poniedziałek, 25 czerwca 2018

WPIS#2A: KONKURSY, CZYLI PO CO TO KOMU

            Każde dziecko w wieku szkolnym prędzej czy później styka się z konkursem. Może koleżanka czy kolega zajęli jakieś promowane miejsce, może nauczyciel zaproponował samemu spróbować swoich sił. Atrakcyjne nagrody i wizja sławy kuszą, rodzina i grono pedagogiczne naciskają, żeby chociaż zobaczyć, jak to jest, a nuż się uda. Gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się myśl o ocenach: taka dodatkowa, za udział w konkursie, piątka czy szóstka na pewno by się przydała. Po jednym takim spróbowaniu, jednym uczestnictwie w rywalizacji, pojawiają się kolejne okazje, może tym razem coś z tego wyniknie, dlaczego by nie, warto próbować. Jednak czy ta nakręcająca się spirala konkursów, to ciągłe sprawdzanie, czy następnym razem pójdzie lepiej, czy nawet tylko jednorazowe skuszenie się na rywalizację przekłada się na rozwój ucznia? Albo, przynajmniej, na jego wiedzę i umiejętności? Czy rzeczywiście kolejny konkurs ułatwi mu przeżycie szkolnych lat? Niekoniecznie…
            Rzeczywiście, często zdarza się, że jeden turniej ciągnie za sobą następny, ten następny kolejny, i tak dalej, przez cały rok szkolny, a niejednokrotnie i całą szkołę albo aż do matury. Kończy się tak, że czasu, który można poświęcić na do niczego niezobowiązującą naukę (poza zaliczeniem przedmiotu i przechodzenie z klasy do klasy, oczywiście), jest coraz mniej. Co więcej, kiedy uczy się do konkursu, wydaje się, że jest to coś znacznie ciekawszego, ważniejszego od samej podstawy programowej – w końcu za doskonale przyswojonym materiałem kryje się nie tylko dobra ocena, ale i jakaś rzeczowa nagroda, może i artykuł w gazecie ze zdjęciem jubilata, słowem, jest o co walczyć. Czas posuchy więc, ten bez rywalizacji w perspektywie kilku dni czy tygodni, traktuje się jak przerwę, niesatysfakcjonującą chwilę odpoczynku. Zatem konkursy mogą, paradoksalnie, obniżyć poziom opanowanego materiału z podstawy programowej. Ważniejsze staje się to, co poza tę podstawę wykracza, co daje możliwość zaistnienia chociażby na chwilę w większym świecie.
            Sam konkurs też jest przedsięwzięciem czasochłonnym. Pierwszy etap zazwyczaj wymaga nie pójścia na jedną czy dwie lekcje, co traktuje się z przymrużeniem oka, to przecież ku chwale szkoły (i ucznia). W efekcie na następne zajęcia dziecko przychodzi nieprzygotowane, a nawet jeśli się przygotowało, to musiało na to poświęcić swój czas w domu. Poza zadaniami domowymi, których zawsze jest dużo do odrobienia, trzeba było jeszcze nadrobić zaległości, chociaż w szkole się było. Właśnie, sama perspektywa ominięcia jakiejś nieprzyjemnej lekcji jest tak pociągająca, że uczniowie do konkursów zgłaszają się po to, by legalnie wagarować. Ale na razie o czasie. Na następny etap trzeba dojechać do innej szkoły, albo i do innego miasta, na kolejny jeszcze dalej, coraz więcej lekcji się traci. Po to, by się okazało, że do podium zabrakło jednego punktu. Albo i dobrze, jest to pierwsze miejsce. Tylko że ten akurat konkurs nie pomoże w dostaniu się do liceum czy na studia, to taki zwyczajny konkurs, ot, taki do sprawdzenia się.
            Tylko co to za sprawdzenie się? W liceum, jasna sprawa, uczeń klasy matematyczno-fizycznej bierze udział w konkursach ścisłych, uczeń klasy humanistycznej jest tak biegły w sprawie lektur czy gramatyki, albo historii, że bez najmniejszego problemu poradzi sobie z konkursami z jego działki, uczeń klasy biologiczno-chemicznej również nie powinien uskarżać się na konkursy przyrodnicze. Trochę to podkoloryzowane, bo przecież tylko prymusi mają całą wiedzę w małym paluszku i mogą myśleć nie o zaliczeniu przedmiotu, a o chwaleniu się swoją wiedzą. Ale dobrze, podstawy do startowania są. A podstawówka? Dzieci z podstawówki nawet, jeśli wiedzą, co chcą robić w przyszłości, to raczej tych obietnic nie spełniają. To tylko marzenia na godzinę wychowawczą, żeby nie mówić zawsze, że nie wiem. Dla nich, przy podstawowym, jak z samej nazwy szkoły wynika, poznaniu świata, trudno jest się wybić, skoro jeszcze w niczym tak ewidentnie nie błyszczą.
            Nauczyciele bardzo chcą, żeby w każdej klasie znalazły się osoby szczególnie uzdolnione w każdym z przedmiotów, naciskają więc, by brać udział w konkursach. Potrzebują wyników do własnych rankingów. Problem polega raczej na tym, że wspaniała pisarka od konkursów literackich może skończyć w korporacji, a wielki malarz w laboratorium chemicznym. Te sukcesy nie mają żadnego przełożenia na przyszłość dzieci. Gdyby potraktować je jako zabawę, rywalizację jako okazję do prostego sprawdzenia się, wyjazdy jako szansę na poznanie nowych ludzi, nie byłoby w tym nic złego. Ale z punktu widzenia nauczycieli, jakby nie patrzeć, opiekunów uczniów na konkursach, ta rywalizacja nie jest zabawą. To pole bitwy, walka o uznanie dyrektora, kuratorium, ministerstwa. W tym wszystkim dobro dzieci gdzieś się gubi.

W NASTĘPNYM WPISIE: Konkursy, czyli jednak jakieś plusy muszą być

środa, 20 czerwca 2018

WPIS#1: SZKOŁA WSPIERAJĄCA UZDOLNIENIA

            Wiele szkół szczyci się tytułem wspierającej uzdolnienia, zwłaszcza podstawówki. Gdzieś na korytarzu musi się znaleźć miejsce na plakat czy chociażby prosty napis: tu wspieramy talenty dzieci. Szkoła bliska uczniom, szkoła rozwijająca pasje, aktywna szkoła, to slogany często goszczące w przestrzeni placówek edukacyjnych. Czy jednak są rzeczywiście realizowane? Czy w szkołach dzieci naprawdę mogą się rozwijać w obranym przez siebie kierunku? Czy mogą poświęcać czas na szlifowanie ulubionych umiejętności? Zdania są podzielone.
            Młodzi artyści, początkujący sportowcy, mali naukowcy, wszyscy oni mogliby powiedzieć, że tak, ich szkoła wspiera uzdolnienia. W końcu mogą występować na forum klasy czy nawet kilku klas. Rozpoczęcia i zakończenia roku, dni wiosny i jesieni, święta i dni całkiem zwyczajne to okazje do zorganizowania imprezy, pokazu talentów czy koncertu lub wystawy prac uczniów. Można się popisać przed kolegami ze szkolnych ławek, pokazać nietypowe zainteresowania, po prostu pochwalić się. Co bardziej przedsiębiorczy dostaną za to jeszcze ocenę z adekwatnego przedmiotu.
            Drugą okazją do zaprezentowania się przed szerszą publicznością są oczywiście konkursy. Dość zgłosić się do odpowiedniego nauczyciela, a ten już znajdzie setki możliwości, by poszczycić się wychowankiem. Na zwycięzców czekają atrakcyjne nagrody, a w przypadku konkursów artystycznych zdarza się również, że część prac jest publikowana. Nic, tylko startować, starać się, poświęcać swój czas na przechodzenie przez kolejne etapy.
            Czasem okazuje się, że współzawodnictwo ma jeszcze jedną, niepodważalną zaletę: wstęp do wybranej szkoły na następnym poziomie edukacyjnym. I znowu zaczyna się jeżdżenie po kraju i świecie i trzymanie kciuków za powodzenie. Przy dużej konkurencji taka przepustka to prawdziwy skarb.
            Ci sami artyści, sportowcy, mali naukowcy, albo ich rodzice, mogą też jednak powiedzieć, że za te wszystkie zajęcia dodatkowe, pozwalające potem na zapierające dech w piersiach popisy i wygrywanie konkursów, płacą oni sami, z własnej kieszeni. Tu szkoła nie pomaga. Szkoła umywa ręce do czasu, gdy pasja okaże się naprawdę dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Wtedy może zacząć się utalentowanym uczniem chwalić, oczywiście, bez ponoszenia żadnych kosztów.
            Koszty prędzej czy później ponosi samo dziecko. Bo nagle okazuje się, że nie starcza już czasu na naukę, na zadania domowe, a co dopiero na odpoczynek. Nagle okazuje się, że trzeba pracować od rana do wieczora, jeśli chce się dalej trenować i utrzymać oceny na jako takim poziomie. Najgorzej mają ci ambitni, ci, którzy chcą być najlepsi i w szkole, i w swoich uzdolnieniach. Oni płacą największą cenę za swoje promowane w szkole talenty. Szkoła eksploatuje ich, ale, niestety, nic z tego nie wynika.

W NASTĘPNYM WPISIE: Konkursy, czyli po co to komu?