Rzeczywiście,
często zdarza się, że jeden turniej ciągnie za sobą następny, ten następny
kolejny, i tak dalej, przez cały rok szkolny, a niejednokrotnie i całą szkołę
albo aż do matury. Kończy się tak, że czasu, który można poświęcić na do niczego
niezobowiązującą naukę (poza zaliczeniem przedmiotu i przechodzenie z klasy do
klasy, oczywiście), jest coraz mniej. Co więcej, kiedy uczy się do konkursu,
wydaje się, że jest to coś znacznie ciekawszego, ważniejszego od samej podstawy
programowej – w końcu za doskonale przyswojonym materiałem kryje się nie tylko
dobra ocena, ale i jakaś rzeczowa nagroda, może i artykuł w gazecie ze zdjęciem
jubilata, słowem, jest o co walczyć. Czas posuchy więc, ten bez rywalizacji w
perspektywie kilku dni czy tygodni, traktuje się jak przerwę, niesatysfakcjonującą
chwilę odpoczynku. Zatem konkursy mogą, paradoksalnie, obniżyć poziom
opanowanego materiału z podstawy programowej. Ważniejsze staje się to, co poza
tę podstawę wykracza, co daje możliwość zaistnienia chociażby na chwilę w
większym świecie.
Sam
konkurs też jest przedsięwzięciem czasochłonnym. Pierwszy etap zazwyczaj wymaga
nie pójścia na jedną czy dwie lekcje, co traktuje się z przymrużeniem oka, to przecież
ku chwale szkoły (i ucznia). W efekcie na następne zajęcia dziecko przychodzi
nieprzygotowane, a nawet jeśli się przygotowało, to musiało na to poświęcić
swój czas w domu. Poza zadaniami domowymi, których zawsze jest dużo do
odrobienia, trzeba było jeszcze nadrobić zaległości, chociaż w szkole się było.
Właśnie, sama perspektywa ominięcia jakiejś nieprzyjemnej lekcji jest tak
pociągająca, że uczniowie do konkursów zgłaszają się po to, by legalnie
wagarować. Ale na razie o czasie. Na następny etap trzeba dojechać do innej
szkoły, albo i do innego miasta, na kolejny jeszcze dalej, coraz więcej lekcji
się traci. Po to, by się okazało, że do podium zabrakło jednego punktu. Albo i
dobrze, jest to pierwsze miejsce. Tylko że ten akurat konkurs nie pomoże w
dostaniu się do liceum czy na studia, to taki zwyczajny konkurs, ot, taki do sprawdzenia
się.
Tylko
co to za sprawdzenie się? W liceum, jasna sprawa, uczeń klasy matematyczno-fizycznej
bierze udział w konkursach ścisłych, uczeń klasy humanistycznej jest tak biegły
w sprawie lektur czy gramatyki, albo historii, że bez najmniejszego problemu
poradzi sobie z konkursami z jego działki, uczeń klasy biologiczno-chemicznej
również nie powinien uskarżać się na konkursy przyrodnicze. Trochę to
podkoloryzowane, bo przecież tylko prymusi mają całą wiedzę w małym paluszku i mogą
myśleć nie o zaliczeniu przedmiotu, a o chwaleniu się swoją wiedzą. Ale dobrze,
podstawy do startowania są. A podstawówka? Dzieci z podstawówki nawet, jeśli
wiedzą, co chcą robić w przyszłości, to raczej tych obietnic nie spełniają. To tylko
marzenia na godzinę wychowawczą, żeby nie mówić zawsze, że nie wiem. Dla nich,
przy podstawowym, jak z samej nazwy szkoły wynika, poznaniu świata, trudno jest
się wybić, skoro jeszcze w niczym tak ewidentnie nie błyszczą.
Nauczyciele
bardzo chcą, żeby w każdej klasie znalazły się osoby szczególnie uzdolnione w
każdym z przedmiotów, naciskają więc, by brać udział w konkursach. Potrzebują
wyników do własnych rankingów. Problem polega raczej na tym, że wspaniała
pisarka od konkursów literackich może skończyć w korporacji, a wielki malarz w
laboratorium chemicznym. Te sukcesy nie mają żadnego przełożenia na przyszłość
dzieci. Gdyby potraktować je jako zabawę, rywalizację jako okazję do prostego
sprawdzenia się, wyjazdy jako szansę na poznanie nowych ludzi, nie byłoby w tym
nic złego. Ale z punktu widzenia nauczycieli, jakby nie patrzeć, opiekunów
uczniów na konkursach, ta rywalizacja nie jest zabawą. To pole bitwy, walka o uznanie
dyrektora, kuratorium, ministerstwa. W tym wszystkim dobro dzieci gdzieś się
gubi.
W NASTĘPNYM WPISIE: Konkursy, czyli jednak jakieś plusy muszą być