Sto
lat temu miało też sens omawianie „Wesela”. Można było pięknie pokazać, jak
artyści przetwarzają rzeczywistość, jak ją w ogóle postrzegają, jak komentują
zachodzące wydarzenia. A teraz? Teraz to jest tylko odgrzewanie mitu narodowego
o zbawcy, co to uwolni Polskę, wyswobodzi spod władzy zaborcy. Najciekawsze
jest, że pojawia się tu Wernyhora, wieszcz ukraiński (!). Z jakiegoś powodu
zależy mu na tym, by Polska odrodziła się z granicami obejmującymi Ukrainę i
Litwę. I to jest w porządku. Wcielanie Polski do innego kraju już nie.
Są
i w „Weselu” ciekawe tematy, oczywiście. Jest różnorodność warstw społecznych,
są różnice w myśleniu tych warstw, są trudności w dogadaniu się między
przedstawicielami różnych stanów. Problemy są trzy. Pierwszy: poloniści
uwielbiają zabijać ciekawe tematy zupełnie nieciekawymi kartami pracy, do
których wykonania często należy przeanalizować tekst słowo po słowie, wers po wersie.
Chyba nie tak czyta się książki? Problem drugi: dramatów w ogóle nie powinno
się czytać. Dramat pisze się po to, żeby go wystawić na scenie. Nie każdy może
ot tak pójść do teatru, wiadomo, ale od tego jest problem trzeci: przez te sto
lat powstały książki poruszające podobne tematy. Dość wspomnieć Natalkę Śniadanko,
jeśli już o Ukrainie była mowa. Tu jest jeszcze jedna wartość: możliwość
poznania literatury wschodniego sąsiada, mało znanej, a godnej uwagi. Nie
trzeba koniecznie czytać przestarzałych sztuk.
Zresztą,
co to za sztuka, której wystawienie w teatrze jest co najmniej trudne? W której
w każdej scenie zmieniają się bohaterowie, tak, że aktorzy albo muszą ciągle
wchodzić na scenę i z niej schodzić, albo przynajmniej usuwać się co chwilę w
mrok? W której odbiorze przeszkadza więc ciągły ruch artystów albo tłok? W której
w każdej scenie mówi się o czymś zupełnie innym, niezwiązanym z poprzednim
tematem? W której wreszcie można pominąć połowę (albo i więcej!) rozmów – i nie
zaburzy to odbioru?
W NASTĘPNYM WPISIE: O "Lalce" słów kilka...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz