poniedziałek, 24 września 2018

WPIS#13: O WIESZCZU MICKIEWICZU SŁÓW KILKA


Mickiewicza w szkole jest dużo. I dobrze, wszak Mickiewicz wielkim poetą był. Tylko po co od razu obwieszczać go wieszczem, poetą narodowym?
„Pan Tadeusz” rzeczywiście może być okrzyknięty arcydziełem. Mało kto byłby w stanie napisać tak epopeję, nie gubiąc wątku i pilnując (niemal skutecznie), by wszystkie wersy miały trzynaście zgłosek. Mamy tu też prosty opis życia na dworku w początkach XIX wieku – a to ciekawe uzupełnienie suchych zazwyczaj informacji z lekcji historii. Problem polega na tym, że „Pan Tadeusz” to tak zwana epopeja narodowa. Został już dokładnie przeanalizowany i zinterpretowany i uczeń na lekcji właściwie nie może powiedzieć nic nowego, nie może mieć innego pomysłu niż nauczyciel. Ponieważ omawia się go już w liceum, to skupia się tylko na tym, co może pojawić się na maturze. Zatem zamiast porozmawiać o pięknie samego utworu, o jego walorach artystycznych i technicznych, zamiast spróbować samodzielnie napisać trzynastozgłoskowiec, zamiast wczuć się w ducha epoki, trzeba uczyć się na pamięć, że „Litwo, ojczyzno moja”. I nawet te pierwsze słowa narodowej epopei nie skłaniają do zastanowienia się, kim tak naprawdę był Mickiewicz. Polakiem czy Litwinem? Różnica jest istotna. Skoro Polacy mogli przez 123 lata płakać, że zabory, to co mają powiedzieć Litwini, którzy pod panowaniem polskiego króla żyli znacznie dłużej. Podobnie jest z Białorusią i Ukrainą; ba, w prozie ukraińskiej wręcz wprost pisze się, że Polacy to najeźdźcy. Ale nie. W szkole na polskim uczymy się tylko tego, jakimi to męczennikami jako naród jesteśmy. Jak to nam zawsze było źle. My najeźdźcami? To przecież niemożliwe! Pod naszym panowaniem wszystkim żyło się dobrze!
Zamiast spojrzeć na „Pana Tadeusza” szerzej, w kontekście tożsamości narodowej na przykład, tak ważnej w dzisiejszych czasach, kiedy to właściwie każdy może wyemigrować, szukamy w nim stałych motywów, które przydają się na maturze. Sposób pokazywania miasta, kobiet, rozrywek, życia na wsi, polowania, dworku – to wszystko jest bardzo ciekawe, o ile nie porusza się tych kwestii przy omawianiu każdej jednej lektury. Można porównywać, kto jak opisuje ten sam aspekt życia, owszem. Ale nie to jest w czytaniu najważniejsze. Najważniejszy jest morał, jaki z lektury wynika. A ten w „Panu Tadeuszu” jest już wyświechtany: odzyskamy niepodległość. To jest ciekawe, myślałam, że w 2018 roku już dawno żyjemy w wolnym kraju, a od czasów Mickiewicza niepodległość odzyskaliśmy nawet dwa razy (w 1918 i 1989), że możemy wreszcie skupić się na czymś innym, bardziej współczesnym.
Ale nie. Poza „Panem Tadeuszem” należy omówić jeszcze z należnym pietyzmem „Dziady”. Najważniejsza jest, oczywiście, część III. To właściwie zbiór niepowiązanych ze sobą scen, bez przypisów nie sposób zrozumieć, o co tak właściwie chodzi. A chodzi o dwie sprawy: mesjanizm i prometeizm. Polska Chrystusem narodów, kult zbawcy wciąż żywy. Jakoby to jednostka mogła naprawić całe zło tego świata. Jednostka wybitna, utalentowana, poeta, bo któżby inny, w końcu mamy romantyzm, epokę wrażliwych młodzieńców, artystów.
Zacznijmy od tego, że dramatów w ogóle nie powinno się czytać, dramaty są od wystawienia na scenie. Ale już trudno, w końcu akurat część III „Dziadów” bardzo trudno jest wystawić na scenie. Bo co zrobić z Ustępem, zbiorem poematów umieszczonych na końcu? Wyrecytować? Przerobić tekst na grę aktorów? A co z tym, że każda niemal scena rozgrywa się w innym miejscu, pojawiają się inne postaci? I jak sprawić, by dramat stał się zrozumiały dla przeciętnego widza?
To lepiej przeczytać. Suchy tekst łatwiej przeanalizować. A „Dziady” trzeba oczywiście analizować wers po wersie, bo przecież w każdej linijce kryje się mądrość. I potem uczniowie mają problem w objęciu całości, w zrozumieniu, o czym ogólnie jest ten dramat. O pysznym poecie? Czy o więzionych przez Rosjan młodych buntowników? A może o kosmopolityzmie wśród elit? O nierównościach społecznych? O sile wiary? O pobożności? Czy po prostu, jak wiele powstałych w XIX wieku dzieł, miał być „ku pokrzepieniu serc”, miał podnosić na duchu Polaków, dawać nadzieję, że jeszcze kiedyś tę niepodległość odzyskają?
A może miał dać Mickiewiczowi nieśmiertelność? W końcu ciągle jest numerem jeden na liście lektur, chociaż minęło już dwieście lat od jego śmierci, zdawałoby się, że powinien utracić nieco świeżości. Ciągle odwołując się do jego utworów na maturze można nie martwić się o wynik. Ciągle trzeba znać najważniejsze jego dzieła na wylot, żeby nie stresować się, że brakuje przykładów na poparcie tezy na ustnej czy pisemnej. Ciągle to Mickiewicz mówi nam, jak mamy myśleć, jak mamy żyć, co robimy dobrze, co źle. Rzeczywiście jest wieszczem. W XIX wieku przewidział, jak będzie wyglądał świat w wieku XXI. To dopiero artysta.
Są jeszcze dwie części „Dziadów”: druga i czwarta. Pierwsza nie została nigdy skończona.
Część II to obrzęd dziadów, rozmowy z duszami. I okazuje się, że dzieci są złe, bo są niewinne, bo znają tylko dobrą stronę życia. Dziecko zaraz po urodzeniu powinno cierpieć, najlepiej w czasie walki narodowowyzwoleńczej, tak? Bo inaczej nie trafi do nieba? Coś tu nie gra.
A jak już o niebie mowa, to co mają dziady do chrześcijaństwa? Dlaczego nie mówi się o tym, że katolicyzm nie wyplewił dawnych wierzeń, obyczajów, tylko nałożył swoje święta na tradycje pogan? Dlaczego nie porusza się kwestii ludowych zwyczajów? Dlaczego skupia się tylko na moralności Mickiewicza?
Moralności zresztą wątpliwej. Według niego kobiety są złe, bo bawią się uczuciami mężczyzn. Jakby istotnej roli nie grało tu wychowanie! Jakby to nie było tak, że bez dobrej partii kobieta nie istniała. Nie o tym mówi się w XXI wieku. W XXI wieku raczej stara się o równouprawnienie płci, o wyeliminowanie dyskryminacji kobiet. Jak uczennice, omawiające właśnie na lekcjach lektury otwarcie podważające wartość kobiety, mogą wierzyć we własne siły, walczyć o swoje, w ogóle dostrzegać to, że są dyskryminowane? Jak uczniowie, słuchający o tym, że kobieta powinna być niewinna i uległa, mają kobiety szanować?
Gwóźdź do trumny przybija część IV. „Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!” Czyli kobieta jest niczym, jest delikatna, bez mężczyzny nic nie znaczy, to mężczyzna musi się nią zaopiekować. Więcej: kobieta ma być aniołem, istotą idealną. Stawia się ją na piedestale, przez co przestaje być… człowiekiem.
Kończy się tak, że jeśli o Mickiewicza chodzi, warto przeczytać jedynie „Sonety krymskie”. Bo to w nich pojawia się nostalgia, tęsknota za ojczyzną, tak częste w dobie powszechnej migracji ludów. Bo one też mają wartość artystyczną, są przemyślane, pięknie napisane… Tylko że i je omawia się w kontekście bohatera romantycznego, maglowanego w szkole na wszystkie strony. Po „Cierpieniach młodego Wertera” i „Dziadach” ma się go serdecznie dość. A potem się okazuje, że to jeszcze nie koniec.


W NASTĘPNYM WPISIE: Czym zawinił nieśmiertelny bohater romantyczny?

poniedziałek, 17 września 2018

WPIS#12: O „LALCE” SŁÓW KILKA


            Tak na początek: ile Rzecki miał lat? Z jego pamiętników wynika, że co najmniej pięćdziesiąt, w końcu w „Lalce” mamy 1878 rok, a on brał aktywny udział w Wiośnie Ludów (1848-49). A jednak już w pierwszym rozdziale pojawia się zdanie: „Ani jednak ciekawość ogółu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech subiektów, ani nawet ustalona reputacja sklepu może nie uchroniłyby go od upadku, gdyby nie zawiadował nim czterdziestoletni pracownik firmy, przyjaciel i zastępca Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki”. Tylko że gdyby miał czterdzieści lat, nie walczyłby na Węgrzech, bo miałby wtedy… dziesięć lat. Już tutaj pojawia się więc nieścisłość. W powieści Prusa jest ich więcej.
            Bo ile razy można się, na przykład, zakochiwać i odkochiwać? I to w jednej tylko kobiecie? Do Wokulskiego wielokrotnie dociera, jaką kobietą jest Izabela Łęcka, nieraz traci do niej wszelkie ciepłe uczucia, by za chwilę, w następnym rozdziale, znowu do niej wzdychać. To wygląda na celowe wydłużanie historii, to samo robił zresztą Sienkiewicz (Kmicic w „Potopie” tyle razy jest ranny, że normalny człowiek dawno już by od tych ran leżał w grobie). Obaj panowie pisali te powieści w odcinkach, do gazety, zatem w ich własnym interesie było, by książka wyszła jak najdłuższa. Więcej rozdziałów=więcej pieniędzy.
            Sam Wokulski jest więc niespójny. Nie wie, czego chce. Miota się, ale to jego miotanie się staje się w końcu komiczne. Wiadomo, ciągłe zwroty akcji, powroty, ucieczki do i od ukochanej były potrzebne, by podtrzymać zainteresowanie publiki. Pytanie brzmi, czy właśnie takiej powieści potrzebują polscy uczniowie w XXI wieku. Przecież spokojnie można by ją było porównać do historii publikowanych na blogach czy Wattpadzie – tam też liczy się długość, nie jakość.
Owszem, „Lalka” porusza kilka ważnych kwestii. Ale czy one aby na pewno się nie zdezaktualizowały?
Po pierwsze – wychowanie kobiet. To przez to pojawiają się cierpienia Wokulskiego. Gdyby Łęcka tak po prostu odwzajemniła jego uczucie, nie zastanawiając się, czy jej się opłaca małżeństwo z kupcem, nie byłoby całej intrygi. Tu zresztą widać kolejną niespójność: Wokulski ma szlacheckie pochodzenie. Tylko na przestrzeni lat jego rodzina zubożała. Nie jest jednak tak do końca prostym kupcem. Ma też majątek, czego nie może o sobie powiedzieć Łęcka.
Dzisiaj przydałaby się raczej lektura na temat równouprawnienia płci, dyskryminacji kobiet, wszystkiego tego, o co walczą feministki. Ale, och, no tak. W czasach Prusa nie było jeszcze feministek, przynajmniej nie w Polsce. A kto jak nie Prus miałby napisać wartościową powieść?
Po drugie – antysemityzm. W „Lalce” dobrze widoczny zwłaszcza po zakupieniu przez Szlangbauma sklepu Wokulskiego. Tylko że dzisiejszy antysemityzm polega na czymś innym. Trudno jest spotkać na ulicy Żyda, nienawiść do starozakonnych oparta jest tylko na wyobrażeniach ludzi.
Teraz w mediach rządzą uchodźcy, na każdym kroku można spotkać Ukraińca, to ich się nie toleruje, to ich się atakuje i obraża. Tego problemu Prus nie mógł poruszyć.
Po trzecie – wojna. Owszem, w „Lalce” jest pokazane, że są ludzie, którzy się dzięki wojnie bogacą, że na zabijaniu można zarabiać. Nie jest to jednak łączone z drugą wojną światową, z tym, że dobrze wszystkim znane marki wykorzystywały pracę więźniów obozów koncentracyjnych do obniżenia kosztów produkcji. Wojny XIX nie są już żywe w pamięci ludzi, wojny XX wieku jeszcze się pamięta. Ale Prus zmarł jeszcze przed wybuchem pierwszej z nich…
Po czwarte – zakazana miłość. Do młodego czytelnika nie przemawia już problem pochodzenia, ponieważ w Polsce nie ma jako takich warstw społecznych. Elity zostały wymordowane w Katyniu. Ale… no tak, Prus tego nie dożył.
Dzisiaj zakazaną miłością może być miłość mężczyzny do mężczyzny, kobiety do kobiety. Zwłaszcza w Polsce jej okazywanie jest niebezpieczne. Prus nie mógł wiedzieć, że przydałoby się i o tym co nieco napisać.
„Lalka” uważana jest za lekturę idealną, pasuje do niemal każdego tematu maturalnego. Ale właśnie – tylko do tematu maturalnego. Bo i matura została przygotowana w oparciu o „Lalkę” i kilka innych książek sprzed stu lat. Jakby od czasu ich wydania nie powstało nic innego godnego uwagi. Jeśli chodzi o życie, „Lalka” niewiele może młodemu czytelnikowi powiedzieć, poza tym, jak ono wyglądało w XIX wieku. To trochę słabe uposażenie na przyszłość…



W NASTĘPNYM WPISIE: O wieszczu Mickiewiczu słów kilka...

poniedziałek, 10 września 2018

WPIS#11: O „WESELU” SŁÓW KILKA

            „Wesele” Wyspiańskiego jest plotką. Pisał o tym Tadeusz Boy-Żeleński ponad osiemdziesiąt lat temu, dwadzieścia lat po powstaniu dramatu. Już wtedy trzeba było tłumaczyć, kto jest kim i czego właściwie dotyczy sztuka. Że wesele to wydarzyło się naprawdę, że Wyspiański stworzył jego parodię. Stworzył coś w rodzaju artykułu w kolorowym czasopiśmie, rozpuścił plotkę na temat gości weselnej i samej pary młodej. Wyśmiał ich. Sto lat temu to bawiło publiczność, dzisiaj sztuka zdążyła już okryć się kurzem. Spośród nazwisk wskazanych przez Żeleńskiego pamięta się już tylko Kazimierza Przerwę-Tetmajera.
            Sto lat temu miało też sens omawianie „Wesela”. Można było pięknie pokazać, jak artyści przetwarzają rzeczywistość, jak ją w ogóle postrzegają, jak komentują zachodzące wydarzenia. A teraz? Teraz to jest tylko odgrzewanie mitu narodowego o zbawcy, co to uwolni Polskę, wyswobodzi spod władzy zaborcy. Najciekawsze jest, że pojawia się tu Wernyhora, wieszcz ukraiński (!). Z jakiegoś powodu zależy mu na tym, by Polska odrodziła się z granicami obejmującymi Ukrainę i Litwę. I to jest w porządku. Wcielanie Polski do innego kraju już nie.
            Są i w „Weselu” ciekawe tematy, oczywiście. Jest różnorodność warstw społecznych, są różnice w myśleniu tych warstw, są trudności w dogadaniu się między przedstawicielami różnych stanów. Problemy są trzy. Pierwszy: poloniści uwielbiają zabijać ciekawe tematy zupełnie nieciekawymi kartami pracy, do których wykonania często należy przeanalizować tekst słowo po słowie, wers po wersie. Chyba nie tak czyta się książki? Problem drugi: dramatów w ogóle nie powinno się czytać. Dramat pisze się po to, żeby go wystawić na scenie. Nie każdy może ot tak pójść do teatru, wiadomo, ale od tego jest problem trzeci: przez te sto lat powstały książki poruszające podobne tematy. Dość wspomnieć Natalkę Śniadanko, jeśli już o Ukrainie była mowa. Tu jest jeszcze jedna wartość: możliwość poznania literatury wschodniego sąsiada, mało znanej, a godnej uwagi. Nie trzeba koniecznie czytać przestarzałych sztuk.
            Zresztą, co to za sztuka, której wystawienie w teatrze jest co najmniej trudne? W której w każdej scenie zmieniają się bohaterowie, tak, że aktorzy albo muszą ciągle wchodzić na scenę i z niej schodzić, albo przynajmniej usuwać się co chwilę w mrok? W której odbiorze przeszkadza więc ciągły ruch artystów albo tłok? W której w każdej scenie mówi się o czymś zupełnie innym, niezwiązanym z poprzednim tematem? W której wreszcie można pominąć połowę (albo i więcej!) rozmów – i nie zaburzy to odbioru?




W NASTĘPNYM WPISIE: O "Lalce" słów kilka...

poniedziałek, 3 września 2018

WPIS#10 LEKTURY SPRZED STU I WIĘCEJ LAT, CZYLI CZYTAJ, OBYWATELU, NA ZDROWIE


            Czy to nie jest zastanawiające, że rodzice czytali te same lektury, co dzieci, i, co gorsza, dziadkowie? Jak to jest, że od stu lat kanon lektur właściwie się nie zmienił? Czyżby nie powstały godne uwagi książki…?
            Polacy mają to do siebie, że lubią skupiać się na swoim męczeństwie. Zabory, bohater romantyczny, co to wszystkich nas uratuje, i jeszcze zadziwi tym świat, młodzi, wrażliwi chłopcy, poeci, zbawcy narodów zapełniają karty większości szkolnych lektur. Ciągle siedzimy w XIX wieku, jakby nic się w świecie nie zmieniło, jakby po odzyskaniu niepodległości nic się nie wydarzyło. Najmłodsza lektura z gwiazdką, czyli obowiązkowa dla wszystkich („Wesele”), została wydana w 1901 roku. Od tamtej pory czterech Polaków zostało uhonorowanych Nagrodą Nobla (tak naprawdę to pięciu, bo jest jeszcze Singer, ale on ma niewłaściwe pochodzenie, o nim się nie mówi), z czego tylko jednego (Sienkiewicza) powieść należy w szkole przeczytać. Reymonta można, ale nie trzeba, omawianie Szymborskiej i Miłosza to prywatna sprawa nauczyciela. I właściwie to uczniowie nie wiedzą, za co tego Nobla dostali…
            Poza Szekspirem nie omawia się światowej klasyki. Owszem, trzeba, ale tylko jedną wybraną powieść w liceum. I kończy się tak, że czyta się Dostojewskiego czy Bułhakowa, ewentualnie Camusa. Literatura amerykańska właściwie nie istnieje. Bo wszystko, co dobre, powstało w Polsce. Która zresztą też jest postrzegana w okrojonym kształcie. Dlaczego właściwie w podstawie programowej nie ma punktu „literatura regionu”? Dlaczego mieszkaniec Wrocławia, Poznania, Krakowa czy Gdańska ma czytać książki rozgrywające się w Warszawie, nawet, jeśli nigdy tam nie był i nazwy ulic nic mu nie mówią? Dlaczego całe rzesze autorów regionalnych są pomijane, ignorowane, spychane na margines? Na samym Dolnym Śląsku jest z czego wybierać: Jacek Inglot, Gabriel Leonard Kamiński, Salomea Kapuścińska, Bogusław Kierc, Krzysztof Rudowski, Waldemar Okoń, Olga Tokarczuk, Magdalena Zarębska… Wystarczy wejść na stronę odpowiedniego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest tylko jeden problem. Książek tych pisarzy nie ma w bibliotekach, a jeśli są, to już na pewno nie w dużych ilościach. Nie można zatem zrobić z nich lektur szkolnych, bo uczniowie nie mieliby ich jak przeczytać. Nie można się przecież umówić, że każdy czyta wybranego autora i potem zapoznaje z jego twórczością reszty klasy. Albo przynajmniej przeczytać jego wierszy, przecież to da się skserować.
            Tylko że te książki nie zostały dokładnie opracowane przez rzesze polonistów. Nie ma strategii ich omawiania. Nie ma streszczeń w Internecie. Nie ma ustalonej jedynej właściwej interpretacji. Nie ma bohatera romantycznego, nie ma już zaborów, nie ma męczeństwa, nie ma nad czym płakać. Chyba tylko nad dramatem narodowym, gdy jutro kartkówka, a została połowa do przeczytania.



W NASTĘPNYM WPISIE: Skoro już o „Weselu” była mowa…