Mickiewicza w
szkole jest dużo. I dobrze, wszak Mickiewicz wielkim poetą był. Tylko po co od
razu obwieszczać go wieszczem, poetą narodowym?
„Pan Tadeusz”
rzeczywiście może być okrzyknięty arcydziełem. Mało kto byłby w stanie napisać tak
epopeję, nie gubiąc wątku i pilnując (niemal skutecznie), by wszystkie wersy
miały trzynaście zgłosek. Mamy tu też prosty opis życia na dworku w początkach
XIX wieku – a to ciekawe uzupełnienie suchych zazwyczaj informacji z lekcji
historii. Problem polega na tym, że „Pan Tadeusz” to tak zwana epopeja narodowa.
Został już dokładnie przeanalizowany i zinterpretowany i uczeń na lekcji właściwie
nie może powiedzieć nic nowego, nie może mieć innego pomysłu niż nauczyciel. Ponieważ
omawia się go już w liceum, to skupia się tylko na tym, co może pojawić się na
maturze. Zatem zamiast porozmawiać o pięknie samego utworu, o jego walorach
artystycznych i technicznych, zamiast spróbować samodzielnie napisać
trzynastozgłoskowiec, zamiast wczuć się w ducha epoki, trzeba uczyć się na
pamięć, że „Litwo, ojczyzno moja”. I nawet te pierwsze słowa narodowej epopei
nie skłaniają do zastanowienia się, kim tak naprawdę był Mickiewicz. Polakiem
czy Litwinem? Różnica jest istotna. Skoro Polacy mogli przez 123 lata płakać,
że zabory, to co mają powiedzieć Litwini, którzy pod panowaniem polskiego króla
żyli znacznie dłużej. Podobnie jest z Białorusią i Ukrainą; ba, w prozie ukraińskiej
wręcz wprost pisze się, że Polacy to najeźdźcy. Ale nie. W szkole na polskim
uczymy się tylko tego, jakimi to męczennikami jako naród jesteśmy. Jak to nam
zawsze było źle. My najeźdźcami? To przecież niemożliwe! Pod naszym panowaniem
wszystkim żyło się dobrze!
Zamiast spojrzeć na
„Pana Tadeusza” szerzej, w kontekście tożsamości narodowej na przykład, tak
ważnej w dzisiejszych czasach, kiedy to właściwie każdy może wyemigrować,
szukamy w nim stałych motywów, które przydają się na maturze. Sposób
pokazywania miasta, kobiet, rozrywek, życia na wsi, polowania, dworku – to wszystko
jest bardzo ciekawe, o ile nie porusza się tych kwestii przy omawianiu każdej
jednej lektury. Można porównywać, kto jak opisuje ten sam aspekt życia, owszem.
Ale nie to jest w czytaniu najważniejsze. Najważniejszy jest morał, jaki z
lektury wynika. A ten w „Panu Tadeuszu” jest już wyświechtany: odzyskamy
niepodległość. To jest ciekawe, myślałam, że w 2018 roku już dawno żyjemy w
wolnym kraju, a od czasów Mickiewicza niepodległość odzyskaliśmy nawet dwa razy
(w 1918 i 1989), że możemy wreszcie skupić się na czymś innym, bardziej
współczesnym.
Ale nie. Poza „Panem
Tadeuszem” należy omówić jeszcze z należnym pietyzmem „Dziady”. Najważniejsza
jest, oczywiście, część III. To właściwie zbiór niepowiązanych ze sobą scen,
bez przypisów nie sposób zrozumieć, o co tak właściwie chodzi. A chodzi o dwie sprawy:
mesjanizm i prometeizm. Polska Chrystusem narodów, kult zbawcy wciąż żywy. Jakoby
to jednostka mogła naprawić całe zło tego świata. Jednostka wybitna,
utalentowana, poeta, bo któżby inny, w końcu mamy romantyzm, epokę wrażliwych
młodzieńców, artystów.
Zacznijmy od tego,
że dramatów w ogóle nie powinno się czytać, dramaty są od wystawienia na
scenie. Ale już trudno, w końcu akurat część III „Dziadów” bardzo trudno jest
wystawić na scenie. Bo co zrobić z Ustępem, zbiorem poematów umieszczonych na
końcu? Wyrecytować? Przerobić tekst na grę aktorów? A co z tym, że każda niemal
scena rozgrywa się w innym miejscu, pojawiają się inne postaci? I jak sprawić,
by dramat stał się zrozumiały dla przeciętnego widza?
To lepiej
przeczytać. Suchy tekst łatwiej przeanalizować. A „Dziady” trzeba oczywiście
analizować wers po wersie, bo przecież w każdej linijce kryje się mądrość. I
potem uczniowie mają problem w objęciu całości, w zrozumieniu, o czym ogólnie
jest ten dramat. O pysznym poecie? Czy o więzionych przez Rosjan młodych buntowników?
A może o kosmopolityzmie wśród elit? O nierównościach społecznych? O sile
wiary? O pobożności? Czy po prostu, jak wiele powstałych w XIX wieku dzieł,
miał być „ku pokrzepieniu serc”, miał podnosić na duchu Polaków, dawać
nadzieję, że jeszcze kiedyś tę niepodległość odzyskają?
A może miał dać
Mickiewiczowi nieśmiertelność? W końcu ciągle jest numerem jeden na liście
lektur, chociaż minęło już dwieście lat od jego śmierci, zdawałoby się, że powinien
utracić nieco świeżości. Ciągle odwołując się do jego utworów na maturze można
nie martwić się o wynik. Ciągle trzeba znać najważniejsze jego dzieła na wylot,
żeby nie stresować się, że brakuje przykładów na poparcie tezy na ustnej czy
pisemnej. Ciągle to Mickiewicz mówi nam, jak mamy myśleć, jak mamy żyć, co robimy
dobrze, co źle. Rzeczywiście jest wieszczem. W XIX wieku przewidział, jak
będzie wyglądał świat w wieku XXI. To dopiero artysta.
Są jeszcze dwie części
„Dziadów”: druga i czwarta. Pierwsza nie została nigdy skończona.
Część II to obrzęd
dziadów, rozmowy z duszami. I okazuje się, że dzieci są złe, bo są niewinne, bo
znają tylko dobrą stronę życia. Dziecko zaraz po urodzeniu powinno cierpieć,
najlepiej w czasie walki narodowowyzwoleńczej, tak? Bo inaczej nie trafi do
nieba? Coś tu nie gra.
A jak już o niebie
mowa, to co mają dziady do chrześcijaństwa? Dlaczego nie mówi się o tym, że
katolicyzm nie wyplewił dawnych wierzeń, obyczajów, tylko nałożył swoje święta
na tradycje pogan? Dlaczego nie porusza się kwestii ludowych zwyczajów? Dlaczego
skupia się tylko na moralności Mickiewicza?
Moralności zresztą
wątpliwej. Według niego kobiety są złe, bo bawią się uczuciami mężczyzn. Jakby
istotnej roli nie grało tu wychowanie! Jakby to nie było tak, że bez dobrej
partii kobieta nie istniała. Nie o tym mówi się w XXI wieku. W XXI wieku raczej
stara się o równouprawnienie płci, o wyeliminowanie dyskryminacji kobiet. Jak
uczennice, omawiające właśnie na lekcjach lektury otwarcie podważające wartość
kobiety, mogą wierzyć we własne siły, walczyć o swoje, w ogóle dostrzegać to,
że są dyskryminowane? Jak uczniowie, słuchający o tym, że kobieta powinna być
niewinna i uległa, mają kobiety szanować?
Gwóźdź do trumny przybija
część IV. „Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!” Czyli kobieta jest
niczym, jest delikatna, bez mężczyzny nic nie znaczy, to mężczyzna musi się nią
zaopiekować. Więcej: kobieta ma być aniołem, istotą idealną. Stawia się ją na
piedestale, przez co przestaje być… człowiekiem.
Kończy się tak, że
jeśli o Mickiewicza chodzi, warto przeczytać jedynie „Sonety krymskie”. Bo to w
nich pojawia się nostalgia, tęsknota za ojczyzną, tak częste w dobie
powszechnej migracji ludów. Bo one też mają wartość artystyczną, są
przemyślane, pięknie napisane… Tylko że i je omawia się w kontekście bohatera
romantycznego, maglowanego w szkole na wszystkie strony. Po „Cierpieniach
młodego Wertera” i „Dziadach” ma się go serdecznie dość. A potem się okazuje,
że to jeszcze nie koniec.
W NASTĘPNYM WPISIE: Czym zawinił nieśmiertelny
bohater romantyczny?



