Czy
to nie jest zastanawiające, że rodzice czytali te same lektury, co dzieci, i,
co gorsza, dziadkowie? Jak to jest, że od stu lat kanon lektur właściwie się
nie zmienił? Czyżby nie powstały godne uwagi książki…?
Polacy
mają to do siebie, że lubią skupiać się na swoim męczeństwie. Zabory, bohater
romantyczny, co to wszystkich nas uratuje, i jeszcze zadziwi tym świat, młodzi,
wrażliwi chłopcy, poeci, zbawcy narodów zapełniają karty większości szkolnych
lektur. Ciągle siedzimy w XIX wieku, jakby nic się w świecie nie zmieniło,
jakby po odzyskaniu niepodległości nic się nie wydarzyło. Najmłodsza lektura z
gwiazdką, czyli obowiązkowa dla wszystkich („Wesele”), została wydana w 1901
roku. Od tamtej pory czterech Polaków zostało uhonorowanych Nagrodą Nobla (tak naprawdę to pięciu, bo jest jeszcze Singer, ale on ma niewłaściwe pochodzenie, o nim się nie mówi), z
czego tylko jednego (Sienkiewicza) powieść należy w szkole przeczytać. Reymonta
można, ale nie trzeba, omawianie Szymborskiej i Miłosza to prywatna sprawa
nauczyciela. I właściwie to uczniowie nie wiedzą, za co tego Nobla dostali…
Poza
Szekspirem nie omawia się światowej klasyki. Owszem, trzeba, ale tylko jedną
wybraną powieść w liceum. I kończy się tak, że czyta się Dostojewskiego czy
Bułhakowa, ewentualnie Camusa. Literatura amerykańska właściwie nie istnieje.
Bo wszystko, co dobre, powstało w Polsce. Która zresztą też jest postrzegana w
okrojonym kształcie. Dlaczego właściwie w podstawie programowej nie ma punktu „literatura
regionu”? Dlaczego mieszkaniec Wrocławia, Poznania, Krakowa czy Gdańska ma
czytać książki rozgrywające się w Warszawie, nawet, jeśli nigdy tam nie był i
nazwy ulic nic mu nie mówią? Dlaczego całe rzesze autorów regionalnych są
pomijane, ignorowane, spychane na margines? Na samym Dolnym Śląsku jest z czego
wybierać: Jacek Inglot, Gabriel Leonard Kamiński, Salomea Kapuścińska, Bogusław
Kierc, Krzysztof Rudowski, Waldemar Okoń, Olga Tokarczuk, Magdalena Zarębska…
Wystarczy wejść na stronę odpowiedniego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy
Polskich. Jest tylko jeden problem. Książek tych pisarzy nie ma w bibliotekach,
a jeśli są, to już na pewno nie w dużych ilościach. Nie można zatem zrobić z
nich lektur szkolnych, bo uczniowie nie mieliby ich jak przeczytać. Nie można się
przecież umówić, że każdy czyta wybranego autora i potem zapoznaje z jego twórczością
reszty klasy. Albo przynajmniej przeczytać jego wierszy, przecież to da się skserować.
Tylko
że te książki nie zostały dokładnie opracowane przez rzesze polonistów. Nie ma
strategii ich omawiania. Nie ma streszczeń w Internecie. Nie ma ustalonej jedynej
właściwej interpretacji. Nie ma bohatera romantycznego, nie ma już zaborów, nie
ma męczeństwa, nie ma nad czym płakać. Chyba tylko nad dramatem narodowym, gdy
jutro kartkówka, a została połowa do przeczytania.
W NASTĘPNYM WPISIE: Skoro już o „Weselu” była
mowa…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz