poniedziałek, 10 września 2018

WPIS#11: O „WESELU” SŁÓW KILKA

            „Wesele” Wyspiańskiego jest plotką. Pisał o tym Tadeusz Boy-Żeleński ponad osiemdziesiąt lat temu, dwadzieścia lat po powstaniu dramatu. Już wtedy trzeba było tłumaczyć, kto jest kim i czego właściwie dotyczy sztuka. Że wesele to wydarzyło się naprawdę, że Wyspiański stworzył jego parodię. Stworzył coś w rodzaju artykułu w kolorowym czasopiśmie, rozpuścił plotkę na temat gości weselnej i samej pary młodej. Wyśmiał ich. Sto lat temu to bawiło publiczność, dzisiaj sztuka zdążyła już okryć się kurzem. Spośród nazwisk wskazanych przez Żeleńskiego pamięta się już tylko Kazimierza Przerwę-Tetmajera.
            Sto lat temu miało też sens omawianie „Wesela”. Można było pięknie pokazać, jak artyści przetwarzają rzeczywistość, jak ją w ogóle postrzegają, jak komentują zachodzące wydarzenia. A teraz? Teraz to jest tylko odgrzewanie mitu narodowego o zbawcy, co to uwolni Polskę, wyswobodzi spod władzy zaborcy. Najciekawsze jest, że pojawia się tu Wernyhora, wieszcz ukraiński (!). Z jakiegoś powodu zależy mu na tym, by Polska odrodziła się z granicami obejmującymi Ukrainę i Litwę. I to jest w porządku. Wcielanie Polski do innego kraju już nie.
            Są i w „Weselu” ciekawe tematy, oczywiście. Jest różnorodność warstw społecznych, są różnice w myśleniu tych warstw, są trudności w dogadaniu się między przedstawicielami różnych stanów. Problemy są trzy. Pierwszy: poloniści uwielbiają zabijać ciekawe tematy zupełnie nieciekawymi kartami pracy, do których wykonania często należy przeanalizować tekst słowo po słowie, wers po wersie. Chyba nie tak czyta się książki? Problem drugi: dramatów w ogóle nie powinno się czytać. Dramat pisze się po to, żeby go wystawić na scenie. Nie każdy może ot tak pójść do teatru, wiadomo, ale od tego jest problem trzeci: przez te sto lat powstały książki poruszające podobne tematy. Dość wspomnieć Natalkę Śniadanko, jeśli już o Ukrainie była mowa. Tu jest jeszcze jedna wartość: możliwość poznania literatury wschodniego sąsiada, mało znanej, a godnej uwagi. Nie trzeba koniecznie czytać przestarzałych sztuk.
            Zresztą, co to za sztuka, której wystawienie w teatrze jest co najmniej trudne? W której w każdej scenie zmieniają się bohaterowie, tak, że aktorzy albo muszą ciągle wchodzić na scenę i z niej schodzić, albo przynajmniej usuwać się co chwilę w mrok? W której odbiorze przeszkadza więc ciągły ruch artystów albo tłok? W której w każdej scenie mówi się o czymś zupełnie innym, niezwiązanym z poprzednim tematem? W której wreszcie można pominąć połowę (albo i więcej!) rozmów – i nie zaburzy to odbioru?




W NASTĘPNYM WPISIE: O "Lalce" słów kilka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz