy nawet Wielkiej Brytanii. Po angielsku można przecież porozmawiać również z Niemcem czy Francuzem. Na pewno dałoby to lepsze efekty, niż konwersacje przeprowadzane w klasie, kiedy to, gdy nauczyciel nie słyszy, przechodzi się na polski.


W NASTĘPNYM WPISIE: Wymiany, czyli czy to zawsze musi być niewypał?

wtorek, 24 lipca 2018

WPIS#5: GOTOWE SPRAWDZIANY, CZYLI INTERNET NIE ZAWSZE MUSI BYĆ PRZYJACIELEM


            Częstym zjawiskiem w szkole są sprawdziany. I kartkówki. I testy. I diagnozy. I inne formy sprawdzania wiedzy. Uczeń, wiadomo, ma się uczyć. A żeby nauczycielowi było łatwiej, powstały książki i strony internetowe z zadaniami do wykorzystania. I nauczyciele korzystają, bo to oszczędzanie czasu i energii.
            Wybór jest ogromny, a co lepsze, są strony czy książki, do których uczniowie nie mają dostępu. Z tych brać jest najlepiej, bo wiadomo, że nikt sobie wcześniej odpowiedzi nie sprawdzi. Więc można znaleźć i zadania zamknięte, i otwarte, ciekawe lub nie, dostosowane do konkretnego podręcznika albo i nie, co kto woli. Nie trzeba długo szukać, by znaleźć coś odpowiedniego. To na pewno lepsze, niż przeznaczać godziny życia na ułożenie zestawu, tylko po to, by okazało się, że uczniowie X i Y nie przyszli, więc trzeba wymyślać nowe zadania, a Z z kolei nie zaliczył, więc potrzebna wersja kolejna, oczywiście odpowiadająca poziomowi tej pierwszej…
            I uczniowie się cieszą, gdy dostają test złożony z zadań zamkniętych (bo takie najłatwiej się sprawdza), najlepiej wydrukowany z ogólnodostępnej strony, można się naprawdę dobrze przygotować.
            Jest też jednak druga strona medalu. Gdy nauczyciel samodzielnie przygotowuje zadania, od razu widać, że zależy mu na pracy, stara się, angażuje w edukację uczniów. Może realnie sprawdzić postępy uczniów, bo test złożony jest z zadań już omawianych lub do nich podobnych. Na pewno nie znajdą się w nim wykraczające poza podstawę programową treści, a przy tych internetowych nigdy nic nie wiadomo, trzeba czytać uważnie zadanie po zadaniu.
            Wreszcie, zaliczenie takiego sprawdzianu na piątkę czy szóstkę to prawdziwy wyczyn i powód do dumy. I miarodajna ocena pracy nauczyciela.


W NASTĘPNYM WPISIE: Języki obce, czyli dlaczego nauka angielskiego zajmuje dwanaście (i więcej) lat

czwartek, 19 lipca 2018

WPIS #4: O CZYM SZKOŁA NIE MÓWI, CZYLI DLACZEGO NIKT NIE POWIEDZIAŁ, JAK SIĘ UCZYĆ


            Podstawowym zadaniem szkoły jest nauczanie. Matematyka, język polski, historia, biologia, geografia, chemia, fizyka, informatyka, wiedza o kulturze i wiedza o społeczeństwie, języki obce… Przedmiotów jest bez liku, do każdego napisano podstawę programową, z większości prędzej czy później trzeba zdać egzamin, który zaważy na przyszłości ucznia. Jak opanować tyle materiału, skoro doba ma tylko 24 godziny, a oprócz odrobienia zadań domowych po lekcjach należy przygotować się również do bieżących sprawdzianów czy kartkówek? Dobrze byłoby mieć też trochę wolnego, w końcu nie można pracować non stop… Kiedy młody człowiek uświadamia sobie to wszystko, projekt edukacja nagle przerasta jego siły. Nagle okazuje się, że trzeba pracować nie sześć i nie osiem, a dziesięć godzin dziennie, zarywać noce, ograniczyć kontakty ze znajomymi, zrezygnować z zainteresowań tylko po to, żeby zdać. Czy musi tak być? Niekoniecznie.
            To, czy uczeń będzie przytłoczony obowiązkami, zależy w głównej mierze od rozplanowania czasu, w następnej kolejności pojawia się jakość uczenia. Są to dwie kwestie, które, patrząc na problem zdroworozsądkowo, powinny pojawić się już na początku podstawówki. Wtedy materiału jest jeszcze dość mało, lekcji też niewiele, a dzieci są zainteresowane uczeniem się. Właśnie wtedy strzałem w dziesiątkę byłoby przeprowadzenie serii zajęć na temat sposobów uczenia się i wydzielenie czasu na opanowanie ich w praktyce, nauka tworzenia planu na cały tydzień i zarządzania swoim czasem. Po takim kursie uczniowie szliby do następnych szkół z wiedzą, jak najlepiej im się uczy, o jakiej porze dnia lepiej przyswaja im się matematykę, a o jakiej przedmioty przyrodnicze, kiedy czyta się lektury tak, że się je zapamiętuje, kiedy należy zająć się sportem. Zapewne osiągaliby lepsze wyniki na wyższych etapach edukacyjnych.
Oczywiście, do wszystkich wniosków dotyczących samokształcenia i rozplanowania aktywności można dojść samemu, zajmuje to jednak dużo czasu i wymaga dużej samoświadomości. A przy nawale obowiązków wtedy, gdy uczyć się już naprawdę trzeba (koniec podstawówki, gimnazjum – to już prawie nieaktualne, liceum), łatwiej stosować starą dobrą zasadę zakuj-zdaj-zapomnij, niż wypracowywać własne metody nauki.
W XXI wieku nie trzeba na szczęście przerzucać stert książek, żeby znaleźć coś interesującego. Wystarczy wpisać odpowiednią frazę w wyszukiwarkę internetową. Sposobów na naukę jest tysiące, aż dziw bierze, że szkoła z tego nie korzysta. „Nauczcie się tego i tego na przyszły tydzień”, mówią nauczyciele, ale nie zastanawiają się już, jak to zrobić. A szkoda.

W NASTĘPNYM WPISIE: Gotowe sprawdziany, czyli Internet nie zawsze musi być przyjacielem

poniedziałek, 9 lipca 2018

WPIS#3: PROJEKT GIMNAZJALNY


Projekty w szkole to sprawa znana i rozpowszechniona. Szczególnie gimnazjalistom sprawa projektu może spędzać sen z oczu. I chociaż gimnazja właśnie giną na naszych oczach, myślę, że warto poruszyć ten problem, żeby więcej się już w polskiej edukacji nie pojawił. Ale zacznijmy od plusów.

Projekt gimnazjalny z założenia miał być projektem badawczym, okazją do poznania bardzo dokładnie jakiegoś zagadnienia, do nauczenia się dążenia do celu i szukania wiedzy nie tylko w Internecie, ale i w książkach czy w trakcie wykładów. Miał rozwijać umiejętność przedstawiania pozyskanych informacji, a wcześniej ich logicznego posegregowania i wyciągnięcia wniosków. Miał dawać możliwość samodzielnego zgłębiania wybranego tematu i uczyć pracy w zespole i podziału obowiązków. Miał odciążyć nieco nauczycieli, a środek ciężkości przenieść na uczniów. I, oczywiście, zdarza się, że wszystkie te założenia – albo przynajmniej ich część – są spełniane. Niestety, tu wiele zależy od nauczyciela prowadzącego projekt, którego należy wybierać bardzo ostrożnie – jeśli popełni się błąd, albo trzeba będzie zrobić wszystko samemu, bez niczyjej pomocy, a więc i nie tak dobrze, jak by się chciało, albo projekt zrobi się byle jak, byle tylko został zaliczony.
To też zresztą jest myśl: po prostu zaliczyć. Bo należy pamiętać, że gimnazjaliści muszą pamiętać nie tylko o projekcie, ale i o ocenach z piętnastu przedmiotów i egzaminie gimnazjalnym. Trochę dużo jak na czternasto-, piętnasto- czy nawet szesnastolatków.
Zatem inicjatywa, która mogła zupełnie zmienić podejście do edukacji w Polsce, nauczyć uczniów samemu odkrywać świat, samemu docierać do źródeł informacji i je analizować, raczej zniechęca do zaangażowania i każe szukać skrótów, prostych sposobów na zaliczenie projektu. Zaliczenie projektu, o którym, nawiasem mówiąc, w wielu szkołach nawet się nie wspomina, nagle przychodzi druga klasa i nagle okazuje się, że coś trzeba będzie badać, żadnego wprowadzenia czy ogólnego zapoznania z tematem nie ma). I często uczniowie nawet nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi, czy wystarczy zrobić prezentację w PowerPoincie, czy może trzeba się bardziej zaangażować. Komunikacja, niestety, kuleje.

W NASTĘPNYM WPISIE: O czym szkoła nie mówi, czyli dlaczego nikt nie powiedział, jak się uczyć?

poniedziałek, 2 lipca 2018

WPIS#2B: KONKURSY, CZYLI JEDNAK JAKIEŚ PLUSY MUSZĄ BYĆ

Jak to zwykle bywa, świat nie jest czarno-biały, a wszystko ma swoje wady i zalety. Tak jest i z konkursami. Chociaż z poprzedniego wpisu wynika, że jest źle, a może być tylko gorzej, to jednak w uczniowskiej rywalizacji można znaleźć też dobre strony.
Dla starszych jest to oczywiście możliwość sprawdzenia się, zobaczenia, w jakim stopniu opanowało się materiał, a może wiedza wykracza poza podstawę programową? To zawsze jest miłe, mieć świadomość, że wie się więcej. Dla młodszych z kolei konkurs może być okazją do znalezienia własnego ja, odkrycia pasji, przetarcia pierwszych szlaków w ścieżce życiowej. Kto wie, może jakieś pytanie konkursowe natchnie zawodnika do wybrania takiego, a nie innego profilu w liceum?
Liceum, właśnie. Są konkursy, które dają przepustkę do każdego, wybranego przez ich laureata, liceum. Są też i takie, dzięki którym dostaje się wstęp na dowolną uczelnię. Przy dzisiejszej konkurencji jest o co walczyć, a i stresu jest mniej, jeśli się wie, że choćby nie wiem co, miejsce w wymarzonej szkole się znajdzie.
Od startujących nierzadko wymaga się wystąpienia przed publicznością, stworzenia dłuższej wypowiedzi ustnej czy zaprezentowania jakiegoś tematu. To nie tylko szykuje do matury ustnej, do której nie zawsze jest czas przygotować się na lekcji, ale i pozwala na oswojenie się z sytuacją przedstawiania czegoś, uczy obycia ze sceną i zwiększa pewność siebie – zwłaszcza, że na końcu czeka nagroda.
Konkursy często są więc odskocznią od typowego, szkolnego dnia. A to trzeba coś przygotować, a to przedstawić, nie zawsze chodzi o proste rozwiązanie testu. Zwłaszcza zawody drużynowe mogą okazać się świetną zabawą, pomysłem na projekt, który później, już w szkole z nauczycielem, będzie można rozwinąć. Dowiedzieć się czegoś, nauczyć się samemu zdobywać wiedzę, szukać jej źródeł. To otwiera na świat, poszerza horyzonty, po prostu, rozwija.


W NASTĘPNYM WPISIE: Projekt gimnazjalny