poniedziałek, 3 września 2018

WPIS#10 LEKTURY SPRZED STU I WIĘCEJ LAT, CZYLI CZYTAJ, OBYWATELU, NA ZDROWIE


            Czy to nie jest zastanawiające, że rodzice czytali te same lektury, co dzieci, i, co gorsza, dziadkowie? Jak to jest, że od stu lat kanon lektur właściwie się nie zmienił? Czyżby nie powstały godne uwagi książki…?
            Polacy mają to do siebie, że lubią skupiać się na swoim męczeństwie. Zabory, bohater romantyczny, co to wszystkich nas uratuje, i jeszcze zadziwi tym świat, młodzi, wrażliwi chłopcy, poeci, zbawcy narodów zapełniają karty większości szkolnych lektur. Ciągle siedzimy w XIX wieku, jakby nic się w świecie nie zmieniło, jakby po odzyskaniu niepodległości nic się nie wydarzyło. Najmłodsza lektura z gwiazdką, czyli obowiązkowa dla wszystkich („Wesele”), została wydana w 1901 roku. Od tamtej pory czterech Polaków zostało uhonorowanych Nagrodą Nobla (tak naprawdę to pięciu, bo jest jeszcze Singer, ale on ma niewłaściwe pochodzenie, o nim się nie mówi), z czego tylko jednego (Sienkiewicza) powieść należy w szkole przeczytać. Reymonta można, ale nie trzeba, omawianie Szymborskiej i Miłosza to prywatna sprawa nauczyciela. I właściwie to uczniowie nie wiedzą, za co tego Nobla dostali…
            Poza Szekspirem nie omawia się światowej klasyki. Owszem, trzeba, ale tylko jedną wybraną powieść w liceum. I kończy się tak, że czyta się Dostojewskiego czy Bułhakowa, ewentualnie Camusa. Literatura amerykańska właściwie nie istnieje. Bo wszystko, co dobre, powstało w Polsce. Która zresztą też jest postrzegana w okrojonym kształcie. Dlaczego właściwie w podstawie programowej nie ma punktu „literatura regionu”? Dlaczego mieszkaniec Wrocławia, Poznania, Krakowa czy Gdańska ma czytać książki rozgrywające się w Warszawie, nawet, jeśli nigdy tam nie był i nazwy ulic nic mu nie mówią? Dlaczego całe rzesze autorów regionalnych są pomijane, ignorowane, spychane na margines? Na samym Dolnym Śląsku jest z czego wybierać: Jacek Inglot, Gabriel Leonard Kamiński, Salomea Kapuścińska, Bogusław Kierc, Krzysztof Rudowski, Waldemar Okoń, Olga Tokarczuk, Magdalena Zarębska… Wystarczy wejść na stronę odpowiedniego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest tylko jeden problem. Książek tych pisarzy nie ma w bibliotekach, a jeśli są, to już na pewno nie w dużych ilościach. Nie można zatem zrobić z nich lektur szkolnych, bo uczniowie nie mieliby ich jak przeczytać. Nie można się przecież umówić, że każdy czyta wybranego autora i potem zapoznaje z jego twórczością reszty klasy. Albo przynajmniej przeczytać jego wierszy, przecież to da się skserować.
            Tylko że te książki nie zostały dokładnie opracowane przez rzesze polonistów. Nie ma strategii ich omawiania. Nie ma streszczeń w Internecie. Nie ma ustalonej jedynej właściwej interpretacji. Nie ma bohatera romantycznego, nie ma już zaborów, nie ma męczeństwa, nie ma nad czym płakać. Chyba tylko nad dramatem narodowym, gdy jutro kartkówka, a została połowa do przeczytania.



W NASTĘPNYM WPISIE: Skoro już o „Weselu” była mowa…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz